-
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie pierwszy raz i pewnie nie ostatni.
To, co nastało po niej było znacznie gorsze niż same słowa wypowiedziane w gniewie. Cisza, gęsta, uporczywa, wypełniająca każdą przestrzeń między nimi, nawet wtedy, gdy stali obok siebie. Przecinała ją wyłącznie praca, krótkie komunikaty, suche informacje, zdania pozbawione emocji, sprowadzone do absolutnego minimum. Funkcjonowali obok siebie, nie razem.
To było dysfunkcyjne w sposób, którego żadne z nich nie próbowało nawet nazwać. Przy tym wszystkim, co ich łączyło, przy tej intensywności, która potrafiła ich pochłonąć w całości, nie umieli robić najprostszej rzeczy - nie potrafili się zatrzymać, nie potrafili powiedzieć przepraszam. Zamiast tego tkwili w napięciu, które nie miało już ostrej krawędzi, ale ciągnęło się uparcie, rozciągnięte między dniami, które mijały jeden po drugim. Ich charaktery nie pomagały, były zbyt podobne w tym, co najtrudniejsze. Uparte, nieustępliwe, przekonane o własnej racji. Żadne z nich nie chciało odpuścić pierwsze, więc nie odpuszczali wcale.
Ta cisza miała swoje konsekwencje.
Sprawa Ventresci, która wcześniej była czymś, co mimo odmiennych zdań, prowadzili razem, zaczęła się rozchodzić na dwie oddzielne ścieżki. Rhys nie pytał, nie interesował się, nie wchodził w temat, który jeszcze niedawno budził w nim tyle sprzeciwu, a Margo przestała go informować. Nie było w tym demonstracji ani świadomego odcinania się. Działała sama, po cichu i konsekwentnie, tak jak robiła to od samego początku.
Tak nie powinna wyglądać współpraca. Tak nie powinno wyglądać nic, co próbowało się nazywać partnerstwem czy to zawodowym, czy jakimkolwiek innym. A jednak właśnie tak wyglądało i mimo, że to wiedziała, nic z tym nie robiła.
Krążyła wokół Alessii Bianchi od dłuższego czasu. Zbierała informacje, analizowała każdy dostępny ślad, szukała czegokolwiek, co pozwoliłoby jej wykonać kolejny krok. Problem polegał na tym, że kobieta była ostrożna. Zbyt ostrożna, by dać się złapać na czymkolwiek oczywistym.
Pomógł dopiero Rinaldi, bo to, co znaleźli w skrytce bankowej, zmieniło wszystko. Nie był to jeden konkretny dowód, raczej zestaw elementów, które po złożeniu tworzyły obraz trudny do zignorowania. Dokumenty, które nie powinny istnieć, transakcje, które prowadziły dalej; ślady nie tyle obciążały samą Alessię, co otwierały drogę do jej męża.
Wiedziała, że przekracza granicę - nie tylko wchodzi w sprawę, która oficjalnie do niej nie należała, ale robi to już zupełnie otwarcie. Tuż pod nosem Collinsa, który prędzej czy później musiał to zauważyć.
Decyzja zapadła szybko. Rozmowa w domu Bianchich nie miała sensu. Tam Alessia miała przewagę, swoje terytorium, zasady i pewność siebie. Na komendzie wszystko wyglądało inaczej - mała, chłodna sala przesłuchań potrafiła odebrać ludziom więcej, niż byli gotowi stracić.
Kobieta siedziała naprzeciw niej od dwóch godzin. Elegancka, nienaganna, z tym charakterystycznym wyrazem twarzy - półuśmiechem, który nie miał w sobie nic przyjaznego. W jej spojrzeniu było coś ostrego, co przypominało pogardę wymieszaną z rozbawieniem. Patrzyła na Margo tak, jakby cała ta sytuacja była dla niej jedynie stratą czasu, jakby była ponad tym wszystkim.
Rasowa Włoszka - dumna i niewzruszona. Absolutnie nie do ruszenia. - To twoja ostatnia szansa - powiedziała w końcu Margo, opierając dłonie o blat stołu i pochylając się lekko do przodu. - Możesz mi to ułatwić albo sprawić, że zrobię to po swojemu. Utrudnię życie nie tylko twoje, ale również twojego męża, a później twojej rodziny - uśmiech Alessii tylko się pogłębił. Przekrzywiła głowę, przyglądając jej się przez chwilę, jakby oceniała wartość tych słów. - Vai a farti fottere - pierdol się, rzuciła miękko, niemal leniwie.
Margo zacisnęła szczękę. To był moment, w którym wiedziała, że dalej nic z tego nie wyciągnie. Wyszła z sali bez słowa, drzwi zamknęły się za nią ciężko, a korytarz wydał się nagle zbyt jasny; przystanęła na moment, biorąc głębszy oddech, próbując uporządkować myśli.
Nie chciała tego robić. Nie chciała iść po pomoc, ale wiedziała, że nie ma wyboru. Była tylko jedna osoba, która mogła to przełamać. Jedna, która potrafiła rozmawiać z ludźmi takimi jak Alessia. Jedna, która była wystarczająco blisko tej sprawy, by rozumieć jej wagę.
Podeszła do biurka Madden, nie czekając, aż podniesie wzrok. Pochyliła się, wchodząc w jego przestrzeń bez zaproszenia. - Potrzebuję twojej pomocy - powiedziała bez wstępów. - Alessia Bianchi siedzi w pokoju przesłuchań i jest cholerną suką - jej spojrzenie było twarde, skupione wyłącznie na nim. - W skrytce było dużo dowodów, które prowadzą do niej i do Luci - zawahała się na ułamek sekundy, po czym dodała ciszej: - Potrzebuję złego gliny i mam dosłownie kilkadziesiąt minut nim Collins ją tutaj zauważy.
