-
Młoda prezeska próbująca oficjalnie przejąć firmę przed szponami młodszego bratanieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Piątki wieczór na kolacje z inwestorami wydawały się tradycją, przed którą pod żadnym pozorem nie była w stanie uciec. Niestety, George chciał poznać bliżej plany finansowe i poprosił, by na kolacji towarzyszył im dyrektor finansowy. Wcześniej nie miałaby z tym żadnego problemu, ale teraz? Próbowała unikać kontaktu z nim na tyle, ile było to możliwe. Z trudem ludzie zdobywali u niej zaufanie, zwłaszcza patrząc na to, co działo się dookoła niej.
Wcześniej była u ojca i to wcale nie poprawiło jej humoru. Stary Marshall wydawał się być jeszcze większym palantem niż wcześniej. Kiedy zaczęły wracać do niego siły, zrobił się jeszcze bardziej kontrolujący. Choć największym szczęściem dla niego było jedno, zgodność tkankowa z jego ukochaną córką. Podobno w pozostałych przypadkach coś się nie zgadzało, tylko potrzebowali do tego dłuższej analizy. O tej informacji całe rodzeństwo miało dowiedzieć się razem. Te dwie informacje krążyły bez zatrzymywania się po jej głowie. Standardowo przyszła wcześniej, ubrana w białą, przylegającą do ciała sukienkę i marynarkę. Krótkie włosy zaczynały zahaczać jej o ramiona, a ona siedziała pogrążona we własnych myślach z pierwszym kieliszkiem wina.
— Dobry wieczór, panie Hartley — skinęła delikatnie głową, mierząc mężczyznę od stóp do głów. Na oficjalną kolację nie przyszedł w dresie, to już jakiś plus. Tylko niezbyt ją interesował, nawet wzroku nie uniosła — pan LeClerc jeszcze się... — i wtedy rozbrzmiał jej dzwonek do telefonu. Niewiele myśląc, sięgnęła po telefon. Na ekranie wyświetliło się imię inwestora. Spojrzała jedynie krótko na Ethana, wzdychając krótko.
— Halo, dobry wieczór panie LeClerc, my już na pana czekamy — zaraz przerwała, a z głośnika telefonu dało się usłyszeć ucieszonego George'a — słucham? Rodzi się Panu właśnie dziecko? — powtórzyła razem za nim. Pierwszy raz od dawna kącik ust jej drgnął, przez co nie wiedziała, co powinna powiedzieć. Żadne słowa tego nie oddawały, a ją to zabolało. Jak sól wrzucona na starą ranę — To ma być znak naszej współpracy? — dopytała, kiedy ogłaszał głośno, że podpisze kontrakt w poniedziałek — naprawdę? Nie, nie musimy świętować bez Pana dwóch okazji — przymknęła na moment oczy, poszukując odpowiednich słów — dobrze, trzymam kciuki za pana żonę... — stwierdziła finalnie, wzdychając krótko. Odłożyła telefon do torebki. Potrzebowała wina, a najlepiej sporej ilości alkoholu. Chwyciła za szkło i wypiła połowę jego zawartości na raz.
— Mamy zjeść razem kolację i świętować — stwierdziła beznamiętnie Cherry — syn mu się rodzi — dodała, chwytając się ponownie za brzuch. Nie spodziewała się, że wrócą do niej z powrotem nieprzepracowane traumy. Zwłaszcza przy nim. W głowie przelatywały myśli oraz obrazy, do których nie chciała wracać.
— Możemy się do siebie nie odzywać? — pierwszy raz uniosła na niego wzrok, spoglądając na jego zielone oczy. Było w nich coś interesującego, czemu nie była zaprzeczyć. Tyle że po całym tygodniu nie miała siły na przepychanie. Szpitale uwzięły się za jej rodziną jak rzep do psiego ogona i nie chciały odpuścić.
-
You don't need to say you're mine...
I already know you're mine
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os. l. poj.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Kiedy pracownik witający gości wskazał mu odpowiedni stolik, na kilka sekund zatrzymał się, spoglądając w tamtym kierunku, by dokonać szybkiej analizy sytuacji. Przygotował się na jej typowo bojownicze zachowanie, ale widok zamyślonej Charity, sączącej wino wprawił go w zaskoczenie. Zaraz przez jego głowę przeszła myśl: czy coś się stało?
— Dobry wieczór, pani Prezes - odparł łagodnym tonem na jej chłodne powitanie i zajął miejsce obok. Musiał przyznać, że w tej bieli i bez gniewnego wyrazu twarzy, który zwykle gościł na jej twarzy, wyglądała niezwykle niewinnie. Nawet rysy jej twarzy stały się łagodniejsze, sprawiając, że zdawała się znacznie bardziej… przystępna, przez co jego zaintrygowanie nią momentalnie wzrosło.
Miał dziwne wrażenie, że nagle rozbrzmiały telefon zwiastował kłopoty. Oparł się wygodniej o krzesło i z uwagą słuchał rozmowy Charity z inwestorem, starając się zarejestrować padające w niej słowa, ale nie mógł oprzeć się przed ukradkowym spoglądaniem na ciemnowłosą. Jej zakłopotanie i problem ze znalezieniem odpowiednich słów, a także brak jej dotychczasowej werwy był co najmniej zastanawiający. Mimowolnie czuł coraz większy niepokój. Tym bardziej, gdy po zakończeniu rozmowy za jednym zamachem upiła kilka większych łyków wina. Na informację o świętowaniu pomyślał tylko, że przynajmniej jej entuzjazm był jak zwykle godny podziwu.
— Jak on śmiał wymigać się od tak ważnego spotkania. Przecież Cherry Marshall nie wystawia się do wiatru - stwierdził z udawanym oburzeniem, choć kąciki jego ust drgnęły w nieznacznym rozbawieniu. Tą drobną uwagą chciał rozluźnić atmosferę.
Prośba o nie rozmawianiu ze sobą była jeszcze dziwniejsza, bo zwykle to ona nadrabiała za ich dwoje swoich ciętym językiem. Tym razem jednak wyglądało to zupełnie inaczej - ona wyglądała i zachowywała się całkowicie nie tak, jak go do tego przyzwyczaiła. W jej spojrzeniu brązowych oczu było coś, co skłaniało go do próby poprawienia jej samopoczucia.
