Strona 3 z 3

Viva Las Vegas

: śr kwie 22, 2026 6:19 pm
autor: Luna Rivera-Rosenhall
Leo-Libra ⋆°.☾⋆.ೃ࿔*:⋆
Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description

Viva Las Vegas

: czw maja 07, 2026 9:39 pm
autor: Leo Rosenhall
Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description

Viva Las Vegas

: pt maja 08, 2026 7:00 pm
autor: Luna Rivera-Rosenhall
Leo-Libra ⋆°.☾⋆.ೃ࿔*:⋆
Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description

Nie spodziewałam się tego — zaczęła, spoglądając w jego zielone tęczówki. Widziała w nim prawdziwy, niemalże gwiezdny błysk — że mówisz poważnie — oświadczyny, ślub, pierścionki, a to wszystko po cudownym seksie. Mógł już wyjść, a zamiast tego leżał tak zwyczajnie obok niej. Zaspokajał ją, rozbawiał, do tego stan upojenia nie pozwalał na jakiekolwiek racjonalne myślenie. O ile Luna kiedykolwiek w ten sposób myślała przekonałeś, ale jeszcze musisz zrobić to z gwiazdami — spojrzała w stronę okna, ale blask Toronto sprawiał, że niebo bladło. Czasami brakowało jej Meksyku, ono było całe posłane większymi, lub mniejszymi gwiazdami — nie boisz się, że lecę na hajs? — pensjonat i zajmowanie się nim brzmiało cudownie. Luna musiała być całkowicie szczera, nawet jej pijana głowa wiedziała, w jaki sposób będzie oceniana. A biedna liczyła tylko na kolejną i jeszcze jedną, i jeszcze jedną powtórkę dzisiejszej nocy — odpowiedź brzmi, nie lecę, za to na twoje, gorące ciało już tak — stwierdziła z chytrym uśmiechem na twarzy. Tak, to była poprawnie brzmiąca odpowiedź. Dalej patrzyła na niego wygłodniałe. Zwłaszcza kiedy wstał, westchnęła z niezadowolenia. Mógłby wiecznie zostać na wyciągnięcie jej dłoni. Kolejne, pojawiające się warstwy zaczynały jej coraz bardziej przeszkadzać.
Poważnie? — spotkała podobnego wariata do siebie? Uszczypnęła samą siebie, bo mogłaby mu się oddawać codziennie, w każdym miejscu i w każdej chwili. Bokserki, spodnie i koszula były tak zbędne, że aż bolał ją ten widok. Mrugnęła kilka razy, gdy chwycił ją za twarz. — tylko twoja — wymruczała cicho. Tylko zaraz machał jej bielizną. Zerwała się z łóżka, by ją chwycić. Samo wstanie z łóżka jej nie wyszło, przewróciła się na nie, by później wstać i chwycić go za nadgarstki — pocałuj mnie raz jeszcze — wymruczała, stając na palcach, by raz jeszcze zakosztować jego warg — ubieram się i idziemy do Elvisa — odebrała bieliznę, ubierając ją z nerwowością i znów stała cała gotowa, może z odrobinę poczochraną głową — wiem, gdzie jest — i faktycznie wyszli z hotelowego pokoju, a kroki zatrzymała dopiero w kaplicy Elvisa.
Jestem pijana, ale nie na tyle, by mój narzeczony wyglądał jak wsiur na własnym ślubie — zaśmiała się, chwytając go przed drzwiami. Szybko poprawiła mu kolejne guziki koszuli — idealnie — nawet ubrany taki dla niej był. Przejechała mu delikatnie paznokciami po policzku. Miał w sobie wszystko, czego potrzebowała — ej, tam jest automat z obrączkami... — gwiazdy musiały ich prowadzić, inaczej nie dało się tego wytłumaczyć — będziemy je mieli? — to był prawdziwy sygnał, zaraz obróciła głowę — o, a tam ubrania na ślub... — wskazała dłonią na sklep z białymi sukienkami. O ile Leo wyglądał piekielnie dobrze, to jej żółta sukienka nie pasowała.

