i'm tied, to you
: sob mar 07, 2026 9:26 pm
Ich dłonie zderzyły się ze sobą w kontraście - jasna, gładka cera spleciona ze zdartą, czerwoną powierzchnią knykci. Wydawała się drobna, smukła, nieskażona brutalnością wieczorów takich jak ten - a jednocześnie odnajdywała się w jego własnej. Wypukłości chowały się w zagłębieniach, jak dwa elementy tej samej układanki, jakby było im przeznaczone splatać się ze sobą w ten sposób - chwytać i nigdy nie wypuszczać z uścisku, nigdy nie pozwolić drugiej osobie się odsunąć.
Dostrzegł to w jej oczach, w cichym głosie pełnym bolesnej szczerości - czyste, błękitne niebo, na którego horyzoncie nie czekały żadne chmury. Brak wiary w to, by jego bliskość mogła nieść ze sobą dewastujące konsekwencje. Widział siebie samego, odbitego w jej czekoladowych tęczówkach - naburmuszonego dupka, którego jedynym przewinieniem był upór, w jakim odtrącał ludzi od siebie bez żadnego powodu.
Widział swoje dłonie takimi, jakimi widziała je ona - zaczerwienionymi, obitymi przez doświadczenie, lecz o czystym wnętrzu, nieskalanym żadnym grzechem.
- Przed sobą - odpowiedział wreszcie, ciszej, jakby te słowa mogły sprowadzić go do kolejnego, nienadającego się do związku mężczyzny, który rujnował wszystko wokół ponieważ nie znał niczego innego.
Ze wszystkich, to miał być jego najpoważniejszy z grzechów. Największe z kłamstw, którego w przyszłości miał pożałować.
Obietnica czegoś, czego nie mógł jej dać. Przyszłości, w której ich dwoje nie mogło ze sobą istnieć - przyszłości skalanej tym, co z r o b i ł. Nocami w pustym łóżku podczas gdy on był wzywany do Mimmo's. Próbami zamaskowania szkarłatu, wypływającego spod przymkniętych drzwi, których nie mógł już zamknąć - które zawsze miały zostać otwarte, prowadząc go prosto w przeszłość. Nieustanną walką ze swoim uginającym się, moralnym kręgosłupem, który kiedyś, pod wpływem ciężaru, wreszcie ulegnie, łamiąc się bezpowrotnie.
Konsekwencjami, które prędzej czy później go dogonią.
Czując jej dotyk na sobie, patrząc w jej pełne emocji oczy, wiedział, że nie będzie mu dane zakosztować szczęścia, które mu obiecała - nie na długo. Przyszłość, ku której zmierzał, miała równie gwałtowny koniec jak wydarzenie, które to wszystko zapoczątkowało. W najlepszym wypadku kończyło się więzienną celą, w najgorszym - większą ilością przelanej krwi, której nie sposób było zatamować.
Nie odsuwając się, pozwalał jej dołączyć do tego szaleńczego lotu przez życie, nieświadomej przepaści, ku której zmierzał.
Ku której miał ją zabrać.
Nie mógł być takim egoistą. Zasługiwała na więcej, na coś lepszego, była d o b r a, nieskalana światem, który nieustannie szarpał jego duszą, domagając się zapłaty. Danie na to przyzwolenia zniszczyłoby ich oboje.
Pokręcił głową w reakcji na jej słowa, w ostatnim podrygu własnej trzeźwości nie chcąc rozmawiać o n i e j. Nie chcąc wracać do sieci brutalności i cierpienia, w której utknął przed laty i która wciąż trzymała go w miejscu. Nie chcąc, by porównywała się do kogoś, kto już nie istniał - kogo śmierć wcale nie uczyniła wyidealizowanym, a ich związku pozbawionym wad.
Jego myśli przestały wracać do przeszłości, w której wcześniej tkwiły uwięzione. Teraz jedynym, co rejestrował jego umysł, było tu i teraz. Złote światło lamp wygładzające ostrości jej sylwetki, rzucające miękkie cienie włosów opadających na jej policzki. Jej oddech na swojej skórze, jej zapach, który zawsze potrafił rozpoznać w tłumie ludzi, jej s ł o w a.
Słowa, od których zupełnie innego rodzaju napięcie brało jego ciało we władanie.
Dotyk jej ust tuż przy jego własnych wyzwolił ciszę.
Huk wątpliwości, rozważań, walki z własnymi potrzebami ucichł, przegrywając z rosnącym p r a g n i e n i e m. Wyplątał rękę z jej uścisku by ująć jej twarz, by przysunąć ją do siebie.
By wreszcie zrobić to, czego pragnął od t y g o d n i.
