Strona 15 z 16

La Palma

: śr kwie 22, 2026 10:27 pm
autor: Charlotte Kovalski
William N. Patel-Noriega

Potrzeba Ci jednak odrobiny kobiecej dłoni — parsknęła Charlotte, unosząc oba kąciki ust ku górze. Może by się w tym odnalazła? Kupowałaby mu śmieszne skarpetki, różnokolorowe z humorystycznymi tekstami, tak samo bokserki. O ile jego zdanie nigdy nie wydawało się dla niej bardzo istotne, tak teraz chciała podjąć kolejny krok, by o o niego zadbać. Pytanie brzmiało, czy chciała to zrobić dla innych kobiet, czy dla samej siebie?
Jadąc na wyjazd, pragnęła odciąć się od wszelakich spraw zostawionych w Toronto. Wtedy pojawił się on, rycerz na białym koniu. Chociaż nawet jej zdaniem daleko było do tego określenia Patelowi. Tak teraz naprawdę stał się dla niej kimś wyjątkowym. Trudno było to wytłumaczyć. Może powiedzieć, że zniszczył jej rodzinę, ale czy to miało dla niej znaczenie? Stała, jak zahipnotyzowana w jego ramionach, oddając mu gorące, głębokie pocałunki. To uniesienie było inne. Z większością mężczyzn, z którymi sypiała, nie wiązała się w ten sposób. Nie doprowadzili jej do złości, ani do płaczu. Za to on z wroga został jej najlepszym kochankiem. Nawet nie potrafiłaby stwierdzić, co było najlepsze. Wschodzące słońce oświetlające ich nagie ciała, jęki wydobywające się spod jej rozchylonych warg, kiedy ich ciała się połączyły, czy sam moment spełnienia. Euforia wydawała się być dobrym określeniem. Chciała więcej, ale w trakcie trasy do pokoju wymiotowała. W nim zresztą też. Dobrą godzinę zwracała, klęcząc przed toaletą całą zawartość żołądka. Po wszystkim umyła zęby, wtuliła się w jego ramiona i zasnęła.
William... — mruknęła, mocniej zaciskając na jego ramionach dłonie. Dalej spała, choć jej sny były całkiem grzeczne. Oni razem we dwoje, ich ciała rozświetlone przez promienie wschodzącego słońca, po czym otworzyła oczy — co... — mówiła śpiącym, lekko trzeźwym głosem — czy my się... tak, Lotte, ruchaliście się, odpowiedziała sama sobie w głowie — nieważne... — wymruczała, chowając mu się w zagłębieniu ramienia. Kilka sekund jeździła palcem po jeszcze rozgrzanym od poparzeń torsie — muszę Cię jeszcze posmarować, dobrze? — sama siebie popychała w jego stronę. Raz jeszcze spojrzała na jego twarz. Nie, nie mogła go pocałować, chociaż wstała. Potrzebowała dystansu, by jeszcze przez moment ochłonąć.
Masz wodę — mruknęła, podając mu butelkę z lodówki hotelowej. Sama upiła jeszcze kilka solidnych łyków, a cisza wypełniła całe pomieszczenie. Bez dwóch zdań coś się zmieniło. Nie chciała w tym momencie zachowywać się inaczej. Groźba kolejnego chłodu wobec Patela wydawała się irracjonalna. O ile wcześniej przypominał jej chodzące piekło, to teraz nie chciała niczego innego jak powrotu do jego ramion. Nabrała raz jeszcze solidnego oddechu, wypełniającego całe jej płuca. Tyle że tu nie było łatwych odpowiedzi. Cisza trwała tak długo, aż nie postanowiła jej przerwać.
Mogę się jeszcze przytulić? — spytała w końcu, zawieszając wzrok na jego brązowych tęczówkach. Potrzebowała pozwolenia, bo o ile czułości w stanie nietrzeźwości przychodziły jej łatwo, to teraz nie mogła zignorować własnej trzeźwości. W środku cały czas krzyczała, bo... naprawdę się z nim przespała i, o zgrozo, mimo kaca dalej pragnęła czułości. Jednak przepadła dla niego.

