La Palma
: ndz kwie 26, 2026 2:53 pm
William N. Patel-Noriega
To chyba wrodzony instynkt.
Zazdrość w czystym wydaniu. Aż żyłka wyskoczyła jej, widząc tę dłoń. Mogła przypominać Anabelle, ale nią nie była. Lotte widziała lubieżne spojrzenia tej dwójki i fakt, że przypominali Państwo Patel, nie miał dla niej żadnego znaczenia. Uaktywniła się w niej zazdrośnica, która nie miała zamiaru oddać łatwo za wygraną. Wtuliła się bardziej we Williama i uśmiechnęła przepięknie do zdjęcia, ale zaraz mierzyła dwójkę wzrokiem. Zastanawiała się, czy to miało sens? Może za dużo wypiła, a wyobraźnia za bardzo działała.
— Nie mamy nic przeciwko — powtórzyła za Billym, ale miała. Mu przeszkadzało oglądanie waleni z Cassianem, a jej, o zgrozo, z klonami jego rodziców — oh, byłam tam jest cudownie, ale trochę za dużo śmieci jak na stolicę — nie spodobało się to parce. Za to Lotte uśmiechała się szeroko. Ze wszystkich rzeczy, za które mogła podziękować ojcu wyjazdy za granicę grały największą rolę. Uwielbiała zwiedzać, poznawać nowe miejsca, a Paryż bardziej przypominał jej wysypisko śmieci, na którym nie da się żyć. Sekwana śmierdziała, a widok tego co się w niej znajdywało, wrył się w pamięć Kovalski. Jebany sedes wyłowiony z rzeki. To było za dużo jak na trzynastolatkę. Zniszczyło to bańkę miasta miłości.
— Za nietuzinkowe spotkania — stuknęła się z nimi kieliszkami i upiła małego łyka. Już była wstawiona. Nie potrzebowała kolejnego fikołka myślowego — nam też bardzo miło — Kovalski niekoniecznie. Zwłaszcza gdy francuski Franklin posyła jej oczko. Alkohol z hotelu chciał jej wrócić, ale zasady dobrego wychowania miała za bardzo wryte, by wprost spytać ich o zamiary.
— Winnicę? Cudownie, my jesteśmy razem prawnikami — bardzo zasadniczymi, znaczącymi teren prawnikami — i jesteśmy wrogami w Toronto, ale tutaj bardziej przypominamy kochanków — stwierdziła Lotte, pochylając się w stronę Patela, by zaczepić go nosem o policzek — nikomu nie oddałabym Billy'ego — gdyby nie piekielne oparcia krzeseł, pewnie by na niego weszła. Byle każdy zrozumiał wszem i wobec, że nie miała zamiaru go nikomu oddawać. Przynajmniej w trakcie wyjazdu. Cholera, czy to właśnie było zakochanie? Przegryzła dolną wargę, odsuwając się na moment, a myślami była daleko poza łódką.
— Oh, nikomu? — zagadnęła francuska Belle — wyglądacie na bardzo otwartych, prawda Frank? — a on jedynie skinął głową — co odwiedziliście, jak dotąd na La Palma? I jak długo tu zostajecie? — pewnie Charlotte by zareagowała, ale wpatrywała się w bezkres oceanu, poszukując w nim odpowiedzi — potrzebujemy z Franklinem kompanów do towarzystwa — uśmiechnęła się zadziornie, a jej dłoń wylądowała na kolanie Williama, zaczynając powoli ja gładzić — a wy wyglądacie na bardzo otwartych na różne doświadczenia — drążyła tunel, patrząc na Patela. Wyczuła chyba słabsze ogniwo — wieczór spędzamy w namiocie i chcemy zabrać tam coś, żeby poczuć szczęście — tak, chodziło jej o mdma. Większa empatia, większa euforia, jeszcze większe pożądanie — poczuć się bardziej otwarci na innych — uniosła sugestywnie brwi ku górze — będzie tam jeszcze jedna zaprzyjaźniona para. Może wpadlibyście do nas po rejsie? — Franklin kiwnął głową, a oczy kobiety się błyszczały, czekając na odpowiedź Williama.