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Liczył się tylko Salvatore Moretti - jego bilet w stronę światła, sposób na wyjście z Mimmo's raz i na zawsze. Prawa ręka mafioza, którą wreszcie dogoniła sprawiedliwość, której od lat umykał. Mężczyzna, który miał dłonie tak zanurzone we krwi, że nie prześwitywał spod niej ani jeden skrawek czystej skóry. Mężczyzna, który powinien znaleźć się w więzieniu, gdzie od dawna było jego miejsce - po tym wszystkim, co zrobił, po życiach, które zrujnował. Carbone zawsze znajdował sposób na ochronę swojego podwładnego, powiernika swoich sekretów. Zawsze pociągał odpowiednie sznurki, a śledztwa dotyczące Morettiego były umarzane, natrafiały na ślepe uliczki bądź dowody w wygodny sposób znikały, lub winni byli odnajdywani w innym miejscu.
Tym razem nie było ucieczki. Sprawa budowana przez policję była szczelna, Moretti złożył odwołanie wykorzystując jakąś dziurę w postępowaniu, ale nie miało to zmienić jego losu. Wreszcie znalazł się w sytuacji bez wyjścia, w gównie, z którego nawet Carbone nie potrafił swoimi próbami go wydostać. Zamordował o jedną osobę za dużo, osobę, której śmierć miała anonimowego świadka, chronionego przez prawo nawet przed ludźmi takimi jak Madden. Po to, by nikt nie mógł do niego dotrzeć jak do Rinaldiego, by nikt nie wpłynął na postępowanie.
I właśnie to stało się ceną jego własnej wolności.
Sergio zażądał nazwiska. Osoby, której mógłby się pozbyć, którą mógłby zastraszyć, przekupić lub wykorzystać. Osoby, która wycofałaby swoje zeznania, dzięki czemu Salvatore znów umknąłby sprawiedliwości tak, jak robił to zawsze.
By wydostać się z Mimmo's, musiał skazać kogoś innego na los gorszy od własnego.
Wiedział, że nawet jego pokrzywiony kręgosłup moralny mógłby tego nie znieść, mógłby złamać się pod naporem tej jednej decyzji, jednego kroku za daleko. Ale na swój sposób, znajomy i wypracowany, zostawił to na później. Nie mógł podjąć złej decyzji bez nazwiska - więc tego nazwiska poszukiwał, desperacko, drążył w papierach i drążył poza nimi, w prawdziwym świecie, w którym ludzi dało się przekupić lub zastraszyć. Skupił się na tym, wiedząc, że jego praca z Mercer nie miała żadnego znaczenia - tak jak i to, co próbowali zbudować - jeśli nie usunie tej jednej przeszkody, przez którą nigdy nie będą mogli się porozumieć.
Musiał się wydostać. Żeby się wydostać, musiał zrobić coś niewybaczalnego. Ale żeby móc to zrobić, najpierw musiał znaleźć to pieprzone nazwisko świadka, którego zeznania obciążyły Morettiego.
Cisza między nimi nie była przez niego podtrzymywana, nie była też efektem obrażenia się czy sztucznie podtrzymywanego dystansu. Wiedział, że ziarenka piasku przesypywały się nieubłaganie, Margo robiła postępy a im bliżej zatrzymania Bianchiego była, tym większe było ryzyko, że dotrze do sedna prawdy. Zanim to zrobi, musiał znaleźć sposób na wydostanie się z Mimmo's.
Musiał wreszcie to zakończyć.
Wyczuł jej nadejście zgarbiony nad stertą papierów, od których powoli dostawał migreny. Wyprostował się bezwiednie, słysząc jej kroki, c z u j ą c jej obecność w sposób, którego nie dało się wytłumaczyć w racjonalny sposób. Uniósł podbródek, natychmiast odnajdując wzrokiem kobietę. Wiedział, że sprowadziła tego dnia kobietę Bianchiego na posterunek. Zrobiłby tak samo, choć wątpił, by z łatwością wydała swojego mężczyznę. Alyssia miała coś więcej niż miłość - miała to błędne przeświadczenie o swojej nietykalności, jakie posiadali wszyscy ludzie znajdujący się blisko Segio Carbone'a, nawet przez powiązanie z Lucą.
Jego spojrzenie przesunęło się po kobiecej twarzy, po wyrazie napięcia, od którego marszczyły się jej brwi, ustach zaciskających w wąską linię. Wiedział, że nie lubiła prosić o pomoc - nikogo, a może w szczególności nie jego. Wiedział też, że udzielenie jej pomocy nie było mu na rękę - im dłużej schodziło jej zajęcie się Alyssią, tym więcej czasu miał on.
Ale nie potrafił jej odmówić.
Margo zawsze znajdywała sposób na ominięcie jego barier, osłon pragmatyzmu i racjonalności, sięgając do tego, co było schowane pod spodem. Robiła to zupełnie nieświadomie, wiedział, że nie było w tym manipulacji - było tylko to, co ich łączyło, przez co chciał widzieć na jej twarzy wyraz zadowolenia.
Nawet, jeśli miałby przyjść jego kosztem.