La Palma

: czw kwie 23, 2026 4:01 pm
autor: William N. Patel-Noriega
Mieszanie ze sobą tequili, rumu, wina, piwa, bliżej nieokreślonych trunków i haszu jednak nie było takim dobrym pomysłem jak mogło się wydawać jeszcze wczorajszego wieczora. Czuję pulsujący ból w skroniach, właściwie w całej głowie, właściwie nawet w karku, w ustach kompletna pustynia i w sumie to sam nie wiem czy ze snu wybudza mnie właśnie to, czy jednak miękki, znajomy głos - Mhm - mruczę, chociaż mija długa chwila zanim dotrze do mnie sens jej słów - Dobrze - powtarzam, ale wciąż jeszcze nie otwieram oczu. W zasadzie uchylam powieki dopiero w momencie kiedy czuję, że Kovalski wstaje. Wodzę za nią spojrzeniem, jak chodzi po pokoju, a sam poprawiam się w pościeli, podnosząc delikatnie kiedy podaje mi wodę - O kurwa, dzięki, kocham cię - rzucam bezmyślnie odbierając od niej butelkę i dopiero po chwili dociera do mnie co ja właściwie powiedziałem. Chrząkam cicho, po czym zalewam usta zimną wodą, łykając łyk za łykiem. Cisza między nami przeciąga się niebezpiecznie i kiedy rozchylam wargi żeby coś powiedzieć, to Charlotte odzywa się pierwsza. Wbijam w nią badawcze spojrzenie, przez kolejny moment trawiąc jej słowa, aż w końcu uśmiecham się lekko i przesuwam, żeby zrobić jej więcej miejsca - No chodź - kiwam lekko głową, na tyle na ile mogę, żeby jednak nie poruszać nią za bardzo - każdy najmniejszy ruch sprawiał, że ból był jeszcze bardziej przeszywający. Rozkładam ramiona, tym samym zapraszając ją do siebie, a kiedy wraca do łóżka to obejmuję ją mocno. Znowu zapada cisza, ale nie ma w niej nie krzty niezręczności, poza tym cisza jest teraz moją najlepszą przyjaciółką, skoro słuch mam tak wyczulony, że słyszę jak sąsiad z pokoju obok oddycha - Jezu, mam takiego kaca, że chyba umrę czy my mamy na dzisiaj jakieś plany? - pytam, ponownie przymykając ślepia, bo najchętniej pozasłaniałbym wszystkie żaluzje i nie wychodził z pościeli aż do wieczora, albo dopóki mi nie przejdzie. Ostre promienie słońca wpadające do pokoju także zaczynają mnie drażnić. W ogóle wszystko wydaje się jakieś zbyt intensywne, może oprócz myśli, bo w głowie mam totalną pustkę - A ty jak się czujesz? - pytam po chwili, otwierając jedno oko by na nią spojrzeć. Wczoraj rzygała jak kot, z doświadczenia wiem, że potem na drugi dzień jest lepiej. Ja z kolei mam wrażenie, że porzygam się zaraz, chociaż wolałbym nie. Ciężkie życie, nie ma co.

Charlotte Kovalski

La Palma

: czw kwie 23, 2026 6:15 pm
autor: Charlotte Kovalski
William N. Patel-Noriega

William — zesztywniała z wrażenia. Kocham Cię? Musiał wypowiedzieć to przypadkowo, a jednak poczuła, jak serce zabiło mocniej. Wciągnęła mocno powietrze do płuc, analizując wszystko po kolei. To przypadek. Niezręczność zawisła w powietrzu, a Lotte nie mogła już jej ukrywać — no nie dziwię Ci się, w końcu dałam Ci wodę — próba rozładowania atmosfery była na bardzo niesforna. Wręcz czuła, jak na nowo zaczynała analizować każde jego słowo. Kurna, nie dość, że głowa ją bolała, to Patel nie potrafił odpowiednio układać słów i powodował w jej głowie niepotrzebny chaos — he, he — zaśmiała się sucho, kręcąc przy tym delikatnie głową. Czego się spodziewała? Takie słowa ją zakuły, bo... zależało jej na nim. Przelatywały proste myśli. Pozwoli jej, czy jednak nie? Dlaczego chciała ukryć się w jego ramionach? Ta opcja wydawała się banalna, wręcz naturalna, a nawet teraz nie mogła pozwolić sobie w żaden sposób na słabość.
Idę — stwierdziła z uśmiechem, gdy ją zaprosił. O ironio, pytała się własnego nemesis, czy mogła się do niego przytulić. Seks był wytłumaczalny, ale gdy wchodziły w grę czułości, wszystko stawało się cięższe. Mimo wszelkich wątpliwości schowała się szczelnie w jego ramionach, próbując przymknąć oczy i zapomnieć o wszystkim, co ją otaczało — nie możesz umrzeć — uniosła głowę, by spojrzeć na niego z poważną miną — oglądamy dziś walenie, przez które chciałeś kogoś pobić — zajebisty powód, by przeżyć jeszcze jeden dzień — miałam dużo planów, ale może... przeleżymy dzień w łóżku i pójdziemy dopiero na obiad, co? — zaproponowała Lotte, bo choć chciała jechać na punkty widokowe, to po ostatniej nocy nie miała na nic sił. Mięśnie odmawiały jej współpracy, żołądek był podobnie pusty jak głowa, a objęcia Patela zapraszały ją do siebie i nie chciała z nich uciekać.
Głodna — aż z brzucha jej zaburczało głośno, jakby jakiś potwór postanowił właśnie z niego wyjść — chyba wszystko z siebie wczoraj zwróciłam — i to mało powiedziane. Rzygała jak kot. Kłaczek za kłaczkiem, każdy kawałek jedzenia znikał w toalecie, ale zachowała się jak dama. Umyła zęby, wcześniej związała włosy, a teraz zostało umycie się. Ciekawiło ją, czy mógłby umyć się razem z nią. Jak to mówił Charles Boyle: wspólne mycie włosów jest najbardziej intymną rzeczą w związku. Znaczy co? Jakim związku? Żadnego nie było.
Nie żebyś był jakiś zły czy coś takiego... — jej głos był cichy, ale cały czas nerwowy, jakby bała się wypowiadanych przed samą siebie słów — Udajemy, że tego nie było, czy jak, William? — dla niej seks, nawet po pijaku, miał znaczenie. Domyślała się, co jej powie. Nie ma to żadnego znaczenia i może nie powinna się go doszukiwać.