Viva Las Vegas

: pn maja 18, 2026 10:46 pm
autor: Leo Rosenhall
Come on, come on
Turn a little faster
Come on, come on
The world will follow after


Dobrali się idealnie - oboje mieli kłopoty z racjonalnym myśleniem, trzeźwą oceną sytuacji i angażowaniem się w głupie pomysły. Jedno trzeba było przyznać, ich wspólne życie nie miało mieć nic wspólnego z nudą. Utkwił wzrok w jej brązowych oczach i dałby sobie rękę uciąć, że widział w nich całą swoją przyszłość. Przekonałeś, ale jeszcze musisz zrobić to z gwiazdami. - Gwiazdy mi niestraszne, skoro z tobą mi się udało - stwierdził, kontynuując ubieranie się. Nawet puścił jej oczko, taki z niego był słodziak. Zaraz zadała mu jednak pewne pytanie, przez które zamarł w połowie ubierania tego, co akurat ubierał. Nie boisz się, że lecę na hajs? - A lecisz na hajs? - odparł automatycznie, po czym zmarszczył brwi i wrócił do ubierania. Cóż... ani razu nie zapytała go dziś o stan konta, sama kupiła sobie drinka i nie pytała, jaką furą jeździł... Zresztą, w tym momencie Leo miał na sobie pogniecioną koszulę i jednego buta, więc raczej nie wyglądał na milionera, a ona i tak wciąż tu była. Odpowiedź brzmi, nie lecę, za to na twoje, gorące ciało już tak. - To dobrze się składa, bo wygląda na to, że dużo nas łączy - odpowiedział, a na jego twarzy z powrotem pojawił się uśmiech. Nah, jakoś go nie martwiły te kwestie finansowe. Nie zależało mu na pieniądzach. Pewnie nawet gdyby jego majątek został podzielony na pół to i tak by nie zauważył.

W końcu znalazł brakującego buta i włożył go szybko, zaraz go sznurując. Poważnie? - Poważnie - przytaknął, zerkając w stronę Luny. Cholera, był pewien tej decyzji jak nigdy przedtem, po raz pierwszy w życiu wiedział, że chciał czegoś na sto procent - nawet kiedy wyjeżdżał do Europy na treningi do akademii nie był tak pewien swojej decyzji jak teraz. On był jej wariatem, a ona była jego wariatką. Seksowną, meksykańską wariatką. Przyglądał się jej z uwielbieniem w oczach, dopóki nie zerwała się z łóżka i nie stanęła na palcach, aby dosięgnąć jego warg. Pocałuj mnie raz jeszcze. - Nie musisz prosisz dwa razy - odparł, po czym objął ją mocno i równie mocno złączył ich wargi w kolejnym namiętnym pocałunku. Jezu, to było takie szalone. Nie mógł uwierzyć, że to wszystko działo się naprawdę, miał ochotę uszczypnąć się w ramię do krwi i jednocześnie nigdy nie budzić się z tego przesłodkiego snu. Ubieram się i idziemy do Elvisa. Wiem, gdzie jest. - Zajebiście. Widzisz? Wybrałem na żoną najlepszą kobietę pod słońcem - rzucił, po czym pocałował ją w policzek i klepnął w pośladek, żeby ubierała się szybciej. Gdy była już gotowa, przepuścił ją w drzwiach i znów pokonali drogę do windy, wymieniając się pocałunkami. W windzie jego ręce ponownie błądziły po jej ciele, a usta szukały jej ust, no ale mniejsza o to, BYLI ZAKOCHANI, NIKT NIE MÓGŁ ICH WINIĆ, HELOŁ. TO BYŁA PRAWDZIWA MIŁOŚĆ! SŁYSZYCIE DZWONY WESELNE? BO JA SŁYSZĘ!