- Co jej powiedziałaś? - spytał, przytakując skinieniem głowy. Odsunął fotel od blatu biurka, sięgając po kubek by wypić jeszcze jednego łyka nim wstanie i oboje ruszą do sali przesłuchań. - Czy to, co znaleźliśmy w skrytce, wystarczy żeby ją aresztować?
margo mercer
-
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
A jednak ta sama nieświadomość potrafiła być czymś zupełnie odwrotnym. Czymś, co niosło w sobie zalążek katastrofy, rozwijający się powoli, niezauważalnie, aż do momentu, w którym było już za późno na jakąkolwiek reakcję. To ona przynosiła niespodzianki, których nikt nie chciał, prawdy wypływające nagle na powierzchnię, niszczące wszystko, co człowiek zdążył zbudować. To ona była początkiem końców, których nie dało się cofnąć. Łamała serca, rozrywała relacje, burzyła przekonania, które wcześniej wydawały się niewzruszone. W najgorszej swojej formie odbierała nie tylko spokój, ale i sens, zostawiając po sobie pustkę, w której trudno było odnaleźć cokolwiek znajomego.
Dla Margo nieświadomość była jednym i drugim jednocześnie. Błogosławieństwem i przekleństwem. Żyła tuż obok prawdy, która prędzej czy później musiała się przed nią odsłonić. Nie było scenariusza, w którym Rhys byłby w stanie ukrywać to przed nią w nieskończoność - nie przy tym, jak głęboko już w to weszła, jak uparcie drążyła, jak bardzo nie potrafiła odpuścić. A kiedy w końcu trafi na to jedno pęknięcie, tę jedną rysę, przez którą wszystko zacznie się sypać nie będzie odwrotu. To będzie koniec wszystkiego, co zdążyło między nimi powstać. Koniec zaufania, które budowała ostrożnie, cegła po cegle. Koniec wiary w to, że stoi po właściwej stronie. Koniec uczuć, którym pozwoliła zakorzenić się w sobie głębiej, niż kiedykolwiek planowała. Prawda nie zostawi po sobie niczego nietkniętego.
Na razie jednak żyła po tej łatwiejszej stronie. W tej wersji świata, w której największym problemem była kobieta siedząca za zamkniętymi drzwiami sali przesłuchań, rzucająca w jej stronę przekleństwa w języku, który brzmiał jak ostrze. Alessia Bianchi, z tym swoim chłodnym spojrzeniem i drwiącym uśmiechem, przekonana o własnej nietykalności.
Oddech, który wypuściła był niemal niezauważalny, ale przyniósł ulgę, gdy Rhys nie odmówił. Nie powiedział tego wprost i nie musiał, wystarczyło jedno pytanie, by wiedziała, że się zgodził. - Nic z czego mogłabym być dumna - odpowiedziała cicho, bez owijania w bawełnę. - To i tak nie zadziałało - nie lubiła sięgać po groźby. Nigdy nie były jej językiem, nie były narzędziem, którym chciała się posługiwać. A jednak spróbowała i poniosła porażkę.
- Tak - dodała po chwili, już konkretniej. - W tej skrytce jest wystarczająco, żeby ją zamknąć na długo - zawiesiła na nim spojrzenie, twardsze, bardziej skupione. - Nie chcę jej. Potrzebuję Bianchiego - wystarczyło to jedno spojrzenie, jedno ciche przyzwolenie, którego wcześniej nigdy by mu nie dała. Tym razem nie zamierzała go zatrzymywać. Nie zamierzała komentować, wchodzić mu w drogę, nawet jeśli oznaczało to przekroczenie granic, których zawsze pilnowała. - Proszę - to słowo padło spokojnie, ale miało w sobie ciężar, którego nie dało się zignorować.
Nie czekała na odpowiedź, bo on ruszył. Kilka kroków później byli już pod drzwiami sali przesłuchań, a potem w środku. Powietrze wydawało się tam jeszcze cięższe niż wcześniej, napięte od niewypowiedzianych słów i narastającej frustracji.
Margo nie zajęła miejsca przy stole. Oparła się ramieniem o ścianę z boku, wycofana, ale uważna. Sięgnęła do panelu i wyłączyła interkom, upewniając się, że nikt z zewnątrz nie usłyszy ani jednego słowa, które miało paść w tym pomieszczeniu.
Tym razem to nie była jej rozmowa, pozwoliła mu zrobić to po swojemu.
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Margo mogła mówić wiele, ale nie wyglądała na kogoś, kto był skłonny nagiąć zasady lub zrujnować komuś życie. Nie była taka.
Między innymi dlatego ją kochał.
- Nie musisz mnie o nic prosić - uniósł rękę, niemal odruchowo, słysząc to słowo w jej ustach - słowo, które było niepotrzebne. Wystarczyło jedno jej spojrzenie by wiedział, że przydałaby jej się pomoc. Udzielenie jej było dla niego niemal instynktowne, natychmiast odsunęło od niego kubek z kawą, nakazało mu się podnieść i już po chwili byli w drodze do sali przesłuchań.
Przystanął przed nią, jakby chciał ją zatrzymać. Pragnął przypomnieć jej, że nic z tego, co powie, nie było prawdą. Że nie zamierzał tych gróźb spełniać, że jego słowa były puste, groźby były tylko tym - narzędziem. Jakaś prymitywna potrzeba wytłumaczenia się pojawiła się w jego sercu jeszcze zanim weszli do środka, ale jego zawahanie się było subtelne, a Mercer wkroczyła do środka, uchylając przed nim drzwi.
W końcu czy to cokolwiek by zmieniło?
Prędzej czy później miała dowiedzieć się, jakim był człowiekiem. I ten właśnie człowiek sięgałby po groźby nie zastanawiając się nad tym, jakie reperkusje mogły odbić na jego duszy.
- No proszę, proszę. Załatwiłaś sobie odsiecz? - drwiące słowa Alessii wybrzmiały w pomieszczeniu gdy wchodził do środka. Kątem oka widział, jak Margo wyłącza interkom, jak opiera się bokiem o ścianę, uczestnicząc w tym przesłuchaniu w bardziej biernej pozycji. - Robią was coraz bardziej niekompetentnych. To bardzo żałosne przedstawienie, muszę przyznać.