— Moglibyśmy, ale wtedy wyglądałoby to na posiłek spędzony w samotności, a taki nie jest - odparł zdecydowanym tonem. Fakt był taki, że cokolwiek działo się w tej jej pięknej główce, miał zamiar ją od tego oderwać na tyle, na ile potrafił. Bez namysłu pochylił się nieco w jej stronę, by dodać konspiracyjnie: - Poza tym, co pomyśleliby sobie ludzie dookoła, gdybyśmy przez cały ten czas nie zamienili ze sobą ani słowa? - Brodą wskazał na siedzącą obok przy stoliku parę: - Ten facet z łysiną pewnie przewróciłby oczami i powiedział do swojej żony: co za typ, facet nawet nie potrafi zagadać do tak pięknej dziewczyny. Języka w gębie nie ma czy jest idiotą? Za naszych czasów każdy mężczyzna wiedział, co robić, a teraz? Tylko telefony i internet im w głowie - zaintonował niezadowolenie starszego pana, nieco ściągając przy tym brwi, na koniec nie potrafiąc już powstrzymać rozbawionego uśmiechu. - Sama widzisz. Chyba powinienem bardziej zadbać o swoją reputację - przyznał ostatecznie, po czym spojrzał w jej brązowe oczy, by wyczytać z nich reakcję i po raz kolejny przyznać w duchu, że naprawdę była bardzo piękna. I zamierzał zrobić wszystko, żeby na jej twarzy pojawił się uśmiech.
Cherry Marshall
-
Młoda prezeska próbująca oficjalnie przejąć firmę przed szponami młodszego bratanieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Gdyby nie prywatna sfera życia Charity byłaby najbardziej szczęśliwą osobą na całej kuli ziemskiej. Wszelkie traumy by zniknęły, które siedziały wewnątrz niej. Była niczym nadmuchany balonik, czekający na pęknięcie. Choroba jej ojca dawała jej o sobie. Każdy w firmie posyłał jej troszczące się spojrzenia, dopytywał o stan ojca. Chciałaby móc być idealną córką, ale czasami zastanawiała się, czy nie odżyłaby, jeśli on by umarł. Okropne to były myśli, a powiększały się jeszcze mocniej w sprawie przeszczepu. Może odzyskałaby dawny rezon przy inwestorze, ale on wbił tę najgłębszą szpilę. Nabrała głębokiego oddechu, rzadko wracała do tego tematu, a przy Ethanie nie mogła pozwolić sobie na chwilę słabości.
Tylko że znów nie miała siły walczyć.
— To nasz nowy inwestor — stwierdziła suchym tonem — niektórzy mają do tego prawo, zwłaszcza kiedy kontrakt opiewa na grube miliony — westchnęła cicho. Poza tym jak miała się złościć, gdy właśnie rodził mu się syn? Ona właśnie szykowałaby się na pojawienie się wielkiego dziedzica, jeśli tylko trafiłby do dobrego miejsca. Nie byłaby w stanie ot tak wyrzucić tej myśli z własnej głowy. Może znowu powinna pójść do psychoterapeuty? — powinien Pan być zadowolony. Rentowność wzrośnie — wzruszyła delikatnie ramionami, wbijając spojrzenie w losowych ludzi w restauracji. Każdy uśmiechnięty, radosny, tylko ona została sztucznie wklejona do pięknego obrazka. Irytował ją fakt, że musiała zgodzić się ze zdaniem inwestora. Zjeść kolację z mężczyzną, którego uważała za nowego nemesis.
— Błagam, nie udawaj, że chcesz spędzać ze mną czas — mruknęła pod nosem, ale wojowniczy ton nie wybrzmiewał z jej ust, coś na wzór bezsilności. Westchnęła cicho, przypatrując mu się długo. Próbowała wyczytać z jego twarzy, co dokładnie kryło się w jego mózgu, co tak właściwie myślał oraz po co to udawanie? Nie potrafiła zobaczyć w nim autentyczności — że się nie lubimy? Albo że się pokłóciliśmy? — nie raz widziała wielkie dramy przy stolikach restauracyjnych. Miejsca takie jak to były wręcz idealne na zerwania, lub zaręczyny. Najgorszym połączeniem był koniec związku przez odrzucenie zaręczyn. Choć musiała przyznać, że odrobinę ją to bawiło. Ludzie byli niesamowici.
Wzrokiem zlustrowała parę, którą jej pokazał. Rozbawił ją. Nie spodziewała się tak prostego rozbrojenia. Parsknęła cicho pod nosem. Tu pojawiła się pierwsza ambiwalencja, a przynajmniej pierwsza świadoma. Mogła się nim brzydzić, budził w niej samej strach, podważał kontrolowany tryb, w którym trwała, a teraz? Uniosła kąciki ust, czując się rozbrojona. Miał coś w sobie, czemu chciała ulegnąć.
— Punkt dla Ciebie — stwierdziła finalnie, wpatrując mu się w oczy. Nie były brązowe, tylko... zielone? Czemu wcześniej nie zwróciła na to uwagi? W tym świetle wyglądały hipnotyzująco — a co z moją reputacją? — zagadnęła, odkładając kieliszek na stół. Rozejrzała się, widząc gdzieś w oddali zgrabną, piękną blondynkę, patrzącą w ich stronę — może tamta dziewczyna spędziła z Tobą noc? — zagadnęła, wskazując w jej stronę głową. Od razu odwróciła się w przeciwnym kierunku dla Cherry już wiedziała, że coś ich kiedyś łączyło — nie może przestać na Ciebie patrzeć, Hartley — rzuciła mu właśnie rękawicę. Równie dobrze mogła to być nieznajoma, której się spodobał. Nie miałaby tego za złe tej dziewczynie. Zrozumiałaby to. Oddzielał ich stolik, ale obecność Ethana była przytłaczająca dla niej samej. Nie wprowadzał jej w atmosferę jeszcze większej walki, a to z kolei drażniło ją.
Bo naprawdę mógł nie być taki zły jak założyła.
— Nie mam humoru, by z Tobą walczyć — stwierdziła finalnie, wbijając w niego spojrzenie. Sprawdzała jego reakcję. Kłótnia bywała wymagająca. Trzeba było ścierać się, wiecznie musiała być na ciągłych obrotach, a potrzebowała odpoczynku. Krótkiej chwili wytchnienia w trakcie, której mogłaby wziąć oddech pełną piersią.
— Dobry wieczór, czy mógłbym przyjąć od Państwa zamówienie? Czekają Państwo jeszcze na trzecią osobę? — zagadnął do nich kelner, uśmiechając się do obojga szeroko — daj nam jeszcze chwilę. Mój towarzysz dopiero dołączył i będziemy we dwoje — Math, bo tak nazywał się kelner, skinął głową, a jego wzrok powędrował na Ethana — przynieść coś do picia?