Kilkanaście minut później, po wesołym spacerze pełnym pocałunków, śmiechu i droczenia się, w końcu znaleźli się pod kaplicą. Jestem pijana, ale nie na tyle, by mój narzeczony wyglądał jak wsiur na własnym ślubie. Zmarszczył brwi. Że co? - Wsiur? Ja? JAK WSIUR? - zaprotestował, po czym zaczął oglądać swoje ubranie, bo wydawało mu się, że czarne spodnie i czarna koszula to idealny strój na taką okazję, ale matka mu zawsze powtarzała, że kobieta ma zawsze rację, więc może faktycznie popełnił jakąś gafę? Zaraz jednak okazało się, że Lunie chodziło o GUZIKI. Ha! - A... że guziki... no, dziękuję, kochanie - uśmiechnął się do niej i pocałował ją w policzek, jednocześnie uciekając oczami w stronę automatu z obrączkami, który wskazała mu palcem. - Ooobrączki! - przytaknął jej i od razu skierował swoje kroki w tamtą stronę. Wrzucił garść monet do środka, z zaciekawieniem gapiąc się przez szybkę na te wszystkie plastikowe, brokatowe pierścionki, no i od razu uznał, że jego przyszła żona zasługiwała na najlepszy towar. Wybrał więc dwie proste, metalowe obrączki, które przy odrobinie dobrej woli imitowały srebro, a do kompletu dobrał pierścionek zaręczynowy z wielkim, różowym oczkiem. O, a tam ubrania na ślub. - Co? Przecież masz piękny biały komplet na sobie, po co ci nowe ubrania? Wyglądamy jak państwo młodzi z okładki! - odpowiedział. Wyglądała hot, po co jej nowa sukienka? Zaraz pociągnął ją delikatnie za rękę, na bok. Blask neonu "Las Vegas" oświetlał jej twarz, a alkohol podpowiadał mu, że to jest właśnie ten moment. Rozejrzał się po tętniącej życiem ulicy, po czym - ignorując ból w kontuzjowanej nodze - klęknął przed Luną na jedno kolano. - Słuchaj, poznaliśmy się kilka godzin temu i wygląda na to, że oboje jesteśmy pojebani... - zaczął, po czym uniósł w jej stronę pierścionek z różowym oczkiem. - Alee... nie chcę spędzić tej nocy z nikim innym. Luna, zróbmy razem coś idiotycznego i wyjdź za mnie - oświadczył się kobiecie ze swoich marzeń w najpiękniejszy sposób, w jaki potrafił. Amen.

We're accidentally in love
Accidentally in love

FUTURE WIFEY

Viva Las Vegas

: śr maja 27, 2026 9:48 pm
autor: Luna Rivera-Rosenhall
Nieznane są wyroki gwiazd.

Wychodząc z własnego mieszkania, spodziewała się wielu rzeczy. Przygodnego seksu, dzianego faceta, ale na pewno nie dzikiej chemii, która wydawała się ich połączyć. Niemalże czuła, jak jej serce bije przy nim szybciej. Alkohol z pewnością zrobił swoje. Normalnie nie wyobrażałaby sobie życia z jednym facetem przez całe życie. To musiało być przeznaczenie, która zawiązało na nich przepiękną relację. Taką zapisaną przez meksykańskie bóstwa, magię gwiazd, a Luna z każdą chwilą zaczynała coraz bardziej w to wierzyć.
Idealny powód, żebyś został moim mężem — parsknęła głośnym śmiechem, ubierając coraz to kolejne rzeczy na siebie z dużą powolnością. Zamek nie działał tak jak powinien. Przynajmniej szpilki nie miały zapięcia i jednym ruchem mogła wsunąć je na nogi. Była cała i gotowa, by ślubne dzwony zabiły. Słyszała śpiewających mariachi, wychwalających ich miłość. Jako dziewczynka była na jednym ślubie. To właśnie muzyków pamiętała najbardziej.
To bierzemy poważny ślub — ile razy ona jeszcze miała zamiar to powiedzieć? Słowo ślub przychodziło jej na usta z nieskrywaną przyjemnością. Mogłaby o nim mówić cały czas. Leo był idealny. Idealnie całował, błądził dłońmi po jej ciele. Nie potrafiła odpędzić od siebie głodu ciała. Zaraz zostaną nowożeńcami. Wow. Dopiero co się poznali, a właśnie przedzierali się przez korytarz, całując się, jakby byli jedynymi gośćmi hotelu. Nie przeszkadzało jej to. W końcu niedługo zapomni o Las Vegas, znajdzie się w nowym kraju i... tak właściwie jakie będzie jej nazwisko? Ta sprawa musiała poczekać, bo rozpoczęli wędrówkę wprost do bram kaplicy.