La Palma

: czw kwie 23, 2026 7:43 pm
autor: William N. Patel-Noriega
- Hehe - śmieję się równie sucho co ona, rad, że odebrała to jako słowa, które rzuca się tak o, bez większego namysłu. Nie ciągnę tematu, bo mogłoby się zrobić jeszcze bardziej dziwnie, za to z niekrytą radością goszczę ją w swoich ramionach, uśmiechając się równie szeroko. Jest taka ciepła. I miła. I miękka. Przez chwilę głaszczę ją po głowie, ostatecznie wplątując dłoń w jej długie, ciemne włosy, owijam sobie kosmyki wokół palców - To już dzisiaj? - spomiędzy moich warg wyrywa się cichy jęk i mam teraz rozkmine życia - z jednej strony łóżko tak bardzo kusi, żeby zostać w nim cały dzień, z drugiej to były walenie, dla mnie jedne z najbardziej niesamowitych stworzeń morskich, zaraz po olbrzymich kałamarnicach. W chuj lepsze od delfinów zboków - Pobić? Utopiłbym go w basenie - przyznaję, chociaż prawda była taka, że byłem pacyfistą, nie biłem się, przemocy unikałem jak ognia, może nawet bardziej, skoro wczorajszego wieczora bez oporów skakałem przez ognisko i chciałem tańczyć z płomieniami, tylko mi nie dali. Na szczęście - Jakich planów? Wizja leżenia i przytulania się z tobą kusi bardzo, ale nie, musimy iść zobaczyć walenie - wzdycham przeciągle, powoli uświadamiając sobie jakie to będzie trudne. Z drugiej strony nie pierwszy i nie ostatni raz miałem kaca, a co więcej wieloletnie, pijackie doświadczenie nauczyło mnie sobie z nim radzić, tylko wymagało to podjęcia odpowiednich kroków - Głodna? - powtarzam po niej, w głowie aktualizując plan działania - Nooo, nieźle się porzygałaś - śmieję się - Dobra, to robimy tak - najpierw prysznic, potem jedzenie, klin i obydwoje jesteśmy jak nowonarodzeni, potem walenie - kiwam lekko głową - W sensie oglądanie waleni - chociaż walenie też brzmiało kusząco - Ale jeszcze pięć minut - albo dziesięć, maks piętnaście. Nie mam pojęcia która może być godzina, ale biorąc pod uwagę fakt, że wracaliśmy rano to pewnie niezbyt wczesna. Kiedy ponownie się odzywa to wydaję z siebie ciche hm? bo w pierwszej chwili nie wiem do końca dokąd zmierza, ale szybko rozwiewa wszelkie wątpliwości - a więc to o to chodzi? Odsuwam się lekko by spojrzeć prosto w dziewczęcą twarz - Dlaczego mielibyśmy udawać, że nic nie było? Nie podobało ci się? Żałujesz? - dopytuję, mrużąc nieznacznie ślepia, wbijając w nią jeszcze bardziej badawczy wzrok - Jeśli chcesz i poczujesz się lepiej to możesz udawać, że nic nie pamiętasz. Ja nie żałuję - wzruszam lekko ramionami, powoli wysuwając się z jej objęć, żeby stanąć na równe nogi. To znaczy równe nie równe, muszę się przytrzymać nocnej szafki, żeby w ogóle wstać, ale w końcu mi się udaje - Idę się umyć - informuję, kierując się w stronę łazienki, otwieram drzwi, zatrzymując się w nich i wspieram ramieniem o framugę, odwracając w kierunku Kovalski - Idziesz ze mną? - proponuję, zarzucając włosami, niby zalotnie, ale pewnie wygląda to słabo, bo wyglądam i czuję się jakby krowa mnie przeżuła i wysrała.

