Your kisses lift me higher
Like the sweet song of a choir
You light my morning sky
With burning love
Idealny powód, żebyś został moim mężem. Będę o ciebie dbała, w końcu zaraz zostanę twoją żonką. Mąż i żona. Żona i mąż. Był pijany - potwornie pijany - ale w tamtej chwili czuł się najszczęśliwszym facetem na ziemi. Jego zmęczony, przebodźcowany światłami i alkoholem umysł podpowiadał mu, że właśnie tej nocy całe jego popieprzone życie w końcu nabierało sensu. Nagle przestał się liczyć ten tragiczny wypadek, przestała boleć utrata kariery, a sypiący się pensjonat w Toronto... przestał być tylko nudną namiastką prawdziwego życia. Miał mieć
żonę. Miał założyć
rodzinę. Szedł z Luną przez neonowe Vegas i ściskał mocno jej dłoń, jakby od tego zależało jego przetrwanie.
Ekscytacja rozsadzała go od środka - czuł się, jakby właśnie został mistrzem Formuły 1 i stanął na podium. Brakowało tylko szampana, którym mógłby oblać nie tylko siebie, ale też Lunę, cholera. Był po prostu
szczęśliwy.
Kiedy zaczęła nawijać, że
widocznie cały czas wiedziała, że spotka przeznaczenie, Leo po prostu dał się porwać temu szaleństwu. Udzielił mu się jej kosmiczny optymizm i to całe gadanie o gwiazdach. Nie miał pojęcia, czy ona faktycznie była aż tak rąbnięta i wierzyła w te wszystkie ezoteryczne bujdy, czy to była wina wyłącznie wypitej whisky, ale szczerze? Miało to zerowe znaczenie, bo wyglądali razem jak bilion dolarów i właśnie szli wziąć
kurewsko poważny ślub.
... i o związaniu nas lassem. Myślisz, że Elvis ma lasso? Na jej słowa parsknął śmiechem i poprawił koszulę. Po co jej w ogóle było jakieś lasso? -
Jak nie będzie miał lasso, to ja mam pasek w spodniach! - odkrzyknął do niej, a potem od razu przeszedł do rzeczy i uklęknął na jedno kolano.
Nigdy się ode mnie nie uwolnisz. Czy to była groźba? Uśmiechnął się jeszcze szerzej. Na pewno nie, przecież on nie chciał, żeby go zostawiła chociaż na moment. Chciał spędzić z nią resztę życia! Chciał ją na zawsze!
Tak! Wyjdę za ciebie! -
Na taką odpowiedź liczyłem! - zawołał triumfalnie, gdy tylko się zgodziła. Wsunął jej na palec kiczowaty pierścionek z wielkim różowym oczkiem, po czym zerwał się z ziemi, złapał ją w pół i okręcił wokół własnej osi kilka razy, ignorując strzykanie w kolanie. Jego dama zasługiwała na wszystko, co najlepsze, nawet jeśli miało się to odbyć kosztem jego kolana. Pocałował ją mocno w nagłym przypływie namiętności, ale zaraz Luna przerwała pocałunek i pociągnęła go w stronę kapliczki.
Chodź, musimy to zrobić teraz. Gwiazdy twierdzą, że to będzie najlepszy moment. -
Nie kłócimy się z gwiazdami, hehehe - rzucił ze śmiechem, po czym pozwolił jej pociągnąć się za rękę w głąb budynku. A potem... kurde, wszystko działo się tak szybko! Luna zapłaciła za ślub, formalności zostały klepnięte, Leo wylądował pod ołtarzem w tej swojej czarnej, wcale-nie-wsiurskiej koszuli, no i nagle drzwi kaplicy otworzyły się przy akompaniamencie
Viva Las Vegas, no i Luna tam stała, no i zaczęła powoli zmierzać ku niemu... Gdy Elvis, cały na biało, ryczał do mikrofonu
"Spójrz na nią! Idzie jakby Vegas należało tylko do was!", Leo po prostu się wzruszył. Jak prawdziwy mężczyzna, który widział wybrankę swojego serca zmierzającą ku niemu, prosto do ołtarza. Przyglądał się jej z łezką kręcącą się w oku - tak pięknie wyglądała w tym swoim białym komplecie, z czerwonymi kwiatami w rękach. Normalnie... DUMA. Wyglądała jak najpiękniejsza duma każdego mężczyzny. Co ja gadam! Wyglądała jak Duma Leo Rosenhalla. JEGO DUMA! -
To moja przyszła żona, widzisz?! Widzisz?! TAKA PIĘKNA - wrzasnął do Elvisa. Cholera, Leo wręcz
promieniał z zachwytu.
