Strona 13 z 17

La Palma

: śr kwie 01, 2026 5:36 pm
autor: Charlotte Kovalski
William N. Patel-Noriega

To teraz leć po niego — stwierdziła Lotte z przepięknym uśmiechem na twarzy, wpatrując się z zaciekawieniem w Patela. Kuriozalnie brzmiał fakt, że to właśnie odizolowanie od innych osób sprawiło, że chciała oglądać go jeszcze intensywniej. Wpatrywać się w jego oczy, rozmawiać, drażnić siebie samych nawzajem. Tak zwyczajnie i po prostu chciała z nim być. Oglądanie Williama wchodzącego do wody było... naprawdę kuszące. Aż sama by się tego po sobie nie spodziewała, jak ten widok będzie ją uspokajał. Poszukiwanie kamienia bardziej przypominało radość dziecięcych zabaw, których nie mogła sobie odmówić. Jej mózg działał na tyle wolno, że nawet nie zauważyła, kiedy Billy zaczął panikować. Przymknęła oczy, korzystając z promieni słonecznych. Chyba nic już nie mogło popsuć im tego dnia.
Wszystko git? — spytała spokojnym tonem, nie zdając sobie sprawy, co jeszcze się działo. Niby piszczał i krzyczał, a z drugiej strony wystarczyło smarować go kremem do opalania. Aż zaczęła się zastanawiać, na ile był wokalny w łóżku... Tylko jedno, dosłownie jedno słowo sprawiło, że momentalnie cała otrzeźwiała — meduza? — dopiero wtedy chwyciła go za rękę i spojrzała na nią. Kurwa, lepszego momentu na zostanie poparzonym przez meduzę nie mógł sobie wybrać. Tylko kolejne słowa sprawiają, że piwo zaczyna się jej cofać.
OSIKAĆ CIĘ?! — aż cała się uniosła — chyba Cię popierdoliło, fetyszysto — mruknęła, szybko wstając — chodź do wody — pociągnęła Patela w stronę oceanu, by zanurzyć w nim raz jeszcze dłoń. To powinno przynieść przynajmniej odrobinę ukojenia. Słodka woda, lub mocz przyprawiłyby go o jeszcze mocniejszy ból. Dobrze, że przeczytała wszystko o wyspie. Najgroźniejsze, co mogło ich spotkać, zostało właśnie odhaczone. Z wyjątkiem rekinów, delfinów-gwałcicieli, czy trzęsienia ziemi..
Musimy przemyć ranę — mruknęła, wyciągając mu dłoń z oceanu, a sama nabrała odrobiny wody i zaczęła delikatnie ją polewać. Podobno chodziło o jakieś stężenia, ale no tego nie była pewna w stu procentach — muszę usunąć parzydełka — widocznie spotkał całkiem łagodny okaz, skoro jeszcze stał na nogach — ... masz w tej swojej torbie jakąś chustę, albo pęsetę?

La Palma

: pt kwie 03, 2026 10:36 am
autor: William N. Patel
Nie wiem skąd to oburzenie, wszyscy wiedzą, że jak poparzy cię meduza to trzeba na to nalać, ale najwidoczniej Kovalski znała też inne sposoby. Na szczęście. Daję się pociągnąć do wody, chociaż trochę się boję, że jest tam więcej tych parzących glutów, albo nawet coś gorszego. Na przykład jakiś delfin-gwałciciel. Niemniej obmycie wodą faktycznie przynosi chwilową ulgę, więc zanurzam w niej rękę po sam łokieć. Tylko już za moment ponownie mnie chwyta, żeby tym razem ją wyciągnąć i tym razem również nie protestuję. Wierzę, że wie co robi, tak samo jak wtedy kiedy ugryzła mnie jaszczurka, na przykład i znowu nawiedza mnie myśl, że jednak dobrze, że się tutaj spotkaliśmy. Gdybym był teraz sam pewnie właśnie prosiłbym jakiegoś obcego o obsikanie, a taka prośba skierowana do nieznajomego wyglądała jeszcze gorzej niż do upiornej sąsiadki. Boże jak to boli! Ledwie się powstrzymuję żeby nie zacząć wyć, zaciskam mocno zęby, że aż prawie się kruszą i ściągam usta w wąską linię. Na jej słowa tylko kiwam głową, bo jak rozchylę wargi to chyba zacznę krzyczeć. W tym momencie Charlotte zadaje mi pytanie, ja przez dłuższą chwilę milczę, jakbym jeszcze raz przeszukiwał w myślach cały przyniesiony przeze mnie worek. Kręcę głową - po chuj miałbym nosić ze sobą pensetę? Miałem scyzoryk przecież, a w nim różne inne, proste narzędzia, chociaż do tej pory używałem głównie otwieracza do piwa i to jak mi się akurat przypomniało, bo tak to posiadałem rzadką umiejętność otwierania alkoholi tym co akurat było pod ręką. Chustę? Niby skąd? Dzisiaj akurat postawiłem na kapelusz, bo jego naprawdę obszerne rondo z powodzeniem rzucało trochę cienia także na kark i ramiona. Przestępuję z nogi na nogę. Nie to żebym ją pospieszał, ale szybciej, mam wrażenie, że na skórze zaczynają się już tworzyć bąble, a mnie robi się dosłownie słabo od tego widoku. Ja mam niski próg bólu! Chyba, że naćpany, to wtedy się robię nieśmiertelny i nic nie czuję, ale niestety hasz to trochę za mało, poza tym ścisnąłem tą meduzę ze dwa razy zanim do mnie dotarło co się właśnie dzieje, moją dłoń wygląda dosłownie jakbym wpadł w ognisko. Ciekawe czy zostaną po tym blizny.