Charlotte Kovalski

La Palma

: pt kwie 24, 2026 4:23 pm
autor: Charlotte Kovalski
William N. Patel-Noriega

Mhm, to dzisiaj — powtórzyła za nim, kiwając delikatnie głową. Widocznie dla Patela wieloryby musiały być prawdziwie magicznymi istotami. Zresztą dla Lotty też były jednymi z najbardziej inteligentnych istot na całej planecie, śpiewały własne pieśnie, a każde stado miało inną, wyjątkową pieśń. Przypominały one rodziny, a to fascynowało Kovalski jeszcze bardziej. Nie tylko ludzie potrafili się martwić o swoich — przecież nic złego nie zrobił. Wyciągnął mnie z wody — kanaryjski, palmowy Cassian też o nią zadbał. Dalej zachodziła sobie głowę, dlaczego Patel tak agresywnie się wobec niego zachował. Nie potrafiła połączyć jego agresywnego trybu względem zachowania, które tak dobrze znała. Miała wewnętrzny zgrzyt.
No to leżymy, dopóki nie pojedziemy do waleni — wymruczała, przymykając delikatnie oczy. Potrzebowała odpłynąć, znaleźć się w innym miejscu, lub jeszcze na kilka godzin zmrużyć oczy, żeby odpłynąć do krainy snu — walenie to nasz dzisiejszy plan — stwierdziła, unosząc kąciki ust. To walenie mogło być dwuznaczne. Z pewnością było, ale jej w żaden sposób to nie przeszkadzało. Nawet odrobinę tego chciała, choć w głowie cały czas powtarzała jedno. Cholerny William Patel i brak obietnicy wierności. Tylko czy mogło ją to dziwić? Jeszcze do niedawna się przecież nienawidzili.
Mhm — kiwnęła głową, choć program dnia nie grał roli, gdy ją głaskał. Oddawała całą siebie do krainy snów, w której chciała zniknąć na cały dzień — pasuje mi ten plan. Tylko... — coś jej nie grało, tylko jeszcze nie wiedziała, w którym kościele to dzwoniło — odkąd lubisz planowanie? — dopytała wprost, unosząc przy tym jedną ze swoich brwi. Czyżby Williamowi udzieliła się delikatna gorączka planowania? Pewnie ekscytowałaby się tym dłużej, ale to kolejne pytanie. Sama zwątpiła, z jakiego konkretnego powodu je zadała.
No, bo... — westchnęła cicho, odsuwając się — sam wiesz co... nic z tego nie będzie. Za to Kovalski nie widziała w nim, o zgrozo, niezobowiązującego kutasa na wakacje — podobało mi się — na twarzy Lotty pojawił się jeden z tych chytrych uśmiechów — i może bym to powtórzyła — ciche niezadowolenie wyrwało się jej z ust. Kiedy Patel odsuwał ją od siebie i powstał. Ból głowy przez moment stał się jeszcze bardziej nie do zniesienia.
Ahahahahaha, idę — zaśmiała się Charllote i podniosła się. Stanęła blisko Williama, ujmując jego twarz w dłonie — ale nie rób tak więcej — tak, chodziło jej o włosy. Uważała, że z Patela marna będzie modelka promująca szampony do włosów — nie jesteś seksowny w takim momencie — dała mu buziaka i zniknęła w łazience. Oboje zniknęli. Było w nim gorąco, szyby zaparowały, a choć bardzo chcieli, to oboje byli jeszcze bez sił. Za to było bardzo parno pod prysznicem. Po trzydziestce po nieprzespanej nocy trzeba wpierw nabrać siły. Dlatego znaleźli się na stołówce, by po wielu trudnych bojach z garderobą znów wyglądać matchingowo. Niemcy znów łupali ich wzrokiem. Dziwne, że jeszcze nie pojechali.
Masz i jedz. Jajecznica postawi Cię na nogi — bez jakiegokolwiek uprzedzenia nakłada mu potrawę na talerz, dokłada bułeczki, masełko, szyneczkę. Obsługuje go prawie jak matka synka — a poza tym... chciałeś robić coś więcej tutaj? Poza wieczną imprezą William? — znaczy no wiedziała, że nic, a jednak ona została, poniekąd jego planem — zaczynać od alkoholu, czy jednak od kawy? — zagadnęła, wpatrując się w stronę automatu — Wybieranie to najtrudniejsza sprawa — zwłaszcza gdy głowa była jak kapusta. Kapusta głowa pusta.