Wsiur. No właśnie tak wyglądał jej idealny mąż. Chociaż z każdym guzikiem klasa wypływała sama z siebie. Uniosła na moment wzrok, by spojrzeć mu prosto w oczy. Ahh, bardziej wolałaby raz jeszcze rozerwać mu tę koszulę. Tylko wpierw formalności. Obrączka na dłoni, pokój hotelowy oraz wielka przeprowadzka do Toronto.
Nie ma za co, lewku — wymruczała, drapiąc go po policzku — będę o Ciebie dbała, w końcu zaraz zostanę twoją żonką — tyle zdążyła powiedzieć, zanim powędrował wzrokiem w stronę obrączek. Spoglądała z ciekawością, jaki pokemon obrączki im się wylosował. Choć przez krótki moment zasłoniła sobie oczy. Niespodzianka! Gwiazdy na pewno wylosowały coś cudownego. Przecież to karma prowadziła ich wprost do ołtarza.
Ahahahaha, skoro tak mówisz — zaśmiała się, uśmiechając się szeroko — widocznie cały czas wiedziałam, że spotkam przeznaczenie — Leo wyglądał dla niej jak milion dolarów, ale jak spojrzała w odbicie w lustrze, przyznała mu rację. We dwoje wyglądali jak bilion dolarów. Nic lepszego nie widziała swoimi pijanymi oczyma — chociaż liczyłam na sukienkę... — mruknęła, raz jeszcze spoglądając na witrynę — i o związaniu nas lassem. Myślisz, że Elvis ma lasso? — pierwszy symbol jej pochodzenia. Oczami małej dziewczynki widziała zakochanych związanych. Jedność oraz wieczność małżeńska, coś pięknego! — nigdy się ode mnie nie uwolnisz — tyle zdążyła powiedzieć, zanim Leo klęknął. Szybkim ruchem zasłoniła dłońmi usta, oczy otworzyły się jej jeszcze szerzej, a serce zaczęło bić niebezpiecznie głośno. Czy tak właśnie brzmiało magiczna muzyka miłości?
Tak! — nawet sekundy się nie wahała, od razu rzuciła się w jego ramiona — wyjdę za Ciebie, mój Leo-Libra, mój lwie — wymruczała, całując go namiętnie. Nie sądziła, że bycie pojebanym pozwala na znalezienie prawdziwej, jedynej miłości. Serce biło jej niemiłosiernie szybko. Chciała celebrować ten moment, ale chyba wolała celebrować małżeństwo.
Chodź, musimy to zrobić teraz — chwyciła go za dłoń i pociągnęła w stronę recepcji — gwiazdy twierdzą, że to będzie najlepszy moment — zaraz przygotowywali wszystko. Dokumenty, papiery, a Luna nawet zapłaciła za ślub! Wyciągnęła szybciej kartę. On zapłacił za obrączki, ona za uroczystość.
Wystarczyła chwila, by Elvis ubrany cały na biało zawołał Leo. Kaplica wyglądała przeuroczo, wypełniona białymi kwiatami, neonami typowymi dla Las Vegas i organistą. Luna miała czekać na swoje wielkie wejście.
Panie i panowie, proszę zapniąć pasy, bo to nie jest zwykły ślub… — nikogo nie było w sali, ławy puste, tylko Elvis oraz Leo — to jest Vegas, kochani! — z głośników wyrwał się głośny aplauz — A teraz… kiedy ona przekroczy te drzwi… chcę, żeby cały budynek poczuł to w sercu! — rzucił, poruszając szybko, rytmicznie biodrami — Maestro… dawaj to!

I wtedy poleciało na cały regulator Viva Las Vegas.


Ooo tak! Słyszycie to?! To nie muzyka, to czysta adrenalina, baby! — i wtedy weszła Luna ubrana w żółty biały komplet. Na palcu miała pierścionek zaręczynowy, a w dłoniach bukiet czerwonych kwiatów — Spójrz na nią! Idzie jakby Vegas należało tylko do Was!!!! — zawołał Elvis, poprawiając sobie włosy — i wiecie co? Dziś naprawdę tak jest! — w końcu Luna doszła do ołtarza. Nie spojrzała ani razu na cudowną podróbkę Presleya, za to wzrok wbiła w Leo. Serce szybciej jej zabiło. Miał rację, teraz byli tylko we dwoje — Witamy w mieście neonów, marzeń i szalonych decyzji! — i po chwili już dodał — A teraz chodźcie bliżej… bo ta noc dopiero się zaczyna! Czas rozpocząć Was ślub! — wyciągnął w ich stronę dłonie, czekając... na słowa przysięgi? Luna sama nie wiedziała. W jednej dłoni trzymała bukiet, w drugiej Elvisa. Dalej liczyła, że postanowi związać ich ozdobnym sznurem, tak jak pamiętała to w Meksyku. Tylko nie wiedziała, czy sobie tego zażyczyła. Cały pakiet ślubnych niespodzianek był przerażający. Sama nie wiedziała, co zaznaczała.