-
You don't need to say you're mine...
I already know you're mine
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os. l. poj.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Uwagi o specjalnych prawach inwestora nie skomentował, choć i tak wydało mu się dziwnym, że w jej oczach nie rozpaliły się bojowe iskry, gdyż wcale już nie musiała ukrywać swoich emocji. - Proszę, Charity, nie mów mi na Pan. Pozory możemy zachować w firmie, ale teraz to niczemu nie służy - stwierdził, uśmiechając się pod nosem. Oficjalnie mogli pozostać w sferze tytułów, jeśli tego chciała, ale poza pracą? Wolał swobodniejsze podejście. Poza tym, najpierw poznali się prywatnie, czego nie dało się ukryć.
— Czemu miałbym udawać? - ściągnął brwi, ciekaw jej odpowiedzi. Nie była tak zła w jego mniemaniu, jak zapewne sądziła. Właściwie uważał ją trochę za wariatkę, ale był w tym jakiś urok. Nie mógł też osądzać jej, nie wiedząc o niej zbyt wiele, a przy tym oprzeć się rozmyślaniu o tym, co też wpływało na jej zachowanie. - Po co więc marnować swój cenny czas? - Nie przekonała go. - Lepiej milczeniem nie wzbudzajmy niepotrzebnego zainteresowania - uznał, zanim dodała coś więcej. Raczej oboje nie przepadali za byciem w centrum zainteresowania, jeśli chodziło o wzbudzanie jakichś niezdrowych sensacji. W drugą stronę zaś zupełnie nie przeszkadzało mu obgadywanie innych.
Jest i on. Subtelne drgnięcie kącików ust poprzedzone parsknięciem sprawiło, że on również uśmiechnął się odrobinę szerzej zadowolony z efektów. Jej brązowe spojrzenie stało się łagodniejsze i może nawet odrobinę pojaśniało. Aż nie mógł oprzeć się przed iskrą nadziei, która wzbudzała w myślach pytanie - czyżby następował jakiś przełom?
Na jej wyzwanie powiódł wzrokiem w kierunku wskazanej dziewczyny, na kilka sekund zawieszając na niej oko, by zaraz pokręcić głową. - Hmm, nie przypominam sobie - odparł, zgodnie z prawdą, nadając wypowiedzi lekki ton, jakby piękna blondynka zupełnie go nie wzruszyła. Dopiero niedawno wrócił do miasta, nie miał czasu na zbyt wiele przelotnych znajomości. A obecnie miał przecież znacznie ciekawsze towarzystwo. Na jej spostrzeżenie zamiast ponownie uciec wzrokiem na nieznajomą, do czego zapewne prowadził ten test, podniósł go na magnetyczne tęczówki Charity. - Piekielnie Ci zazdrości. Pewnie dlatego uważa, że nie jesteś warta mojej uwagi, bo nie wiesz, co ze mną zrobić - przyznał niskim tembrem głosu. Jego pewności siebie towarzyszył tajemniczy błysk. Nie miał okazji ani nie czuł potrzeby, by sprawdzać, czy tamta dziewczyna rzeczywiście się nim interesowała, ale osobiście intrygowała go reakcja Cherry. Nie miał wątpliwości, że sformułowana przez niego teza była fałszywa. Gdyby tylko chciała, mogłaby zrobić z nim wszystko. Czy naprawdę dalej będzie sobie wmawiać, że wcale jej nie ruszał?
— I dobrze. Bo i tak nie dorasta Ci do pięt - skwitował z nieznacznym uśmiechem, nie przerywając z nią kontaktu wzrokowego. Blondynki zdecydowanie nie były w jego typie, a jej brązowe spojrzenie, w których odbijało się światło świeczek stojących na ich stoliku, utwierdzało go w przekonaniu, że na swój typ własnie patrzył. Bynajmniej nie czuł potrzeby się z nią kłócić. Swoją energię wolał spożytkować w zupełnie inny sposób. Choćby taki, by poprawić jej humor.
Gdy niespodziewanie przerwał im kelner, odsunął się z powrotem na swoje miejsce.
— To samo, co Pani, poproszę. A najlepiej od razu całą butelkę - uśmiechnął się kurtuazyjnie do gościa z obsługi, i odprowadził go wzrokiem, po czym sięgnął po menu. - Jest do jedzenia coś, czego byś bezwzględnie nie wzięła do ust? - zagadnął z zainteresowaniem znad karty, nieświadomie spod rękawa marynarki odsłaniając nadgarstek, który zdobił fragment wytatuowanej róży.
Cherry Marshall
-
Młoda prezeska próbująca oficjalnie przejąć firmę przed szponami młodszego bratanieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Westchnęła ciężko. Dla niej nie istniały żadne pozory. Nie chciała wchodzić z Ethanem w żadne relacje, zwłaszcza te niezwiązane bezpośrednio z pracą. Przejście na ty byłoby dla niej sporym wyzwaniem. Nawet kiedy nie była w bezpośrednim trybie walki, nie chciała sobie na to pozwolić. Wymagałoby to wpuszczenia na nowy etap znajomości.
— To złodziej, czy Hartley? — zagadnęła finalnie, przekręcając głowę. Chwile stukała w blat stolika paznokciem, by finalnie stwierdzić — wolę Marshall, lub Cherry. Szczerze, nie przepadam za moim imieniem. Brzmi jak fundacja dobroczynna — mruknęła pod nosem, odwracając głowę, wzdychając ciężko. Kilka sekund temu zarzekała się, że nie przejdą na ty, ale poddała się. Wolała, kiedy ktoś zwracał się do niej w sposób, który jej odpowiadał. To nic nie znaczyło. Wróciła do niego spojrzeniem i znów ten uśmiech. Tylko tym razem działał, rozbrajał ją. Podobno jak jeden człowiek się uśmiecha, to drugi wcześniej, czy później to odwzajemni. Gdzieś słyszała taką teorię. Widocznie mógł być dla niej wrzodem na tyłku, ale dalej wymiana endorfin działa korzystnie.