Charlotte Kovalski

La Palma

: pt kwie 03, 2026 11:20 am
autor: Charlotte Kovalski
William N. Patel-Noriega

Wystarczyło krótkie spojrzenie na Williama, by zdać sobie sprawę z jednej ważnej kwestii. Nie wierzyła w to, co właśnie miała przed oczyma. Chciał, by go obsikała. Skąd mu się to w ogóle wzięło? Jak w ten sposób funkcjonował w życiu codziennym, to musiał mieć coś poprzestawiane w głowie. W jakim on świecie działał i jakim cudem jeszcze był w jednym kawałku? To chyba jakieś pierdzielone szczęście głupiego. Przynajmniej szybko na nowo zaczęła przeszukiwać jego torbę.
Dobra mam — rzuciła, bawiąc się scyzorykiem, aż znalazła w nim odpowiednie narzędzie — w scyzoryku mamy pęsetę — i zaraz znalazła się przy Willu, płuczącym dłoń we wodzie. Abstrakcja tej sytuacji ją bawiła. Aż wyjęła telefon, by zrobić mu kilka pamiątkowych zdjęć. Będą idealne do wakacyjnego albumu.
Będę Ci wyjmowała parzydełka, a potem pojedziemy do apteki po specjalną maść — powiedziała spokojnym tonem, wpatrując się we Williama — nie umrzesz, Patel — mruknęła, rozpoczynając całą procedurę. Wyjmowała jedno parzydełko po drugim, ba nawet obchodziła się z nim delikatnie — złego licho nie bierze — dodała na sam koniec. Wszystko chyba wyjęte. Jeszcze raz zlustrowała jego dłoń wzrokiem, po czym chwyciła za zdrową rękę i pociągnęła w stronę hotelu, żeby wzięła kluczyki do auta. Podjechali do najbliższej apteki, a jeśli William myślał, że kiedyś szybko Lotte jeździła, to teraz musiał przeżyć prawdziwy szok.
Zostań tu — mruknęła, wskazując ławeczkę przed apteką. Lotte szybko weszła do budynku, na telefonie miała włączony translator z pięknym napisem poparzenie meduza. Wymieniła się z farmaceutką kilkoma informacjami i wróciła — dobra, gotowy? — dopytała i nawet nie czekała na odpowiedź. Szybko spryskała całe poparzenie. Chyba pierwsze większe zagrożenie za nimi — teraz lepiej? — dopytała, unosząc delikatnie kąciki ust, a jedną z dłoni podniosła, by głaskać go czule po policzku. Przecież William potrzebował jak nikt inny opieki, swego rodzaju opoki, która by się nad nim znajdowała.
Teraz mi powiedz... — jej głos był jeszcze przez moment łagodny, ale chwilę później już sprzedała mu mocnego kuksańca w bok — skąd do kurwy nędzy wziąłeś to sikanie? — aż głos musiała unieść i spojrzeć na niego surowym wzrokiem — wiesz, że wtedy zabolałoby jeszcze bardziej? — słyszała jakieś pierdololo o różnym stężeniu roztworu i że absolutnie nie można tego zrobić. Tyle że czego ona spodziewała się po Williamie?

La Palma

: pt kwie 03, 2026 5:46 pm
autor: William N. Patel
No nie wierzę, że robi mi teraz zdjęcia, więc krzywię się wyjątkowo teatralnie prosto do obiektywu. Na usta cisną mi się różne słowa, tylko wciąż ich nie otwieram, żeby dalej powstrzymywać się przed lamentowaniem. Do tej pory o dziwo udaje mi się bardzo dobrze. Przyjmuję do wiadomości plan działania, ale w odpowiedzi tylko kiwam głową, a gdy wreszcie zaczyna pozbywać się jednego parzydełka za drugim, to syczę cicho za każdym razem. Bardzo to było nieprzyjemne. Odblokowano nowy lęk - lęk przed meduzami, bo tej pory jakoś bardziej mnie fascynowały niż przerażały, ale do tej pory widziałem je tylko w filmach przyrodniczych, a tam zwykle nie wyglądały groźnie - Na szczęście - bo co jakbym tutaj nagle padł trupem? To dopiero byłby przypał. Pozbywa się ostatnich parzydełek, a ja już teraz czuję ogromną ulgę. Chcę jej podziękować, ale szybko ciągnie mnie dalej i zanim się obejrzę to już jesteśmy pod apteką. Podróż autem z Lottą, która jest po kilku browarach i lufie haszu, a do tego jedzie takim pędem jak chyba nigdy, wydaje się na tyle traumatyczna, że skutecznie ją wypieram jak tylko wysiądę z auta, chociaż jeszcze przez chwilę trzęsą mi się kolana. Z ulgą przyjmuję widok ławeczki, na którą opadam ciężko. Kovalski znika wewnątrz apteki, a do mnie od razu podchodzi jakiś chłop, który pyta coś po hiszpańsku. Mówię, że nie rozumiem, więc przechodzi na łamany angielski i ponownie pyta czy mam szluga. Akurat mam, to mu daje i nawet użyczam zapalniczki żeby sobie mógł odpalić. Pyta co mi się stało, a kiedy opowiadam o meduzie to od razu mi mówi, że to trzeba obsikać i nawet coś majstruje przy rozporku. Wbijam się w oparcie ławeczki tak bardzo jak tylko mogę, protestuję, że nie ma kurwa szans, zaś kiedy Charlotte wreszcie wraca to od razu dodaję - Dzięki za chęć pomocy, ale ona się mną zajmuje - koleś zerka na dziewczynę po czym wzrusza ramionami, dziękuje za fajkę i odchodzi. Na szczęście, pierdolony fetyszysta. Odprowadzam go wzrokiem, zanim powrócę do przyglądania się Kovalski - Gotowy - potwierdzam, a kiedy spryskuje poparzenie to wzdycham z ulgą, teraz to się czuję prawie jak nowo narodzony - Dużo lepiej - przyznaję, uśmiechając się szerzej na ten drobny, czuły gest z jej strony. A potem dostaję nieoczekiwanego kuksańca i aż podskakuję na ławce - No co? Widziałem to w filmie, zresztą tamten facet to potwierdził, chociaż nie wiem na ile chciał faktycznie pomoc, a na ile po prostu kogoś obsikać - mrużę lekko ślepia, ale nie zastanawiam się nad tym za długo, bo i po co - Dobrze, że ty jesteś od ogarniania nagłych wypadków - dobrze, że miała na tyle oleju w głowie żeby przeczytać co zrobić w przypadku niespodziewanego trzęsienia ziemi, wybuchu wulkanu, albo poparzenia przez meduzy. Unoszę zdrową rękę do jej twarzy, żeby również pogłaskać ją po policzku, bo w ramach gestu wdzięczności zbliżam się, żeby ją krótko pocałować, a potem dodaję - Robi się późno, chodźmy coś zjeść, zgłodniałem - teraz jak adrenalina zaczyna puszczać i hasz zaczyna puszczać, robię się jakiś strasznie głodny. Poza tym robi się późno, a trzeba się było jeszcze ogarnąć przed wieczornym wypadem w poszukiwaniu imprezki na plaży.

