La Palma
: wt kwie 07, 2026 12:38 pm
William N. Patel-Noriega
— Był, był — potwierdziła cichym tonem, przejeżdżając delikatnie nosem po szyi Williama. Łoś faktycznie był. Chociaż ona go nie widziała, ale wątpiła, by na prostej drodze, Patel zjechał prosto w drzewo. Zresztą teraz nie chciała się z nim kłócić. Był zaskakująco ciepły, przyjemny, a jedyne czego potrzebowała to bardziej ukryć się w jego ciele. Alkohol całkowicie zamroczył jej umysł, podobnie jak hasz. Jeśli wcześniej próbowałaby się jeszcze bronić, to teraz całkowicie nie miała na to siły.
— Nie zgonuję... — wymruczała, unosząc głowę, by musnąć wargami płatek jego ucha. To nie zgonowanie. Nie przypominało go w jej wersji. To najczystsza potrzeba bliskości obnażona przez procenty, przepływające przez jej żyły. Pewnie dalej by się wtulała, dalej jeszcze bardziej, by go zaczepiała, ale zaraz szli do namiotu Esmeraldy.
— Mocno tu pachnie... — stwierdziła ze zmarszczonym przeuroczo noskiem. Zdecydowanie zbyt intensywnie jak na jej gust. Rozejrzała się powoli po pomieszczeniu i przez dziwną magię zaczęła trzeźwieć. Zwłaszcza jak przy jej twarzy Esmeralda zaczęła wymachiwać jakimiś kadzidełkami. Cała się wyprostowała, spoglądając na kobietę z niezrozumieniem. Zaraz zaczęła mruczeć coś pod nosem, a sama Lotte poczuła się dziwnie nieswojo.
Wróżka przygotowała dwie świece, odpalając je. Na jednej z nich narysowany był symbol zodiakalnego lwa, a na drugiej symbol zodiakalnego koziorożca. Zaraz sięgnęła po miskę z czerwonym barwnikiem i choć Lotte była wcześniej niesamowicie zmulona, to zaczęła wraz z każdą chwilą coraz bardziej się rozbudzać. Źrenice się jej rozszerzyły, a przez niepokój chwyciła mocno Williama za dłoń, zaciskając na nim rękę.
— Capricorn, narysuj mu na obojczyku słońce, natomiast ty, Leo, narysuj jej na szyi stabilną górę — Charlotte nie do końca była w stanie uwierzyć w to, co się właśnie działo. Jeśli chodziło o ezoterykę i rytuały, to raczej w nie wierzyła. Mogła być zodiakarą, wierzyć w magię kart, ale gdy ktoś kazał jej namalować słońce, to zastanawiała się, gdzie wylądowała. Jednak wpierw chwyciła za guziki koszulki Patela, by je powoli rozpiąć, tak by mogła mieć do jego obojczyka. Dopiero wtedy zanurzyła palce, powoli rysując mu kształt słońca. Rytuał wcale nie okazał się taki... nudny, bo miała kolejną wymówkę do rysowania jego skóry, a on jej. To zdarzało się jeszcze rzadziej — teraz chwyćcie się za dłonie. Narysuj jej prostą linię, a ty mu falującą — jedną z dłoni chwyciła Williama, a drugą narysowała mu falę na dłoni. Kiedy było już wszystko gotowe, wróciła spojrzeniem do wróżki — razem tworzycie strukturalny chaos... Powiedźcie: nie jesteśmy tacy sami i to dlatego działa — w pierwszej chwili miała ochotę parsknąć, ale powstrzymała się, przegryzając dolną wargę. Finalnie powtórzyła słowa za Esmeraldą — czas na dalszą część rytuału, popatrzcie sobie głęboko w oczy — znów odwróciła wzrok w stronę Patela. Zaglądanie w jego ciemne tęczówki, w których teraz odbijały się światła świeczek, rozbłyski kryształów, iskrzących się dzięki płomieniom. Ta chwila mogłaby trwać nieustannie, gdyby nie fakt, że wróżka ponownie się odezwała.
— Leo powtarzaj: widzę Cię, nawet kiedy się chowasz — zaraz kazała powiedzieć Lottcie — rozumiem cię, nawet jeśli jesteś za głośno — i o ironio, pierwszy raz Charlotte poczuła, że to jest faktycznie o nich. Ona faktycznie się chowała za drzwiami własnego mieszkania, przed jego bliskością, przed jego dotykiem. Za to też potrafiła zrozumieć istotę zachowania Williama. Był głośny, czasami za głośny, ale polubiła ten chaos, który wprowadzał do jej życia.