— Żeby ułatwić sobie pracę w firmie i zdobyć u mnie ziarno sympatii? — nie było w niej większego entuzjazmu, ani wściekłości. Stwierdziła to, jakby właśnie mówiła: niebo jest niebieskie. Oczywistość. Nie uwierzyłaby, jeśli sam z siebie chciałby spędzać z nią czas poza biurem. Przecież była wariatką, która chciała zabrać własnego psa — niech będzie — westchnęła ciężko. Skoro mieli tu spędzić czas, mogła dowiedzieć się o nim czegoś nowego. Choć specjalnie jej to nie obchodziło. Chociaż musiała przyznać, że łechtał jej ego. Czuła na sobie jego spojrzenie, a opowieść o facecie z łysiną wzbudziła w niej prawdziwe emocje.
— Naprawdę? — spytała, powracając spojrzeniem do kobiety. Blondynka w końcu speszyła się i odwróciła wzrok gdzieś w bok. Coś ta kobieta musiała widzieć w Ethanie. Wróciła spojrzeniem znowu na Hartleya. Powoli zaczynała mu się przypatrywać. Bujna grzywa, pewne spojrzenie i rozbrajający uśmiech. Może nawet sama mogłaby też w nim coś zobaczyć. Cholera, miał w sobie coś przyciągającego, na co wcześniej nie zwróciła uwagi — bo rozbiera Cię właśnie wzrokiem — uniosła delikatnie oba kąciki ust. Teraz po głowie przeszła jej jedna niesforna myśl. Czy Ethan był niezobowiązującym kutasem? Czy też nie? Kiedy tak na niego patrzyła i wspominała jego niewyparzoną gębę, jasno stwierdziła, że musiał takim być. Najgorsze było jedno. Przeszkadzało jej to — a co oznacza: nie wiesz, co ze mną zrobić? — dopytała, unosząc jedną brew do góry. Wbiła w niego obojętne spojrzenie, zaczynając baczniej go obserwować. Poznała problem. Ethan był zbyt idealny. Śnieżnobiałe zęby, bujne włosy, idealny zarost... jedyne, czego mu brakowało to tatuaży, by zostać jej typem.
— Pamiętasz, jak mówiłam, żebyś mnie nie podrywał? — spytała, a jednak uśmiechnęła się szerzej. Na Charity nic tak bardzo nie działało jak łechtanie jej ego. Zdecydowanie uwielbiała to, zwłaszcza kiedy ktoś chwalił jej pracę. — skoro mamy nie siedzieć w ciszy, to powiedz o sobie coś interesującego — stwierdziła, nie przerywając kontaktu wzrokowego. Wiedziała o nim tyle, ile pozwoliły na to social media. Pan z bogatego domu, miał całkiem dobry start-up, pies. No i, biegał z jej bratem.
— Myślisz, że tyle razem wypijemy? — butelka. Liczyła na dwa kieliszki i do domu. Chociaż zaczynała się coraz lepiej bawić. Bingo! Tatuaż róży. Przez moment wpatrywała się w niego ciszy, która zrobiła się niezręczna — psa. Jeden dupek wciskał mi kiedyś, że hot-dogi są z psów... I jadł tak przy mnie z trzy hot-dogi — westchnęła ciężko. Kochała tego dupka, ale łatwiej było ominąć jego temat— to było nieludzkie — dla niej, bo ona łatwowierna w to uwierzyła — a ty czego chciałbyś spróbować ustami? — nie wyczuła żadnej dwuznaczności, zastanawiało ją, którą pozycję z menu Hartley chciał zjeść.
-
You don't need to say you're mine...
I already know you're mine
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os. l. poj.czas narracjiprzeszłypostaćautor
— Nie zapomnisz mi tego? - skrzywił się nieco z rozbawieniem. Czy żałował, że wtedy się tak zachował? Absolutnie. - Wystarczy Ethan. - O ile nie sprawi jej to zbyt wielkich trudności. Na następne jej wyznanie jego brew nieznacznie drgnęła. Postanowił to sobie zanotować w myślach. - Cherry. Brzmi znacznie bardziej - słodko - przystępnie - stwierdził w zamian i przygryzł wargę, żeby stłumić wstępujący na jego twarz łobuzerski uśmiech. I musiał w myślach przyznać, że gdy bez jej bojowego nastroju w jego oczach stawała się naprawdę całkiem intrygującą postacią. Taką, którą rzeczywiście chciałby poznać lepiej.
— Nie bądź dla siebie taka surowa. Znalazłoby się jeszcze kilka całkiem osobliwych powodów - rzucił nonszalancko, zerkając na nią z nieodgadnionym wyrazem twarzy, jednocześnie zastanawiając się, czy ten nieoczywisty komplement, jeden z wielu tego wieczoru, ciemnowłosa zdoła rozszyfrować. Oczywiście, że okoliczności tego spotkania pozostawiały wiele do życzenia, ale zamierzał wykorzystać tę okazję, żeby spędzić z nią wieczór sam na sam.
Przyglądał się jej, kiedy ponownie odwróciła się w kierunku tamtej nieszczęsnej blondynki, tym samym pozwalając, by kosmyki jej włosów opadły nieco na jej policzek. Z trudem oparł się pokusie, by poprawić je za ucho, a przy okazji musnąć kciukiem jej skórę, by przekonać się, czy była tak delikatna, na jaką wyglądała. Podjął jej spojrzenie, gdy powróciła do niego z błyskiem w oczach, ale jej finezyjny uśmiech sprawił, że na moment przeniósł je na jej pełne karminowe wargi. Dostrzegł ruch jej ust, za którym dotarły do niego słowa, aż przez ułamek sekundy +zastanowił się, czy przypadkiem nie mówiła o nim? - Jakoś nie zauważyłem - przyznał z wolna, ponownie zwracając uwagę na jej brązowe oczy. Nawet już nie korciło go, by to sprawdzić, bo to w niej utkwił swoje spojrzenie. Nie dało się tego nie zauważyć.
Jej pytanie wywołało znacznie szerszy, niemal nieprzyzwoity uśmiech, którego wprost nie potrafił powstrzymać. - Naprawdę nie wiesz, czy wolałabyś się o tym przekonać? - odbił piłeczkę, niejako rzucając jej wyzwanie. Pociągała go nie tylko głębią swoich oczu i zgrabnym, filigranowym ciałem, ale oddziaływała na niego również jej pewność siebie i zadziorność, która teraz, pozbawiona złowrogich nut, niezmiernie przyciągała go do siebie.