Charlotte Kovalski

La Palma

: sob kwie 04, 2026 11:38 am
autor: Charlotte Kovalski
William N. Patel-Noriega

Zostaaałam wymówką? — spytała, widząc odchodzącego od Patela mężczyznę. Szczerze? Westchnęła z ulgą. Patrząc na całą pojebaną osobę Williama, ostatnie czego się bała to rywalizacja z mężczyznami. Moment, Lotte jaka rywalizacja? Przegryzła wnętrze polika, próbując wrócić do porządku. Miała się do niego nie zbliżać, nie przywiązywać się, a im więcej spędzała z nim czas... tym bardziej pragnęła więcej. Tyle że ich cudowne wakacje w końcu się skończą.
Powinieneś oglądać mniej filmów, a bardziej przejmować się prawdziwą wiedzą — stwierdziła Kovalski, patrząc mu prosto w oczy. Czasem zaskakiwał ją bardziej niż jakikolwiek mężczyzna. Kto by poprosił kobietę, by na niego nasikała? Szczerze, podejrzewała go o różne fantazje i fetysze, a o zgrozo, coraz bardziej chciała dowiedzieć się o nich więcej — czasem musisz być bardziej odpowiedzialny — mruknęła, muskając go delikatnie paznokciami po policzku. Zawsze po okresach zgody przychodziły burzliwe kłótnie. Tylko na wyspie wszystko wydawało się wyciszyć. Nie byli w stanie od siebie uciec, a Lotte przekonywała się do niego. Jedna myśl kołatała jej z tyłu głowy. Co się stanie, kiedy powrócą do Toronto? Pewnie zanurzyłaby się w swoich rozmyślaniach, zaczynając analizę życia i stawiając w głowie warunki ich współpracy, ale wtedy poczuła jego wargi na własnych. Odwzajemniła pocałunek. Cholera, chciała więcej, dłużej, intensywniej.
... A ty jesteś niemożliwy — przełknęła nerwowo ślinę. Co on z nią robił? Niemalże czuła, jakby serce chciało właśnie uciec jej z klatki piersiowej, jakby nic nie było w stanie go zatrzymać — jasne, chodźmy — mruknęła, wstając i kierując się do auta. Potrzebowała przerwy, a na całe szczęście kiedy dojechali, trwał w najlepsze obiad. Solidnie zjedli, omawiając plany na imprezową noc. Pierwsze danie, drugie, deserek, owocki, a gdy ich brzuchy były pełne, trzeba było się rozejść.
Ubieram się na niebiesko, Patel — oznajmiła twardym tonem i szybko dodała — ubierz się ładnie... — po czym obróciła się na pięcie i zniknęła między hotelowymi ścianami. Potrzebowała otrzeźwienia. Nawet nie wiedziała, ile czasu spędziła pod zimnym prysznicem, próbując wyrzucić ze swojej głowy wszystkie grzeszne myśli związane z Patelem. Nawet w samotności widziała go na plaży, obok niej, w jej... domowej pościeli? Zaraz, czy William był w jej łóżku w Sylwestra? Pokręciła głową. Nie czas i miejsce na to. Analizowanie urodzinowej nocy nic nie da, bo absolutnie n i c z niej nie pamiętała. Uszykowała się w miarę szybko, ubierając długą niebieską sukienkę, tym razem założyła też bieliznę na siebie. Specjalny komplet, jakby na coś liczyła. Przezorny zawsze ubezpieczony, prawda? Chwyciła za torebkę i wyszła. Czekała na Patela przy hotelowym basenie, paląc papierosa. Kurna, czuła się, jakby właśnie szła na randkę życia. Tyle że... między nimi nic nie było. Ciężko być kobietą, kiedy facet, do którego coś czujesz, nazywa się William Patel.
I jak? — zagadnęła nieśmiało, unosząc oba kąciki ust ku górze. I czym ona się stresowała? Ten typ kazał jej na siebie NASIKAĆ, a ona zaczynała czuć motylki w brzuchu. Przecież to jakiś kuriozalny absurd — wiesz, gdzie dzisiaj idziemy? Jesteś przygotowany? — zagadnęła, przegryzając dolną wargę. Cholera, żeby tylko dzisiaj nie miał slipków w kolorze khaki. Dlaczego przeszło jej to przez myśl? Miała dosyć, naprawdę miała dosyć — smarowałeś się kremem na meduzy? — a mimo to zagadnęła go troskliwym tonem, chwytając delikatnie za poparzoną dłoń. Chyba byli gotowi, by ruszyć na dalszą przygodę?

