La Palma
: śr kwie 22, 2026 10:27 pm
William N. Patel-Noriega
— Potrzeba Ci jednak odrobiny kobiecej dłoni — parsknęła Charlotte, unosząc oba kąciki ust ku górze. Może by się w tym odnalazła? Kupowałaby mu śmieszne skarpetki, różnokolorowe z humorystycznymi tekstami, tak samo bokserki. O ile jego zdanie nigdy nie wydawało się dla niej bardzo istotne, tak teraz chciała podjąć kolejny krok, by o o niego zadbać. Pytanie brzmiało, czy chciała to zrobić dla innych kobiet, czy dla samej siebie?
Jadąc na wyjazd, pragnęła odciąć się od wszelakich spraw zostawionych w Toronto. Wtedy pojawił się on, rycerz na białym koniu. Chociaż nawet jej zdaniem daleko było do tego określenia Patelowi. Tak teraz naprawdę stał się dla niej kimś wyjątkowym. Trudno było to wytłumaczyć. Może powiedzieć, że zniszczył jej rodzinę, ale czy to miało dla niej znaczenie? Stała, jak zahipnotyzowana w jego ramionach, oddając mu gorące, głębokie pocałunki. To uniesienie było inne. Z większością mężczyzn, z którymi sypiała, nie wiązała się w ten sposób. Nie doprowadzili jej do złości, ani do płaczu. Za to on z wroga został jej najlepszym kochankiem. Nawet nie potrafiłaby stwierdzić, co było najlepsze. Wschodzące słońce oświetlające ich nagie ciała, jęki wydobywające się spod jej rozchylonych warg, kiedy ich ciała się połączyły, czy sam moment spełnienia. Euforia wydawała się być dobrym określeniem. Chciała więcej, ale w trakcie trasy do pokoju wymiotowała. W nim zresztą też. Dobrą godzinę zwracała, klęcząc przed toaletą całą zawartość żołądka. Po wszystkim umyła zęby, wtuliła się w jego ramiona i zasnęła.
— William... — mruknęła, mocniej zaciskając na jego ramionach dłonie. Dalej spała, choć jej sny były całkiem grzeczne. Oni razem we dwoje, ich ciała rozświetlone przez promienie wschodzącego słońca, po czym otworzyła oczy — co... — mówiła śpiącym, lekko trzeźwym głosem — czy my się... — tak, Lotte, ruchaliście się, odpowiedziała sama sobie w głowie — nieważne... — wymruczała, chowając mu się w zagłębieniu ramienia. Kilka sekund jeździła palcem po jeszcze rozgrzanym od poparzeń torsie — muszę Cię jeszcze posmarować, dobrze? — sama siebie popychała w jego stronę. Raz jeszcze spojrzała na jego twarz. Nie, nie mogła go pocałować, chociaż wstała. Potrzebowała dystansu, by jeszcze przez moment ochłonąć.
— Masz wodę — mruknęła, podając mu butelkę z lodówki hotelowej. Sama upiła jeszcze kilka solidnych łyków, a cisza wypełniła całe pomieszczenie. Bez dwóch zdań coś się zmieniło. Nie chciała w tym momencie zachowywać się inaczej. Groźba kolejnego chłodu wobec Patela wydawała się irracjonalna. O ile wcześniej przypominał jej chodzące piekło, to teraz nie chciała niczego innego jak powrotu do jego ramion. Nabrała raz jeszcze solidnego oddechu, wypełniającego całe jej płuca. Tyle że tu nie było łatwych odpowiedzi. Cisza trwała tak długo, aż nie postanowiła jej przerwać.
— Mogę się jeszcze przytulić? — spytała w końcu, zawieszając wzrok na jego brązowych tęczówkach. Potrzebowała pozwolenia, bo o ile czułości w stanie nietrzeźwości przychodziły jej łatwo, to teraz nie mogła zignorować własnej trzeźwości. W środku cały czas krzyczała, bo... naprawdę się z nim przespała i, o zgrozo, mimo kaca dalej pragnęła czułości. Jednak przepadła dla niego.