— Zdejmijcie z siebie ciężar, to co was blokuje, ma odejść — i co miała zdjąć? Pierwszy raz się zaśmiała, ale Wróżka dotknęła ją jakimś magicznym kijkiem, by następnie pokazać wyimaginowany ciężar, którego miała się pozbyć z własnych ramion — Leo puszczasz dumę oraz potrzebę racji, a Capricorn kontrolę z dystansem — znowu miała rację? Charlotte za często kontrolowała, a przy Williamie próbowała się odsuwać. Czy wróżka miała zostać ich receptą na każdy problem? Ciekawe, co myślała o niewierności? Czemu akurat to przyszło jej na myśl, gdy odprawiali rytuał o c z y s z c z e n i a. Była lżejsza, przestała myśleć o Toronto, a jednak... dalej nie potrafiła przestać analizować. Może faktycznie powinna przestać wszystko kontrolować?
— Chwyćcie się za dłonie i weźcie ode mnie jajko jako przedmiot nowego narodzenia — zagryzła wewnętrzną część policzka, ale zabrała to jajko, by ułożyć jej dłonie z Williamem, tak by dzielili się jajem — powtarzajcie. Twoja siła mnie nie gasi, ani nie przytłacza. Tylko tworzy coś między nami — nabrała głęboko powietrza do płuc, wpatrzyła się w to jajko, ale powtórzyła. Finalnie uniosła wzrok na Williama i... może naprawdę tak było? Nieważne, co robili względem samych siebie, byli razem. Rozsadziła mu toaletę, on pogrążył ją matkę, a przecież siedzieli razem, we dwoje, trzymając się za dłonie z jajkiem po środku.
— Na sam koniec spójrzcie raz jeszcze w sobie w oczy i powiedźcie, co w sobie doceniacie — i to chyba było najgorsze ze wszystkich zadań. Mogła rysować po nim abstrakcyjne wzory, patrzeć mu głęboko w oczy, ale szczerze, miłe słowa zawsze przychodziły najtrudniej — doceniam... twoją wolność, fakt, że potrafisz sprawić, że zaczynam się uśmiechać, kreatywność i to że... po prostu jesteś — odłożyła jajko, by móc się w niego tak po prostu wtulić. Darli ze sobą koty, ale mógł ją zostawić, kiedy ktoś chciał ją wywieźć do burdelu w Afryce. Jednak był, został i pozwolił się sobą zaopiekowac.
— Był, był — potwierdziła cichym tonem, przejeżdżając delikatnie nosem po szyi Williama. Łoś faktycznie był. Chociaż ona go nie widziała, ale wątpiła, by na prostej drodze, Patel zjechał prosto w drzewo. Zresztą teraz nie chciała się z nim kłócić. Był zaskakująco ciepły, przyjemny, a jedyne czego potrzebowała to bardziej ukryć się w jego ciele. Alkohol całkowicie zamroczył jej umysł, podobnie jak hasz. Jeśli wcześniej próbowałaby się jeszcze bronić, to teraz całkowicie nie miała na to siły.
— Nie zgonuję... — wymruczała, unosząc głowę, by musnąć wargami płatek jego ucha. To nie zgonowanie. Nie przypominało go w jej wersji. To najczystsza potrzeba bliskości obnażona przez procenty, przepływające przez jej żyły. Pewnie dalej by się wtulała, dalej jeszcze bardziej, by go zaczepiała, ale zaraz szli do namiotu Esmeraldy.
— Mocno tu pachnie... — stwierdziła ze zmarszczonym przeuroczo noskiem. Zdecydowanie zbyt intensywnie jak na jej gust. Rozejrzała się powoli po pomieszczeniu i przez dziwną magię zaczęła trzeźwieć. Zwłaszcza jak przy jej twarzy Esmeralda zaczęła wymachiwać jakimiś kadzidełkami. Cała się wyprostowała, spoglądając na kobietę z niezrozumieniem. Zaraz zaczęła mruczeć coś pod nosem, a sama Lotte poczuła się dziwnie nieswojo.
Wróżka przygotowała dwie świece, odpalając je. Na jednej z nich narysowany był symbol zodiakalnego lwa, a na drugiej symbol zodiakalnego koziorożca. Zaraz sięgnęła po miskę z czerwonym barwnikiem i choć Lotte była wcześniej niesamowicie zmulona, to zaczęła wraz z każdą chwilą coraz bardziej się rozbudzać. Źrenice się jej rozszerzyły, a przez niepokój chwyciła mocno Williama za dłoń, zaciskając na nim rękę.