Pocałował ją żarliwie, bezwiednie sięgając rękoma do kobiecego ciała. Jego sylwetka wyprostowała się nieco, wcześniej pochylona w kierunku kobiety - teraz, oplatając ją rękami, przysunęła ją do siebie, pragnąc poczuć bliskość jej ciała koło własnego.
Nawet, jeśli miało to złamać ich serca.
margo mercer
Dostrzegł to w jej oczach, w cichym głosie pełnym bolesnej szczerości - czyste, błękitne niebo, na którego horyzoncie nie czekały żadne chmury. Brak wiary w to, by jego bliskość mogła nieść ze sobą dewastujące konsekwencje. Widział siebie samego, odbitego w jej czekoladowych tęczówkach - naburmuszonego dupka, którego jedynym przewinieniem był upór, w jakim odtrącał ludzi od siebie bez żadnego powodu.
Widział swoje dłonie takimi, jakimi widziała je ona - zaczerwienionymi, obitymi przez doświadczenie, lecz o czystym wnętrzu, nieskalanym żadnym grzechem.
- Przed sobą - odpowiedział wreszcie, ciszej, jakby te słowa mogły sprowadzić go do kolejnego, nienadającego się do związku mężczyzny, który rujnował wszystko wokół ponieważ nie znał niczego innego.
Ze wszystkich, to miał być jego najpoważniejszy z grzechów. Największe z kłamstw, którego w przyszłości miał pożałować.
Obietnica czegoś, czego nie mógł jej dać. Przyszłości, w której ich dwoje nie mogło ze sobą istnieć - przyszłości skalanej tym, co z r o b i ł. Nocami w pustym łóżku podczas gdy on był wzywany do Mimmo's. Próbami zamaskowania szkarłatu, wypływającego spod przymkniętych drzwi, których nie mógł już zamknąć - które zawsze miały zostać otwarte, prowadząc go prosto w przeszłość. Nieustanną walką ze swoim uginającym się, moralnym kręgosłupem, który kiedyś, pod wpływem ciężaru, wreszcie ulegnie, łamiąc się bezpowrotnie.
Konsekwencjami, które prędzej czy później go dogonią.
Czując jej dotyk na sobie, patrząc w jej pełne emocji oczy, wiedział, że nie będzie mu dane zakosztować szczęścia, które mu obiecała - nie na długo. Przyszłość, ku której zmierzał, miała równie gwałtowny koniec jak wydarzenie, które to wszystko zapoczątkowało. W najlepszym wypadku kończyło się więzienną celą, w najgorszym - większą ilością przelanej krwi, której nie sposób było zatamować.
Nie odsuwając się, pozwalał jej dołączyć do tego szaleńczego lotu przez życie, nieświadomej przepaści, ku której zmierzał.
Ku której miał ją zabrać.
Nie mógł być takim egoistą. Zasługiwała na więcej, na coś lepszego, była d o b r a, nieskalana światem, który nieustannie szarpał jego duszą, domagając się zapłaty. Danie na to przyzwolenia zniszczyłoby ich oboje.
Pokręcił głową w reakcji na jej słowa, w ostatnim podrygu własnej trzeźwości nie chcąc rozmawiać o n i e j. Nie chcąc wracać do sieci brutalności i cierpienia, w której utknął przed laty i która wciąż trzymała go w miejscu. Nie chcąc, by porównywała się do kogoś, kto już nie istniał - kogo śmierć wcale nie uczyniła wyidealizowanym, a ich związku pozbawionym wad.
Jego myśli przestały wracać do przeszłości, w której wcześniej tkwiły uwięzione. Teraz jedynym, co rejestrował jego umysł, było tu i teraz. Złote światło lamp wygładzające ostrości jej sylwetki, rzucające miękkie cienie włosów opadających na jej policzki. Jej oddech na swojej skórze, jej zapach, który zawsze potrafił rozpoznać w tłumie ludzi, jej s ł o w a.
Słowa, od których zupełnie innego rodzaju napięcie brało jego ciało we władanie.
Dotyk jej ust tuż przy jego własnych wyzwolił ciszę.
Huk wątpliwości, rozważań, walki z własnymi potrzebami ucichł, przegrywając z rosnącym p r a g n i e n i e m. Wyplątał rękę z jej uścisku by ująć jej twarz, by przysunąć ją do siebie.
By wreszcie zrobić to, czego pragnął od t y g o d n i.
Pocałował ją żarliwie, bezwiednie sięgając rękoma do kobiecego ciała. Jego sylwetka wyprostowała się nieco, wcześniej pochylona w kierunku kobiety - teraz, oplatając ją rękami, przysunęła ją do siebie, pragnąc poczuć bliskość jej ciała koło własnego.
Nawet, jeśli miało to złamać ich serca.
margo mercer