— Podrywam Cię? Ja tylko stwierdzam fakty - wzruszył ramieniem w niewinnym geście, ale kącik jego ust powędrował do góry, całkowicie go zdradzając. Jej uśmiech za to mówił mu, że to, co robił, najwyraźniej zaczęło działać. I dobrze było go w końcu zobaczyć na jej pięknej twarzy. Na jej pytanie na moment się zamyślił. - Hm… uwielbiam podróże. Ale zanim przewrócisz oczami, wiedz, że nie chodzi mi o zwykłe wylegiwanie się przy basenowym leżaku, tylko rzeczywiście o zwiedzanie. Podziwianie krajobrazów, poznawanie kultury, ludzi i świetnego jedzenia to fantastyczna przygoda. - Zerknął na nią, ciekaw, czy z tym rezonowała. Żałował tylko, że nie mógł sobie na to pozwolić tak, jak zawsze o tym marzył. - Wiesz, co w tym jest najlepsze? Gdziekolwiek się wybierzesz, nikt Cię tam nie zna i nie osądza, więc możesz być sobą i żyć chwilą. Tu i teraz. Po prostu - stwierdził ostatecznie. W podróżach szukał swobody, której brakowało mu pod pieczą rodziców, wymagającej pracy oraz pod bacznym spojrzeniem elity, ale kiedy udawało mu się wymknąć, czerpał z życia garściami.
— Mamy na to cały wieczór. - Miał przeczucie, że oboje potrzebowali rozluźnienia. Butelka wydawała się więc rozsądnym wyborem, żeby kelner nie musiał do nich co chwila podchodzić. - A wiesz, że kiedyś rzeczywiście tak było? Stąd ta nazwa. Teraz pewnie zdarza się to raczej głównie w jakichś naprawdę podejrzanych miejscach, ale w Toronto? - skrzywił się z powątpiewaniem i rozbawieniem, nie dowierzając w to, co słyszał. - Najprędzej obstawiłbym jakąś Azję. - Tamten dupek istotnie był też debilem, by aż tak ją wkręcić. Na jej pytanie aż obdarzył ją nieco dłuższym spojrzeniem, czy rzeczywiście mówiła poważnie, tak niefortunnie formułując zdanie. - Mam na oku kilka pozycji - przyznał w końcu z rozbawieniem i wrócił spojrzeniem do karty. Nie, nie miał na myśli niczego, co widniało w menu.
Cherry Marshall
-
Młoda prezeska próbująca oficjalnie przejąć firmę przed szponami młodszego bratanieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Naprawdę sądził, że zapomni przepychanie się w sprawie jej psa? Taka opcja nie istniała, Koko była dla niej psim dzieckiem, jedną z niewielu istot, na których Cherry tak bardzo zależało, że byłaby w stanie oddać własne życie. Momentami bywała tak pamiętliwa jak słonie. Tu trzeba przytoczyć anegdotkę. Słoń zaatakowany przez człowieka za dzieciaka pamięta go przez całe życie, ona miała podobnie, zwłaszcza kiedy ktoś próbował ją zranić.
— Nie — stwierdziła krótko, unosząc oba kąciki ust z delikatną nutą złośliwości. To była jedna z tych sytuacji, których mu nie zapomni i przy każdej możliwej okazji będzie ją wypominała. Znała własne możliwości. Kwestią czasu było chwytanie go za słówka — to Hartley — wzruszyła ramionami. Nazywanie wroga po imieniu było zbyt... intymne? Wolała tworzyć między nimi niewidzialną granicę, która pozwalała jej na jeszcze większy dystans niż wcześniej — tylko nie mów tak do mnie w pracy — dodała po kilku chwilach. Była zrezygnowana, a jednak butność musiała z niej wyjść. Nie chciała z nim przechodzić na stopień koleżeński. Ten zawadiacki uśmiech miał w sobie coś, czemu mogłaby się poddać.
— Jakich powodów? — dopytała, unosząc do góry jedną z brwi. Wiele byłaby w stanie mu zarzucić, wiele stwierdzeń wypowiedzieć. Tylko poza ułatwieniem kontakt nie widziała nic poza. Dla niej Ethan był jak rzeżączka. Chwilowy problem na który trzeba było wziąć tabletki. Prosta sprawa, wypadek przy pracy. Tylko trzeba było go zdiagnozować. O ironio, ona nawet teraz poszukiwała jego słabości, pewnej rysy w tym nienagannym wizerunku, który próbował jej przedstawić.
— To powinieneś być uważniejszy — mruknęła Charity, wyczuwając jego wzrok. Miała wrażenie, że cały czas jest obserwowana. Powoli ją to gubiło. Nie zwracał uwagi na blondynkę, choć była atrakcyjna i pewnie sama Cherry mogłaby spędzić z nią noc. Schlebiało jej to. Lubiła być widziana, kiedy dla kogoś stawała się swego rodzaju centrum wszechświata. Tylko ona jedna. Może gdyby nie spotkali się wcześniej w parku, byłaby skłonna podjąć jego rękawicę.
— Hartley, masz nieprzyzwoite myśli? — dopytała ironicznie. Na jej ustach zawitał lekko zadziorny uśmiech. Powoli rozmowa z Ethanem zaczynała ją bawić. Ciekawiło ją, co dokładnie kłębiło mu się po głowie — czy powinnam kazać Ci wrócić do pracy? — dodała półserio, półżartem. Cokolwiek by jej teraz powiedział, chciała móc podjąć jego rękawicę. Zmierzyć się z nim, bo... byłaby w stanie mu się oprzeć. Intensywne perfumy, dobrze zbudowane ciało i te tatuaże, które chciała odkryć, w ogóle nie robiły na niej jakiegokolwiek wrażenia.
— Nie musisz, znam własną wartość — ale teraz Charity skłamała. Uwielbiała, kiedy ktoś ją chwalił, dawał jej chwilę atencji. Brakowało jej bliskości oraz czułości. Na co dzień była prezeską, ludzie wykorzystywali ją na wiele sposobów. Musiała każdego brać na poprawkę.