La Palma

: pt kwie 24, 2026 7:01 pm
autor: William N. Patel-Noriega
Wzdycham tylko przeciągle, bo na kacu nie chce mi się kłócić, szczególnie o kogoś, kto właściwie był tylko postacią epizodyczną w całej fabule naszej pokurwionej relacji. Miło, że pomógł, niemiło, że od razu chciał wyciągać Lottę na walenie. Ugh, krzywię się lekko, ale zaciskam wargi, żeby powstrzymać się od komentarza. Podoba mi się za to nasz dzisiejszy plan dnia i znowu to potwierdzam mrucząc pod nosem krótkie mhm - Jeśli masz kaca życia, to musisz też mieć dobry plan jak z niego wyjść, szczególnie jeśli w perspektywie pojawiają się wieloryby - stwierdzam, kiwnąwszy przy tym łbem. Brzmi logicznie. Potem zawieszam na niej spojrzenie czekając na wyjaśnienia - Sam wiem co? - drążę, bo w sumie to nie wiem. To znaczy mogę się spodziewać o co chodzi i po dłuższym zastanowieniu nie wiem czy chcę znowu wchodzić w ten temat, czy lepiej go skutecznie omijać - Powtórzymy - zapewniam, w zasadzie nie zdążyłem jej jeszcze pokazać na co mnie stać, a wieloletnie doświadczenie z wieloma różnymi kobietami sprawiało, że w zasadzie nieskromnie muszę przyznać, że potrafię zadowolić każdego. Ale cały myk polegał na tym, by nigdy nie dawać z siebie sto procent za pierwszym razem, szczególnie jeśli ten pierwszy raz jest tylko szybkim numerkiem w oceanie. Kiedy staje obok mnie i ujmuje moją twarz w dłonie to uśmiecham się lekko - No dobra - kiwam lekko głową - Ty za to jesteś w chuj seksowna w każdym wydaniu - rzucam komplementem zanim obydwoje znikniemy w łazience. Szybki prysznic sprawia, że od razu czuję się lepiej. Pora na dalszą część planu, czyli klin zaraz po śniadaniu. Opadam ciężko na krzesło przy stoliku, dopiero teraz czując jak bardzo jestem głodny. Wsunąłbym cokolwiek, byle zapełnić żołądek, więc kiedy Kovalski zaczyna mi nakładać na talerz to nie protestuję, co więcej uśmiecham się z wdzięcznością i szybko biorę pierwsze kęsy. Ciepłe jajeczko, świeża bułeczka z masełkiem i do tego mięsko, no czego mógłbym chcieć więcej? Chyba tylko drinka - Właściwie to nie - w zasadzie to trochę ironia losu, bo nie czarujmy się przyjechałem tutaj żeby zapomnieć o osobie, która właśnie siedziała na przeciwko mnie, zastanawiając się czy kawę zamienić na klina. W tym momencie wracam myślami do mojego spotkania z Wendy i uderza mnie jedna myśl - miała rację. Radziła żeby postawić na szczerość, a ja opierałem się przed tym rękami i nogami, zupełnie niepotrzebnie. Będę musiał jej podziękować po powrocie, w zasadzie ciekawe jak jej sprawy sercowe - Oczywiście, że od alkoholu, po kawie chyba bym się zrzygał - na samą myśl mi się cofa - Ogarnę nam jakieś drinki - zapewniam i zbieram się z miejsca, żeby iść do bufetu. Wielkiego wyboru nie ma, ale mnie osobiście to nie przeszkadza, wypiłbym teraz wszystko, byle miało kilka procent. Ostatecznie decyduję się na jakieś winko lane prosto z kranika i wracam z dwoma kubkami wypełnionymi prawie po brzegi. Zasiadam na swoim miejscu, jeden z napoi podając mojej towarzyszce - No to co? Za nasze wspólne wakacje? - wznoszę toast, po czym unoszę trunek do ust, wypijając na raz całą zawartość plastikowego kubka. Od razu lepiej - W sumie to kiedy masz lot powrotny? - zagaduję, na nowo pochylając się nad posiłkiem. Boże, lepszej jajówy chyba w życiu nie jadłem, pożeram ją tak szybko jakbym nie jadł od nigdy. Ale przecież trzeba nabrać sił przed główną atrakcją tego wyjazdu. Chcę już na wieloryby.

Charlotte Kovalski

La Palma

: pt kwie 24, 2026 8:40 pm
autor: Charlotte Kovalski
William N. Patel-Noriega

Plany dla Charlotte były seksowne. Aż zaczęła żałować, że nie mogła skosztować go pod prysznicem. Cholera, prosty plan. Spać, jeść, pić, a później wyrwanie się do waleni. Tyle jej wystarczyło by móc faktycznie odpocząć i oderwać myśli od... sam wiesz czego. Nie. Jednak i to się nie udało.
Sam wiesz co. — powtórzyła poważnym tonem Kovalski, a kącik ust jej drgnął. W myślach zastanawiała się, jak będzie wyglądał ich powrót do rzeczywistości. Jak to było? Czy to co się stało na La Palma, zostaje na La Palma, czy wręcz przeciwnie? Rzeczywistość dawała im sprzeczne sygnały — powtórzymy. — magiczne zaklęcie. Tylko czy było jej to potrzebne? Brak bliskości Williama odczuwała każdą komórką. Dlatego się do niego zbliżyła, poszukując jeszcze odrobiny bliskości. Zaśmiała się. Czyli... podobała mu się?
Ulalala, czy to komplement z ust samego Williama Patela na mój temat? — usta ułożyły się jej w szerokim uśmiechu, a samej sobie założyła kosmyk włosów za ucho — zaskakujące — dodała cała zadowolona. Po sekundzie byli już razem pod prysznicem.