Pusty, pozbawiony wesołości śmiech towarzyszył mu gdy ze zgrzytem odsuwał krzesło, opadając na siedzenie. W jego dłoniach znajdowały się przekazane mu wcześniej przez kobietę akta, które otworzył ze znudzeniem, nie patrząc na siedzącą naprzeciw kobietę.
- Detektyw Mercer ma pewną słabość - przyznał, jakby w jakimkolwiek aspekcie zgadzał się z oskarżoną. Czuł na sobie jej pogardliwe spojrzenie gdy przeglądał dane na jej temat, jakby wcześniej nie widział tych akt. - Wierzy, że w niektórych ludziach jest cząstka dobra, do której próbuje się odwołać - dodał, niemal teatralnie, nieznośnie powoli przewracając jedną stronę i zerkając na drugą, jakby wcale nie pracowali nad tym razem, jakby dopiero zaznajamiał się ze sprawą Alessi, która obserwowała to z niecierpliwością. - Uważa też, że nie ma pani nic wspólnego z biznesami Bianchiego i nie chce, by niewinna kobieta została wsadzona za kraty.
Drwina wykrzywiła usta kobiety do niemal karykaturalnego wyrazu. Spojrzała na stojącą obok Margo, nim powoli jej wrócił do Maddena, który przewrócił kolejną kartkę.
- Problem polega na tym, pani Bianchi, że mnie akurat gówno obchodzi co się z panią stanie - dodał, niemal b e z t r o s k o, przewracając akta z powrotem do udokumentowanej zawartości jej skrzynki.
Alessia drgnęła, uśmiech zamarł na jej ustach, tracąc pewną dozę przekonania, która wcześniej go napędzała.
- Nie możecie tego robić - wydęła usta, wpatrując się w trzymane przez Rhysa akta. - Przetrzymujecie mnie tu wbrew mojej woli. Jestem niewinna.
Cmoknął pod nosem, rozsiadając się wygodniej w krześle z nosem w jej aktach. Nawet na nią nie patrzył. Kostka jego nogi oparła się o kolano drugiej, w tej kompletnie nie służbowej pozycji, której żaden glina nie powinien przyjmować na przesłuchaniu.
- Skrytka należała do pani, czy nie? - zapytał, nie oczekując odpowiedzi - ta zresztą uwięzła w ustach kobiety, która rozwarła je, lecz nie wydostał się zza nich żaden głos. - Sprawdźmy - westchnął, wyciągając z akt zdjęcia. - Nierejestrowana broń. Sekcja dziewięćdziesiąta pierwsza, nielegalne posiadanie broni. Podejrzewam, że nietrudno będzie powiązać pistolet z jakimś przestępstwem, sekcja dziewięćdziesiąta szósta - wymieniał, pomimo tego, że kobieta uniosła się natychmiast, protestując. Obok zdjęcia broni znalazło się zdjęcie notatnika, z zapisanymi godzinami, datami i kwotami transakcji wraz z enigmatycznymi podpisami. - Notatnik z udokumentowanymi transakcjami. Zgaduję, że nie prowadzi pani biznesu sprzedawania świeczek - kącik jego ust uniósł się w ironicznym uśmiechu. - Zarzuty konspiracji, nielegalnego handlu narkotykami... - oczy Alessii robiły się coraz większe, jej dłonie zaciskały w pięści na blacie stołu. - Biorąc pod uwagę kartotekę pani męża, raczej nie uda się pani przekonać prokuratury o braku wiedzy na temat zawartości tej skrytki... - urwał, jakby dostrzegł coś nowego. Wyjął kolejne zdjęcie - z kamery monitoringu, na której tkwiła jej rozmazana sylwetka. - Szczególnie, że sama pani umieściła niektóre z tych przedmiotów.
- To nie są moje rzeczy! - zaprotestowała, jej głos, wcześniej pewny i pełen ironii, zaczął drżeć. - Kazał mi tam to umieścić. Ja nie wiem co to jest. Nie pytałam. Nigdy nie pytam.
- Cóż, może powinna pani to robić - odpowiedział leniwie, unosząc wreszcie wzrok na nią znad trzymanych akt. - Sędzia będzie miał dużo pytań. Jeśli miałbym obstawiać, czeka panią minimum dziesięć lat odsiadki.
Alessia szarpnęła się w krześle, odwróciła do stojącej obok Margo. W jej oczach pojawiła się panika, zeszkliły się w ostrym świetle jarzeniówek.
- Przecież wiecie, że te rzeczy nie należą do mnie! - krzyknęła, wbijając spojrzenie w piwne tęczówki drugiej kobiety. - Nie możecie mi tego zrobić!
margo mercer
-
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie na każdy scenariusz, nie na każdą możliwą odpowiedź, ale na to, co najważniejsze - na oddanie tej rozmowy w ręce kogoś, kto potrafił prowadzić ją inaczej niż ona. L e p i e j w takich warunkach, skuteczniej i przede wszystkim brutalniej. Ich sposoby pracy zawsze się rozmijały i to właśnie tam rodziły się wszystkie spięcia - nie wtedy, gdy sprawy układały się same, gdy dowody prowadziły ich prostą drogą do jednego nazwiska i jednego aresztowania. Wtedy byli zgodni, niemal zsynchronizowani. Problem zaczynał się tam, gdzie pojawiała się szarość i trzeba było wyjść poza schemat.
Ventresca była jednym wielkim odcieniem tej szarości.
Mimmo’s, Rinaldi, a teraz Alessia.