— To jak ja — stwierdziła, kiedy tak go słuchała. Uwielbiała działać, nawet w trakcie podróży. Poznawać nową kulturę, patrzeć na zabytki, sztukę, czy zdobywać szczyty. Może mogliby szczytować (hehe) razem? Pokręciła głową, nie powinna mieć takich myśli — uwielbiam podróżować do miejsc, w których coś się dzieje. W niektóre miejsca na świecie jechałam z rodziną w ramach festiwalów, które się tam odbywały — tak co roku jeździła na Lanzarote na festiwal wina. Ze względu na specyficzne gatunki wina tamtejsze wino smakowało wybornie — chociaż nigdy nie znalazłam się na sawannie... — mruknęła pod nosem. Jako mała dziewczynka uwielbiała gepardy. Najszybsze ssaki na kuli ziemskiej i zawsze chciała móc je zobaczyć, dotknąć, obserwować — to prawda... — mruknęła pod nosem. Uwielbiała to uczucie, kiedy ludzie nie widzieli w niej kogoś ważnego. Wtedy nie musiała trzymać kontroli, niczego nie byłaby w stanie stracić — chciałabym móc wybrać się gdzieś, gdzie jest wiecznie zimno i nikt nie byłby w stanie się do mnie dodzwonić — rozmarzyła się przez moment, myśląc o światłach tańczących na niebie. Zorza polarna była jednym z jej marzeń — telefonowy odwyk — westchnęła ciężko. Ostatnie sprawy zaczynały ją przytłaczać, potrzebowała móc spędzić czas sama ze sobą. Może powinna zabrać gdzieś Charliego? Może na Teneryfę?
— Cały wieczór? — dopytała, unosząc wysoko brew — w Stanach wtedy byliśmy. Zresztą jak komuś ufam, to bezgranicznie — rozłożyła dłonie i wzruszyła delikatnie ramionami. Nie sądziłaby, że ktoś próbowałby jej zrobić krzywdę świadomie. W końcu nie jesteśmy odpowiedzialni za emocje innych, on też za jej nie był. Chociaż może sądził, że wiedza o życiu codziennym Cherry, jest na wyższym poziomie.
— A które pozycje najbardziej Cię interesują? — dopytała, przechylając głowę. Wyczuwała tu delikatną dwuznaczność. Wbiła w niego spojrzenie, ani razu nie uciekając spojrzeniem — ja mam ochotę na — parówkę, kiełbasę — może coś z bakłażanem — stwierdziła, zjeżdżając wprost na jego oczy. Chwyciła kieliszek wina, by wypić pozostałą zawartość na raz. Procenty zdążyły uderzyć jej do głowy, skoro Ethan zaczął ją... kręcić?
-
You don't need to say you're mine...
I already know you're mine
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os. l. poj.czas narracjiprzeszłypostaćautor
— Dobrze, wariatko - zgodził się, znacząco przeciągając głoski. Skoro tak chciała się bawić, nie omieszkał posługiwać się adekwatnym dla niej określeniem. Czy stosowanie wobec siebie takich epitetów nie było już dość… intymne? Chcąc nie chcąc, granice, które starała się między nimi wyznaczyć, z każdą chwilą zaczynały się zacierać. - Potrafię zachować profesjonalizm, jeśli wymagają tego okoliczności - zapewnił ją z typową dla siebie arogancją. Skłonny był do tytułowania jej w towarzystwie osób trzecich, ale nie zamierzał gryźć się w język, kiedy zostawali we dwójkę. Każda okazja do zmniejszenia między nimi dystansu była na wagę złota.
— Na przykład dlatego, że chcę Cię… - zawahał się na ułamek sekundy, zanim dokończył - …poznać bliżej. Nadal liczę na owocną współpracę - spojrzał na nią znacząco. Czy naprawdę uważała, że dało się oprzeć temu uśmiechowi, którym ją tak hojnie tego wieczoru obdarowywał? Był całkowicie świadom swoich atutów, które często wykorzystywał do własnych celów, ale teraz? Przychodziło mu to z niezwykłą łatwością. A powodów, dla których chciał zostać z nią na tej kolacji było więcej. Choćby i dla jej uśmiechu, który zmieniał postrzeganie jej jako królowej lodu, bo zdradzał, że kryło się za nim coś więcej, niż chłód.
— I jestem - stwierdził oczywistą oczywistość. Z tym, że w obecnej chwili przestał dostrzegać innych wokół, poświęcając jej całą swoją uwagę. Na pewno wolała nie widzieć jego zainteresowania innymi kobietami w restauracji, a i on w tym momencie posiadał znacznie ciekawszy obiekt do obserwacji, niż jakieś nic nieznaczące ons.
— To myśli tej blondynki są nieprzyzwoite - przygryzł wargę, wyraźnie rozbawiony. Perfidnie go podpuszczała, ale odpowiadała mu ta gra. - Kazać? Możesz być moją szefową w pracy, ale poza nią nie masz nade mną żadnej władzy - pokręcił głową z zawadiackim błyskiem w oku, ciekaw, czy naprawdę chciałaby się o tym przekonać. Zdążył już zauważyć, że miała fioła na punkcie kontroli i władzy. I o ile w pracy mogła pozostać jego panią prezes, tak w pozostałych kwestiach nie mógł jej pozwolić na rozkazywanie. Nie mógł jej ulegać we wszystkim nawet, jeśli patrzyła na niego tymi swoimi brązowymi oczętami i pachniała niczym afrodyzjak.
— Wiem, że nie muszę. - Ale chciał, a to była znacząca różnica. Nie odczuwał żadnych trudności w obdarzaniu jej komplementami, uznając je za całkiem zasadne. Im dłużej spędzał z nią czas, tym prostsze stawało się dotrzymanie umowy.
Swoim wyznaniem zainteresowała go jeszcze bardziej, dlatego słuchał jej z uwagą, kiwając przy tym nieznacznie głową. - Festiwale to jedno, ale czy nie wolisz czasem zgubić się w uliczkach, żeby przypadkiem odkryć wyjątkowe miejsca, których nie ma w przewodnikach? - Z dala od typowych turystów, bez planów, bez spoglądania na zegarek, otworzyć się na to, co nieoczekiwane? Dla niego nie było nic lepszego, niż właśnie takie chwile. Zwłaszcza, że często zbyt ciężko było wyrwać się ze świata, w którym żyli. Wieczne trzymanie gardy z czasem stawało się męczące, a wtedy potrzebował wytchnienia i uciekał na jacht, którym pływał po całym Morzu Śródziemnym. - Stałoby się coś złego, gdybyś na chwilę uciekła przed światem? - zagadnął z czystej ciekawości. Wyłączenie telefonu na wieczór czy weekend wcale nie było trudne do zrealizowania. Niemniej domyślał się, co miała na myśli - potrzebowała na to dobrej wymówki, bo też wiecznie starała się spełnić oczekiwania otoczenia, przywdziewając na siebie maskę twardzielki. Może wcale tak bardzo się od siebie nie różnili?