Ja zostałam twoim planem? — dopytała z czystej ciekawości. Spotkali się przypadkiem, a później każdą sekundę wyjazdu spędzali razem. Nawet przyjemnie się jej z tego powodu zrobiło na sercu. Potrzebowała tego — to czekam — sama zaczęła jeść jajecznicę i zajadać się nią. Brzuch przyjął ją z nieukrywaną ulgą. Uniosła kieliszek ku górze, by się nim pstryknęli — za nasze wspólne wakacje bo przecież nie za nas, dodała już w myślach, dodała już w myślach. Czy naprawdę wyjazd mógłby coś między nimi zmienić? Zaczęli rozmawiać, chociaż dalej się kłócili, a między nimi pojawiały się delikatne zgrzyty.
Za dwa dni, a ty? — dopytała, unosząc jedną brew. W żołądku coś ją ścisnęło. Nie było to spowodowane jedzeniem, bardziej lękiem o niego. Poradziłby sobie tu bez niej? Pewnie tak i przeruchałby jakąś inną kanaryjską czikę. Aż miała ochotę zrzygać wszystko, co miała w brzuchu — wylatuję z samego rana o 6:00. Dziś, jutro i koniec palmowej zabawy — dzisiaj, jutro i koniec. W ciszy zjadła resztę śniadania — chodźmy z powrotem do łóżka — faktycznie, wrócili. Przeleżeli cały poranek i odrobinę popołudnia, wracając do stołówki jedynie po alkohol i jeszcze większą ilość żarcia. Minęły godziny, aż wybiła godzina W. Godzina Walenia. Czekała na nich taksówka, zabierająca ich wprost do portu, skąd mieli udać się na obserwacje wielorybów na pełnym morzu.
Zaraz pojawił się widok pięknego jachtu turystycznego ze szklaną podłogą, drink barem oraz wszystkim, co mogliby sobie wymarzyć. Kameralny rejs z kolacją, oglądaniem zachodu słońca. Brzmiało, jak idealna przygoda życia.
Chodź — zawołała, wyciągając w jego stronę dłoń. Chwilę rozmawiała jeszcze z kapitanem, by później poprawić Patela wgłąb statku — tam jest drink bar, a tam mamy nasz stolik do obserwowania — zaciągnęła się morskim powietrzem. Lada chwila i będą mogli odpływać w siną dal — nie masz choroby morskiej, co? — zagadnęła, uśmiechając się szeroko, by usiąść przy stoliku — jesteś trochę jak taka ryba we wodzie — i zawiesiła się....
Czy ona właśnie widziała za Williamem Państwa Patel?

La Palma

: sob kwie 25, 2026 8:49 pm
autor: William N. Patel-Noriega
- Właściwie to tak - przyznaję, bo prawda jest taka, że gdybym był tu sam to najdalej pewnie poszedłbym na tamtą imprezę na plaży, a tak? Tak przynajmniej udało się zobaczyć więcej niż mogłem się spodziewać. Wznosimy toast, a potem wracam do jedzenia - Też, ale po południu, jakoś przed pierwszą - będę musiał w końcu odpalić telefon i posprawdzać czy plany nie uległy żadnym zmianom. Zamyślam się na resztę śniadania, głównie o powrocie, o tym, co czeka w Toronto i co przyniesie przyszłość. Trochę zaczynam się już stresować lotem powrotnym, ale w tamtą stronę skutecznie udało mi się nawalić do tego stopnia, że nawet nie pamiętam jak dotarłem do hotelu, więc liczę na to, że tym razem będzie podobnie. Po zeżarciu całego talerza pyszności i wypiciu jeszcze jednej porcji wina, wracamy do pokoju. Robię jeszcze krótką drzemkę, a potem gram dla Charlotte na ukulele, a potem czytam jej na głos Wichrowe Wzgórza. A potem ładujemy się do taksówki i jedziemy do portu, gdzie wchodzimy na pokład - Trochę tu jakby luksusowo, nie? - rzucam do Kovalski, kiedy mi tłumaczy, że tutaj są drinki, a tam stolik, patrzę w dół na tą szklaną podłogę i w pierwszej chwili jakby się waham. Niby to nie mnie przeraża głębokość ale - Byłoby słabo jakby to pękło, nie? - niby mała szansa, ale Titanic też w teorii był niezatapialny. Kręcę głową, że nie mam, po czym zajmuję miejsce na przeciwko Charlotte i wbijam w nią spojrzenie - Hm? - unoszę brwi w wyrazie niemego zdziwienia kiedy tak nagle się zawiesza i odwracam się żeby podążyć spojrzeniem za jej wzrokiem. Dwa stoliki dalej siedzi inna parka i do złudzenia przypomina.. moich rodziców. Dosłownie jakbym właśnie patrzył prosto w twarz swojego ojca, a co więcej on wydaje się równie zaskoczony co ja, bo przecież ja z kolei wyglądam dosłownie jak mój stary dwadzieścia lat wstecz. Więc pewnie też jak ten chłop, który wbija we mnie zaskoczone spojrzenie. To znaczy, mam nadzieję, że to nie są moi starzy, ale gdyby byli to matka pewnie w trzy sekundy znalazłaby się przy naszym stoliku, a zamiast tego tamten facet pochyla się w kierunku swojej partnerki i coś do niej mówi, a ona powoli odwraca się w naszą stronę, również wbijając we mnie ślepia. Jezu, wygląda identycznie jak moja matka. Uśmiecha się lekko i macha do nas jedną ręką, a ja do niej, również obrzucając ją delikatnym uśmiechem. Potem zwracam się do Lotty - Kurwa, czy ty to widzisz? Ale jaja - chcę dodać coś jeszcze, ale tamta pani zbliża się do naszego stolika i zwraca do nas po francusku - Przepraszam, że przeszkadzam, ale jest pan tak bardzo podobny do mojego narzeczonego, że musiałam przyjrzeć się bliżej. Niesamowite, zupełnie jakbym cofnęła się w czasie o jakieś dwadzieścia lat - ja akurat mówię po francusku, bo to jest mój drugi język, więc uśmiecham się lekko i odpowiadam, również po francusku - No, nietypowa sprawa, ale niech pani lepiej usiądzie, bo jak coś pani pokażę to chyba pani padnie - kiwam lekko głową, a ona unosi w zdziwieniu jedną brew, po czym gestem ręki woła swojego narzeczonego. Przesuwam się na krzesło obok Kovalski, żeby zrobić tamtym miejsce - Kurwa, nie wziąłem telefonu, pożyczysz mi swój? Muszę jej pokazać profil mojej matki na fejsie - mówię do Charlotte. W międzyczasie podbija do nas tamten koleś i wita się krótkim bonjour - Bonjour - odpowiadam, wskazując im dwa wolne siedzenia.