La Palma

: ndz kwie 05, 2026 4:14 pm
autor: William N. Patel
Odpowiedzialny byłem w Toronto, to znaczy - poniekąd, przynajmniej na tyle żeby stwarzać pozory. Z pozoru byłem przecież poważnym panem prawnikiem w dużej kancelarii, w dodatku takim, który miał już swego rodzaju renomę. Owszem, w tym świecie nazwisko Patel dużo dawało, otwierało drzwi, które zamykały się z hukiem przed każdym innym, ale to nie dzięki nazwisku skończyłem studia z wyróżnieniem i chwytałem się spraw, których nie chciał nikt inny, bo były zbyt skomplikowane albo za mało płatne. Tutaj, na wyspie, odpowiedzialność, godność i telefon schowałem do sejfu, gdzie będzie czekać na mnie aż do ostatniego dnia. Potem spotkałem Charlotte i się okazało, że ona jest odpowiedzialna za nas dwoje, a ja mogę mieć wyjebongo, byle przeżyć, a chyba gorzej już i tak nie będzie, skoro zaliczyliśmy ugryzienie jaszczurki oraz poparzenie meduzy. Wracamy do hotelu - obiad, kolejne rozmowy i krótka przerwa na ogarnięcie się. Przyjmuję jej słowa z kiwnięciem głowy, czy to sugestia żebyśmy znowu mieli zmatchowane stylówki? Pewnie i tak by do tego doszło całkiem przypadkiem, bo gdzie byśmy razem nie wychodzili, zawsze pasowaliśmy idealnie. Więc zgodnie z poleceniem ubieram się ładnie - mam ładną koszulę w niebieski tie dye, pod odpowiednim kątem i w odpowiednim stanie duchowym przypomina trochę oceaniczne fale i dzwony z frędzlami wzdłuż bocznych szwów. Jednak przede wszystkim zadbałem o odpowiednie dodatki - muszle na piersi, kamienie na nadgarstkach, perły na uszach oraz standardowy zestaw pierścieni zdobiących moje palce - pod nimi śmiesznie wyglądające nieopalone opaski. W naszych czasach najbardziej lubię to, że mężczyzna może wyglądać pięknie i nikt już nie nazywa go metroseksualnym. Podchodzę do swojej kompanki i przez krótką chwilę czuję się tak, jakby to miało być coś w rodzaju randki. Nawet zaczyna się tak samo, od wymiany komplementów - Ślicznie - wyciągam rękę by złapać ją za dłoń i okręcić wokół własnej osi, obejrzeć krótko z każdej strony - Nigdy nie jestem przygotowany - to była lekka hiperbola, bo w niektórych okolicznościach potrafiłem doskonale zapanować nad swoim wewnętrznym chaosem i być zorganizowanym w stu procentach, ale jednego nigdy nie planowałem - imprez. Bywały w życiu wieczory, które zaskakiwały bardziej niż coroczna zima zaskakuje kierowców - Ale wiem gdzie idziemy, zaczerpnąłem języka wśród lokalsów - czyli pogadałem z boyem hotelowym, od którego przy okazji wziąłem jeszcze trochę haszu i dowiedziałem się co nieco o tym, gdzie warto się powałęsać dzisiejszej nocy - Ale najpierw musimy sobie skołować jakiś alkohol, bo potem już nie będzie okazji - informuję. Podaję jej dłoń, żeby mogła ocenić czy wszystko w porządku, a moje usta mimowolnie przyjmują delikatny uśmiech, obserwuję jej poczynania, te drobne gesty troski, których jeszcze do niedawna bym się po niej nie spodziewał - Smarowalem - potwierdzam kiwnięciem głową - Chodź, załatwimy ze dwie flaszki z baru, a potem na plażę i w prawo i wzdłuż wybrzeża dopóki nie usłyszymy muzyki, przynajmniej powinniśmy, tak mówią - sprzedaję jej pokrótce wstępny plan, co dalej? Nie wiem, zależy co zastaniemy na miejscu. Przyciągam ją do siebie tak blisko, by objąć wolną ręką, przesunąć palcami po materiale sukienki tuż nad biodrem i nieco w dół, zatrzymując rękę nisko nad tyłkiem. Nie wiem czy to ten niebieski tak na mnie działa czy po prostu jej osoba, że znowu chcę czuć jej usta na własnych. I zbliżam się żeby ją pocałować - być może na powitanie, a może na dalszą drogę. W basenowym barze za sprawą odpowiednio wysokiego napiwku dostajemy dwie flaszki rumu, a potem ruszamy wzdłuż plaży w uprzednio wskazanym kierunku. W międzyczasie sięgam po lufkę, by ją zbić i podać Charlotte. Pora na mały aperitif przed daniem głównym, czyli wzmocnienie zanim dotrzemy na imprezę. Nikt nie lubił przychodzić trzeźwym do obcych, nawet jeśli było to przyjacielsko nastawieni, totalnie wyluzowani wyspiarze.