Witamy w mieście neonów, marzeń i szalonych decyzji! Szalonych albo bardzo, ale to bardzo pijanych decyzji. Jezus Maryja, Leo był teraz święcie przekonany, że postępował właściwie. Niby nie wiedział o Lunie absolutnie nic, niby była dla niego kompletną nieznajomą... ale jego serce znało ją bardzo dobrze. Zupełnie jakby spotkali się w poprzednim życiu, tragiczni kochankowie, łączący się w każdym pokoleniu... WOW.
Czas rozpocząć wasz ślub! No i... co teraz? Leo zmarszczył brwi, gdy Elvis wykonał dziwny ruch biodrami, a zaraz wyciągnął z kieszeni formularz, który wypełnili na szybko w recepcji. Elvis rzucił okiem na ptaszki zaznaczone w rubryce "opcje dodatkowe" i natychmiast wczuł się w rolę, normalnie prawdziwy profesjonalista. -
Okej, kochani! Widzę tutaj zapotrzebowanie na tradycyjne, meksykańskie akcenty... Król szanuje każdą kulturę - ogłosił Elvis, podczas gdy z głośników zaczęło rzęzić
Canción Del Mariachi. Po chwili Elvis schylił się pod ambonę i z triumfalnym uśmiechem wyciągnął... gruby, biały, tandetny kabel zasilający od starego przedłużacza, który najwyraźniej robił tu za wielofunkcyjny rekwizyt, lol. Kurde, już chyba wolałby ten pasek. -
Nie mamy klasycznego lassa, señorita, ale ten oto Święty Przewód Jedności zepnie was lepiej niż klej budowlany - oznajmił z pełną powagą Elvis, podchodząc do nich tanecznym krokiem. Zarzucił im biały kabel wokół ramion, plącząc ich razem w niezwykle ciasny supeł, przez co Leo - siłą rzeczy - musiał przykleić się do Luny całym sobą. -
Dziwne te śluby tu mają, ten - parsknął Leo prosto do ucha Luny, bo w sumie to nic nie wiedział o żadnych meksykańskich tradycjach? Przyszła małżonka nic mu nie powiedziała o swojej kulturze,
psia kostka. Zaraz jednak przeniósł wzrok z powrotem na Elvisa, który znowu był w swoim żywiole. Ciekawe co jeszcze dla nich wymyślił?! -
Czas na Las Arras, czyli monety dobrobytu! Tradycja mówi o trzynastu złotych monetach, ale ponieważ jesteśmy w światowej stolicy hazardu, Król ma dla was coś lepszego! - zagrzmiał, po czym z triumfalną miną wyciągnął plastikowy kubek pełen... żetonów do kasyna o najniższym nominale, obklejonych tandetnym, złotym brokatem. Woohoo. -
Weź te święte żetony fortuny i przekaż je swojej wybrance na znak, że od dziś wasz budżet to wspólna gra w ruletkę! — rozkazał mu Elvis. Leo, wciąż związany z Luną białym kablem od przedłużacza, zaczął się głośno śmiać. Z trudem przejął od Elvisa brzęczące żetony i, próbując nie stracić równowagi, zaczął przesypywać złote krążki w dłonie Luny. Połowa z nich wylądowała, oczywiście, na dywanie, a parę wpadło Lunie prosto w dekolt. Hehe. -
Oddaję ci cały mój majątek łącznie z długami - zażartował Leo, całując Lunę w odsłonięte ramię, bo z powodu kabla nie mógł dosięgnąć jej ust.
Elvis nie dawał jednak za wygraną i nie zwalniał tempa. -
A teraz... czas na finał! Wracamy do Króla... - tu przerwał i znów z głośników popłynęły pierwsze nuty
Burning Love Elvisa Presleya. -
No, tak lepiej. Czy ty, Leonidasie, bierzesz tę ognistą señoritę za żonę, by kochać ją w zdrowiu, chorobie i przy stole do blackjacka? - Elvis wymierzył mikrofon w Leo. Rosenhall nie wahał się ani sekundy. -
Kurwa, pewnie że tak! - odkrzyknął Leo bez sekundy wahania, patrząc na Lunę maślanym wzrokiem. -
A czy ty, Luno, bierzesz tego mężczyznę z Toronto i obiecujesz, że nie pozwolisz mu zmądrzeć aż do grobowej deski? - Elvis skierował mikrofon prosto w stronę Luny i zamarł, w oczekiwaniu na jej odpowiedź...
I'm just a hunk, a hunk of burning love
Just a hunk, a hunk of burning love
Just a hunk, a hunk of burning love
𝐿𝑢𝑛𝑎 "𝐹𝑖𝑣𝑒-𝑆𝑒𝑐𝑜𝑛𝑑𝑠-𝐴𝑤𝑎𝑦-𝐹𝑟𝑜𝑚-𝑀𝑟𝑠-𝑅𝑜𝑠𝑒𝑛ℎ𝑎𝑙𝑙" 𝑅𝑖𝑣𝑒𝑟𝑎