Dlatego tym razem nie próbowała przejmować kontroli. Stała oparta o ścianę w ciszy, z rękami skrzyżowanymi luźno na wysokości piersi, pozwalając, by to Rhys prowadził. Jej spojrzenie było wbite w jego plecy, śledziło każdy ruch, nachylenie głowy, każdy moment zawahania, jeśli w ogóle takie istniały. Słuchała uważnie, rejestrując nie tylko jego słowa, ale przede wszystkim to, co działo się po drugiej stronie stołu.
Alessia zmieniała się na ich oczach. Z kobiety, która jeszcze chwilę wcześniej siedziała wyprostowana z pogardą wypisaną na twarzy i pewnością w każdym spojrzeniu, zaczynała się kruszyć. Najpierw subtelnie - napięcie w szczęce, drobne drżenie palców, krótszy oddech. Później wyraźniej - oczy rozszerzone o ułamek za bardzo, głos tracący stabilność, spojrzenia rzucane w bok, jakby szukała wyjścia, którego już nie było. Rysy na tej perfekcyjnej masce pojawiały się jedna po drugiej, coraz trudniejsze do ukrycia, widziała to dokładnie.
Tak samo jak jego - to, jak siedział, jak mówił, jak operował ciszą i słowem z tą samą precyzją. Znała go poza tym pomieszczeniem; znała sposób w jaki patrzył, gdy był spokojny, jak mówił, gdy nie musiał niczego udowadniać, jak potrafił być miękki tam, gdzie nikt inny by nie był. A tutaj był kimś zupełnie innym, ostrzejszym i chłodniejszym. Bezwzględnym w sposób, który nie miał w sobie chaosu, tylko w y r a c h o w a n i e.
Podziwiała to. Nie powiedziałaby tego na głos, ale widziała w tym kunszt, którego jej brakowało. I może właśnie dlatego potrafiła stać z boku i nie wchodzić mu w drogę.
Dopiero kiedy Alessia spojrzała na nią, szukając ratunku, coś w niej drgnęło. Kącik jej ust uniósł się lekko w cieniu uśmiechu, który nie miał w sobie ani odrobiny współczucia. Pokręciła głową powoli, jakby z niedowierzaniem. - Mówiłam ci - odezwała się w końcu. - Zanim wyszłam dałam ci ostatnią szansę - odepchnęła się lekko od ściany, robiąc jeden krok do przodu. - Każda moja oferta jest już nieaktualna - jej spojrzenie zatrzymało się na kobiecie na dłużej, jakby chciała upewnić się, że słowa wybrzmiały dokładnie tak, jak powinny. Potem przesunęła je na akta leżące przed Rhysem, a następnie znów wróciła do kobiety.
- Dziesięć lat? - powtórzyła cicho, niemal jakby rozważała to na głos. - Myślę, że to bardzo optymistyczna wersja - przesunęła się bliżej stołu. - Jeśli dołożymy współudział w sprawie Mastersów... - urwała na moment, pozwalając, by znaczenie tych słów zawisło w powietrzu. - spokojnie dobijemy do piętnastu - to nie było prawdą, ale nie musiała tego wiedzieć.
Margo oparła dłonie o blat stołu, pochylając się lekko do przodu. Nie usiadła, zatrzymała się tuż obok Maddena, na tyle blisko, że jej udo musnęło jego przedramię - Albo ty, albo twój mąż - jej spojrzenie nie drgnęło.
- Powinnaś zastanowić się nad własną lojalnością. Naprawdę poświęcasz tyle dla mężczyzny, który co wieczór zdradza cię w Mimmo's? - wpatrywała się we Włoszkę z nową intensywnością, a cisza, która zapadła po tych słowach była cięższa niż wcześniej. Nie było groźniejszej broni w rękach temperamentnej kobiety niż poczucie wzgardzenia. - Co ty mówisz? Luca nigdy... absolutnie - pokręciła energicznie głową w zaprzeczeniu. - Impossibile - niemożliwe.
Ani Margo, ani Rhys się nie odezwali. Spojrzeli na siebie niemal w tym samym momencie, krótko, ale wystarczająco, by między nimi przeskoczyło coś więcej niż zwykłe porozumienie. Kącik ust Margo uniósł się w subtelnym, kontrolowanym uśmiechu, takim, który nie był skierowany do niego, a do kobiety siedzącej naprzeciw. Wyglądało to tak, jakby bez słów wymienili między sobą informację, do której Alessia nie miała dostępu. Jakby wiedzieli coś, czego ona nie była w stanie nawet się domyślić. I właśnie to czyniło ten uśmiech najbardziej drażniącym.
Później po prostu wyprostowała się powoli, odsuwając od stołu, jakby oddawała mu przestrzeń na dokończenie tego, co zaczął.
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie wiedziała jednak, że nawet bez tego aspektu niewiele mogli.
Ponieważ ich śledztwo nie było zatwierdzone - ba! Nikt na komisariacie nie miał nawet o nim pojęcia. Lada chwila mógł wejść do ich miejsca pracy ktoś, kto zainteresuje się obecnością kobiety w sali przesłuchań i zacznie zadawać własne pytania. Podważali kompetencje swojego współpracownika i grzebali w miejscu, którego nie powinni nawet tykać kijem.
Ale Alessia Bianchi nie mogła tego wiedzieć.
Milczał, c z u j ą c jak Mercer odrywa się od ściany. S ł y s z ą c stukot jej kroków gdy podeszła bliżej. Zachowywał kamienną twarz - nawet wtedy, gdy pochyliła się nad stołem, a jej udo otarło się o jego ramię. Ten krótki, mało znaczący gest rozniecił płomień gdzieś głęboko w jego wnętrzu, w miejscu, do którego nie zaglądał ostatnio, zbyt skupiony na próbie wydostania się z Mimmo's.