future husband :lof:

Viva Las Vegas

: sob maja 30, 2026 1:56 am
autor: Leo Rosenhall
Your kisses lift me higher
Like the sweet song of a choir
You light my morning sky
With burning love


Idealny powód, żebyś został moim mężem. Będę o ciebie dbała, w końcu zaraz zostanę twoją żonką. Mąż i żona. Żona i mąż. Był pijany - potwornie pijany - ale w tamtej chwili czuł się najszczęśliwszym facetem na ziemi. Jego zmęczony, przebodźcowany światłami i alkoholem umysł podpowiadał mu, że właśnie tej nocy całe jego popieprzone życie w końcu nabierało sensu. Nagle przestał się liczyć ten tragiczny wypadek, przestała boleć utrata kariery, a sypiący się pensjonat w Toronto... przestał być tylko nudną namiastką prawdziwego życia. Miał mieć żonę. Miał założyć rodzinę. Szedł z Luną przez neonowe Vegas i ściskał mocno jej dłoń, jakby od tego zależało jego przetrwanie. Ekscytacja rozsadzała go od środka - czuł się, jakby właśnie został mistrzem Formuły 1 i stanął na podium. Brakowało tylko szampana, którym mógłby oblać nie tylko siebie, ale też Lunę, cholera. Był po prostu szczęśliwy.

Kiedy zaczęła nawijać, że widocznie cały czas wiedziała, że spotka przeznaczenie, Leo po prostu dał się porwać temu szaleństwu. Udzielił mu się jej kosmiczny optymizm i to całe gadanie o gwiazdach. Nie miał pojęcia, czy ona faktycznie była aż tak rąbnięta i wierzyła w te wszystkie ezoteryczne bujdy, czy to była wina wyłącznie wypitej whisky, ale szczerze? Miało to zerowe znaczenie, bo wyglądali razem jak bilion dolarów i właśnie szli wziąć kurewsko poważny ślub.

... i o związaniu nas lassem. Myślisz, że Elvis ma lasso? Na jej słowa parsknął śmiechem i poprawił koszulę. Po co jej w ogóle było jakieś lasso? - Jak nie będzie miał lasso, to ja mam pasek w spodniach! - odkrzyknął do niej, a potem od razu przeszedł do rzeczy i uklęknął na jedno kolano. Nigdy się ode mnie nie uwolnisz. Czy to była groźba? Uśmiechnął się jeszcze szerzej. Na pewno nie, przecież on nie chciał, żeby go zostawiła chociaż na moment. Chciał spędzić z nią resztę życia! Chciał ją na zawsze! Tak! Wyjdę za ciebie! - Na taką odpowiedź liczyłem! - zawołał triumfalnie, gdy tylko się zgodziła. Wsunął jej na palec kiczowaty pierścionek z wielkim różowym oczkiem, po czym zerwał się z ziemi, złapał ją w pół i okręcił wokół własnej osi kilka razy, ignorując strzykanie w kolanie. Jego dama zasługiwała na wszystko, co najlepsze, nawet jeśli miało się to odbyć kosztem jego kolana. Pocałował ją mocno w nagłym przypływie namiętności, ale zaraz Luna przerwała pocałunek i pociągnęła go w stronę kapliczki.

Chodź, musimy to zrobić teraz. Gwiazdy twierdzą, że to będzie najlepszy moment. - Nie kłócimy się z gwiazdami, hehehe - rzucił ze śmiechem, po czym pozwolił jej pociągnąć się za rękę w głąb budynku. A potem... kurde, wszystko działo się tak szybko! Luna zapłaciła za ślub, formalności zostały klepnięte, Leo wylądował pod ołtarzem w tej swojej czarnej, wcale-nie-wsiurskiej koszuli, no i nagle drzwi kaplicy otworzyły się przy akompaniamencie Viva Las Vegas, no i Luna tam stała, no i zaczęła powoli zmierzać ku niemu... Gdy Elvis, cały na biało, ryczał do mikrofonu "Spójrz na nią! Idzie jakby Vegas należało tylko do was!", Leo po prostu się wzruszył. Jak prawdziwy mężczyzna, który widział wybrankę swojego serca zmierzającą ku niemu, prosto do ołtarza. Przyglądał się jej z łezką kręcącą się w oku - tak pięknie wyglądała w tym swoim białym komplecie, z czerwonymi kwiatami w rękach. Normalnie... DUMA. Wyglądała jak najpiękniejsza duma każdego mężczyzny. Co ja gadam! Wyglądała jak Duma Leo Rosenhalla. JEGO DUMA! - To moja przyszła żona, widzisz?! Widzisz?! TAKA PIĘKNA - wrzasnął do Elvisa. Cholera, Leo wręcz promieniał z zachwytu.

