Strona 17 z 17

La Palma

: czw maja 07, 2026 2:39 pm
autor: Charlotte Kovalski
Maybe it's the way you say my name
Maybe it's the way you play your game


Czasami zastanawiała się, dlaczego ze wszystkich osób na świecie musiała spotkać akurat jego. Życie bez Williama Patela wydawałoby się spokojne. Charlotte miałaby spokojniejsze wieczory z upragnioną ciszą, rozwód rodziców przeżyłaby dużo prościej i nie liczyłaby na to, że mężczyzna, który wprost neguje związki, będzie nią zainteresowany. Wystarczyło spojrzeć na nią, a oczy się jej błyszczały. Jedno zerknięcie wzrokiem. Tyle potrzebowała, by na jej twarzy pojawił się uśmiech.
Uderzenie Billy'ego sprawiło, że zaczęły do niej docierać racjonalne argumenty. Tylko że pomieszane z uczuciami nie miały żadnego znaczenia. Nabrała głębokiego oddechu do płuc, próbując się uspokoić. Tyle że całe jej ciało drżało, a z oczu spływały kolejne łzy. Uspokojenie się nie wchodziło w rachubę, kiedy jedna myśl za drugą pojawiała się. Po co go uderzył? Dlaczego tak bardzo się zdenerwował? Przecież wybrała właśnie jego. Nikogo innego. Ich relacja nie dało się ująć w żaden racjonalny schemat. Pytanie, które sobie zadawało było jedno. Co bardziej ją bolało? Jej relacja z Williamem, czy uderzenie?
Nie znała odpowiedzi.
Wystarczył jego głos, by każdy mięsień spiął się. Irracjonalna sytuacja. Kolejna. Ile już ich było? Za każdym razem przy czymś dobrym c o ś musiało się spierdolić. Powoli zdawała sobie z tego sprawę, albo ciało robiło to za nią, gdy zalała się coraz mocniej łzami.
William — zaczęła, odwracając głowę. Szmatka z lodem. Oh, czy naprawdę chciał o nią zadbać? Przez głowę przechodziły jej myśli, by unieść głos, uderzyć go, ale zamiast wydało się spod jej ust krótkie — dlaczego? — dlaczego się biłeś? Dlaczego uderzyłeś też mnie? Dlaczego nie mogłeś się uspokoić? Wiele było tych dlaczego, ale chyba jej roztrzęsiony głos wybrał najgorszą z możliwych opcji — dlaczego to zawsze ty musisz mnie ranić? — bała się odpowiedzi na to pytanie. Szybko odwróciła głowę w kierunku wody, byle nie musieć wpatrywać się w jego ciemne tęczówki. Przypominały jej powód, dla którego nie powinna się do niego zbliżać.
Daj — wyciągnęła rękę, nawet na niego nie patrząc. Lód uśmierzyłby ból, sprawiłby, że limo byłoby mniejsze, ale... czy naprawdę chciała spędzać z nim czas? Przynosił jej wcześniej, czy później kolejne nieszczęścia — to wieloryb... — pierwszy raz, widząc w oddali ogon walenia, mogła wziąć głębszy oddech. Po to się tu znaleźli. Nie by kłócić się z sobowtórami państwa Patel o swingerską imprezkę, czy z Cassianem, tylko by razem obejrzeć coś majestatycznego.
Chodź — mruknęła pod nosem, czekając, aż się do niej przysiądzie. Dopiero gdy usiadł obok niej, wtuliła się w niego kurczowo, kładąc mu głowę na ramieniu. Walenia cały czas dało się zobaczyć wśród fal — boli mnie to... — limo, ich relacja i wszystko, co działo się dookoła. Tyle że z nimi było, jak w tekście pewnej piosenki: Trudno tak. Razem być nam ze sobą. Bez siebie nie jest lżej.

