Kiedy wróciła do mieszkania wciąż była wściekła. Ta złość nie wyparowała po wyjściu z komisariatu, nie rozpuściła się w drodze do domu ani nie osiadła gdzieś na dnie świadomości, jak zwykle robiły to emocje po długim dniu pracy. Tym razem została z nią. Krążyła pod skórą, w napięciu karku, w sposobie w jaki rzuciła klucze na blat w kuchni trochę mocniej niż powinna. Przez kilka minut stała w miejscu, patrząc bezmyślnie na telefon leżący na stole. Trzy razy wzięła go do ręki; trzy razy otwierała wiadomości, chcąc napisać Danielowi, że jednak nie przyjdzie. Że nie ma nastroju, że coś w pracy się przeciągnęło, że cokolwiek - byle tylko odwołać to spotkanie. Za każdym razem jednak odkładała urządzenie z powrotem, zaciskając szczękę mocniej. Bo nie chciała, żeby wyglądało to tak, jakby ich kłótnia z Maddenem miała nad nią aż taką
władzę.
Pojechała więc; restauracja była dokładnie taka, jakiej można było się spodziewać po nim - spokojna, schludna, trochę zbyt elegancka jak na zwykły wieczór w środku tygodnia. Siedziała naprzeciwko niego, słuchała jego głosu, odpowiadała na pytania, nawet się uśmiechnęła w kilku momentach, ale gdzieś z tyłu głowy w c i ą ż wracał obraz korytarza w komisariacie i spojrzenia Rhysa, gdy wychodził. Cały ten wieczór miał być czymś normalnym i łatwym, a jednak każda myśl uparcie wracała dokładnie tam, skąd próbowała ją odciągnąć.
Wtedy Daniel powiedział jej o rozmowie z kapitanem.
Przez moment nie zrozumiała - patrzyła na niego, próbując dopasować sens jego słów do rzeczywistości, która nagle zaczęła się rozjeżdżać w każdą stronę. Poszedł i
oficjalnie poprosił o zgodę na ich z w i ą z e k. Wydziałową, służbową zgodę, która oznaczała, że od tej chwili nie będą musieli się z niczym kryć.
Złość wróciła natychmiast, tym razem znacznie silniejsza. Bo jak mógł? Dlaczego tego z nią nie skonsultował? Dlaczego zrobił coś takiego za jej plecami, jakby decyzja należała tylko do niego? Nigdy nie obiecywała mu
nic wielkiego. Nigdy nie rzucała deklaracjami, nie mówiła o przyszłości, nie robiła z ich relacji czegoś większego niż było w rzeczywistości. Więc skąd w ogóle wziął się pomysł, żeby zamieniać to w oficjalną sprawę?
I dopiero wtedy słowa Maddena z korytarza zaczęły układać się w sensowną całość - te w których mówił jej, że od jutra przestaną o
nich plotkować. To uderzyło ją mocniej niż cokolwiek innego, bo on
wiedział. Wiedział wcześniej i nie powiedział jej ani słowa.
Kłótnia z Danielem była krótka i gwałtowna. Wyszła z restauracji zanim skończyli kolację, zostawiając niedojedzone jedzenie i kilka zdziwionych spojrzeń z sąsiednich stolików. Przez jakiś czas jeździła bez celu po mieście, próbując uspokoić myśli, które kotłowały się w jej głowie jak rozszalały sztorm. W końcu wróciła do mieszkania, przebrała się w luźne dresy i za dużą, męską koszulkę, która wisiała na niej jak po kimś innym. Próbowała włączyć telewizor, potem muzykę, potem nawet otworzyła laptopa, ale żadna z tych rzeczy nie była w stanie odciągnąć jej myśli od
jednego człowieka. Najbardziej irracjonalne było to, że największą złość czuła właśnie na niego.
Było już po dwudziestej trzeciej, kiedy w końcu podjęła decyzję. Zdrowy rozsądek krzyczał gdzieś z tyłu głowy, że to fatalny pomysł; że powinna zostać w domu, przespać się z tym wszystkim i wrócić do tematu rano. A jednak dokładnie wiedziała, że tego nie zrobi.
23:37.
Dokładnie tę godzinę wskazywał zegarek, gdy stanęła przed jego drzwiami i zaczęła walić w nie pięścią, głośno i niecierpliwie. Lepiej żeby otworzył szybko, bo tak samo mocno jak chciała go zobaczyć i powiedzieć mu kilka bardzo konkretnych rzeczy, tak samo mocno chciała się odwrócić i stąd uciec.
Kiedy drzwi w końcu się uchyliły, nie czekała nawet aż skończy mówić.
- Czemu mi nie powiedziałeś? - zignorowała jego pytanie. Zignorowała też wyraźną niechęć w sposobie, w jaki stał w przejściu. Pchnęła drzwi mocniej, wchodząc do środka tak, jakby mieszkanie należało również do niej.
- Dlaczego… - zaczęła ostro, chcąc dokończyć zdanie, ale słowa nagle ugrzęzły jej w gardle.
Jej wzrok przesunął się po nim i zatrzymał. Najpierw na zaschniętej krwi na jego klatce piersiowej. Potem na paskudnej, świeżej szramie przecinającej skórę. Na końcu na knykciach - opuchniętych, czerwonych, zdartych tak, że nawet w słabym świetle wyglądały źle. Przez kilka sekund patrzyła na niego w całkowitym milczeniu, jakby próbowała przetworzyć obraz, który właśnie zobaczyła. Złość, która przywiozła ją tutaj przez pół miasta, nagle ustąpiła miejsca czemuś zupełnie innemu.
- Kurwa - wyszeptała w końcu.
Zrobiła krok do przodu, potem jeszcze jeden. Zatrzymała się znacznie bliżej niż powinna, ale w tej chwili najwyraźniej przestało ją to obchodzić. Jej wzrok wciąż wędrował po jego ciele, jakby próbowała ocenić skalę szkód, a jednocześnie nie mogła przestać patrzeć.
- Co się stało? - zapytała ciszej.
- To nadaje się do szycia - jej dłoń drgnęła, ale zatrzymała się tuż przed nagą skórą, czując bijący od niej żar.
Rhys Madden