La Palma
: czw maja 07, 2026 2:39 pm
Maybe it's the way you say my name
Maybe it's the way you play your game
Czasami zastanawiała się, dlaczego ze wszystkich osób na świecie musiała spotkać akurat jego. Życie bez Williama Patela wydawałoby się spokojne. Charlotte miałaby spokojniejsze wieczory z upragnioną ciszą, rozwód rodziców przeżyłaby dużo prościej i nie liczyłaby na to, że mężczyzna, który wprost neguje związki, będzie nią zainteresowany. Wystarczyło spojrzeć na nią, a oczy się jej błyszczały. Jedno zerknięcie wzrokiem. Tyle potrzebowała, by na jej twarzy pojawił się uśmiech.
Uderzenie Billy'ego sprawiło, że zaczęły do niej docierać racjonalne argumenty. Tylko że pomieszane z uczuciami nie miały żadnego znaczenia. Nabrała głębokiego oddechu do płuc, próbując się uspokoić. Tyle że całe jej ciało drżało, a z oczu spływały kolejne łzy. Uspokojenie się nie wchodziło w rachubę, kiedy jedna myśl za drugą pojawiała się. Po co go uderzył? Dlaczego tak bardzo się zdenerwował? Przecież wybrała właśnie jego. Nikogo innego. Ich relacja nie dało się ująć w żaden racjonalny schemat. Pytanie, które sobie zadawało było jedno. Co bardziej ją bolało? Jej relacja z Williamem, czy uderzenie?
Nie znała odpowiedzi.
Wystarczył jego głos, by każdy mięsień spiął się. Irracjonalna sytuacja. Kolejna. Ile już ich było? Za każdym razem przy czymś dobrym c o ś musiało się spierdolić. Powoli zdawała sobie z tego sprawę, albo ciało robiło to za nią, gdy zalała się coraz mocniej łzami.
— William — zaczęła, odwracając głowę. Szmatka z lodem. Oh, czy naprawdę chciał o nią zadbać? Przez głowę przechodziły jej myśli, by unieść głos, uderzyć go, ale zamiast wydało się spod jej ust krótkie — dlaczego? — dlaczego się biłeś? Dlaczego uderzyłeś też mnie? Dlaczego nie mogłeś się uspokoić? Wiele było tych dlaczego, ale chyba jej roztrzęsiony głos wybrał najgorszą z możliwych opcji — dlaczego to zawsze ty musisz mnie ranić? — bała się odpowiedzi na to pytanie. Szybko odwróciła głowę w kierunku wody, byle nie musieć wpatrywać się w jego ciemne tęczówki. Przypominały jej powód, dla którego nie powinna się do niego zbliżać.
— Daj — wyciągnęła rękę, nawet na niego nie patrząc. Lód uśmierzyłby ból, sprawiłby, że limo byłoby mniejsze, ale... czy naprawdę chciała spędzać z nim czas? Przynosił jej wcześniej, czy później kolejne nieszczęścia — to wieloryb... — pierwszy raz, widząc w oddali ogon walenia, mogła wziąć głębszy oddech. Po to się tu znaleźli. Nie by kłócić się z sobowtórami państwa Patel o swingerską imprezkę, czy z Cassianem, tylko by razem obejrzeć coś majestatycznego.
— Chodź — mruknęła pod nosem, czekając, aż się do niej przysiądzie. Dopiero gdy usiadł obok niej, wtuliła się w niego kurczowo, kładąc mu głowę na ramieniu. Walenia cały czas dało się zobaczyć wśród fal — boli mnie to... — limo, ich relacja i wszystko, co działo się dookoła. Tyle że z nimi było, jak w tekście pewnej piosenki: Trudno tak. Razem być nam ze sobą. Bez siebie nie jest lżej.
But it's so good, I've never known anybody like you
But it's so good, I've never dreamed of nobody like you

Maybe it's the way you play your game
Czasami zastanawiała się, dlaczego ze wszystkich osób na świecie musiała spotkać akurat jego. Życie bez Williama Patela wydawałoby się spokojne. Charlotte miałaby spokojniejsze wieczory z upragnioną ciszą, rozwód rodziców przeżyłaby dużo prościej i nie liczyłaby na to, że mężczyzna, który wprost neguje związki, będzie nią zainteresowany. Wystarczyło spojrzeć na nią, a oczy się jej błyszczały. Jedno zerknięcie wzrokiem. Tyle potrzebowała, by na jej twarzy pojawił się uśmiech.
Uderzenie Billy'ego sprawiło, że zaczęły do niej docierać racjonalne argumenty. Tylko że pomieszane z uczuciami nie miały żadnego znaczenia. Nabrała głębokiego oddechu do płuc, próbując się uspokoić. Tyle że całe jej ciało drżało, a z oczu spływały kolejne łzy. Uspokojenie się nie wchodziło w rachubę, kiedy jedna myśl za drugą pojawiała się. Po co go uderzył? Dlaczego tak bardzo się zdenerwował? Przecież wybrała właśnie jego. Nikogo innego. Ich relacja nie dało się ująć w żaden racjonalny schemat. Pytanie, które sobie zadawało było jedno. Co bardziej ją bolało? Jej relacja z Williamem, czy uderzenie?
Nie znała odpowiedzi.
Wystarczył jego głos, by każdy mięsień spiął się. Irracjonalna sytuacja. Kolejna. Ile już ich było? Za każdym razem przy czymś dobrym c o ś musiało się spierdolić. Powoli zdawała sobie z tego sprawę, albo ciało robiło to za nią, gdy zalała się coraz mocniej łzami.
— William — zaczęła, odwracając głowę. Szmatka z lodem. Oh, czy naprawdę chciał o nią zadbać? Przez głowę przechodziły jej myśli, by unieść głos, uderzyć go, ale zamiast wydało się spod jej ust krótkie — dlaczego? — dlaczego się biłeś? Dlaczego uderzyłeś też mnie? Dlaczego nie mogłeś się uspokoić? Wiele było tych dlaczego, ale chyba jej roztrzęsiony głos wybrał najgorszą z możliwych opcji — dlaczego to zawsze ty musisz mnie ranić? — bała się odpowiedzi na to pytanie. Szybko odwróciła głowę w kierunku wody, byle nie musieć wpatrywać się w jego ciemne tęczówki. Przypominały jej powód, dla którego nie powinna się do niego zbliżać.
— Daj — wyciągnęła rękę, nawet na niego nie patrząc. Lód uśmierzyłby ból, sprawiłby, że limo byłoby mniejsze, ale... czy naprawdę chciała spędzać z nim czas? Przynosił jej wcześniej, czy później kolejne nieszczęścia — to wieloryb... — pierwszy raz, widząc w oddali ogon walenia, mogła wziąć głębszy oddech. Po to się tu znaleźli. Nie by kłócić się z sobowtórami państwa Patel o swingerską imprezkę, czy z Cassianem, tylko by razem obejrzeć coś majestatycznego.
— Chodź — mruknęła pod nosem, czekając, aż się do niej przysiądzie. Dopiero gdy usiadł obok niej, wtuliła się w niego kurczowo, kładąc mu głowę na ramieniu. Walenia cały czas dało się zobaczyć wśród fal — boli mnie to... — limo, ich relacja i wszystko, co działo się dookoła. Tyle że z nimi było, jak w tekście pewnej piosenki: Trudno tak. Razem być nam ze sobą. Bez siebie nie jest lżej.
But it's so good, I've never known anybody like you
But it's so good, I've never dreamed of nobody like you