But it's so good, I've never known anybody like you
But it's so good, I've never dreamed of nobody like you


:william:

La Palma

: pt maja 08, 2026 4:21 pm
autor: William N. Patel-Noriega
Zawsze mam dużo do powiedzenia, ale w tym momencie tylko głośno wzdycham, bo nie znam odpowiedzi na to pytanie. To znaczy - w pierwszej chwili przechodzi mi nawet przez myśl, by udawać, że to nie była moja ręka, ale czy był sens? Raczej nie - Nie wiem, Lotta - kręcę lekko głową. Może tak musiało być? Nie za łatwo i wiecznie z jakimiś komplikacjami, a może... Może tak naprawdę powinniśmy dać sobie spokój i rzeczywiście się do siebie nie zbliżać? Może nie było jeszcze za późno na wyprowadzkę do Ottawy? Tylko czy mogłem mieć pewność, że w stolicy nie okaże się, że i ona postanowiła się tam wynieść? Na La Palmę też przecież uciekałem przed Kovalski, a co się stało? To, że właśnie siedzimy razem na statku i szukamy wielorybów. Podaję jej mokrą już szmatę, bo lód w tej temperaturze topi się w mgnieniu oka i opieram ciężko o barierkę, wsuwam dłonie w kieszenie i wbijam spojrzenie w Charlotte, ale jak wskazuje wieloryba, to momentalnie odwracam się w tamtą stronę, a palce zaciskam na chłodnej, metalowej rurce - O wow - tyle tylko wypada z moich ust. Siadam obok Kovalski, pozwalając jej się w siebie wtulić. Patrzę prosto przed siebie, na spokojną taflę oceanu, gdzie co rusz wyłania się kawałek walenia - No, wygląda fatalnie, spróbuj przyłożyć, może przynajmniej opuchlizna zejdzie - bo teraz jak patrzyła w moją stronę to wyglądała jakby zaraz miała uciec na dzwonnicę Notre Damme. Chwytam ją za dłoń, w której dzierży szmatę z lodem i unoszę ją lekko do jej twarzy, do miejsca, które zdążyło już nabrać takich kolorów, że wyglądało jak malarska paleta - siny, fioletowy, żółto-koperkowy, trochę czerwonego i tysiąc odcieni niebieskości - Przepraszam, w chuj, to nie miało tak wyglądać - głośno wypuszczam z płuc powietrze - Właściwie to nie wiem jak to miało wyglądać, ale na pewno nie tak - wzruszam nieznacznie ramionami. Na pewno nie leżało w mojej intencji podbicie jej oka, chciałem tylko wpierdolić tamtemu patałachowi, a bardzo szybko się okazało, że to był błąd. W zasadzie mogłem się tego spodziewać, bo bezsensowna przemoc nigdy nie była rozwiązaniem i ten moment dzisiaj wcale nie był wyjątkiem. Przenoszę spojrzenie na wodę i wtedy to widzę - wieloryb, który do tej pory machał do nas tylko płetwą wyskakuje ponad taflę oceanu, prezentując w całej swojej majestatycznej okazałości, a głośny, nagły plusk sprawia, że się aż statek trzęsie na falach. Ja w nagłym zrywie ekscytacji wstaję z miejsca i zbliżam się do metalowych barierek by znowu zacisnąć na nich palce i wychylić się do przodu - Czy ty to widziałaś?! - durne pytanie w sumie, na pewno widziała, musiałaby byc ślepa, żeby nie zauważyć. Jeszcze przez chwilę patrzę w tamtą stronę, jakby w oczekiwaniu na kolejny skok, tylko kolejnego nie ma, więc wracam na miejsce obok Lotty - Ale to było... No to było coś - coś wspaniałego i coś co być może już nigdy mi się nie przytrafi.

