pinot noir
: wt mar 17, 2026 7:39 am
Ethan Hartley
— Nie mam zielonego pojęcia, o jakim innym moglibyśmy rozmawiać — mruknęła Charity, unosząc niewinnie kąciki ust. Mogła zgrywać głupią, ale rozumiała dwuznaczność ich rozmowy. Zdawała sobie sprawę, kiedy zaczynała zbliżać na niebezpieczne tory. Ani przez krótki moment nie chciała dać mu satysfakcji. Aluzje były bezpieczne, kiedy robiło się niezręcznie, można było spokojnie wycofać się z własnych słów, zrobić jeden krok do tyłu i udawać, że nic się nie stało. Jednak w jej sercu powoli rozpalał się ogień, a wyobraźnia coraz bardziej wchodziła na niezbyt bezpieczne tory.
— Może — mruknęła ze zawadiackim uśmiechem na twarzy — a może chcę, by nie ma to żadnego znaczenia dla mnie? — dopytała, przechylając delikatnie głowę z przepięknym uśmiechem. Cokolwiek by mu nie powiedziała w tym momencie, chciała zrobić mu prawdziwy mętlik w głowie. Wiedziała, o jakim ciśnieniu mówią, wiedziała, że jedno słowo więcej, a jej myśli powędruje dalej niż ściany restauracji. Wprost do jej, lub jego apartamentu. Wystarczyłaby krótka iskra, która by ich strawiła.
— Samotność bywa zdrowa — stwierdziła cicho, unosząc delikatnie, lekko kąciki ust. Lubiła być samotna, jakkolwiek źle to nie brzmiało. Chociaż nauczyła się tego w przeciągu kilku miesięcy, niedawno wierzyła w miłość. Tylko kto byłby w stanie dorównać jej kroku, lub iść równo z nią? Nie miała zielonego pojęcia, dlatego ciągle szła naprzód, nie zastanawiając się nad relacjami. Miała cudowną siostrę, brata bliźniaka, przyjaciół, czy to nie było wystarczające? Jeden telefon i każde z nich znalazłoby się przy niej.
Igrająca z ogniem? Ethan wzniecał w niej niewytłumaczalny ogień. Próbowała go ignorować na wiele sposobów, zgasić przed pojawieniem się najgorętszego żaru, ukrytego w środku płomienia. Tylko z każdym krokiem w jej stronę sprawiał, że jej zmysły działały jeszcze mocniej, intensywniej. Nie mogła tego ukryć przed samą sobą. Wiedziała to pożądanie, które wzniecało się jeszcze mocniej z każdym ich mieszającym się oddechem. Kwestią czasu była przepadnięcie w jego wargach oraz jego ciele. Za długo dorzucał do ognia, by mogła przejść obok niego obojętnie.
W trakcie pierwszego pocałunku nie myślała zbyt wiele. Skosztowała go zachłannie, ale był tak bardzo uzależniający, że musiała się odsunąć. Mogła udawać, że Hartley pod żadnym pozorem jej nie kręci, ale byłoby to zwyczajne kłamstwo. Każdy ruch warg wzmagał jej pragnienia. Może dlatego w geście desperacji odsunęła go od siebie. Był to zdrowy ruch, w myślach powtarzała panna cotta, byle móc ponownie od niego uciec. Była niczym zwierzę, próbujące wyrwać się od stada napastników, ale i to się nie udało.
Chciała zostać jego jedynym deserem. Długo nie analizowała ich słów, od razu poczuła na własnych ustach arbuzowy smak jego warg i pogłębiła pocałunek. Pierwszy raz nie wiedziała, co zrobić dłońmi. Na plecach czuła chłód ściany, a z drugiej strony gorące ciało Ethana, które coraz bardziej chciała móc poznać centymetr po centymetrze. Jedna z dłoni wylądowała na jego karku, wplatając palce w jego bujną czuprynę, a drugą położyła mu na piersi. Dawno nikt nie dotykał jej z takim zdecydowaniem, wystarczyło lekkie zaciśnięcie ciała, a z jej ust wydobywały się krótkie westchnięcia. Przepadła. Kiedy tylko wsuwał dłonie pod jej sukienkę, wręcz prosiła o więcej, błagała, pragnęła, by to całe napięcie finalnie prysnęło.
— Drodzy Państwo, goście się na Państwa skarżą, na sali są też dzieci — rzucił do nich kelner, otwierając drzwi na palarnię, a wszyscy dookoła byli wpatrzeni w ich dwójkę. Widocznie dostali darmowe show do oglądania. Blondynka też cała z wypiekami na twarzach była wpatrzona w szybę, widocznie cały wieczór ich oglądała.
— Dobrze, nie musi się Pan martwić. Skończymy tutaj — stwierdziła uprzejmym tonem Charity, czekając na wyjście kelnera. Sama przystawiła do ust swojego iqosa i zawiesiła wzrok na Ethanie. Na jej twarzy malowały się wypieki, a oddechu nawet przez moment nie była w stanie uspokoić — podobno Koko chce się z Tobą zobaczyć — nie ona, a pies. Idealne wytłumaczenie panienki Marshall, by kontynuować to, co zaczęli.