Witamy w mieście neonów, marzeń i szalonych decyzji! Szalonych albo bardzo, ale to bardzo pijanych decyzji. Jezus Maryja, Leo był teraz święcie przekonany, że postępował właściwie. Niby nie wiedział o Lunie absolutnie nic, niby była dla niego kompletną nieznajomą... ale jego serce znało ją bardzo dobrze. Zupełnie jakby spotkali się w poprzednim życiu, tragiczni kochankowie, łączący się w każdym pokoleniu... WOW. Czas rozpocząć wasz ślub! No i... co teraz? Leo zmarszczył brwi, gdy Elvis wykonał dziwny ruch biodrami, a zaraz wyciągnął z kieszeni formularz, który wypełnili na szybko w recepcji. Elvis rzucił okiem na ptaszki zaznaczone w rubryce "opcje dodatkowe" i natychmiast wczuł się w rolę, normalnie prawdziwy profesjonalista. - Okej, kochani! Widzę tutaj zapotrzebowanie na tradycyjne, meksykańskie akcenty... Król szanuje każdą kulturę - ogłosił Elvis, podczas gdy z głośników zaczęło rzęzić Canción Del Mariachi. Po chwili Elvis schylił się pod ambonę i z triumfalnym uśmiechem wyciągnął... gruby, biały, tandetny kabel zasilający od starego przedłużacza, który najwyraźniej robił tu za wielofunkcyjny rekwizyt, lol. Kurde, już chyba wolałby ten pasek. - Nie mamy klasycznego lassa, señorita, ale ten oto Święty Przewód Jedności zepnie was lepiej niż klej budowlany - oznajmił z pełną powagą Elvis, podchodząc do nich tanecznym krokiem. Zarzucił im biały kabel wokół ramion, plącząc ich razem w niezwykle ciasny supeł, przez co Leo - siłą rzeczy - musiał przykleić się do Luny całym sobą. - Dziwne te śluby tu mają, ten - parsknął Leo prosto do ucha Luny, bo w sumie to nic nie wiedział o żadnych meksykańskich tradycjach? Przyszła małżonka nic mu nie powiedziała o swojej kulturze, psia kostka. Zaraz jednak przeniósł wzrok z powrotem na Elvisa, który znowu był w swoim żywiole. Ciekawe co jeszcze dla nich wymyślił?! - Czas na Las Arras, czyli monety dobrobytu! Tradycja mówi o trzynastu złotych monetach, ale ponieważ jesteśmy w światowej stolicy hazardu, Król ma dla was coś lepszego! - zagrzmiał, po czym z triumfalną miną wyciągnął plastikowy kubek pełen... żetonów do kasyna o najniższym nominale, obklejonych tandetnym, złotym brokatem. Woohoo. - Weź te święte żetony fortuny i przekaż je swojej wybrance na znak, że od dziś wasz budżet to wspólna gra w ruletkę! — rozkazał mu Elvis. Leo, wciąż związany z Luną białym kablem od przedłużacza, zaczął się głośno śmiać. Z trudem przejął od Elvisa brzęczące żetony i, próbując nie stracić równowagi, zaczął przesypywać złote krążki w dłonie Luny. Połowa z nich wylądowała, oczywiście, na dywanie, a parę wpadło Lunie prosto w dekolt. Hehe. - Oddaję ci cały mój majątek łącznie z długami - zażartował Leo, całując Lunę w odsłonięte ramię, bo z powodu kabla nie mógł dosięgnąć jej ust.