Charlotte Kovalski

La Palma

: pt maja 08, 2026 5:17 pm
autor: Charlotte Kovalski
Nie wiem, Lotta. Ona też nie znała odpowiedzi. Widziała wspólne przyciąganie. Byli niczym dwa przeciwne bieguny magnesu, yin-yang, czarny i biały, albo ogień i deszcz. Trudno było zapanować nad ich wspólną energią. Zawsze musiało dziać się coś nie tak. Widziała to na własnych oczach, a teraz czuła też na własnym policzku.
Dla niej wieloryb wcale nie okazał się istotnym punktem. Wyglądał pięknie, majestatycznie, przypominał cud świata, ale poza tym? Oko ją bolało, naczynka pulsowały, a głowa zaczynała boleć ją coraz bardziej. Jedyne o czym była w stanie myśleć, to schowanie się w ciepłych ramionach Patela.
Przecież przykładam mocno... — mruknęła, czując roztapiający się lód pod szmatką. Woda powoli mieszała się z łzami na jej twarzy, a oddech powoli zaczynał się równać. Zapach jej własnych kosmetyków na ciele Williama był dla niej kojący, relaksujący. Powoli układała sobie wszystko w głowie. To był po prostu p r z y p a d e k. Nie uderzyłby jej. Doskonale pamiętała aferę, kiedy to ona podniosła na niego rękę. Raz jeszcze wciągnęła powoli powietrze do własnych płuc. Musiała się uspokoić, ale jego kolejne słowa wybiły ją.
A jak to miało wyglądać? — bezsensowny akt przemocy? A może... co właściwie mogłoby za tym stać? Urażona męska duma? Przecież wierność nie miała dla niego żadnego znaczenia, podobnie jak związki. Dlaczego słowa o niej miałyby doprowadzić... do tego? — dlaczego go pobiłeś? — spytała, unosząc finalnie na niego wzrok. Cicho, ze swego rodzaju pokorą, a wtedy wyłonił się wieloryb. Otworzyła delikatnie usta, nie spodziewając się tego, co właśnie działo się przed jej oczyma.
Widziałam. — piękny, ale dalej ją bolało, a na zadane przez nią pytanie nie dostała żadnej odpowiedzi — tak, był piękny — schowała głowę między kolana. Czego właściwie oczekiwała? Zrozumienia, uwagi, troski. Tylko tyle jej było trzeba. Typ oglądał wieloryba, a ona trzymała roztapiającą się szmatę z lodem. Czy na to właśnie zasługiwała?
Co się stanie, jak wrócimy do Toronto? — spytała cicho, wręcz ledwo słyszalnie. Bała się odpowiedzi z jego ust. To co dzieje się na La Palma, zostaje na La Palma, prawda? Tyle że Lotte już nie wiedziała, czy tego właśnie chciała.

:william:

La Palma

: sob maja 09, 2026 9:40 am
autor: William N. Patel-Noriega
Pytanie o to dlaczego zlałem tamtego typa było w zasadzie bardzo trafne, sam sobie je zadawałem, bo nie mogłem pojąć skąd we mnie tyle gniewu. Na codzień byłem przecież pacyfistą, ciężko było mnie sprowokować (chociaż Charlotte Kovalski osiągnęła w tej dziedzinie stopień mistrzowski) i doprowadzić na skraj, tak jak teraz. Na szczęście na ratunek przychodzi mi wieloryb i nie muszę odpowiadać na to pytanie. Znowu musiałbym powiedzieć, że nie wiem, a to nie brzmiało jak odpowiedź, która mogłaby być dla kogokolwiek satysfakcjonująca. Poza tym naprawdę ostatnią rzeczą której teraz chcę są poważne rozmowy na poważne tematy. Tylko jej kolejne słowa właściwie wydają się jeszcze trudniejsze. W pierwszej chwili drapię się po głowie, w drugiej ponownie przenoszę wzrok na Charlotte, a w trzeciej wzdycham ciężko. W zasadzie mija dłuższa chwila zanim zdecyduję się odezwać - To zależy - zaczynam powoli - Może być tak jak teraz - bardzo ostrożnie wyrzucam z siebie kolejne słowa - To znaczy może nie do końca w tym momencie, bo teraz jest trochę do dupy, ale tak jak na wyspie, wiesz o co mi chodzi - zerkam na nią kątem oka - Ale jest też taka opcja, że wszystko wróci na swoje stare tory, wrócimy do swoich przyzwyczajeń i do pracy, znowu kortyzol wyjebie poza skalę i trzeba się będzie na kimś wyżyć, a przecież najłatwiej na tym, kto dzieli z tobą klatkę. Znowu zacznie ci przeszkadzać, że za głośno słucham muzyki, albo że drę mordę po dwudziestej drugiej, a mnie, że na klatce jest pełno piachu i sierści - albo, że w moim mieszkaniu jest ruch jak w ulu, a większość odwiedzających to kobiety. Albo w drugą stronę, że sobie sprasza jakiś alvaro z tindera. Tylko o tym już nie mówię głośno, bo nie chcę zahaczać o kolejny grząski temat - Jest też trzecia opcja, mój samolot rozbija się w oceanie i nigdy nie wracam do Toronto. Mała szansa, ale wciąż. O, albo może wróciłbym po latach, jak w tym filmie z Tomem Hanksem, Cast Away? Szansa jeszcze mniejsza, ale chuj wie, jak cię tutaj zobaczyłem to też w pierwszej chwili pomyślałem, że to przecież niemożliwe - a jednak. Stało się i potoczyło w sposób, którego chyba nikt by nie przewidział - A czego ty chcesz? - byle nie tego, żeby mój samolot zaginął w oceanie, bo by mi się naprawdę zrobiło smutno. Wbijam w nią intensywne spojrzenie.