W którym ją z d r a d z a ł.
Nie tak, jak sugerowała, że robił to Luca, ale wiedział, że w oczach Margo, nie było większej różnicy między spojrzeniem na inną kobietę, a aktywnym okłamywaniem tej, której obiecywało się wierność i miłość. Cało istnienie jego drugiego życia było zdradą samą w sobie, zdradą jej zaufania i uczuć, którymi go obdarzyła.
Jednak znów zachował kamienną twarz.
Udał, że porozumiewa się z nią bez słów - nawet, jeśli, poniekąd, w swoim bezczelnym kłamstwie miała odrobinę racji. Bianchi nie zachowywał się jak przykładny mąż w tych chwilach, w których Madden spędzał swój czas w Mimmo's. Niejednokrotnie łapał za pośladki przechodzące barmanki i puszczał oczka tym, które wpadły mu w oko. Mercer nie pomyliłaby się zbyt mocno w swoim założeniu, że zdradzał Alessię.
Ale i tak był pod wrażeniem jej bezwzględności.
- Mimmo's ma naprawdę ładne barmanki - odrzucił, w ciemno, drobnostkę, ale na tyle istotną, że oczy kobiety rozszerzyły się jeszcze bardziej. - Myślisz, że dlaczego spędza tam tak wiele czasu?
- Dość - wydusiła z siebie, unosząc dłonie by schować w nich twarz. - Nie mogę wam pomóc. On mnie zabije, jeśli się dowie.
Odchylił głowę, przenosząc swój wzrok na stojącą obok Mercer. Skinął głową, porozumiewając się z nią bez słów.
- Trudno się zabija z więzienia, Bianchi, a tam właśnie wyląduje twój mąż. Prędzej czy później, z twoją pomocą czy bez - skłamał, podpalając pod nią jeszcze większy ogień. - To jest jedyny moment, w którym możemy załatwić ci jakąkolwiek ugodę. Gdy Luca trafi do więzienia, twoje zeznania przestaną być wartościowe.
Cisza, która wybrzmiała po jego słowach, była naładowana emocjami. Wahaniem, miłością i tym poczuciem zdrady, malującym się w spojrzeniu kobiety wraz ze strachem. Dostrzegł tę chwilę, w której stanęła na krawędzi, podejmując decyzję - dostrzegł odrobinę uporu, który zwyciężał wraz z miłością ponad przerażeniem.
Gwałtownie zamknął akta i oderwał się od oparcia krzesła, sięgając po rzucone na blat fotografie.
- Cóż, pani Bianchi, sugeruję zadzwonić do adwokata - rzucił beznamiętnie, a ten fragment uporu natychmiast zniknął, zastąpiony falą paniki - świadomości, że to naprawdę się działo. - Wkrótce się pani przyda...
- Nie - zaprotestowała, patrząc, jak zbierał fotografie, jak zamykał akta i jak gotowy był opuścić tę salę. Przeniosła swoje desperackie spojrzenie na Margo. - Będę zeznawać. Zeznam.
margo mercer
-
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Powinna była analizować każde jego słowo, każdą pauzę, każdy moment, w którym celowo zostawiał ciszę, by druga strona zaczęła się w niej dusić. Powinna była śledzić reakcje Alessii, wyłapywać momenty zawahania, zapamiętywać wszystko, co mogło im się jeszcze przydać. I robiła to - nawykowo, instynktownie, tak jak robiła to zawsze.
A jednak część jej uwagi uparcie uciekała gdzie indziej. Do n i e g o.
To było irracjonalne, nie na miejscu i zupełnie nieprofesjonalne, a mimo to nie potrafiła tego powstrzymać. Widziała go już w takich sytuacjach wcześniej, wiedziała, jak działał, jak potrafił przejmować kontrolę nad rozmową i prowadzić ją dokładnie tam, gdzie chciał. A jednak tym razem było inaczej. Może dlatego, że stała z boku, nie próbowała ingerować, nie wchodziła mu w słowo, nie prostowała jego metod. Pozwoliła mu być dokładnie tym, kim był w takich chwilach.
Sposób w jaki mówił, jak patrzył, jak nie podnosił głosu, a mimo to odbierał drugiej osobie grunt spod nóg - był w tym jakiś niepokojący rodzaj precyzji. Coś, co przyciągało uwagę, nawet jeśli nie powinno. To wydawało jej się przesadnie a t r a k c y j n e. Dopisywała do długiej listy rzeczy, które niesamowicie pociągały ją w Maddenie, kolejną pozycję.
Oderwała się od tej myśli dopiero wtedy, gdy Alessia zaczęła się łamać. To nie było nagłe, nie był to jeden moment. To było powolne pęknięcie, które wreszcie przestało dawać się ukryć.
Margo przesunęła spojrzenie z powrotem na nią i uniosła lekko podbródek, przyglądając się jej już bez cienia wcześniejszej pobłażliwości. - Ja bym nie wybaczyła - odezwała się spokojnie, wchodząc w tę przestrzeń tylko na chwilę, ale wystarczająco wyraźnie. - Z n i s z c z y ł a b y m go - jej głos był cichy, ale pozbawiony zawahania. - Sprawiłabym, że żałowałby każdej sekundy - to nie była groźba rzucona w powietrze. Stwierdzała fakt, a to trafiło dokładnie tam, gdzie powinno. W coś, co już w Alessii zaczęło pękać.
Kiedy padły słowa o zeznaniach, nie poruszyła się od razu. Przez ułamek sekundy tylko patrzyła na nią, jakby sprawdzała, czy to nie jest kolejna próba gry. Ale w jej spojrzeniu nie było już tej samej pewności. Był strach i coś, co przypominało rezygnację.