— A spieszysz się gdzieś? - odpowiedział pytaniem na pytanie, po chwili zanotowując kolejną rzecz, którą o sobie zdradziła. Postanowił też zapamiętać nazwę tego wina, bo dobrze na nią działało. - A nadal mu ufasz? - zapytał ostrożnie. Nie był w stanie oprzeć się przed pytaniem, które momentalnie nasunęło mu się na myśl. Nie, nie czuł zazdrości. Po prostu czuł się zobowiązany otworzyć jej oczy. Tak dla jej dobra.
Kiedy zadała mu kolejne pytanie, znów spojrzał na nią, starając się ją rozszyfrować, a na ułamek sekundy zastanowiło go, czy kiedykolwiek będzie w stanie przewidzieć jej zachowanie. Czyżby jawnie się z nim droczyła? - Ale na przystawkę mógłbym zacząć od czegoś ze słodkim arbuzem. - Z bijącą od niego pewnością siebie podejmował jej spojrzenie, myślami mimowolnie odpływając w niebezpieczne rejony, co zdradzały diabelskie iskry w jego oczach. Kusiła go swoją śmiałością, na co zdecydowanie nie był odporny.
Cherry Marshall
-
Młoda prezeska próbująca oficjalnie przejąć firmę przed szponami młodszego bratanieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Nie mogła powstrzymać się od strzelenia oczami, słysząc słowo wariatka. Okej, sama się na niego rzuciła, ale została sprowokowana. Charity Marshall praktycznie nigdy o nic nie prosi, ani nie przeprasza.
— Wariatko? — powtórzyła za nim z uniesioną brwią i kręcąc przy tym głową. Słyszała wiele określeń, którymi ludzie ją nazywali. Panienka Marshall, pani prezes, wisienka, ale nikt nie odważył rzucić do niej tak negatywnym określeniem. Nie miała sił do wykłócania się z Ethanem, ze swego rodzaju zgodą przyjęła kwestię jego profesjonalizmu. W Northland Power uważał, mógłby chodzić po pracownikach, opowiadając przepiękną historię ich poznania. Zdawała sobie jeszcze sprawę, że ona też była winna.
— Przestań być takim pochlebcą — mruknęła pod nosem Marshall, odwracając głowę. Działał na nią. Za bardzo chciała móc wrócić wzrokiem do jego uśmiechu, by zawiesić na nim wzrok. W głowie powinien wybrzmiewać jej ojciec. Przynajmniej on, bo kwestia rodzenia dziecka zniknęła. Zamiast tego w głowie widziała jedynie Ethana. Przez stolik niemalże czuła zapach jego perfum, czuła jego spojrzenie na sobie i nie mogła udawać, że zaczynał powoli ją łamać. Cholera, Charity Marshall została uświadomiona o własnej słabości, a był nią złodziej psów.
Wróciła do niego spojrzeniem, marszcząc przy tym brwi. Z łatwością przyjęłaby jego zainteresowanie blondynką. Ba, wręcz wolałaby, żeby ją przeprosił ją, podszedł do nich. Tylko kogo ona oszukiwała? Bez jakichkolwiek barier kręciło ją jego spojrzenie, sposób, w jaki subtelnie próbował ją sprowokować.
— Nie tylko jej — mruknęła, a jej wzrok padł na przegryzioną wargę.
Dobrze, że miała na sobie makijaż. Inaczej z łatwością zobaczyłby delikatne rumieńce wchodzące na jej policzki. Ścisnęła mocniej się za udo, próbując przywołać się do porządku. Cała ta rozmowa zaczynała wchodzić na naprawdę niebezpieczne tory...
— Zaskoczę Cię, jeśli powiem, że zawsze mam plan? — nawet na wycieczkach musiała mieć wszystko dopięte na ostatni guzik. Rzadko pozwalała sobie na całkowite zapomnienie, ucieczkę od świata, bo nigdy nikt jej na to nie pozwolił. Jedyne momenty, w których mogła odetchnąć, to gdy wypływała jachtem na pełne wody, tam zawsze traciła zasięg — nawet teraz przychodzą do mnie maile. Kto miałby panować nad całą firmą? Nie każdy może pozwolić sobie na chwilę odpoczynku — nawet na odległość potrafiła ją prowadzić. Pić aperola na słonecznym wybrzeżu, jednocześnie trzymając laptopa, by wszystko załatwić. Zawsze trzymała się wytycznych ojca, nawet jeśli uważała je za chore. Ethan wydawał się być inny, różnił się od niej, a ona coraz bardziej to wyczuwała.
— Koko na mnie czeka — przypomniała mu o swojej, ukochanej, czarnej pudlicy. Co prawda przebywała właśnie w psim SPA, kąpiele, czesanie, ale tego nie musiała zdradzać. Wystarczyłoby krótkie spojrzenie na telefon i wiedziałaby, co się z nią dzieje. Za to kolejne słowa sprawiły, że na nowo spoważniała. Jeden z kącików ust delikatnie jej drgnął ku górze. Nie spodziewała się takiego pytania, a jej myśli na nowo powędrowały w stronę bolesnych wspomnień — nie wiem — odpowiedziała finalnie, czując wewnątrz siebie sprzeczne emocje. Chciała móc wierzyć w jedno, oboje chcieli swojego szczęścia. Niekoniecznie razem i zdecydowanie z daleka od siebie.
Rozchyliła delikatnie wargi. Nie spodziewała się tej odpowiedzi. Arbuzy... były bardzo soczyste i smaczne. Momentami elektryzujące, a w jej głowie pojawił się Ethan zajadający jednego, konkretnego arbuza. Aż musiała nabrać powietrza do płuc.
— Wiśniowa przystawka jest tu lepsza — odparła, wracając wzrokiem do menu, a tam faktycznie znajdowała się malutka przystaweczka z ozdobną wisienką. Nie powinna podejmować tej gry, zdecydowanie nie, a jednak szła w nią dalej. Chciała wygrać — ja bym spróbowała marchewkowego puree, ale wydaje się trochę małe — wyjrzała, by móc na niego spojrzeć. Ktoś jej kiedyś powiedział, że rozmiar można poznać po długości kciuka, a jeśli tak... To dłonie Ethana zaczęły wydawać się jej niezwykle interesujące. Zaraz przyszedł kelner wraz z butelką wina, by móc zebrać ich zamówienie.
— Wybierz coś dla mnie — stwierdziła finalnie Charity, przez krótki moment oddając całkowitą kontrolę nad sytuacją Hartleyowi. Przynajmniej nad jej posiłkiem.
-
You don't need to say you're mine...