Charlotte Kovalski

La Palma

: sob kwie 25, 2026 10:11 pm
autor: Charlotte Kovalski
William N. Patel-Noriega

W takim razie mam wysoko postawioną poprzeczkę na ostatnie półtora dnia — samej sobie chciała teraz udowodnić, że była idealną planerką. Każdy szczegół mogła mieć zaplanowany i przypięty na ostatni guzik. Z drugiej strony Patel wyglądał na zadowolonego, a serce biło jej odrobinę szybciej na samą myśl, że... była powodem uśmiechu na jego twarzy — eh, szkoda. Moglibyśmy wrócić razem — wymruczała lekko niezadowolona. Spędzanie w samotności godzin w samolocie nie przychodziło łatwo. Wolałaby móc wtulić się w jego ramionach i poudawać, że wyspa nie kończyła się wraz z powrotem. Tyle że skończy się. Zdawała sobie z tego sprawę doskonale. Wróci Toronto, to wrócą razem z nim problemy.
Tak, trochę luksusowo, ale za pensje prawniczą trzeba balować — zaśmiała się, wkładając sobie niesforny kosmyk włosów za ucho — przejmujesz się tym? — dopytała, spoglądając na przeszkloną podłogę. Nie wyobrażała sobie takiej sytuacji. Technologia poszła dawno do przodu, a nie po to płaciła krocie, by zabrali ich jakimś dziadowskim statkiem. Tego szkła nie przebiłaby kula od pistoletu, czy szczęki rekina. Byli bezpieczni, a choć mogłaby się wdać w to przedziwne analizowanie Williama, to nie była w stanie.
No nie wierzę — wymruczała, widząc, jak kopia pani Patel podąża w ich stronę. Z otwartą buzią spoglądała to na jedno, to na drugie, a przez jej ciało przechodziły ciarki. Kurna, nie była w stanie tego zrozumieć. Nabrała powietrza do płuc, uszczypnęła się i cholera to nie był sen. Widzieli Peach, Clyde, Cassiana i przyjaciela Patela, a teraz jego rodziców. Ktoś musiał ich nagrywać i robić z ich życia jakiś przedziwny paradokument.
Masz mój telefon — podała mu z odpaloną twarzoksiążką, po czym spojrzała na klona własnego idola — bonjour — skwitowała krótko i w duchu dziękowała ojcu za lekcje języka francuskiego. Nigdy nie spodziewałaby się, że przyda się jej właśnie do tego.
Nie wierzę, wygląda jak ja, amor — krzyknęła kobieta, wystukując paznokciem w ekran — faktycznie — cóż, kopia Franklina pozostawała tak samo rozmowna jak on. Lotte uśmiech nie schodził z twarzy. Może powinna zrobić im wspólne, rodzinne zdjęcie? Anabelle na pewno byłaby przeszczęśliwa, oglądając je w Toronto.
To jego mama, pokaż mu lepiej tatę — zarządziła Charlotte. Ciekawiło ją, jak facet zareaguje, wiedząc, że miał nie tylko młodszą kopię, ale tez pełnoprawną w Kanadzie — co państwa tu? — zaczęła Lotte, ale kobieta przerwała jej gestem dłoni — żadni państwo. Bella oraz Franklin — i to dopiero były jaja. Otworzyła szeroko usta, marszcząc przy tym brwi. ALE JAJA! Aż się podpaliła cała w środku, choć wyglądała, jakby właśnie ją zamurowało.
Nie wierzę — wymruczała Charlotte, unosząc obie brwi ku górze. Nie dość, że wyglądali identycznie jak Państwo Patel, to mieli praktycznie te same imiona. Serce zabiło jej zdecydowanie szybciej, bo nie tego się spodziewała.