Dopiero wtedy znowu odepchnęła się od ściany i podeszła bliżej stołu. - W porządku - powiedziała krótko, przejmując kontrolę na nowo, ale już w zupełnie innym tonie. - Uznajmy, że wszystko, co tu padło nie miało miejsca - zatrzymała na niej spojrzenie, upewniając się, że każde słowo dociera. - Jak to? - głos kobiety zadrżał.
- Wyjdziesz stąd i wrócisz do swojego życia, jakby nic się nie wydarzyło - to był moment, w którym ryzyko stawało się realne. - Ale od tej chwili pracujesz z nami - stwierdzała surowo. - Dostaniesz od nas telefon. Będziesz go mieć przy sobie i odbierać tylko wtedy, kiedy zadzwonimy. Nie powiesz mu nic na temat tej rozmowy, ż a d n y c h ostrzeżeń - jej głos stwardniał nieznacznie. - A jeśli się nie zgodzę? - spróbowała raz jeszcze patrząc na Rhysa, choć bez tej pewności, którą emanowała chwilę temu.
Wyprostowała się powoli, robiąc krok w tył, jakby oddawała przestrzeń, ale w rzeczywistości zamykała ją w tej decyzji. - Wtedy detektyw Madden na pewno znajdzie sposób, żebyś pożałowała - kącik ust Margo wygiął się w cieniu uśmiechu, gdy postawiła kropkę po ostatnim słowie. - Jesteś wolna.
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
A jednak teraz czuł się w podobnym miejscu.
I wiedział, że wściekłość i furia Margo nie będzie miała końca gdy dowie się prawdy. Że pojawi się między nimi z takim impetem i gwałtownością, że płomienie ich wszystkich, poprzednich kłótni wydadzą się zimne w kontraście. Minęły miesiące odkąd, nieświadoma, oznajmiła mu, że będzie jego karą - a on do dziś wierzył w jej słowa.
Wierzył, że będzie jego k o ń c e m.
Patrzył, jak Alessia łamie się pod drobnym naciskiem ze strony drugiej kobiety. Była niczym wystawiona Mercer piłka, którą ta przejęła z lekkością, charakterystyczną dla osoby zmęczonej drugim człowiekiem. Rinaldi się płaszczył, błagał i wzbudzał w niej współczucie - Włoszka nawet nie próbowała schować swojej paskudnej twarzy, czym zasługiwała na to, jak została potraktowana.
Ta chwila stanowiła całkowite zaprzeczenie tego, o co pokłócili się ostatnio. Sprawiała, że miał wrażenie, że wręcz przeciwnie - dogadują się bardzo dobrze. Ich związek zarówno służbowy, jak i prywatny, miał potencjał na ogromną synergię i wszystkie pochodzące z niej benefity - jak i skłonność do destrukcyjnego robienia sobie na przekór. Byli albo bardzo zgodni albo bardzo przeciwko sobie, w ten sposób, który był niemal toksyczny i towarzyszył im od samego początku.
Zmierzył kobietę spojrzeniem gdy szukała potwierdzenia w jego oczach. Wyglądał na niezadowolonego - jakby nie widział wartości we współpracy Alessii, jakby musiała mu ją u d o w o d n i ć. Nie zamierzał pokazywać, że była im potrzebna - dałoby jej to przewagę.
- Idź, zanim zmienię zdanie - pośpieszył kobietę burknięciem, gdy koślawo zaczęła zbierać się z krzesła. Nie chciał, by ktokolwiek na komisariacie ją zobaczył - chciał, by pierzchła jak najszybciej na zewnątrz i Alessia spełniła jego życzenie, choć zrobiła to znacznie mniej elegancko niż w sposobie, w którym tu weszła.
Wyglądała, jakby chciała coś powiedzieć, ale jej oczy były zbyt przeszklone, a gdy otwierała usta, nie wydobywał się z nich dźwięk. Wyminęła ich, chowając twarz pod kurtyną włosów i rzuciła się do wyjścia. W pomieszczeniu wybrzmiał huk zamykanych drzwi, nim wewnątrz zapadła cisza.
Wciąż tkwił w miejscu, oparty o krzesło, z jedną nogą opartą na drugiej. Powoli uniósł podbródek, przenosząc swój wzrok na stojącą obok Margo. W sali przesłuchań światło było ostre, kreśliło jej rysy kątami, których zwykle tam nie było.
- Zadowolona? - spytał krótko, z westchnieniem, nie wiedząc, na jakim etapie ciszy byli między sobą, spodziewając się, że to był wyłącznie wyjątek, prośba wystosowana na poziomie służbowym, która nie otworzy niczego innego.
W końcu byli w pracy.
margo mercer
-
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Jedno przesłuchanie, nawet idealnie rozegrane, nie miało prawa naprawić tego, co między nimi narosło. Ta cisza, która ciągnęła się za nimi od dni, nie była przypadkiem ani chwilowym kaprysem. Była konsekwencją ich charakterów, uporu, ich niezdolności do odpuszczenia w odpowiednim momencie. Zawsze szli za daleko, zawsze przekraczali granicę, po której żadna ze stron nie potrafiła już wrócić na bezpieczny grunt. Kluczyli wokół tematów, urywali rozmowy w połowie, zostawiali po sobie niedopowiedzenia, które zamiast znikać tylko narastały.
A mimo to nie potrafiła wyobrazić sobie świata, w którym jego by nie było.
To było chyba najbardziej absurdalne ze wszystkiego.