Charlotte Kovalski

La Palma

: sob maja 09, 2026 11:21 am
autor: Charlotte Kovalski
To zależy. Brzmiało niczym stwierdzenie profesora w trakcie wykładów. Dla Lotte istniały konkretne zasady. Zwykle były od nich wyjątki. Gady zwierzęta jajorodne, a jednak istniały przypadki jajożyworodnych. Najczęściej Lotte nienawidziła Williama, ale tu na wyspie wyglądało to totalnie inaczej i całkiem szczerze odpowiadało jej to. Kłócili się ze sobą na każdy, możliwy, irracjonalny sposób, by później znaleźć jakąś drogę do siebie. Nawet gdy płakała, opiekował się nią. To przed czym tak bardzo się cały czas wzbraniała, zaczęło się łamać. Zasada była jedna. Nie zakochaj się Charlotte, a jednak teraz w obliczu płynących waleni widziała, jak bardzo się myliła.
Od czego? — o ile jego słowa przyniosły jej jakikolwiek spokój, też bardzo szybko pojawiły się wątpliwości. Głośne słuchanie muzyki, piasek, segregacja śmieci... Wiele spraw ich różniło, choć na samą myśl Williamowych imprez aż się wzdrygnęła. Wizja widzenia go z innymi, teraz doprowadzała ją do szału — czyli wracamy do stanu wojny, William? — dopytała, patrząc w jego ciemne tęczówki. Zawsze ją hipnotyzowały. Nie potrafiła określić co takiego w nich widziała. Uniosła delikatnie dłoń, by włożyć mu niesforny kosmyk włosów za ucho i delikatnie uniosła oba kąciki ust. Irracjonalnie brzmiał fakt, że zwykła sąsiedzka wojna z nim sprawiała jej całkiem sporo przyjemności.
Błagam, nie siej teorii spiskowych — mruknęła, sięgając po niego dłonią, by raz jeszcze się przytulić — odbiją mi się one bokiem — kiedy ona będzie odsypiała podróż z kanaryjskich wysp, pojawią się w jej głowie koszmary. Roztrzaskany samolot z Williamem na pokładzie. Wszystko się mogło zadziać. Nigdy nie obstawiałaby, że dostałaby prosto z łokcia od niego.
Postawił gorsze pytanie. Czego chciała Lotte? Wielu rzeczy, które obawiałaby się wypowiedzieć głośno. Wierności? Zgody? Albo zwyczajnego funkcjonowania? Może braku kobiet pod jego drzwiami. Na samą myśl się wzdrygnęła. Cokolwiek by powiedziała, wyjazd dobiegał końca, a widmo wojny zaczynało pojawiać się nad nimi coraz wyraźniej.
Ja... — odchrząknęła — nie wiem — szczerość z jej ust zostałaby wypowiedziana pod jednym warunkiem. Nie byłaby pierwszą. Charlotte miała wrażenie, jakby ktoś właśnie mydlił jej oczy, na każdy możliwy sposób.
Teraz to chyba oglądać z Tobą walenie — i to by jej wystarczyło. By w końcu byli sami, by ramię w ramię oglądali te przecudowne istoty.

:william: