Strona 3 z 16

La Palma

: wt lut 24, 2026 10:39 pm
autor: Charlotte Kovalski
William N. Patel

Dziwnie było jej go tak smarować. Powinna kopnąć go w przepaść, a zamiast dbała oto, żeby jej nie stękał w nocy. Widziała zaczerwienienie na jego twarzy i choć aloes mógł to lekko złagodzić, to ona już wiedziała, że czeka ich męka pańska. Zwłaszcza że zdawała sobie sprawę z jednej bardzo ważnej, na tej wyspie co godzinę człowiek powinien się smarować, niezależnie od warunków pogodowych.
Ktoś powinien o Ciebie zadbać, wiesz? — mruknęła jeszcze przed jazdą, kręcąc na niego głową— chyba zostałam tą osobą — westchnęła cicho pod nosem. Nie, nie robiła to z troski o Williama. Zdecydowanie nie. Bardziej z troski o własne uszy, by nie słuchać jego jojczenia. Już zdążyła się nauczyć, że buzia mu się nie zamyka, nawet przez krótka chwilę. Wolała słuchać go podjaranego jakimś tematem niż zjaranego przez słońce. Prosta matematyka. Nic więcej.
To druga strona wyspy William — stwierdza, poprawiając sobie okulary — jedziemy do zielonej i wilgotnej krainy, przynajmniej tak mówili w przewodniku — a ona przeczytała je bardzo dokładnie. Łącznie ze wzmianką o najbardziej krętych drogach, gdzie nie raz będą przejeżdżali przez chmury, by później móc na nie spojrzeć z góry.
Lubię — stwierdziła bez żadnego zażenowania — zwłaszcza jak mam dobrego partnera — wzruszyła luźno ramionami. Szczerze miała nadzieję, że William zapomni o tej rozmowie, a jak nie... — pamiętaj Patel to, co usłyszysz tu, zostaje tu — zacmokała uroczo, a później już kiwała głową w rytm piosenki. Kochała górskie krajobrazy. Nie byłaby w stanie tyle wysiedzieć w hotelu. Tutaj czuła się wolna. Byłaby w stanie rozłożyć ręce i krzyczeć. Tylko że ona prowadziła. Wbrew pozorom skupiła się na jeździe.
No patrzę! — warknęła Charlotte, bo nie lubiła, gdy ktoś mówił jej, jak ma jeździć — weź, bo się posrasz w gacie — strzeliła swoimi oczyma i wcisnęła gaz do dechy. Nie przypominało to autko w niczym tego jej. Nie było tego charakterystycznego warkotu, ale dla Patela może tyle wystarczyło?
W najmniejszej kieszeni mojego plecaka masz torebkę — mruknęła finalnie, bo tylko tego by brakowało — rzygnij sobie — dodaje uroczo. Czy poszła po foliówkę specjalnie po recepcji, pamiętając jego reakcję na jej jazdę? Tak. Czy to była troska? Nie. Zdecydowanie nie. Po godzinie krzyków, lamentów Patela zaparkowali pod małą, lokalną fabryką.
Dobra, jesteśmy... — rzuciła Charlotte i już odpina pasy — daj mi chwilę, muszę pogadać z jedną osobą, bo... — zamiast jednej osoby pojawiły się dwie. Zwiedzanie, pokaz oraz degustacja wszystko tylko dla niej. Tyle że teraz nie była sama i wolała samodzielnie poinformować o tym przewodnika.
Dobra, chodź Will — rzuciła Charlotte, pokazując dłonią, by do niej dołączył. To miały być jej idealne, hiszpańskie wakacje. Tylko dla niej, za to okazuje się, że spędzi je z własnym nemesis. Najgorsze wydawało się dla niej to, że bardzo jej to odpowiadało, kiedy był obok. Nawet na nowo zaczęła się uśmiechać.
I tak czekało ich całe oprowadzanie, by zrozumieć rolę tytoniu dla rozwoju wyspy, skąd pochodzi i jak wygląda jego wyrabianie. Później czekał ich cały pokaz wykonywania cygar na różnym etapie. Wszystko od suszenia liści aż do końcowego kształtu. Ich przewodnik miał niewątpliwy humor. Całość trwała może z dwie godziny, po których zaprosili ich na skosztowanie cygar. Hiszpanie słynęli ze swojej otwartości, zwłaszcza Ci mieszkający na wyspach, a Lotte ani przez moment nie zamykała się buzia. Dobrze, że mówili łamanym angielskim, bo momentami umarłaby bez odpowiedniej dawki wiedzy.
To ja wezmę ten... a ty drugi i zobaczymy, jak smakują? — spytała Lotte dość lekkim głosem. Jakby było to oczywiste, że będą się ze sobą nawzajem dzielić i tak zwyczajnie dobrze bawić. Jakby na nowo zapanował pakt o nieagresji z obu stron.

La Palma

: śr lut 25, 2026 7:21 pm
autor: William N. Patel-Noriega
- Ale ja jestem wymagający - ostrzegam ją kiedy stwierdza, że chyba musi o mnie zadbać, żeby się potem nie zdziwiła. Lepiej od razu stawiać sprawę jasno, chociaż tak po prawdzie to trochę sobie cisnę bekę z niej, nie może być za łatwo w końcu - Zielonej i wilgotnej? - powtarzam po niej z niekrytym zdziwieniem, bo ja miałem zupełnie inny obraz wyspy, mnie się wydawało, że tu wszędzie jest gorąco i sucho, tyle, że ja właściwie nie ruszałem i nie miałem zamiaru się ruszać nigdzie dalej niż w okolice hotelu, a z balkonu rozprzestrzeniał się widok tylko na okoliczne plaże - Czytałaś przewodnik? - dziwię się. Kiedy z taką szczerością odpowiada na moje pytanie, które w sumie zadałem tylko po to żeby ją zawstydzić, to zerkam na nią znad ciemnych okularów, te już mi się zdążyły zsunąć z nosa ze względu na żel, ale nawet nie komentuję, bo chyba mnie trochę zagięła w tym momencie - A to co zrobię tu, zostaje tu? - śmieję się. Tylko, że już za moment wcale mi nie jest do śmiechu, może nie będę naprawdę rzygał, bo to był raczej czysty dramatyzm z mojej strony, ale gdzieś między głośnymi AAAAA! wydawanymi z przerażenia znalazło się też miejsce na OOO! które brzmiały raczej jak zachwyt. Cały czas trzymam się kurczowo uchwytu i czuję prawdziwa ulgę gdy wreszcie dojeżdżamy na miejsce - Jezu, w końcu - czym prędzej wysiadam z auta, żeby od razu odetchnąć głęboko, a w duchu dziękuję wszystkim bogom jakich znam, że przeżyliśmy tą trasę. Kiwam głową, że okej i kiedy jej nie ma to smażę lufę z haszu, tak dla rozluźnienia, myślę, że po tym całym stresie mi się należało i chyba nie może mieć mi tego za źle. Zresztą czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Chowam szkło do kieszeni akurat w momencie, kiedy wraca i zaprasza mnie do środka. Wchodzimy do wnętrza i oto zaczyna się oprowadzanie. Przewodnik jest w sumie bardzo fajnym gościem, wyczerpująco odpowiada na każde pytanie, chociaż tych zdecydowanie więcej ma Lotta, ja jestem raczej jak dziecko, które chodzi po fabryce zabawek, na większość wycieczki reaguję głośnymi okrzykami zachwytu. Robię kilka fotek, takich na których widać jak pochyla się nad wysuszonymi liśćmi tytoniu, właściwie muszę przyznać, że podczas całej wycieczki raczej fotografuję jej reakcje niż faktyczny proces przyrządzania cygar, ale dla mnie to był prawdziwy reportaż z wakacji - procesy mogę sobie przypomnieć w google grafika, emocje zostają uwiecznione na taśmie - Dobra, pasi - kiwam głową, obierając grube, zbite cygaro do degustacji. Chłop mi je odpowiednio przycina i instruuje jak to się w ogóle powinno palić, bo ja co prawda miałem doświadczenie w paleniu, ale niekoniecznie cygar. Mówi, żeby to pykać ale się nie zaciągać, co dla wieloletniego palacza jest właściwie trochę trudne. W pierwszym odruchu zaciągam dym do płuc i od razu się krztuszę, jakie to jest mocne - O kurwa, ale moc - mówię, pomiędzy jednym kaszlnieciem a drugim, dosłownie się muszę kilka razy uderzyć w klatkę, żeby nie paść trupem z niedotlenienia. Oddycham głęboko - Ej, zrobisz nam zdjęcie? - pytam typa, a on przytakuje, więc podaję mu aparat, po czym łapię bucha w usta, a potem bez ostrzeżenia chwytam Charlotte pod brodę i zbliżam wargi do jej warg żeby jej wdmuchnąć trochę dymu. W tym momencie facet robi nam zdjęcie. Pstryk!

Charlotte Kovalski

La Palma

: śr lut 25, 2026 7:57 pm
autor: Charlotte Kovalski
William N. Patel

Raczej zachowujesz się jak zjarany nastolatek, a nie jesteś wymagający — prychnęła Charlotte, bo przecież miała oczy. Widziała, że chodzi zjarany jak pochodnia. Tylko po co miałaby być jego głosem rozsądku? Uratował ją, więc przepalonego mózgu jeszcze nie miał.
No tak — zielona i wilgotna, jak twoja stara chciałoby się powiedzieć. Tylko czy stare mają zielone włosy? Jakieś na pewno — a skąd miałabym wiedzieć, co oglądać? — dopytuje, unosząc do góry jeszcze jedną brew — tiktoki też przeglądałam — pewnie William jako przedstawiciel starego, poczciwego pokolenia, nawet nie wiedział, czym ta aplikacja jest. Charlotte lubiła ją przeglądać. Głównie miała przepisy, pieski, no i od jakiegoś czasu wyspy kanaryjskie. Swoją drogą La Palmę też obejrzała.
Taa, na pewno zostaniesz — prychnęła Kovalski. Mógł jej mówić, co tylko chciał. Wiedziała jedno, wyjadą na trasę i będzie kwiczał jak mała dziewczynka. W ogóle się nie pomyliła, ba śmiała się pod nosem, słysząc jego piski. Obudziła się w niej dziwna satysfakcja. Jakby karma go spotkała za reprezentowanie jANUSa, ale czy miała czym się przejmować? Absolutnie nie.
Słuchaj, najgorsze przed nami — parsknęła Lotte, gdy tak dziękował wszystkim bóstwom świata za przejazd — wjazd na górę to będzie prawdziwa zabawa — dodała z cwanym uśmiechem na mordzie. No, teraz to dopiero się zacznie. Aż zacierała dłonie na samą myśl. William i wjazd na górę. Widziała filmiki z przejazdu innych osób, szczerze to nawet ona obawiała się tego, jak ta droga będzie wyglądać. Może powinna go trzymać za rączkę? Ale pewnie skrzyczałby ją, że ma obie ręce trzymać na kierownicy.
Lotte była niesamowicie zafascynowana tym, co oglądała. W końcu pierwszy raz znajdowała się w takim miejscu. Stąd na zdjęciach Patela miała przedziwne reakcje. Od takich standardowych z otwartymi ustami, po takich wręcz kipiących ze zachwytu.
Cudownie — uśmiechnęła się niemalże od razu. Zaraz już zaczyna pykać swojego cygaro, ale tak się nim zaciągnęła, że prawie płuca by wypluła — o kurwa, ja umrę — skrzywiła się niemiłosiernie, jakby ktoś kazał jej się napić polskiej wódki bez popity. Nie, nawet wtedy skrzywiłaby się mniej. Gena nie wydłubiesz, nie? Zaraz chciała się uśmiechać do kolejnego zdjęcia i szczerzyła się niesamowicie, ale... poczuła znowu smak jego warg. Wypełnionych charakterystycznym zapachem haszu zmieszanego z cygarem, choć odebrała od niego dym, to parę sekund później mocno go odepchnęła.
Kurwa Patel — warknęła Charlotte, kręcąc głową — o co Ci chodzi? — a finalnie dodała — pojebało Cię? — w nocy ktoś chciał ją zgwałcił, została przez niego uratowana i słowa co się dzieje na La Palma, zostaje na La Palma dalej obowiązywały. Tylko czuła się tak dziwnie, wręcz ohydnie. Zwłaszcza że się jej to podobało.
Możemy już stąd jechać? — dopytała Charlotte, zakładając rękę na rękę. Coś jeszcze mu wspomniała o sklepie z pamiątkami, gdzie weszli jeszcze na chwilę. Wiadomo, wszystko po cygarka — głodna jestem... — i zemszczę się za to cygarzenie po studencku. Przecież jak jej powie, że chodzi o zdjęcie, to chyba pierdolnie mu fikołka. Albo faktycznie wciśnie gaz do dechy.

La Palma

: śr lut 25, 2026 9:18 pm
autor: William N. Patel-Noriega
Robię jej prawie półgodzinny wykład o tym, że tiktok niszczy mózg i żeby najlepiej usunęła tą aplikację, ale widzę, że moje słowa jednym uchem jej wlatują, a drugim wylatują i nic nie zostaje w głowie. Ja w kwestiach technologicznych byłem trochę boomerem, w sumie socjal media mnie niespecjalnie bawiły, nawet na Instagramie miałem całkiem puste konto tylko po to, żeby móc obserwować innych i oglądać śmieszne filmiki. Odkąd zamieszkałem z Peach to może było trochę lepiej, bo jednak ona siedziała w tym zawodowo, ale ja i tak miałem starą duszę. Z drugiej strony teraz na przykład w ogóle nie miałem ze sobą telefonu i było mi z tym całkiem dobrze, wystarczył stary aparat, bo zdjęć nie mógłbym sobie odmówić - Wkręcasz mnie teraz czy co? - pytam jak mnie informuje, że ta część trasy to było nic, a najgorsze jeszcze przed nami. Chcę wierzyć w to, że mówi to specjalnie, żeby mnie zdenerwować, chociaż wcale nie jestem taki pewien. Na szczęście podczas wycieczki całkowicie zapominam o tych rewelacjach, w zamian rozkoszując się pobytem. Tyle, że rozkosz, która mnie już całkiem porywa chyba nie do końca udziela się także mojej towarzyszce, bo chociaż na kilka sekund łączymy się we wspólnym paleniu, to ostatecznie mnie odpycha i od razu strzela focha, a ja wywracam oczami - Wyluzuj, musisz być taka sztywna? - rzucam z pretensją, a facet, który nas oprowadzał wydaje się trochę zbity z tropu i nie do końca wie co powinien teraz zrobić, więc dla rozładowania napięcia informuje nas, że przynajmniej zdjęcie wyszło muy bien. Oddaje mi aparat, a ja ponownie sobie go zawieszam na szyi. Patrzy na mnie, ja na niego i wzruszam ramionami - No dobra - co ja miałem do gadania w sumie? Jakbym powiedział nie, zostajemy to pewnie by mnie zwyczajnie eksmitowana z auta i bym musiał łapać powrotny autostop do hotelu, a jakoś mi się to nie uśmiechało. Wbijamy do sklepu z pamiątkami i kupuję dwie takie ładne, drewniane skrzynki po brzegi wypełnione cygarami, jedna dla Madoxa i jedna dla Ricardo, potem jak już wszystko wypalą to zawsze można tam upchnąć narkotyki. Albo pieniądze ewentualnie, co kto woli - Ja też zgłodniałem, a co jemy? - pytam, bo to ona była od planowania, ewidentnie to lubiła, więc co ja się będę wtrącał? Zresztą to też ma już ogarnięte i w końcu wbijamy do jakiejś ekskluzywnej restauracji, skąd rozpościera się przepiękny widok na ocean. Już w progu wita nas kelner i proszę o stolik dla dwóch osób, pyta czy w środku czy na zewnątrz, więc od razu odpowiadam, że na zewnątrz. Dostajemy miejsce na uboczu, gdzie nasze uszy pięści tylko leniwy szum fal - Przepięknie - wzdycham głęboko, rozkoszując się widokiem - Wiesz, że ponad 90% oceanów jest wciąż niezbadanych? Myślisz czasem o tym co może kryć się w głębinach? Fascynujące i przerażające jednocześnie, nieprawdaż? Natura jest niesamowita, szkoda, że zamiast współpracować koniecznie chcemy ją poskromić - tak sobie filozofuję, a potem sięgam po menu i zaczynam je przeglądać - Co polecasz? - pytam, zerkając na Lottę znad karty, może na ten temat też coś wyczytała w przewodniku?

Charlotte Kovalski

La Palma

: śr lut 25, 2026 10:11 pm
autor: Charlotte Kovalski
William N. Patel

Tylko strzelała i wywracała swoimi brązowy tęczówkami co chwilę. Ale boomer, przechodziło jej ciągle przez ziemię. Kiedy zaczynał bardziej ją irytować, wciskała gaz, by przez moment zamknął, bo ile można ją moralizować. Już zdążyli ustalić, że to ona jest w tym zestawie tą odpowiedzialną.
Chciałbyś być wkręcany — rzuciła jeszcze prowokacyjnie, by sobie pomyślał. Naprawdę najgorsze jeszcze było przed nim. Wjazd na górę, przejazd na nocleg, a potem jeszcze zjazd. Zapowiadała się całkiem wystrzałowa jazda. Sama Kovalski była nią już cała podjarana. Kręty zakręty, przepiękne widoki, chociaż... najgorszego jeszcze nie widziała. Na to też przyjdzie czas. Tylko chwilę później już dobrze bawili się w fabryce. Aż do tego nieszczęsnego... incydentu.
JA SZTYWNA? — powtórzyła za nim, wzdychając ciężko — weź się posłuchaj i pomyśl, co działo się rano — wypomniała mu i już założyła rękę na rękę. Nic nie mówiła, bo w głowie zaczęły jej pracować styki. Podobało się jej to, ale... dalej był wrogiem. Niby byli na wakacjach i mogłaby się zapomnieć, tylko czy byłaby mu w stanie spojrzeć w oczy? Nie. Czy czuła się na tyle bezpiecznie, by kosztować jego usta? Też nie.
Jedzenie. — mruknęła krótko, bo tak obraziła się. Wyjątkowo nic nie komentowała. Nawet nie skwitowała jego zakupów, sama też zakupiła cygara. Nie dla siebie, nawet nie dla rodziny, ale nie podzieliłaby się z Willamem dla kogo jest ten zakup.
Całą trasę nic nie mówiła. Foch to foch. Obowiązuje, dopóki nie zostanie rozśmieszona
Nawet oczami nie wywracała, tylko siedziała w tym telefonie, pisząc do siostry. Wysyłała jej zdjęcia widoków, a kwestię Patela całkowicie zignorowała. Tak, zdawała sobie z tego sprawę. Miała słabość do oceanu i jednego wieczoru... zaplanowała sobie szaloną kąpiel, tylko w jej głowie ciągle wybrzmiewała jedna myśl. Dlaczego od razu go nie odepchnęła? Z rozmyślań wyrwał ją dopiero kelner, do którego uśmiechnęła się lekko.
Barraquito, papas arrugadas — a po krótkiej rozmowie z kelnerem zamówiła jeszcze ośmiornicę po galicyjsku. Spojrzała na Patela wyczekująco. Chciała mieć to już za sobą. Hiszpanie na wyspie dalej pracowali jak Hiszpanie. Własnym, powolnym tempem, a trwała właśnie w najlepsze godzina siesty. Kiedy kelner odszedł, nawet na niego nie spojrzała, tylko przeglądała coś w telefonie. Musiała to przemyśleć. Siebie samą. Przecież nie mogłoby jej na nim zależeć, prawda?

La Palma

: czw lut 26, 2026 4:22 pm
autor: William N. Patel-Noriega
Charlotte mnie ignoruje, a ja wzdycham przeciągle, bo jakbym wiedział, że się na mnie obrazi praktycznie od razu to bym został w hotelu. Zerkam w kierunku wody, rozkoszując się widokiem na bezkresny błękit oceanu, który w tym momencie jest wyjątkowo spokojny i również milczę, skoro nie chce gadać to proszę bardzo, możemy posiedzieć w ciszy, chociaż znając siebie to ja pęknę pierwszy. Niemniej z zamyślenia wyrywa mnie kelner, daję jej złożyć zamówienie, po czym sam wdaję się w gadkę z chłopakiem, co warto tutaj zjeść i kiwam głową, że niech będzie co tam poleca, spróbuję wszystkiego, co lokalne i świeże, byłem otwarty na nowe smaki i raczej mało brzydliwy w kwestii jedzenia. Gdybyśmy byli właśnie w Wietnamie to pewnie nawet spróbowałbym psa, mięso to mięso, świnie były nawet mądrzejsze, a człowiek wpierdalał je codziennie. Domawiam także butelkę wina. Facet odchodzi, a ja wbijam spojrzenie w swoją milczącą towarzyszkę - Wiesz, że to niekulturalne siedzieć w telefonie w towarzystwie? Co, obraziłaś się? - pytam, chociaż przecież znam odpowiedź - Przecież to był tylko żart - wzruszam ramionami - Mam wrócić do hotelu? Nie uśmiecha mi się jechanie na drugi koniec wyspy tylko po to żeby oglądać twoje fochy - no bo taka prawda, albo byliśmy kompanami w tej podróży, albo zwijam się po obiedzie - Myślałem, że to co na La Palma zostaje na La Palma i możemy robić szalone rzeczy, których nie zrobilibyśmy w Toronto, a ja miałem ochotę cię - nie kończę, bo znowu nawiedza nas kelner i przynosi kawę dla Charlotte oraz butelkę wina i dwa kieliszki. Oznajmiam, że ona nie pije, więc kiwa głową, po czym zaczyna się ta cała szopka z otwieraniem butelki i próbowaniem. Polewa mi malutki łyczek, a ja unoszę szkło i kręcę nim żeby uwolnić aromat, potem zaciągam się zapachem trunku i wreszcie próbuję, ledwie zamaczając wargi - Wyborne, dziękuję - polewa mi więcej, zaś drugi kieliszek zabiera. Zostawia nam jeszcze jakieś poczekajki, żebyśmy nie zdążyli zgłodnieć przed daniem głównym - Przepraszam - to jest kolejna szalona rzecz, która nigdy w życiu nie zdarzyłaby się w Kanadzie - Przysięgam, że do końca wyjazdu nie dotknę cię już nawet palcem - chyba, że sama poprosisz - dodaję w myślach. W tym momencie łamię słowo, bo właśnie ją dotykam palcem, żeby zademonstrować o czym mówię - Dobra, to od teraz - rzucam po chwili i sięgam po kieliszek, żeby upić kolejny łyk wina, teraz już się nie muszę przejmować, więc wypijam praktycznie pół na raz i dolewam sobie do pełna.

Charlotte Kovalski

La Palma

: czw lut 26, 2026 5:17 pm
autor: Charlotte Kovalski
William N. Patel

Jakby tylko jej powiedział, że zjadłby psa, to pewnie właśnie odjeżdżałaby z piskiem opon. Miała w domu dwa samoyedy, którymi zajmował się jej młodszy brat. Nigdy nie wyobraziłaby sobie ich na talerzu. Co prawda Patel chyba psiarzem nie był, ale widziała u niego na balkonie bezdomne kociaki. Może je by spróbował zjeść?
Mhm — mruczy krótko pod nosem, przeglądając telefon. Uniosła go, by zrobić kilka zdjęć widoków. Pewnie wstawiła je na swojego instagrama, ale w ogóle go nie słuchała. Nie miała zamiaru, w końcu... pocałował ją. Nawet nie miała mu tego za złe, bo biła się sama ze sobą w środku. Z jakiegoś niezidentyfikowanego powodu czuła przedziwne skurcze w żołądku na samą myśl. Jednocześnie chciała i nie chciała. Ambiwalencja, albo dysonans poznawczy. Nie byłaby w stanie zapomnieć wszystkiego, co stało się w Toronto. Tylko że tam też miała do niego słabość.
To co się dzieje na La Palma, zostaje na La Palma. Takie miało być ich przysłowie. Tylko mózg kobiety nie działał w ten sposób. Była gotowa bawić się przy jego boku, ale nigdy nie pomyślałaby o przekroczeniu magicznej granicy. Dalej w głowie miała jego usta na własnych. Aż zaczęła się huśtać powoli na krześle, gdy usłyszała wręcz niecodzienne słowa.
Czekaj — aż oderwała się od telefonu, tracąc zaraz równowagę. Poleciała wprost na kamienie leżące na ziemi. Nie była w stanie pojąć, co się stało. Bardziej była przejęta słowami przepraszam niż czymkolwiek innym. Aż zamrugała kilka razy oczyma — o kurwa — mruknęła, leżąc poskładana i aż krótko syknęła — ała... — nawet wstać nie miała siły. Ból przychodził później, a w jej głowie wybrzmiewało jedno, wielkie przepraszam. Czy Patel w końcu zachował się jak na faceta przystało?
Jak boli... — mruknęła, zsuwając się obok krzesła — mój łokieć... — no i masz babo placek. Nie dość, że krew leci, to jeszcze białe kamienie musiała strzepać. Popatrzyła na Patela wielkimi oczyma. Cóż, szybciej niż się spodziewał, będzie musiał ją dotknąć.
W moim plecaku w tej mniejszej kieszeni jest apteczka, podasz mi ją? — spytała, unosząc delikatnie kąciki ust. Była przygotowana. Nawet octenisept miała i plasterki w kotki, bo z pieskami już nie było. Czekała, aż się nią zajmie, tylko wtedy do jej głowy wpadła irracjonalna myśl — Co chciałeś zrobić, czekaj... — dalej pracowała niczym ten mem z wykresami matematycznymi — co — szczerze myślała, że robił jej na złość. Zemsta za jej zachowanie, tylko William wydawał się w stu procentach innym człowiekiem, choć nie do końca. Tamta noc coś zmieniła w Charlotte.

La Palma

: czw lut 26, 2026 9:02 pm
autor: William N. Patel-Noriega
Boże ale ona jest nieznośna, ja dosłownie mam ochotę się zaraz pozbierać z krzesła i wyjść teraz, w tym momencie, bo jeśli jeszcze przed chwilą jarałem się naszym wspólnym wypadem jak pochodnia, to teraz całkiem przestał mi się podobać. Krzywię się i patrzę jak się buja na krześle, a w myślach jej życzę żeby się wyjebała. Bóg może jednak istniał i bardzo chciał się zabawić naszym kosztem, bo oto widzę jak pada do tyłu razem z siedziskiem. W pierwszej chwili parskam śmiechem, ale udaję, że się krztuszę i kaszlę kilka razy zanim się zerwę z miejsca. Zerkam na nią ponad stolikiem, wspierając obie dłonie na blacie - Ale jebłaś - z trudem powstrzymuję się od śmiechu i w sumie muszę przyznać, że mam trochę satysfakcji z tego upadku. Kurwa, należało jej się chociażby za to, że przez ostatnie piętnaście minut sukcesywnie mnie ignorowała. Ja wiem, że pora jest totalnie nieodpowiednia, ale jak tak jęczy z bólu będąc pewnie w niemałym szoku, to cykam jej szybką fotkę, tak dla siebie na pamiątkę. Zaczyna narzekać, że o jak boli, ała i tym podobne, więc ruszam się z miejsca i okrążam stolik żeby przykucnąć przy niej. Łapię ją za rękę, żeby zobaczyć stan jej łokcia - Do wesela się zagoi - mówię, delikatnie strzepując z jej rany wszystkie kamyki, a jak mnie informuje, że ma ze sobą apteczkę to dosłownie mam ochotę wywrócić oczami, bo nie wierzę, że jest przygotowana na wszystko - Dobra, już daję - kiwam głową i faktycznie się prostuję, żeby przekopać jej plecak w poszukiwaniu apteczki. Rzeczywiście ją ma, więc grzebię w środku i faktycznie wyjmuję plastry i octanisept, żeby jej psiknąć na ranę - Co, boli? - kurwa, mam nadzieję, że boli w chuj, żeby jej w same pięty poszło, albo jeszcze dalej, karma wraca bardzo szybko, jak się okazuje. Jakby była dla mnie milsza, to pewnie nic takiego by się nie zdarzyło - Weź się bo bredzisz - mówię, bo teraz to już za późno, już jej nic nie powiem - Na łeb ci padło? - pytam, ale zbieram ją z ziemi i podnoszę nawet krzesło, żeby sobie na nim usiadła, a jak się usadza to znowu przyglądam się tej ranie na łokciu - Dobra, przeżyjesz, a mogę cię dotknąć w ogóle? Bo może zaraz dostanę zjebe, że ci próbuje pomóc - w sumie to już za późno na takie pytania, bo ją zdążyłem pozbierać z ziemi, ale chuj, swoje muszę powiedzieć. Chwytam za plaster i jej naklejam na łokieć, przesuwając po nim kciukami, mocno, żeby ostatni raz zabolało - Ojojoj, już nie boli, co nie? - prawie się pochylam żeby ją w ten plaster cmoknąć, bo mi tak zawsze mama robiła jak byłem dzieckiem, ale się powstrzymuję, bo by pewnie powiedziała, że mnie pojebało.

Charlotte Kovalski

La Palma

: czw lut 26, 2026 10:05 pm
autor: Charlotte Kovalski
William N. Patel

Myślała, że już gorzej nie może być, a on wyjmuje ten nieszczęsny aparat. Wtedy to już coś ją bierze, ma ochotę go dosłownie rozszarpać. Gdyby nie przeprosił, dalej siedziałaby w krześle, spokojnie go ignorując, a teraz? Miała wręcz ochotę go rozszarpać.
Nie masz, kiedy robić zdjęć? Co? Chcesz podarować mamie nowy album z niedoszłą synową, czy wywieszać moje zdjęcia na klatce schodowej? — warknęła Lotte, strzelając oczyma. Takie przekraczanie granic powodowało u niej niesamowity ból głowy. Aż chciała pokazać pazurki i przez moment się nie zatrzymywać, a wtedy powiedział o weselu. Westchnęła ciężko — Możemy nie rozmawiać o weselach? — w końcu Gustav planował już bajeczne wesele na Mazurach. Kiedy o nim myślała, czuła, jak każdy mięsień zaczyna boleć ją jeszcze bardziej. Mieli nie wracać do sytuacji z Toronto, ale... one same do nich wracały.
Nie miała w sobie tyle sił, by pozbierać się sama. Czekała, aż łaskawy królewicz się nią zajmie, zamiast się śmiać. Nigdy mu się nie zdarzyło? Jeny, jak on ją irytował. W jednym momencie potrafił budzić w niej tak sprzeczne emocje jak żaden inny facet.
Nie, to octenisept a nie woda utleniona — burknęła pod nosem, a chwilę później już skrzywiła się bardziej — szczypie... — mruknęła pod nosem, kiedy się nią zajmował. Przy Patelu zawsze musiała być dumna, zawsze musiała się chronić, bo nieodpowiednia chwila była w stanie bardzo zmienić dynamikę ich relacji.
Nie bredzę — mruknęła pod nosem — chciałeś mnie co...? — nie dałaby mu tak łatwo o tym zapomnieć. Chciał ją pocałować? Sama sobie dopowiedziała to w głowie, po czym zmarszczyła brwi. Aż sama zaśmiała się pod nosem. Kobiety to jednak były domyślne.
Musisz być taki wredny? — spytała go w kontrze. Wywróciła się, bo totalnie nie pomyślał. Tylko wraz z kolejnymi słowami, jak już usiadła na krześle, znowu strzela oczyma. Ile on mógł marudzić? Długo będzie jej to wypominał? Miała go dosyć, chociaż bardziej tego, że... gdzieś w środku chciała jego dotyku.
Dostałeś zjebę, bo zrobiłeś to totalnie bez jakiegokolwiek pomyślunku — powiedziała finalnie Charlotte, by do jego mózgu dostało się coś takiego jak rozsądek — serio Patel, mogłam właśnie być w jakimś afrykańskim burdelu, gdzie robiliby zdjęcia moich stóp, lub jeszcze gorsze świństwa — to wszystko dalej siedziało w jej głowie — nie pomyślałeś, że potrzebuję nieco... przestrzeni? — dopytała, próbując złapać z nim kontrakt wzrokowy. Mogła go nienawidzić, a jednak potrafił zaskarbić w niej ziarno sympatii, totalnie dla niej niezrozumiałe.
AŁA — krzyknęła tak, że aż kelner się wychylił, gdy naklejał jej ten plasterek — taa, teraz to już tylko trzeba pocałować — mruknęła pod nosem. Teraz to już była typową ponuraczką, która miała dosyć Williama. Był dla niej niezrozumiałym zjawiskiem. Jednocześnie pojawiła się w niej wytłumaczalna niechęć i w ogóle niewytłumaczalna sympatia. Uratował ją, potrafili się zgadzać, tylko czasem był tak narwany, że nie potrafiła go w ogóle zrozumieć...
Jezu, nie wierzę, że Cię lubię i nie lubię jednocześnie — co na Charlottowe można było przetłumaczyć: lubiłam Cię, ale zawiodłeś moje zaufanie. Burknęła to pod nosem, mając nadzieję, że jego uszy to zignorowały przez szum fal. Za to sama chwyciła za szklankę ze swoją kawą i zaczęła ją powoli pić. Musiała się zasłonić, krem bb nie byłby w stanie zasłonić rumieńców na jej policzkach. Czuła się tak, jakby właśnie mu powiedziała, że jej na nim zależało. Poniekąd tak było.

La Palma

: pt lut 27, 2026 5:24 pm
autor: William N. Patel-Noriega
- To sobie akurat powieszę na lodówce - i będę patrzeć jak mnie znowu wkurwi i sobie przypominać ten piękny upadek. Jak mi mówi żebyśmy nie rozmawiali o weselach, to tylko kiwam głową, bo to faktycznie dosyć drażliwy temat ostatnio, a przecież mieliśmy się nie kłócić. Trochę nie wyszło, ale oczywiście to była tylko i wyłącznie jej wina, ja nie zrobiłem niczego złego, przynajmniej tak sobie wmawiam, bo czy faktycznie jeden, krótki, prawie że pocałunek to był powód do robienia takiej dramy? Na pewno nie - Jak szczypie to działa - kiwam głową. Trochę musi, a zresztą należało jej się. Charlotte nie daje za wygraną, a ja teatralnie wywracam oczami i wzdycham przeciągle - Chciałem ci dać posmakować drugiego cygara, sama zaproponowałaś, żebyśmy się dzielili - wykręcam się, bo przecież jej nie powiem, że ją chciałem całować. Chociaż chciałem. Wtedy i wcześniej i nawet w sumie teraz bym mógł. Naprawdę czasem nie rozumiałem tego, że pomimo jawnej niechęci z obu stron, wcale bym się nie cieszył, jakby rzeczywiście się ode mnie odpierdoliła. Moje życie byłoby strasznie nudne bez dreszczyku emocji, który dostarczała mi za każdym spotkaniem - Wiesz, że czasem muszę - uśmiecham się lekko, zaczepnie, no w sumie taka była prawda. Marszczę brwi, kiedy mi próbuje wytłumaczyć skąd jej reakcja na mój milusiński gest i w sumie okej, miała w tym trochę racji, patrzę jej w oczy, kiedy i ona mi patrzy - Dobra, kupuję to, dlatego przeprosiłem przecież - tłumaczę się. Może faktycznie miała rację? Może to rzeczywiście za szybko? Może powinienem był czasem pomyśleć trochę dłużej zanim coś zrobię - A to jednak pocałować, tak? - śmieję się i faktycznie pochylam się nad jej łokciem, żeby krótko cmoknąć plasterek - Proszę bardzo - głaszczę ją jeszcze po przedramieniu, a potem się prostuję i wracam na swoje miejsce, ale gdzieś w połowie stolika dochodzą do mnie jej słowa, więc obracam się ze szczerym zdziwieniem wymalowanym na twarzy. Jeśli myślała, że nie usłyszę to chyba się jeszcze nie zdążyła przyzwyczaić, że ja przecież słyszę wszystko, nawet przez ściany (oczywiście z pomocą szklanki). Siadam na swoim krześle i pochylam się nad stolikiem, wspierając na nim łokcie. Unoszę kieliszek wina do ust, upijając kilka łyków, po czym wbijam badawcze spojrzenie w Kovalski - A dlaczego mnie lubisz właściwie? - może teraz ja ją spróbuję trochę pociągnąć za język? Tylko znając życie nie będzie chciała gadać, szczególnie, że była całkiem trzeźwa. Dlaczego mnie nie lubi to wiedziałem doskonale, tego tematu nie musieliśmy ciągnąć.

Charlotte Kovalski