— Capricorn, narysuj mu na obojczyku słońce, natomiast ty, Leo, narysuj jej na szyi stabilną górę — Charlotte nie do końca była w stanie uwierzyć w to, co się właśnie działo. Jeśli chodziło o ezoterykę i rytuały, to raczej w nie wierzyła. Mogła być zodiakarą, wierzyć w magię kart, ale gdy ktoś kazał jej namalować słońce, to zastanawiała się, gdzie wylądowała. Jednak wpierw chwyciła za guziki koszulki Patela, by je powoli rozpiąć, tak by mogła mieć do jego obojczyka. Dopiero wtedy zanurzyła palce, powoli rysując mu kształt słońca. Rytuał wcale nie okazał się taki... nudny, bo miała kolejną wymówkę do rysowania jego skóry, a on jej. To zdarzało się jeszcze rzadziej — teraz chwyćcie się za dłonie. Narysuj jej prostą linię, a ty mu falującą — jedną z dłoni chwyciła Williama, a drugą narysowała mu falę na dłoni. Kiedy było już wszystko gotowe, wróciła spojrzeniem do wróżki — razem tworzycie strukturalny chaos... Powiedźcie: nie jesteśmy tacy sami i to dlatego działa — w pierwszej chwili miała ochotę parsknąć, ale powstrzymała się, przegryzając dolną wargę. Finalnie powtórzyła słowa za Esmeraldą — czas na dalszą część rytuału, popatrzcie sobie głęboko w oczy — znów odwróciła wzrok w stronę Patela. Zaglądanie w jego ciemne tęczówki, w których teraz odbijały się światła świeczek, rozbłyski kryształów, iskrzących się dzięki płomieniom. Ta chwila mogłaby trwać nieustannie, gdyby nie fakt, że wróżka ponownie się odezwała.
— Leo powtarzaj: widzę Cię, nawet kiedy się chowasz — zaraz kazała powiedzieć Lottcie — rozumiem cię, nawet jeśli jesteś za głośno — i o ironio, pierwszy raz Charlotte poczuła, że to jest faktycznie o nich. Ona faktycznie się chowała za drzwiami własnego mieszkania, przed jego bliskością, przed jego dotykiem. Za to też potrafiła zrozumieć istotę zachowania Williama. Był głośny, czasami za głośny, ale polubiła ten chaos, który wprowadzał do jej życia.
— Zdejmijcie z siebie ciężar, to co was blokuje, ma odejść — i co miała zdjąć? Pierwszy raz się zaśmiała, ale Wróżka dotknęła ją jakimś magicznym kijkiem, by następnie pokazać wyimaginowany ciężar, którego miała się pozbyć z własnych ramion — Leo puszczasz dumę oraz potrzebę racji, a Capricorn kontrolę z dystansem — znowu miała rację? Charlotte za często kontrolowała, a przy Williamie próbowała się odsuwać. Czy wróżka miała zostać ich receptą na każdy problem? Ciekawe, co myślała o niewierności? Czemu akurat to przyszło jej na myśl, gdy odprawiali rytuał o c z y s z c z e n i a. Była lżejsza, przestała myśleć o Toronto, a jednak... dalej nie potrafiła przestać analizować. Może faktycznie powinna przestać wszystko kontrolować?
— Chwyćcie się za dłonie i weźcie ode mnie jajko jako przedmiot nowego narodzenia — zagryzła wewnętrzną część policzka, ale zabrała to jajko, by ułożyć jej dłonie z Williamem, tak by dzielili się jajem — powtarzajcie. Twoja siła mnie nie gasi, ani nie przytłacza. Tylko tworzy coś między nami — nabrała głęboko powietrza do płuc, wpatrzyła się w to jajko, ale powtórzyła. Finalnie uniosła wzrok na Williama i... może naprawdę tak było? Nieważne, co robili względem samych siebie, byli razem. Rozsadziła mu toaletę, on pogrążył ją matkę, a przecież siedzieli razem, we dwoje, trzymając się za dłonie z jajkiem po środku.
— Na sam koniec spójrzcie raz jeszcze w sobie w oczy i powiedźcie, co w sobie doceniacie — i to chyba było najgorsze ze wszystkich zadań. Mogła rysować po nim abstrakcyjne wzory, patrzeć mu głęboko w oczy, ale szczerze, miłe słowa zawsze przychodziły najtrudniej — doceniam... twoją wolność, fakt, że potrafisz sprawić, że zaczynam się uśmiechać, kreatywność i to że... po prostu jesteś — odłożyła jajko, by móc się w niego tak po prostu wtulić. Darli ze sobą koty, ale mógł ją zostawić, kiedy ktoś chciał ją wywieźć do burdelu w Afryce. Jednak był, został i pozwolił się sobą zaopiekowac.