you wake up with the worst hangover of your life… and you’re not alone
: sob kwie 11, 2026 9:52 pm
trigger warning
przekleństwa i bełt- Jezu, ja pierdole, nie mów na nasze dziecko chrzestne bachor - trochę się obruszył, no bo może nie chciał być wcale tym ojcem chrzestnym, ale już skoro miał być, to przecież nie pozwoli swojego dzieciaka tak nazywać. Pobujał dzieciątko jeszcze trochę na rękach i nawet coś zanucił, jakąś latynoską kołysankę. Madox nie lubił dzieci, ale miał do nich podejście, co by nie mówić, i to dziecko sobie u niego na rękach po prostu spało.
Na kolejne słowa Luny uśmiechnął się delikatnie i zaraz puścił jej zaczepnie oczko - nie ty pierwsza - bo prawda jest taka, że Noriega lubił młodsze laski i często wybierał takie... sporo od niego młodsze. Wywrócił oczami na to jej fuu, on akurat nic z tego nie pamiętał, chociaż...
Coś mu tam świtało w głowie, jakieś Daddy zrób to dla mnie, ale co on dla niej zrobił?
Chyba był porobiony bardziej niż mu się wydawało.
A w tym kościele to był spięty, chociaż jak oddał dziecko, to już trochę mniej, ale zaraz zaczął się spowiadać, nawijać księdzu od czapy, aż nie dostał jakiegoś lipnego odpuszczenia grzechów na ten jeden raz. Więc kiedy Luna go zapytała, czy pamięta, że musi się rozgrzeszyć, to uniósł jedną brew i się przeżegnał.
- Już - no przecież on nawet jednej tej zdrowej Maryśki by nie zmówił, bo nie pamiętał jak to leciało.
Nikt normalny nie brałby go na ojca chrzestnego, ale tu chyba nie było wcale normalnych ludzi.
Bo zaraz ta blondynka zaczęła nawijać, że dziecko nazwą Maddoxie na jego cześć, jak jakiś pokemon, albo prostytutka. Okropnie, ale chyba nie powinien tego mówić na głos, więc tylko zerknął na Lunę. Ale jak blondynka powiedziała o tym, że... on to dziecko wyjął z matki, to aż nim szarpnęło w jakimś odruchu wymiotnym. Nie, on chyba tego nie wytrzyma...
Tylko zaraz mu znowu wciskali dziecko, a Madox je zaczął bujać, bo ono tak chyba lubiło i wtedy było spokojniutkie, jak mu się przytulało do klaty, do tej czarnej, satynowej koszuli, a on bujał je lekko ramieniem.
W kościele było jeszcze gorzej, Madox to już był blady, fioletowy, a teraz jeszcze zielony, jak rudowłosa zaczęła mu opowiadać o tej pochwie, z której on wyjął dziecko. Zemdliło go, tak go kurwa zemdliło, że w pewnym momencie musiał dzieciątko oddać Lunie, a sam podszedł do jakiegoś wazonu przy ołtarzu i do niego narzygał.
Przeżegnał się przepraszając za to Boga, no ale nie mógł wytrzymać. Ale to było Vegas, więc goście się za bardzo nie przejęli, tylko jakiś podkościelny wyniósł ten wazon i chrzest jednak się potoczył dalej.
A kiedy wyszli z kościoła, to Madox się zrobił znowu czerwony i odpinał koszulę, bo mu się zrobiło gorąco teraz.
- Ja pierdole... - zaczął i chyba chciał Lunie nawijać, że on to spada, bo już nie wytrzyma tego gadania o tym, jak on ten poród odbierał, ale ona wtedy mówi to, że ma hasz - dawaj - Madox wypalił od razu - jak go chcesz zjarać? - i się do niej przysuwa. A miał przecież poszukać Diego i spadać...
Ale hasz, w Las Vegas... kto by go sobie odmówił?
Złapał ją za łokieć i pociągnął gdzieś na bok, skitrali się za kościołem, kucnęli i pewnie złapali po lufce? No chyba, że Luna kręciła z niego blanty czy coś. Madox w zasadzie w każdej formie by go przyjął, byle tylko odrobinę się znieczulić.
˚˖𓍢ִ໋