I already know you're mine
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os. l. poj.czas narracjiprzeszłypostaćautor
— Czasem staje się to zaletą - wzruszył beztrosko ramionami. Odbiło ci, zbzikowałaś, dostałaś fioła. Ale coś ci powiem w sekrecie. Tylko wariaci są coś warci - zabrzmiało w jego głowie, powodując na jego ustach szerszy uśmiech. Całkowicie się z tym zgadzał. Wbrew pozorom wcale nie używał tego określenia z negatywnym wydźwiękiem. Biorąc pod uwagę jej temperament, doszedł do wniosku, że po prostu życie z nią mogło wyglądać znacznie bardziej kolorowo. A w łóżku rządziłby ogień.
— Zawstydzam Cię? - zmarszczył brwi, widząc, jak na moment odwróciła wzrok. Próbował przy tym bezskutecznie udać powagę, ale niezmiernie satysfakcjonował go fakt, że raz po raz trafiał w punkt. Każda kobieta łaknęła komplementów, ale to te najmniej oczywiste uderzały najmocniej. A wobec Cherry nie musiał specjalnie się wysilać, mimo iż odgórnie mu to nakazano - miał oczy i własny rozum, schlebiał jej dlatego, że chciał. I stopniowo zaczynał ją dostrzegać, wzbudzając w nim coraz większe zainteresowanie.
Gdy spojrzała na niego ponownie spod ściągniętych brwi, mimowolnie zaczęło go zastanawiać, co też chodziło po jej pięknej głowie. Co też właśnie tak ambitnie analizowała i do jakich wniosków dochodziła
— Pozostaje więc tylko przekonać się jakie, najlepiej na własnej skórze - mruknął w odpowiedzi. Jego oczy zdradzały, że wiedziałby, co z nią zrobić. Gdyby nie to, że znajdowali się w bardzo eleganckiej restauracji, którą odwiedzała cała elita Toronto, zaciągnąłby Cherry do toalety, żeby móc w końcu zasmakować jej ust, poczuć na sobie jej gorący oddech i zbadać dłońmi jej ciało. Aż westchnął, świadom, że to musiało zaczekać. - To znaczy, że oboje powinniśmy się zachowywać, hm? - Zabrzmiało to bardziej jak stwierdzenie, niż pytanie. On jako jedyny jeszcze nic nie wypił, a już powoli przejmowała władzę nad jego umysłem i ciałem. Upomniał się w myślach, że rzeczywiście powinien bardziej nad sobą panować, ale z każdą minutą jego silna wola topniała pod wpływem jej piękna, inteligencji i… uroku. Tak, obecnie widział jej łagodniejszą wersję siebie, która go pociągała równie mocno.
— Absolutnie - pokręcił głową w rozbawieniu. Wyglądała na taką, co zawsze sztywno trzymała się planu i ciekawiło go, czy była w stanie iść na kompromisy. - Ale można w tym znaleźć równowagę. Choć najbardziej ekscytująco się robi, kiedy rzeczywiście daje się ponieść chwili. - Uwielbiał tę adrenalinę, kiedy całkowicie otwierał się na to, co mógł przynieść mu dzień albo jedna nieszablonowa decyzja. To wtedy tworzyły się najfajniejsze wspomnienia. - A Charlie? Nie udźwignąłby tego przez tydzień czy dwa? - zapytał zaciekawiony. Czy siostra nie ufała mu na tyle, by pozwolić mu na chwilę zająć się firmą na czas jej nieobecności? Z pewnością firma była dla niej priorytetem i stanowiła sporą część życia, ale czy to nie smutne oddać się pracy w całości i nie przeżyć życia na własnych warunkach? Dlatego nigdy nie chciał pracować w korporacji. A teraz niestety nie miał wyjścia.
— Jestem pewien że Koko mi wybaczy, że Cię zatrzymałem - stwierdził, mrużąc zadziornie oczy. Polubiła go. I jej Pańcia najwyraźniej też ku temu zmierza. - Chociaż mój Arnie jeszcze Cię nie zna. Ciekawe, co by powiedział, gdybym przyprowadził Cię do mieszkania - zastanowił się na głos. Amstaff również miewał swoje humorki. A po spotkaniu w parku strasznie zainteresował się zapachem pozostawionym na ubraniach Ethana. Czyżby wyczuwał, że coś było na rzeczy?
Nie chciał przysporzyć jej smutków na nowo, więc nie zamierzał dalej grzebać w jej przeszłości. - W takim razie przykro mi to powiedzieć, ale… prawdopodobnie świadomie wprowadził Cię w błąd - oświadczył, mając na myśli te nieszczęsne parówki z psów. Wolał użyć nieco delikatniejszych słów, niż okłamał cię, bo nie chciał pogarszać sprawy. Jednak wykorzystywanie jej łatwowierności wydało mu się okrutne. Czy sam nie był przy tym hipokrytą? Jeszcze się za takiego nie uważał, bo przecież nie zdobył jej zaufania. Jeszcze.
Na razie wzbudzał w niej zaintrygowanie. Widział to w jej spojrzeniu i lekko rozchylonych wargach, gdy rzucił uwagę o arbuzie. Mam cię, pomyślał z zadowoleniem.
— Myślałem, że wisienka będzie w daniu głównym - ściągnął brwi, wyraźnie bawiąc się coraz lepiej tą grą słów. A najlepiej, jeśli znajdzie się na górze. Nie miał nic przeciwko temu. - Zostańmy przy tym bakłażanie - przekrzywił nieco głowę i obserwował w zastanowieniu, co tak analizowała wzrokiem. Jeśli naprawdę chciała zaspokoić swoją ciekawość, nie musieli nic zamawiać. Na jej prośbę skinął głową z uznaniem.
— Jasne, w takim razie Ty zdecyduj za mnie. - Nigdy by nie pomyślał, że wybieranie posiłku może być aż tak ekscytujące. - Na przystawkę dla Pani poproszę Gamberi Tigre. Na danie główne będzie Melanzane al Forno. A na deser… panna cotta. - Zamknął menu z uśmiechem i zaczął przyglądać się z zaintrygowaniem kobiecie wybierającej danie dla niego. Kiedy kelner wszystko zanotował i zniknął im z oczu, Ethan sięgnął po swoje szkło. - Myślę, że tak wyjątkowe spotkanie wymaga toastu. Za kontrakt. Za Panią Prezes. I za to, co jeszcze może przynieść wieczór - uśmiechnął się nieco zawadiacko, po czym uniósł kieliszek z czerwoną zawartością, by w końcu skosztować wina, które kobieta tak chętnie piła.
Cherry Marshall