— Potrzeba Ci jednak odrobiny kobiecej dłoni — parsknęła Charlotte, unosząc oba kąciki ust ku górze. Może by się w tym odnalazła? Kupowałaby mu śmieszne skarpetki, różnokolorowe z humorystycznymi tekstami, tak samo bokserki. O ile jego zdanie nigdy nie wydawało się dla niej bardzo istotne, tak teraz chciała podjąć kolejny krok, by o o niego zadbać. Pytanie brzmiało, czy chciała to zrobić dla innych kobiet, czy dla samej siebie?
Jadąc na wyjazd, pragnęła odciąć się od wszelakich spraw zostawionych w Toronto. Wtedy pojawił się on, rycerz na białym koniu. Chociaż nawet jej zdaniem daleko było do tego określenia Patelowi. Tak teraz naprawdę stał się dla niej kimś wyjątkowym. Trudno było to wytłumaczyć. Może powiedzieć, że zniszczył jej rodzinę, ale czy to miało dla niej znaczenie? Stała, jak zahipnotyzowana w jego ramionach, oddając mu gorące, głębokie pocałunki. To uniesienie było inne. Z większością mężczyzn, z którymi sypiała, nie wiązała się w ten sposób. Nie doprowadzili jej do złości, ani do płaczu. Za to on z wroga został jej najlepszym kochankiem. Nawet nie potrafiłaby stwierdzić, co było najlepsze. Wschodzące słońce oświetlające ich nagie ciała, jęki wydobywające się spod jej rozchylonych warg, kiedy ich ciała się połączyły, czy sam moment spełnienia. Euforia wydawała się być dobrym określeniem. Chciała więcej, ale w trakcie trasy do pokoju wymiotowała. W nim zresztą też. Dobrą godzinę zwracała, klęcząc przed toaletą całą zawartość żołądka. Po wszystkim umyła zęby, wtuliła się w jego ramiona i zasnęła.
— William... — mruknęła, mocniej zaciskając na jego ramionach dłonie. Dalej spała, choć jej sny były całkiem grzeczne. Oni razem we dwoje, ich ciała rozświetlone przez promienie wschodzącego słońca, po czym otworzyła oczy — co... — mówiła śpiącym, lekko trzeźwym głosem — czy my się... — tak, Lotte, ruchaliście się, odpowiedziała sama sobie w głowie — nieważne... — wymruczała, chowając mu się w zagłębieniu ramienia. Kilka sekund jeździła palcem po jeszcze rozgrzanym od poparzeń torsie — muszę Cię jeszcze posmarować, dobrze? — sama siebie popychała w jego stronę. Raz jeszcze spojrzała na jego twarz. Nie, nie mogła go pocałować, chociaż wstała. Potrzebowała dystansu, by jeszcze przez moment ochłonąć.
— Masz wodę — mruknęła, podając mu butelkę z lodówki hotelowej. Sama upiła jeszcze kilka solidnych łyków, a cisza wypełniła całe pomieszczenie. Bez dwóch zdań coś się zmieniło. Nie chciała w tym momencie zachowywać się inaczej. Groźba kolejnego chłodu wobec Patela wydawała się irracjonalna. O ile wcześniej przypominał jej chodzące piekło, to teraz nie chciała niczego innego jak powrotu do jego ramion. Nabrała raz jeszcze solidnego oddechu, wypełniającego całe jej płuca. Tyle że tu nie było łatwych odpowiedzi. Cisza trwała tak długo, aż nie postanowiła jej przerwać.
— Mogę się jeszcze przytulić? — spytała w końcu, zawieszając wzrok na jego brązowych tęczówkach. Potrzebowała pozwolenia, bo o ile czułości w stanie nietrzeźwości przychodziły jej łatwo, to teraz nie mogła zignorować własnej trzeźwości. W środku cały czas krzyczała, bo... naprawdę się z nim przespała i, o zgrozo, mimo kaca dalej pragnęła czułości. Jednak przepadła dla niego.