Spojrzała na niego uważniej, miękko, jakby przez moment pozwoliła sobie zobaczyć go nie jako partnera w pracy, nie jako człowieka, z którym ścierała się niemal codziennie, tylko jako tego samego mężczyznę, z którym jeszcze niedawno dzieliła coś zupełnie innego. Tego którego kochała. - Tak - odpowiedziała w końcu cicho, odnosząc się do jego pytania, którego ciężar wciąż wisiał między nimi. - Dziękuję - kącik jej ust uniósł się lekko, ale tym razem nie było w tym ani przekory, ani złośliwości. Te słowa przyszły łatwiej, niż się spodziewała. Bez walki, bez oporu. - Bez ciebie bym tego nie zrobiła - dodała już spokojniej i pewniej, pozwalając, by to wybrzmiało dokładnie tak, jak powinno.
- Mam go praktycznie na wyciągnięcie ręki - to była prawda. Wszystko inne - Collins, procedury, konsekwencje, odsunęło się gdzieś na dalszy plan, przytłumione przez jedno, proste przekonanie - byli o k r o k od Bianchiego.
A jednak to nie na tym skupiały się jej myśli. Nie wtedy, gdy siedział tak blisko niej. Nie wtedy, gdy w jej głowie wciąż odbijały się jego słowa, jego ton, sposób, w jaki przejął kontrolę nad całym pomieszczeniem. To było nierozsądne i b a r d z o nie na miejscu. Absolutnie nieodpowiednie, zwłaszcza tutaj i teraz. A mimo to poczuła, jak coś miękko przesuwa się pod skórą, jak napięcie ustępuje miejsca czemuś znacznie bardziej niebezpiecznemu.
Uśmiech, który pojawił się na jej ustach był tego najlepszym dowodem.
Zignorowała wszystko, co wydarzyło się między nimi wcześniej - kłótnię, ciszę i dystans. Jakby to w ogóle nie istniało, jakby można było to po prostu odłożyć na bok, przynajmniej na chwilę.
Przysunęła się w jego stronę i zanim zdążyła to przeanalizować, wyciągnęła rękę, muskając jego przedramię w prostym, n i e m a l nieznaczącym geście, a jednocześnie całkowicie sprzecznym z tym, co powinna była zrobić. - Tęsknię za tobą - powiedziała cicho, odruchowo, a te słowa same znalazły drogę na zewnątrz, zanim zdążyła je zatrzymać.
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Jej zwycięstwo przypominało mu wyłącznie o upływającym czasie, a wewnątrz widzianej oczyma wyobraźni klepsydry nie zostało już zbyt wiele ziarenek piasku.
Ale znów tu b y ł a.
Zastanawiał się, czy kiedykolwiek przestanie reagować tak na jej bliskość, na to spojrzenie, które na jego widok z ostrego przekształcało się w coś miękkiego. Czy było to wyłącznie elementem ich chorej gry w przyciąganie i odpychanie, toczącej się odkąd po raz pierwszy stanęła przy jego biurku na komisariacie, czy też związane było z tym, co jeszcze do niedawna nie było nazwane.
Klepsydra nagle wydawała mu się odległa gdy jej dłoń znalazła się na jego przedramieniu. Czuł na sobie jej dotyk z taką dokładnością, jakby palce były zdolne do zostawienia po sobie śladów w ich wędrówce. Kącik jego ust uniósł się w górę w niemal ostrzegawczym wyrazie, gdy kobiece słowa przełamały tę tamę, wzniesioną pomiędzy nimi gdzieś w lasach pod Toronto.
Zareagował instynktownie, zanim zdążył pomyśleć - a może wręcz przeciwnie, może na jakimś ukrytym poziomie miał to b a r d z o dobrze przemyślane. Chwycił jej dłoń, jego noga zsunęła się z kolana, ze stukotem uderzyła o ziemię. Pociągnął ją lekko - stała obok, wyżej, utrata równowagi nie wymagała wielkich gestów ani ogromnej siły. Jego dłoń owinęła się wokół kobiecego nadgarstka, druga sięgnęła do jej talii gdy oderwała się od blatu stolika, pociągnięta nagle do przodu.
Tak, by wylądować na jego kolanach, w tym wyzywającym czynie, który wewnątrz komisariatu zawsze był zabroniony.
- Zostań dziś ze mną - mruknął, owijając swoje ramiona wokół kobiecej talii - zdecydowanie, lecz zarazem lekko. Jeśli chciałaby się wydostać, czego się spodziewał prędzej czy później, mogła bez trudu się z nich wyplątać, a on nie zamierzał trzymać jej przy sobie siłą - nawet, jeśli niegrzecznie wykorzystał jej brak przygotowania by zagarnąć ją dla siebie.
- Obejrzyjmy film na kanapie. - Jego nos zanurzył się w ciemnych włosach, dotarł do schowanej pod spodem szyi, której skórę musnął w krótkim pocałunku. - Chodźmy do kina albo na spacer. - każde, ciche słowo było składaną na jej szyi propozycją, podczas gdy jedna z jego dłoni zsunęła się po kobiecej talii w dół, docierając do krawędzi zdecydowanie zbyt długiej, zbyt porządnej koszuli, którą miała na sobie. - Czy co innego robią normalni ludzie wieczorami - dodał, z nutą rozbawienia, choć jej ciężar na kolanach rozpalał zupełnie innego rodzaju pożar w jego wnętrzu.
Wiedział, że chwila była krótka, ulotna - nawet, jeśli zadbała o prywatność tej sali na rzecz swojego prywatnego przesłuchania, które już się skończyło. Wiedział, że dokonał bezczelnego przekroczenia granic po tym, gdy ostatnie dni spędzili oddzieleni przepaścią, którą własnoręcznie między nimi wykopał.
Ale w tej sprzeczności, nigdy nie potrafił utrzymać się od niej z dala na zbyt długo.
margo mercer