Nawet przed samym sobą trudno byłoby mu przyznać, że wczorajszy wieczór, wspólna noc i bardzo przyjemny poranek z Tristanem znaczyły dla niego więcej, niż powinny. Powtarzał sobie, że to głównie dlatego, że układ był prosty - sypiali ze sobą tak często, jak mieli ochotę i trzymali to w tajemnicy przed wszystkimi, bo wtedy wizerunek publiczny Tristana nie pogarszał się i ich rodziny nie miały prawa się dowiedzieć, co leżało w interesie ich obu. Żadna ze stron nie byłaby zadowolona (mało powiedziane) gdyby dowiedziała się, że syn jednych puszcza się z synem drugich. Rozpętałoby się piekło, a Bowie nie chciał rezygnować z wygodnego, prostego życia.
Pojawienie się Aarona komplikowało wszystko.
Posiadanie przez Aarona kluczy do domu Tristana komplikowało jeszcze więcej, bo Bowie poczuł wściekłość i zazdrość, a to coś, co absolutnie nie powinno się pojawić, przez co był wkurwiony podwójnie, a może nawet potrójnie. Poza tym generalnie nie lubił Aarona, bo cały świat oglądał jego pikantne sceny z Tristanem z filmu i wszyscy ich shipowali. A teraz miał te pieprzone klucze. Nie chciał, żeby go to obchodziło, ale nie potrafił przestać o tym myśleć. W dodatku nagle przypomniał sobie wszystkie sytuacje z Tristanem, które wykraczały poza “tylko seks”, włącznie z tym, że ten zaczął uparcie mówić do niego po imienia, chociaż wołanie do siebie po nazwisku było czymś w rodzaju niepisanej umowy.
Spojrzał na rozlaną wodę z lekkim rozkojarzenie widocznym na twarzy, ale szybko odwrócił wzrok, skupiając uwagę na Aaronie. Zignorował odpowiedź na jego pytanie, chociaż wnętrzności nieprzyjemnie zapłonęły na wzmiankę o kluczu. Miał ochotę kopnąć Moonstone’a w ten jego głupi ryj, rzucić własnymi kluczami pod nogi Tristana i po prostu jak najszybciej się stąd ulotnić. To by nie było jednak w jego stylu (w sumie trochę tak) i chciał zachować się w miarę na luzie. Dobrze, że był trzeźwy, bo inaczej nie byłoby na to szans.
—
Kręci cię podsłuchiwanie? Trzeba się było tak nie czaić i dołączyć. Tristan pewnie nie miałby nic przeciwko, prawda? — zapytał, chociaż wiedział, że będzie tych słów później żałował. Nawet na Blackwella nie spojrzał. W innym wypadku mogłyby zdradzić go emocje. Przez krótka chwilę stał z rękami założonymi na klatce piersiowej, ale zaraz zsunął koszulkę Tristana z ramienia i założył ją przez głowę, a potem podszedł do lodówki i otworzył ją. Lodów nie było, bo całe wyjadł, a na bułki nie miał co liczyć w tym domu. Westchnął i zamknął drzwiczki, dochodząc do wniosku, że skoczy do maka.
—
Będę lecieć — oznajmił, niezależnie od tego kto co jeszcze powiedział. Przynajmniej zachowa się tak, jakby to wszystko nic nie znaczyło (bo nie znaczyło, prawda?). Zwrócił się przodem w stronę holu, odnajdując spojrzeniem buty i wiszącą nad nimi kurtkę. Nie miał zamiaru wracać po swoje ciuchy ani szukać w pośpiechu skarpetek. Po prostu pojedzie prosto na chatę, zamówi jakies żarcie i zdrzemnie się, żeby jakoś doprowadzić się do porządku przed wyścigiem. Nagle postawił butelkę z wodą na blacie, czemu towarzyszył trzask plastiku. Wydawało się, że chciał przy tym spojrzeć na Tristana, czego jednak nie zrobił. Teraz był wściekły, ale pod spodem krył się też żal, wstyd i poczucie winy. Zsunął dłoń z butelki i nadal milcząc wsunął na stopy obuwie, założył kurtkę, którą zapiął pod samą szyję, owinął się szalikiem i po prostu wyszedł, jak najszybciej, po czym wsiadł do swojego auta i dopiero wtedy odetchnął.
Palce zbielały, kiedy zaciskał je na kierownicy, dusząc się w sobie, żeby nie rzucić wiązanką przekleństw. W końcu wyrwało mu się kilka niecenzuralnych słów, a potem pochylił się i uderzył czołem o skórzane kółko, obrażając pod nosem zarówno Aarona, jak i siebie, chociaż to, że Tristan dał temu złamasowi klucze też strasznie go uwierało. Odpalił szluga, którego złapał pewnie wargami i zaciągnął się dymem, odpalając silnik maszyny.
Wyjechał przez bramę, zrywając auto gwałtownie i od razu docisnął gaz, decydując się na szybką, średnio zgodną z przepisami jazdę przez centrum. Przemykał mniejszymi i większymi uliczkami, zaliczając po drodze postój, żeby ochłonąć i nie rozwalić się gdzieś przez nerwy. Uderzył dłońmi w kierownicę i znowu zaklął.
一
Jaka z ciebie pierdolona histeryczka 一 warknął, nagle przechodząc ze wściekłości w użalanie się nad sobą. Sięgnął po telefon i przez dłuższą chwilą patrzył na numer Tristana, przesuwając kciukiem po boku telefonu. Znowu wyrwało mu się siarczyste przekleństwo, ale zamiast napisać do Blackwella, zamówił sobie śniadanie, chociaż nawet nie był pewien czy cokolwiek tknie. Uderzył się telefonem w czoło i w końcu napisał
widzimy się wieczorem, co było żałosne w chuj. Przynajmniej był w stanie wznowić jazdę i dojechać do domu.
tristan blackwell