— Nie mam zielonego pojęcia, o jakim innym moglibyśmy rozmawiać — mruknęła Charity, unosząc niewinnie kąciki ust. Mogła zgrywać głupią, ale rozumiała dwuznaczność ich rozmowy. Zdawała sobie sprawę, kiedy zaczynała zbliżać na niebezpieczne tory. Ani przez krótki moment nie chciała dać mu satysfakcji. Aluzje były bezpieczne, kiedy robiło się niezręcznie, można było spokojnie wycofać się z własnych słów, zrobić jeden krok do tyłu i udawać, że nic się nie stało. Jednak w jej sercu powoli rozpalał się ogień, a wyobraźnia coraz bardziej wchodziła na niezbyt bezpieczne tory.
— Może — mruknęła ze zawadiackim uśmiechem na twarzy — a może chcę, by nie ma to żadnego znaczenia dla mnie? — dopytała, przechylając delikatnie głowę z przepięknym uśmiechem. Cokolwiek by mu nie powiedziała w tym momencie, chciała zrobić mu prawdziwy mętlik w głowie. Wiedziała, o jakim ciśnieniu mówią, wiedziała, że jedno słowo więcej, a jej myśli powędruje dalej niż ściany restauracji. Wprost do jej, lub jego apartamentu. Wystarczyłaby krótka iskra, która by ich strawiła.
— Samotność bywa zdrowa — stwierdziła cicho, unosząc delikatnie, lekko kąciki ust. Lubiła być samotna, jakkolwiek źle to nie brzmiało. Chociaż nauczyła się tego w przeciągu kilku miesięcy, niedawno wierzyła w miłość. Tylko kto byłby w stanie dorównać jej kroku, lub iść równo z nią? Nie miała zielonego pojęcia, dlatego ciągle szła naprzód, nie zastanawiając się nad relacjami. Miała cudowną siostrę, brata bliźniaka, przyjaciół, czy to nie było wystarczające? Jeden telefon i każde z nich znalazłoby się przy niej.
Igrająca z ogniem? Ethan wzniecał w niej niewytłumaczalny ogień. Próbowała go ignorować na wiele sposobów, zgasić przed pojawieniem się najgorętszego żaru, ukrytego w środku płomienia. Tylko z każdym krokiem w jej stronę sprawiał, że jej zmysły działały jeszcze mocniej, intensywniej. Nie mogła tego ukryć przed samą sobą. Wiedziała to pożądanie, które wzniecało się jeszcze mocniej z każdym ich mieszającym się oddechem. Kwestią czasu była przepadnięcie w jego wargach oraz jego ciele. Za długo dorzucał do ognia, by mogła przejść obok niego obojętnie.
W trakcie pierwszego pocałunku nie myślała zbyt wiele. Skosztowała go zachłannie, ale był tak bardzo uzależniający, że musiała się odsunąć. Mogła udawać, że Hartley pod żadnym pozorem jej nie kręci, ale byłoby to zwyczajne kłamstwo. Każdy ruch warg wzmagał jej pragnienia. Może dlatego w geście desperacji odsunęła go od siebie. Był to zdrowy ruch, w myślach powtarzała panna cotta, byle móc ponownie od niego uciec. Była niczym zwierzę, próbujące wyrwać się od stada napastników, ale i to się nie udało.
Chciała zostać jego jedynym deserem. Długo nie analizowała ich słów, od razu poczuła na własnych ustach arbuzowy smak jego warg i pogłębiła pocałunek. Pierwszy raz nie wiedziała, co zrobić dłońmi. Na plecach czuła chłód ściany, a z drugiej strony gorące ciało Ethana, które coraz bardziej chciała móc poznać centymetr po centymetrze. Jedna z dłoni wylądowała na jego karku, wplatając palce w jego bujną czuprynę, a drugą położyła mu na piersi. Dawno nikt nie dotykał jej z takim zdecydowaniem, wystarczyło lekkie zaciśnięcie ciała, a z jej ust wydobywały się krótkie westchnięcia. Przepadła. Kiedy tylko wsuwał dłonie pod jej sukienkę, wręcz prosiła o więcej, błagała, pragnęła, by to całe napięcie finalnie prysnęło.
— Drodzy Państwo, goście się na Państwa skarżą, na sali są też dzieci — rzucił do nich kelner, otwierając drzwi na palarnię, a wszyscy dookoła byli wpatrzeni w ich dwójkę. Widocznie dostali darmowe show do oglądania. Blondynka też cała z wypiekami na twarzach była wpatrzona w szybę, widocznie cały wieczór ich oglądała.
— Dobrze, nie musi się Pan martwić. Skończymy tutaj — stwierdziła uprzejmym tonem Charity, czekając na wyjście kelnera. Sama przystawiła do ust swojego iqosa i zawiesiła wzrok na Ethanie. Na jej twarzy malowały się wypieki, a oddechu nawet przez moment nie była w stanie uspokoić — podobno Koko chce się z Tobą zobaczyć — nie ona, a pies. Idealne wytłumaczenie panienki Marshall, by kontynuować to, co zaczęli.