Elvis nie dawał jednak za wygraną i nie zwalniał tempa. - A teraz... czas na finał! Wracamy do Króla... - tu przerwał i znów z głośników popłynęły pierwsze nuty Burning Love Elvisa Presleya. - No, tak lepiej. Czy ty, Leonidasie, bierzesz tę ognistą señoritę za żonę, by kochać ją w zdrowiu, chorobie i przy stole do blackjacka? - Elvis wymierzył mikrofon w Leo. Rosenhall nie wahał się ani sekundy. - Kurwa, pewnie że tak! - odkrzyknął Leo bez sekundy wahania, patrząc na Lunę maślanym wzrokiem. - A czy ty, Luno, bierzesz tego mężczyznę z Toronto i obiecujesz, że nie pozwolisz mu zmądrzeć aż do grobowej deski? - Elvis skierował mikrofon prosto w stronę Luny i zamarł, w oczekiwaniu na jej odpowiedź...

I'm just a hunk, a hunk of burning love
Just a hunk, a hunk of burning love
Just a hunk, a hunk of burning love


𝐿𝑢𝑛𝑎 "𝐹𝑖𝑣𝑒-𝑆𝑒𝑐𝑜𝑛𝑑𝑠-𝐴𝑤𝑎𝑦-𝐹𝑟𝑜𝑚-𝑀𝑟𝑠-𝑅𝑜𝑠𝑒𝑛ℎ𝑎𝑙𝑙" 𝑅𝑖𝑣𝑒𝑟𝑎

Viva Las Vegas

: ndz cze 07, 2026 7:12 pm
autor: Luna Rivera-Rosenhall
Zamiast pierścionka zaręczynowego pasek od spodni, by jej wystarczył. Nawet meksykańskie tradycje przestawały mieć znaczenie. Liczyła się jedynie chwila. Była cholernie pijana, sama nawet nie zdawała sobie sprawę jak bardzo, ale... odpowiadało jej to. Leo klęczał przed nią i pierwszy raz w życiu wydawała się znajdować w odpowiednim miejscu na kuli ziemskiej. Tak jakby cała ziemia należała właśnie do niej i jego. Wszystko wydawało się stracić znaczenie, kiedy spoglądała mu w oczy. Dookoła ktoś mógł właśnie wygrać fortunę, lub stracić cały majątek, a Luna widziała jedynie przed sobą piekielnie gorącego mężczyznę, który już za parę minut miał oficjalnie stać się jej. Ba, na trzeźwo nigdy nie wplątałaby się w takie bagno. Nigdy-przenigdy nie zrobiłaby sobie tego. Teraz czuła, że była to jedyna droga, w którą naprawdę chciała pójść całą sobą.
Śmiała się głośno, gdy okręcał ją dookoła własnej osi. Tego właśnie potrzebowała. Wiatru we własnych włosach, iskierek w oczach. Leo był dla niej prawdziwą obietnicą lepszego dnia. Dlatego nie zastanawiała się, gdy ciągnęła go do recepcji. Szczegóły musiały zostać zapięte na ostatni guzik, by wszystko miało w końcu ręce i nogi. Potrzebowała oddechu, a przede wszystkim zmiany. Leo miał się dla niej właśnie nią stać.
O, nie kłócimy się z gwiazdami, niemalże krzyczało głośno. Cokolwiek by jej teraz nie powiedział, oczy jej błyszczały. Narzeczony, Leo-Libra, zaczął mówić do niej jej językiem, a w końcu i ona ruszyła powolnym krokiem w stronę ołtarza. Oczy się jej delikatnie błyszczały z ekscytacji, za to włosy powiewały delikatnie na wietrze z klimatyzacji. Romantyzm pełną parą w Vegas. Uśmiechnęła się szeroko. To moja przyszła żona!, aż musiała się powstrzymać, by nie krzyknąć: ten wariat to mój przyszły mąż!! Zamiast tego spokojnie podeszła i była gotowa. Luna wiele zrobiła w życiu. Ćpała, spała pod mostem, raz nawet w kartonie. Nigdy na żadne doświadczenie nie była tak gotowa jak teraz. Bo chyba nie da się zdać egzaminu z małżeństwa, prawda?
Prawie się popłakała na mariachich. Sama wybierała, a jednak łezka w oczku sama się zakręciła. Dawno tego nie słyszała. Ostatnio chyba w domu? A jej przyszły dom stał przed nią! Meksykańskie akcenty sprawiły, że zaczęła poważnie się zastanawiać, co z jej całym rodzeństwem? Ilu ich było? I czy ktoś oprócz niej jeszcze kroczył po kuli ziemskiej? Ahh, będzie musiała o tym pomyśleć, ale do tego miała jeszcze całkiem sporo czasu. Nabrała głębokiego oddechu. Okej, faktycznie się zaczęło. Dlaczego się denerwowała? To przecież miała być najlepsza decyzja jej życia. Była go pewna. Znała go... może dwie godziny? Seks życia, pewność i procenty sprawiały, że nie potrzebowała niczego więcej.