Charlotte Kovalski

La Palma

: ndz kwie 05, 2026 8:54 pm
autor: Charlotte Kovalski
William N. Patel-Noriega

Dlaczego? Dosłownie zadawała sobie to pytanie za każdym razem, kiedy się z nim widziała. Dlaczego wchodziła w to popierdolone bagno? Wystarczy jedno miłe słowo, wystarczy ten krótki obrót dookoła, a jej już kolana zaczynają się uginać. Kurwa, miała się nie zakochiwać bardziej, ale każda spędzona z nim chwila zaprzeczała temu. Chciała dowiedzieć się, jaki jest... ale w łóżku. Posmakować nie tylko jego ust, ale każdego kawałka ciała. Może nie powinna pić? Dobra, to nic by nie dało, bo czas między nimi robił się coraz bardziej magiczny, a ona nie była w stanie powiedzieć dlaczego. Między nimi panowała przedziwna chemia, w którą chciała wpaść bez zastanowienia.
Czasami zastanawiam się, czy masz w sobie coś z dżentelmena i nie potrafię Cię rozgryźć — stwierdziła finalnie, kończąc obrót. Dopiero wtedy lustruje go od dołu do góry. Pasowali do siebie, posłuchał ją i aż mimowolnie zagryzła dolną wargę — dobrze Ci w niebieskim — powiedziała finalnie, w duchu ciesząc się, że na policzkach pozostawiła róż. Idealnie ukrywał jej rumieńce — patrząc na to, jak nam idzie... to powinniśmy być przygotowani na wszystko — ugryzienie jaszczurki, tabletka gwałtu, meduza, zazdrosny dzieciak, wojna sobowtórów z Toronto. Coś nowego musiało się dzisiaj spierdolić i czuła to we własnej krwi.
Cudownie, a umiesz coś więcej niż hola buena chica? — zagadnęła, bo impreza lokalsów to jednak hiszpańska impreza. Loca chica, buenos chicos i może kolejne słowo, którego powinna się nauczyć wraz z Willem to toast — dobrze — mruknęła, spoglądając na jego dłoń. Jeszcze nie zaczęła się goić, ale na wzmiankę o smarowaniu uśmiechnęła się szeroko. Widocznie, potrafił być odpowiedzialny, wow. Nie spodziewała się tego i że posłucha jej słów o dawkowaniu — wygląda lepiej. Dobrze, że o siebie dbasz — drugą z dłoni na moment położyła na jego policzku, by popatrzeć głęboko w jego oczy i podrapać go paznokciami po policzku. W głowie zaczynała już samą siebie wyzywać. Co to kurczaki znaczyło? Dlaczego sama sobie to robiła? Dla-cze-go? Znów chciała go pocałować, a na samą wzmiankę o planie skinęła głową. Już miała się odsunąć, żeby ruszyć dalej, ale on przyciągnął ją do siebie.
I dlaczego on to robił? Cały czas zadawała sobie to pytanie. Dlaczego odwzajemniła jego pocałunek? Po co splotła jej palce z jego? Przecież to sensu nie miało. Ciało reagowała, zanim zdążyła pomyśleć. Dalej kołatały słowa dotyczące wierności, a z drugiej strony... chciała w końcu przestać udawać, że nie jest nim zainteresowana.
Tak jest szefie — i faktycznie zawinęli dwie butelki rumu, a po drodze Charlotte wzięła jedną i już zaczęła ją pić. Musiała wyłączyć głosy we własnej w głowie. W końcu takie dolegliwości można leczyć. Pije jeden łyk za drugim, a przy połowie butelki znaleźli się już na plaży. Zdążyła nawet zajarać razem z Billym i może dlatego zbiera się jej na... szczerość.
Uwielbiam zachody słońca — stwierdziła, zatrzymując się w trakcie trasy. Fale delikatnie łaskotały jej stopy, a pomarańczowa kula chowała się za horyzontem, sprawiając, że cała paleta kolorów pojawiła się na porannym niebie — patrz, jaki piękny — i znowu ta romantyczna atmosfera, po co ona to sobie robiła. Wychyliła się, widząc wielkie ognisko, lampiony oraz przepiękne, ozdobione namioty — tam chyba jest impreza, ale... — zaczęła Lotte, chwytając go jeszcze mocniej za dłoń — najpierw się napijmy — no nie powie tego na trzeźwo. Trzeźwa nie była, ale ten gest miał dodać jej odwagi — twoje zdrowie — unosi butelkę i pije tak długo, aż nie zaczyna się krztusić. Jednak z Charlotte momentami był totalny chlor.
William... możemy spędzić tę imprezę razem? — jezu, jak okropnie to brzmiało. Tyle że nie chciała widzieć go z innymi. Chyba jeszcze bardziej niż wcześniej aż przełknęła nerwowo ślinę — w sensie bawić się z innymi, ale jednak... razem? — we dwoje, bez maślanych spojrzeń na innych ludzi. Tylko we dwoje, przyczepieni do siebie jak rzep do psiego ogona — chcę dziś się bawić z Tobą, ale jak chcesz... — i to chyba hasz zmieszany z alkoholem każe jej to powiedzieć — to powiedz teraz, to znajdę sobie innego towarzysza — imprezowa wierność. Nowe pojęcie, które miało zostać wplecione do ich wspólnego słownika.