To chyba wrodzony instynkt.
Zazdrość w czystym wydaniu. Aż żyłka wyskoczyła jej, widząc tę dłoń. Mogła przypominać Anabelle, ale nią nie była. Lotte widziała lubieżne spojrzenia tej dwójki i fakt, że przypominali Państwo Patel, nie miał dla niej żadnego znaczenia. Uaktywniła się w niej zazdrośnica, która nie miała zamiaru oddać łatwo za wygraną. Wtuliła się bardziej we Williama i uśmiechnęła przepięknie do zdjęcia, ale zaraz mierzyła dwójkę wzrokiem. Zastanawiała się, czy to miało sens? Może za dużo wypiła, a wyobraźnia za bardzo działała.
— Nie mamy nic przeciwko — powtórzyła za Billym, ale miała. Mu przeszkadzało oglądanie waleni z Cassianem, a jej, o zgrozo, z klonami jego rodziców — oh, byłam tam jest cudownie, ale trochę za dużo śmieci jak na stolicę — nie spodobało się to parce. Za to Lotte uśmiechała się szeroko. Ze wszystkich rzeczy, za które mogła podziękować ojcu wyjazdy za granicę grały największą rolę. Uwielbiała zwiedzać, poznawać nowe miejsca, a Paryż bardziej przypominał jej wysypisko śmieci, na którym nie da się żyć. Sekwana śmierdziała, a widok tego co się w niej znajdywało, wrył się w pamięć Kovalski. Jebany sedes wyłowiony z rzeki. To było za dużo jak na trzynastolatkę. Zniszczyło to bańkę miasta miłości.
— Za nietuzinkowe spotkania — stuknęła się z nimi kieliszkami i upiła małego łyka. Już była wstawiona. Nie potrzebowała kolejnego fikołka myślowego — nam też bardzo miło — Kovalski niekoniecznie. Zwłaszcza gdy francuski Franklin posyła jej oczko. Alkohol z hotelu chciał jej wrócić, ale zasady dobrego wychowania miała za bardzo wryte, by wprost spytać ich o zamiary.
— Winnicę? Cudownie, my jesteśmy razem prawnikami — bardzo zasadniczymi, znaczącymi teren prawnikami — i jesteśmy wrogami w Toronto, ale tutaj bardziej przypominamy kochanków — stwierdziła Lotte, pochylając się w stronę Patela, by zaczepić go nosem o policzek — nikomu nie oddałabym Billy'ego — gdyby nie piekielne oparcia krzeseł, pewnie by na niego weszła. Byle każdy zrozumiał wszem i wobec, że nie miała zamiaru go nikomu oddawać. Przynajmniej w trakcie wyjazdu. Cholera, czy to właśnie było zakochanie? Przegryzła dolną wargę, odsuwając się na moment, a myślami była daleko poza łódką.
— Oh, nikomu? — zagadnęła francuska Belle — wyglądacie na bardzo otwartych, prawda Frank? — a on jedynie skinął głową — co odwiedziliście, jak dotąd na La Palma? I jak długo tu zostajecie? — pewnie Charlotte by zareagowała, ale wpatrywała się w bezkres oceanu, poszukując w nim odpowiedzi — potrzebujemy z Franklinem kompanów do towarzystwa — uśmiechnęła się zadziornie, a jej dłoń wylądowała na kolanie Williama, zaczynając powoli ja gładzić — a wy wyglądacie na bardzo otwartych na różne doświadczenia — drążyła tunel, patrząc na Patela. Wyczuła chyba słabsze ogniwo — wieczór spędzamy w namiocie i chcemy zabrać tam coś, żeby poczuć szczęście — tak, chodziło jej o mdma. Większa empatia, większa euforia, jeszcze większe pożądanie — poczuć się bardziej otwarci na innych — uniosła sugestywnie brwi ku górze — będzie tam jeszcze jedna zaprzyjaźniona para. Może wpadlibyście do nas po rejsie? — Franklin kiwnął głową, a oczy kobiety się błyszczały, czekając na odpowiedź Williama.