Nie będzie przewód 一 skoro działał lepiej niż klej budowlany, to może działał lepiej niż kredyt i dzieci. W końcu te dwa aspekty łączyły ludzi bardziej od ślubu. Tyle że Luna nic nie wiedziała o kredytach, a dzieci były dla niej prawdziwą niewiadomą. Zaśmiała się uroczo, takim hihi, kiedy Elvis złączył ich ze sobą 一 to meksykańska tradycja... Jestem z Meksyku, prawie-mężu 一 odparła, puszczając mu oczko. Okej, było wręcz idealne. Zwłaszcza kiedy czuła na sobie alkoholowy oddech narzeczonego. Jeśli jeszcze w głowie miała jakieś wątpliwości, to zniknęły one jak za dotknięciem magicznej różdżki.
Będziesz musiał mi je wyjąć 一 na twarzy Luny wymalował się uśmiech, wystarczyło, by monety wpadły do dekoltu, a ona już myślała tylko o jednym 一 Nie oddawaj 一 poruszyła zabawnie brwiami 一 wspólny, Leo. Ty masz moje kryształy, zioła i karty 一 bez nich dopiero stałaby się biednym człowiekiem, który nic nie wie o świecie. Normalnie cała by się oburzyła, zaczęłaby krzyczeć, że nikomu nie odda własnej wartości, ale dla niego mogła zrobić wszystko. Zwłaszcza kiedy tak wrzasnął, że bierze ją za żonę.
Oczywiście, kurwa, że tak! 一 nawet się nie zastanowiła przez sekundę 一 Leonidasie, możesz pocałować panią młodą... 一 i przez moment Elvis się im zaciął. Popatrzył to na jednego, to na drugiego, wzdychając ciężko 一 jak tylko Was odwiążę 一 zdjął z nich ten kabel. Luna nawet nie czekała, chwyciła ukochanego za twarz i pocałowała go z całą namiętnością. Przez minutę nie oderwała od niego ust, aż Presley chrząknął, by podać im obrączki. Finalnie wsunęli je sobie na palce i moi drodzy, oficjalnie zostali państwem Rosenhall!!
Skoro formalności mamy za sobą... 一 wymruczał Elvis, patrząc na Leo 一 to jestem twoim wielkim fanem, znaczy byłem, bo już nie jeździsz 一i wtedy zaklaskał, a do sali weszła blondynka w koszulce ferrari. Miała ze sobą wielką butelkę szampana 一 Luno, możesz polać własnego męża szampanem, bo stanął na najwyższym możliwym podium... 一 Rivera chwyciła za szkło, by zacząć mocować się z korkiem 一 został twoim mężem na dobre i złe, na wygraną i przegraną i jeszcze została mi ostatnia rzecz 一 uniósł wskazujący palec ku górze 一 Ośle! 一 aż musiała przestać mocować się z korkiem 一 wprowadź go! 一 zaklaskał. Drzwi znowu się otworzyły, a do środka wprowadzony został dziecięcy, dwuosobowy bolid ferrari 一 Tylko przechodniów nie rozjedź 一 wymruczał Elvis, podając Leo kluczyki 一 na prawdziwego mnie nie stać 一 nic dziwnego w końcu udzielał ślubów w stolicy rozpusty i grzechu 一 Leonidasie, Luno, jutro odbierzcie dokumenty, a tymczasem jako małżeństwo ruszajcie w Vegas! 一 tak krzyknął i uderzył w ziemię jakąś kulką, znikając w powierzchni. Wtedy Luna otworzyła butelkę szampana. Prysnął wprost na Rosenhalla. Chyba jednak został małżeńskim mistrzem f1?
I tak odjechali w siną dal, spędzając najbardziej gorący weekend ever. Na procentach, grając w kasynie, a po wszystkim została jedynie krótka karteczka. Luna spodziewała się więcej po mężu, ale... to miało nadejść później!

k o n i e c

officially husband ♎︎ 𓍯𓂃