La Palma

: pn kwie 06, 2026 2:37 pm
autor: William N. Patel
- I co, mam? - oczywiście, że miałem - przepuszczałem panie w drzwiach, płaciłem za pierwsze randki, słuchałem co mają do powiedzenia, bo ja kochałem kobiety, ale przede wszystkim po prostu szanowałem ludzi, niezależnie od ich statusu czy przekonań, no przynajmniej tych, którzy i mnie szanowali. To zwykle wystarczyło - normalna, ludzka uprzejmość - Powinniśmy być dobrej myśli - zauważam, ja byłem. Chociaż wczoraj idąc na imprezę nad basenem też byłem, a już na początku wszystko się spierdoliło i zamiast wspólnej zabawy musieliśmy stawić czoła kolejnej poważnej rozmowie. Zastanawiam się chwilę nad jej słowami, bo znowu miała sporo racji, chociaż przez te kilka dni na wyspie właściwie nie miałem problemu z dogadywaniem się z Hiszpanami, nawet pomimo tego, że nie znałem hiszpańskiego - trochę łamanym angielskim, kilkoma słówkami, które zdążyłem poznać na La Palmie, na migi, zresztą po odpowiedniej dawce alkoholu wszelkie bariery przestawały mieć znaczenie - Jak będziesz chciała wznieść toast to najprościej powiedzieć Salud! - tłumaczę, bo to może być coś co się przyda - Słyszałem jeszcze, że mówią tak - pa arriba, pa abajo, pa centro, pa dentro - to już trochę bardziej skomplikowane, ale może zapamięta, była przecież wyjątkowo bystra - Dobrze, że o mnie dbasz - poprawiam ją, bo prawda była taka, że gdyby nie ona to pewnie miałbym wyjebane, a poparzenia leczył lodem. Z drinków. Lubiłem te spontaniczne pocałunki, miała takie miękkie usta i tak ładnie pachniała, kwiatowymi perfumami, tak jak teraz, albo zapachem własnej skóry, tak jak wtedy kiedy spędzaliśmy wspólne poranki w hotelowej pościeli. Widzę, że każdy taki gest robi jej w głowie jeszcze większy mętlik, który obija się blaskiem we wpatrzonych w moją osobę, brązowych oczach. Może nie powinienem. Właściwie to na pewno nie powinienem, już ustaliliśmy, że nie mogłem jej dać tego, czego oczekiwała i rozsądnym by było gdybym już wtedy się wycofał, ale sęk w tym, że nie chciałem. Czasem nachodziła mnie refleksja, że to strasznie słabe z mojej strony, jednak skutecznie odsuwam od siebie niewygodne myśli, to nawet prostsze kiedy jest obok i czuję, że cała moja dusza wyrywa się w jej stronę. Może kiedyś byliśmy jedną energią krążąca gdzieś po wszechświecie, która rozpadła się na dwie części i trafiła do dwóch różnych ciał. Dlatego nie mogliśmy bez siebie żyć, niezależne od tego czy było źle czy dobrze - potrafiliśmy kłócić się i całować z taką samą pasją. Popalam kolejną porcję haszu, patrząc jak Kovalski pozbywa się zawartości jednej z butelek, potem się wymieniamy - lufka za flaszkę i znowu ma odwrót. Zatrzymuję się razem z nią, chowam rurkę do kieszeni i rzeczywiście wbijam spojrzenie w zachodzące słońce. Czerwone promienie malują niebiańskie płótno feerią barw, tworząc abstrakcyjne sploty oraz plamy, a kilka krótkich pojedynczych chmurek podświetlonych od dołu rzuca na wszystko nieco złota. Zachody nad wodą były wyjątkowe, jedyne w swoim rodzaju, po prostu przepiękne - Mhm, fantastyczny - przyznaję, podchodząc bliżej. Kiedy nasze palce ponownie splatają się w uścisku, to przenoszę spojrzenie na dziewczynę przez chwilę obserwując ostatnie promienie słońca, które muskają jej skórę i tańczą w oczach, wiatr wiejący znad wody targa jej ciemne włosy. Wygląda przepięknie, mogłaby konkurować z tamtym widokiem i gdybym musiał wybierać to wybrałbym spoglądanie w jej wielkie ślepia - Salud - odpowiadam, kiedy wznosi toast, a gdy skończy pić przejmuję butelkę, ale upijam tylko nieduży łyk, unosząc jedną brew kiedy nieśmiało zaczyna mówić. Nie przerywam dopóki nie wyrzuci z siebie wszystkiego, łącznie z tym, że jeśli chcę bawić się z innymi to lepiej powiedzieć teraz - Chcę spędzić tę imprezę tylko z tobą, to znaczy... Bawiąc się z innymi, ale przede wszystkim będąc tam z tobą - przyznaję, zgodnie zresztą z prawdą - Już wczoraj chciałem, ale odjeba - łaś - liśmy jak zwykle - wywracam oczami, chociaż ja przecież tylko przyjąłem rękawice, którą mi rzuciła. Ale to nie pora na roztrząsanie - Tak, spędźmy ten wieczór razem - potwierdzam, jakby miała jeszcze jakiekolwiek wątpliwości, a potem dodaję takim tonem, jakby właśnie mi się co najmniej oświadczyła - Myślałem, że już nigdy nie zapytasz - śmieję się. Upijam jeszcze jeden, większy łyk rumu, zanim podam jej butelkę - Chodź, zobaczymy jak to wygląda z bliska - uśmiecham się, po czym wyciągam do niej rękę, żebyśmy razem mogli ruszyć dalej. Z bliska ognisko robi jeszcze większe wrażenie - płomienie są wyższe od nas, w niebo ulatują gromady iskier, które znikają równie niespodziewanie co się pojawiły. Ocean zdążył już prawie połknąć słońce, a przestrzeń nad nami robi się coraz bardziej atramentowa, pojawiają się pierwsze mrugające gwiazdy, zaś znad wysokich drzew wyłania się prawie że okrągła tarcza księżyca, teraz, nisko nad lasem, który odcina nas od resztek cywilizacji, wygląda naprawdę zjawiskowo. Lekki wiatr porusza prowizorycznymi namiotami, niedbale rozstawionymi wokół - tworzą je wzorzyste chusty zaczepione na pokrzywionych kijkach. Na innych zwisają kolorowe światełka i papierowe ozdoby, a z niektórych unoszą się lampiony, co jakiś czas któremuś uda się wyrwać i leci wysoko w niebo dołączając do Oriona i reszty gwiezdnych postaci. Jest już sporo osób - ktoś leży na piachu i liczy ciała niebieskie, inni prowadzą żywe, głośne rozmowy przeplatane równie ekspresyjnymi wybuchami śmiechu, z któregoś z namiotów dociera do nas muzyka oraz zapach kadzideł wymieszany ze znajomym aromatem haszyszu - Wygląda nieźle - rzucam do Lotty, a zanim zdążę powiedzieć coś jeszcze, podchodzi do nas jedyna znajoma twarz, zjarana i roześmiana. Boj hotelowy wita się ze mną zbijając piątkę, z Kovalski krótkim uściskiem - Que tal? - pyta, a potem przechodzi na łamany angielski i zaczyna nam opowiadać, że będzie super, tyle ludzi ma wbić, tam w namiocie jest alko, wiec możemy się częstować, a jak mamy hasz to on chętnie później z nami zapali. Potem wskazuje po kolei na przypadkowych ludzi - To jest Jose, to Juan, to Julio, to Jesus, a to Mitch - na koniec wskazuje jakiegoś chłopaka o bladej twarzy i rudych włosach, który macha do nas wesoło - Mitch? - powtarzam, odmachując mu na powitanie - Przyjechał z Irlandii piętnaście lat temu - tłumaczy Alejandro. Na koniec życzy nam miłej zabawy i odchodzi kawałek dalej, gdzie już wita kolejnych przybyszy zbijając z nimi piąteczki albo racząc krótkim uściskiem - To co? Napijemy się jeszcze? - pytam Charlotte. Rzucam okiem naokoło, a jakaś dziewczyna macha do nas wesoło, przywołując gestem ręki i klepie wolne miejsce na starym, wzorzystym kocu. Wokół inni żywo o czymś rozmawiają. Zerkam na Kovalski z pytaniem wymalowanym na twarzy, ale chyba możemy się przysiąść? Może nawet uda się z kimś pogadać. Podchodzimy bliżej, na co cała gromada Hiszpanów i Hiszpanek reaguje głośnymi hola! Odpowiadam tak samo. Przysiadamy na kocu, a ja wspieram jedną dłoń na talii Charlotte, jakbym chciał zaznaczyć, że jesteśmy tu razem, nie tylko jako znajomi. Dziewczyna zagaduje nas po hiszpańsku, ale kręcę głową i jej tłumaczę, że my tak średnio czaimy, więc przechodzi na perfekcyjny angielski - Wy chyba nie jesteście stąd? - pyta, ktoś inny podaje mi na wpół opróżnioną butelkę z bliżej nieokreślonym trunkiem, więc od razu upijam łyka i podaję Lottcie - Nie, z Kanady, przyjechaliśmy na wakacje - kiwam głową - Z Kanady? To strasznie daleko, czemu akurat La Palma? Turyści zwykle wybierają inne kierunki - zauważa, przesuwając spojrzeniem ode mnie do Charlotte i w drugą stronę. Ktoś inny wcina się w rozmowę i rzuca, że tam jest chyba bardzo zimno i są te... No... przykłada dwa palce po dwóch stronach głowy wydając z siebie głośne muuuuu, na co wszyscy reagują śmiechem - Krowy? One akurat są chyba wszędzie - śmieję się, ale chłopak kręci głową i tłumaczy, że te takie wielkie z rogami, nie znam słowa - Ach, łosie, jest pełno łosi, jeden nawet kiedyś prawie nas zabił - rzucam tajemniczo, a zebrane wokół twarze zwracają się w naszą stronę, więc zaczynam opowiadać trochę podkoloryzowaną historię o tym jak wyleciał nam na drogę i tylko dzięki moim ponadprzeciętnym umiejętnością kierowcy wyszliśmy z tego cało.

