Parsknęła cicho, kiedy jego dłoń wylądowała na jej pośladku, a odruch, który pojawił się niemal natychmiast, zatrzymała w połowie drogi, jakby w ostatniej chwili przypomniała sobie, że tym razem nie warto. Zamiast tego pokręciła głową, z tym charaktrystycznym dla siebie
politowaniem, które zawsze balansowało na granicy rozbawienia i nagany.
- Będę pamiętać - rzuciła, unosząc na niego spojrzenie, w którym błysnęło coś zaczepnego.
- Jak będę przechodzić obok biurka Evansa, to mu powiem, że następnym razem też może się załapać, ale tylko jednorazowo, bo jesteś zaborczy - oboje wiedzieli, że to była czysta prowokacja, jedna z tych drobnych złośliwości, którymi obrzucali się niemal odruchowo, jakby była wpisana w ich sposób bycia. Tak samo jak wiedzieli, że nie należało brać ich na poważnie.
W tych miesiącach nauczyli się rozróżniać to, co było grą, od tego, co naprawdę miało znaczenie i może właśnie dlatego wciąż tu byli, mimo wszystkiego, co między nimi nie działało tak, jak powinno. Słowa rzucane w złości albo dla efektu rozmywały się szybko, traciły ciężar. Te inne, cichsze, rzadsze, wypowiadane bez świadków - zostawały.
Doprowadzenie się do porządku zajęło jej więcej czasu, niż chciałaby przyznać, ale w końcu stanęła prosto, poprawiając jeszcze kołnierz i przesuwając dłonią po włosach, jakby tym gestem mogła zamknąć wszystko, co wydarzyło się chwilę wcześniej. Odwróciła głowę w jego stronę, zatrzymując na nim spojrzenie na moment dłużej.
- Jest dobrze? - zapytała spokojnie, choć oboje mieli świadomość, że
dobrze było pojęciem względnym w ich przypadku.
Plotki nigdy nie zniknęły; krążyły gdzieś na obrzeżach, ciche, uparte, podsycane każdym spojrzeniem, każdym przypadkowym gestem, każdym momentem, w którym znajdowali się razem tam, gdzie nie powinni. Wyjście z sali przesłuchań bez świadka tylko dolewało oliwy do ognia, ale żadne z nich nie wyglądało na szczególnie przejęte tym faktem.
Ruszyli korytarzem, tym razem już w znajomym rytmie, który nie wymagał słów. Szła odrobinę przed nim, jakby naturalnie przejmując prowadzenie, a jednak co jakiś czas zerkała przez ramię, upewniając się, że jest tuż za nią. Kiedy ponownie wspomniał o randce, nie zatrzymała się, nie zwolniła nawet kroku, ale jej odpowiedź przyszła lekko, rzucona z tym ledwie widocznym uśmiechem.
- Jasne - to jedno słowo w y s t a r c z y ł o.
Dotarli do swoich biurek, wracając do przestrzeni, w której wszystko miało swoje miejsce, a chaos musiał zostać przykryty pozorami normalności. Margo opadła na krzesło, odkładając akta na blat, ale zamiast od razu się nimi zająć, odchyliła się lekko i spojrzała w jego stronę.
- Mam nadzieję, że wreszcie zrobiłeś mi obiecane miejsce w szafie - powiedziała, unosząc brew.
- Ile można wozić tę torbę w samochodzie? - w jej głosie pobrzmiewała lekkość, ale pod spodem kryło się coś, co wykraczało poza żart, choć nadal było podane w
ich sposób, bez zbędnego ciężaru.
koniec
Rhys Madden