La Palma

: ndz kwie 26, 2026 2:00 pm
autor: William N. Patel-Noriega
Czy się przejmuję? Nie, w zasadzie to miała rację, a przynajmniej przekonała na tyle bym już nie myślał o teoretycznym zatonięciu. Poza tym moje myśli szybko zajmuje coś innego, a mianowicie para do złudzenia przypominające moich starych. Odbieram od Charlotte telefon i wyszukuję profil mojej mamy, a jak obydwoje siedzą to pokazuję im zdjęcie Anabelle Patel, na co obydwoje reagują głośnymi okrzykami zdziwienia, co w zasadzie wcale mnie nie dziwi. Kiwam głową na słowa Kovalski, żeby pokazać też ojca i przeszukuję profil w poszukiwaniu ich wspólnego zdjęcia. Mama miała pełno fotek, więc idzie gładko, ale zanim któreś włączę to jeszcze dodaję - To teraz patrzcie na to, to dopiero jest popieprzone - po tym krótkim wprowadzeniu wyciągam telefon w ich stronę i w pierwszej chwili obydwoje patrzą na ekran, a na ich twarzach maluje się ogromne zdziwienie - To są moi rodzice, to mój ojciec - tłumaczę. Facet to aż zaniemówił z wrażenia i takie oczy zrobił, jakby zobaczył ducha albo jakiś inne paranormalne zjawisko, bo w istocie to wszystko wydawało się tak dziwaczne, że aż trudno uwierzyć - Och, wow - tyle tylko jest w stanie z siebie wyrzucić, podczas kiedy jego partnerka już się wdaje w dalszą rozmowę z Kovalski i przedstawia. Ale kiedy zdradza nam imię swoje i swojego narzeczonego, to z kolei ja robię wielkie oczy. Oddaję telefon Charlotte - Nie wierzę - powtarzam po niej - Mój ojciec to też jest Franklin, a mama to Anabelle, ale jazda, nie uwierzą jak im o tym powiem, zrobimy sobie fotkę? - proponuję, na co obydwoje kiwają głowami. Kobieta zaczepia jakiegoś kelnera i prosi czy może nam zrobić zdjęcie, a on, że spoko, więc wszyscy w czworo ustawiamy się do zdjęcia. Czuję jej dłoń na swoim ramieniu, co więcej zbliża się bardzo blisko, prawie że we mnie wtulając, co zapala mi w głowie jakąś lampkę, ale póki co nie protestuję tłumacząc sobie, że ot, może taka jest, w zasadzie trochę podobna do mojej mamy nawet z zachowania. Nawet nie dopuszczam do siebie myśli, że oni obydwoje mogą mieć względem nas jakieś lubieżne plany, nawet jeśli posyłają sobie nawzajem jakieś dwuznaczne spojrzenia. Potem prosi żeby kelner przyniósł nam cztery kieliszki najlepszego szampana - No to chyba musimy się napić za to spotkanie, co? Nie będzie wam przeszkadzać jeśli się dosiądziemy? - pyta, wachlując długimi rzęsami. Rzucam krótkie spojrzenie Kovalski - W zasadzie nie, siadajcie - wzruszam ramionami, ale przysuwam się wraz ze swoim krzesłem bliżej Lotty i zarzucam rękę na oparcie jej siedziska - A skąd jesteście? - pytam - Z Paryża, wspaniałe miasto, byliście tam kiedyś? - pyta, na co kręcę głową, że w sumie ja nie i wszyscy wbijamy spojrzenia w Charlotte, oczekując jej odpowiedzi. W międzyczasie kelner dostarcza nam szampana, więc Bella unosi kieliszek w geście toastu - Napijmy się za to nietuzinkowe spotkanie, najdziwniejsze w moim życiu - stukamy się szkłem, po czym upijam łyka - A tak w ogóle ja jestem Bill, a to Charlotte - dodaję. Franklin jest milczący zupełnie jak mój ojciec, choć zerka z ciekawością na Kovalski i kiedy ich spojrzenia na moment się skrzyżują to posyła jej delikatny uśmiech. Bella za to nawija cały czas, zupełnie jak moja matka - Bardzo mi miło, Bill, Charlotte, a właściwie skąd przyjechaliście? Dobrze mówicie po francusku, chociaż nie znam tego akcentu - opiera się o stolik patrząc to na mnie to na nią - Z Toronto, w Kanadzie, a czym się zajmujecie? Bo jak mi powiesz, że on jest prawnikiem to się chyba zesram z wrażenia - śmieję się - Och, nie, prowadzimy wspólnie winnicę pod Paryżem, jeśli się polubimy to może kiedyś do nas wpadniecie - kiwa lekko głową, posyłając mi perliste oczko.

Charlotte Kovalski