Charlotte Kovalski

La Palma

: pn kwie 06, 2026 5:34 pm
autor: Charlotte Kovalski
William N. Patel-Noriega

Masz, aż czasem mam dreszcze — przyznała całkiem szczerze, bo te małe gesty zaczynały budować jego osobę. Nie potrafiła zrozumieć, jak potrafiła go nienawidzić. Czasem przypominała sobie wszystko po kolei. Wszystko, co było przed sylwestrem, wszelkie niedopowiedzenia, rozwód. Tylko kiedy stał przed nią całkowicie o tym zapominała, a pojawiło się jedynie zwierzęce przyciąganie, któremu musiała ulec. Nie potrafiła się od niego odsunąć, nawet jeśli pamiętała jego słowa. Z minuty na minutę coraz bardziej się od niego uzależniała. I ona postanowiła być dobrej myśli. Co mogłoby pójść nie tak? Już w trakcie wyjazdu wykorzystali każdą możliwość nieszczęśliwego zdarzenia. Przynajmniej tak naprawdę sądziła. Spoglądała na niego spod lekko przymrużonych oczu, bo choć miała uważać, nie mogła.
Salud — mruknęła, unosząc butelkę, a na jego kolejne słowa delikatnie zmarszczyła brwi — i co to znaczy? — dopytała. Zdała sobie sprawę, że lekcje języka hiszpańskiego skutecznie musiała ominąć — ja się nauczyłam. Donde estan los servicios? — w dużym skrócie, gdzie jest toaleta. Bardzo przydatne stwierdzenie. Użyła go jak dotąd całe... zero razy. Przynajmniej stalowy pęcherz miała po swoich polskich korzeniach, podobnie jak mocną głowę do alkoholu.
Dobrze, że o mnie dbasz. Musiała o niego dbać. Poprawka. Chciała o niego dbać. Wystarczyło jedno spojrzenie, by otoczyć go opieką. Uniosła kąciki ust, a w sercu poczuła delikatne ciepło, które niemalże od razu wypełniło się dobrocią, którą jej ofiarował. To było wręcz trywialne. Chemia panująca między nimi była wręcz niewytłumaczalna. Trzymanie go mocno za rękę, wspólne oglądanie czerwonego nieba i kuli chowającej się za oceanem. Wszystko przy Patelu wydawało się być wręcz wyjątkowe i niewytłumaczalne.
Salud — powtórzyła za nim, tym razem zaciągając się haszem. Obawiała się jego reakcji po własnej przemowie. To właśnie chciała usłyszeć. Tego potrzebowała. Niemalże od razu na jej twarzy pojawiała się jeszcze większy i szerszy uśmiech. Nawet nie wiedziała, kiedy przegryzła dolną wargę. To było silniejsze od niej.
To bawmy się razem — powtórzyła za nim, ruszając w stronę latynoskich rytmów, które wybrzmiewały z głośników. Tyle że w ogóle nie była zainteresowana wyglądem imprezy, a samym Williamem. Jak oczy mu się świeciły z ekscytacji, na ich wspólnie splecione dłonie i kurwa... mogłaby się naprawdę do tego przyzwyczaić. Mogłaby cały czas trzymać go za rękę i nie myśleć o całym bożym świecie. Połączenie haszu z rumem zaczęło coraz bardziej odbierać jej jakiekolwiek hamulce, a jedyne czego potrzebowała to jego obecności przy niej.
Przepięknie — zdążyła mruknąć, a zaraz potem przysłuchiwała się rozmowie Williama z boyem hotelowym. Mocno ściskała go za rękę, obserwując wszystko, co działo się dookoła nich. Wszystko dookoła błyszczało, iskry tańczyły nad ogniem, a sama Lotte czuła się w odpowiednim miejscu na świecie. Krótko kiwnęła głową, by dosiąść się do Hiszpanki. Ledwo usiadła, by zaraz oprzeć głowę o ramię Patela. Nie wiedziała, czy to alkohol, czy hasz, albo imprezowy nastrój, ale wtuliła się w niego, jakby właśnie zaznaczała własny teren.
Aktywny wulkan i mało turystów — wtrąciła się finalnie to rozmowy i znów na moment odpłynęła. Zmęczenie oraz stres stały się jej najgorszymi wrogami — już nie bujaj ich. Billy nie potrafi jeździć i skasował mi auto — mruknęła, trącając go nosem o szyję — a co jeszcze jest fajnego w Kanadzie? — na pewno ich niezgoda — jeziora i syrop klonowy — jezioro Ontario było przepiękne wiosną i latem. Chociaż dla lekko zmroczonego umysłu Charlotte było tam coś znacznie piękniejszego — i mój chłopak — jeszcze mocniej zacisnęła na Williamie dłonie, zaciągając się zapachem jego perfum zmieszanym z ziołem. Pachniał i d e a l n i e. Możliwe, że odpłynęłaby w tym momencie, ale Hiszpanka cała się podniosła.
Chłopak? — dopytała, a Lotte jedynie pokiwała leniwie głową — Esmeralda!!! — krzyknęła na cały głos, a zaraz przy nich pojawiła się latynoska z burzą lokowanych włosów, ubrana w prawdziwe szaty wróżki i miliony wisiorków — oni są parą, ale czuć od nich dziwną energię — dziewczyna pokazuje na nich palcem — faktycznie... Oczyścić waszą aurę? — spytała poważnym tonem Esmeralda — coś jest w niej tak, jakby niebo i piekło w jednym — aż oczy przymrużyła, kiedy próbowała ich analizować — zgadłam? — uśmiechnęła się szerzej — to co? Chętni na to? — wyciągnęła w ich stronę rękę, by móc pokierować ich... do specjalnego namiotu, by oczyścić duszę. Lotte jedynie uniosła głowę i wpatrywała się w Williama wzrokiem pt. zdecyduj.

La Palma

: pn kwie 06, 2026 8:33 pm
autor: William N. Patel
Co to znaczy? Dobre pytanie, bo ja nie miałem pojęcia. Ot, widziałem jak inni wznosili takie toasty i sam je kilka razy wzniosłem jeszcze zanim spotkałem tutaj Kovalski, potem wszyscy pili, a ja w sumie nie drążyłem tematu, tłumacząc sobie, że to pewnie coś w stylu jedna nóżka, druga nóżka i hop do brzuszka. Dla mnie istotne było głównie to, że potem się piło. I tak też zresztą mówię Charlotte. Siedzimy na kocu z Hiszpanami i kiedy Kovalski wtula się we mnie coraz mocniej, to ja również obejmuję ją coraz śmielej. Na jej zwieńczenie mojej na maksa przejmującej historii w pierwszej chwili marszczę brwi, ale jej krótki gest sprawia, że jednak parskam śmiechem, tak jak zresztą kilka osób obok. Jakiś chłopak trąca mnie nawet łokciem i rzuca coś w stylu ale cię wkopała - No dobra, ale łoś też tam był! - zapewniam, chociaż nikt już pewnie mi nie wierzy. Dziewczyna siedząca gdzieś z tyłu klepie mnie nawet po ramieniu i mówi, że ona też nie umie jeździć, zdawała egzamin jedenaście razy i się poddała, więc skoro ja mam prawo jazdy to nie może być aż tak tragicznie. W sumie to było, ale uśmiecham się tylko lekko - No i jeszcze Celine Dion - wtrącam kiedy wszyscy zastanawiają się co jest fajnego w Kanadzie, na co jakiś młodzieniec prawie się zapowietrza z ekscytacji. Rzuca po hiszpańsku, że kocha Celine Dion i już po chwili kilka pijanych gardeł zaczyna zawodzić piosenkę z Titanica i ja razem z nimi zresztą, mocniej obejmując Charlotte, ciasno zamykam ją w swoich ramionach. Daję jej krótkiego całusa w skroń - Ej, nie zgonuj - dodaję szeptem, między zwrotką a refrenem, ale w kolejnej chwili hiszpanka zrywa się na równe nogi i woła kolejną. Tę mierzę spojrzeniem od góry do dołu - Dobra stylówa - mówię na powitanie, a ona puszcza mi oczko, bo moja chyba też jej się podoba. Przez chwilę słucham o czym rozmawiają, a gdy wspomina o tej dziwnej aurze to przekrzywiam głowę na jedną stronę - Dziwną energię? - powtarzam, jakby szukając odpowiedzi, ale zamiast tego otrzymuję propozycję wręcz nie do odrzucenia. Ja uwielbiam takie ezopierdoły, więc patrzę na dziewczynę z zaciekawieniem, rosnącym z każdym jej kolejnym słowem, podobnie jak ona mrużę nieznacznie ślepia - To zgadujesz czy czytasz to z naszej aury? - rzucam zaczepnie, ale moje usta wyciągają się w szerokim uśmiechu, jej w jakimś tajemniczym. Przez chwilę patrzę na wyciągniętą rękę, potem na Kovalski - Dobra, spróbujmy - kiwam głową. Zaciskam palce na jej wyciągniętej dłoni, pomaga mi wstać, a ja ciągnę za sobą Lottę, by i ją ustawić do pionu - Ty jesteś lwem od razu widać - zagaduje, na co właściwie od razu mam odpowiedź - Po czym wnioskujesz? Po tym? - unoszę rękę, którą jeszcze przed chwilą jej podałem, tym samym pokazując bransoletkę na moim nadgarstku, tę z lwem, co ją dostałem od Kovalski. Wróżka parska śmiechem - Bystry jesteś, ale nie, szósty zmysł mi tak podpowiada - prowadzi nas do namiotu - A ona? - dopytuję, jakbym chciał sprawdzić czy faktycznie ma dar czy to raczej mistyczka mojego pokroju. Esmeralda nawet się nie odwraca - Ona? Koziorożec - kurde, dobra jest. Otwieram usta żeby jeszcze coś powiedzieć, ale hiszpanka kontynuuje - Czyli ogień i ziemia, ciekawe - wchodzi do jednego z namiotów, a jak tylko odsuwa kotarę to nasze nozdrza atakuje zapach Palo Santo, świętego drzewa, bardzo charakterystyczny, dla mnie znajomy. Wchodzimy za nią - w środku panuje półmrok, rozświetlony tylko przez kilka zniczy ze sztucznym płomieniem, pewnie dla bezpieczeństwa, w sumie rozsądnie. Za stolik robi wiadro obrócone dnem do góry i to przy nim dziewczyna pada na kolana. Woła nas bliżej gestem ręki, więc zerkam jeszcze raz na Charlotte, po czym rzeczywiście się zbliżamy.

Charlotte Kovalski