Strona 3 z 6

002. confessions among boxes

: pn kwie 20, 2026 11:02 am
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa
Oni wiecznie mieli coś zrobić, chcieli coś zrobić, a potem działo się coś, co to wszystko weryfikowało, jak dzisiaj...
I chociaż Madox liczył, że to będzie miła przejażdżka, a na koniec on może naprawdę namówi Pilar na jakieś... lody.
To kiedy zobaczył Haddie, od razu przestało

być miło.


Bo chociaż rozmawiali już ze sobą czasem normalnie, to jednak... ta atmosfera między nimi zawsze była napięta. A dzisiaj chyba podsyciła ją Stewart. Chociaż blondynka nic na ten temat nie powiedziała, ale...
Madox może nie był domyślny, czasem po prostu głupi, ale czuł gdzieś pod skórą o co jej chodzi. Wiedział to.
Bo prawda jest taka, że oni właściwie sobie nigdy tego nie wyjaśnili, nie tak, jak powinni, pozostawiając między sobą wiele niedomówień. Madox po prostu z dnia na dzień... zniknął. Bez słowa, bez wyjaśnienia, bo tak musiało być. Spakował się i wyniósł, i chociaż wiedział, że blondynka to przeżyje, bo przecież wiedział o jej ojcu, to to zrobił...

Poddał się.


Ale teraz nie zamierzał. Ciemne tęczówki uciekły mu do Pilar, kiedy Beck znowu ją szarpnął. I Noriega też to zrobił, szarpnął się, tylko Haddie zaciskała palce na jego koszulce, a zaraz zmusiła go do spojrzenie znowu w jej oczy. Jasno niebieskie.
- Madox wiesz, że będzie to samo co z nami, nie rób jej tego... - Noriega stanął jak wryty, bo kurwa... A co jeśli Haddie miała rację?
Ale przecież nie miała. Przecież jego z Pilar łączyło coś zupełnie innego. Ale prawda jest taka, że jego relacja z blondynką też była... oni ze sobą mieszkali. Dużo ich łączyło, kiedyś. Przecież wiedział o jej ojcu, a ona też wiedziała o nim, to wszystko.
Nabrał powietrze w płuca.
- Gówno wiesz Haddie - warknął - ja już się tak łatwo nie poddam - rzucił ciszej. A blondynka go popchnęła.
- To czemu wtedy to zrobiłeś? - chciała go uderzyć i nawet by mu się należało, bo Madox nie umiał jej na to odpowiedzieć. I chyba widziała to w jego spojrzeniu, bo zwątpiła, zostawiła go i poszła do Becka i Pilar. Niebieskie oczy przesunęły się po Stewart.
- Dobra, odwołuje... Trzymaj się Pilar - na odchodne rzuciła jeszcze blondynka, ale wcale nie jakoś sztucznie, jakby może rzeczywiście, życzyła jej żeby się trzymała?
Tylko ciekawe kurwa czego? Bo chyba nie Madoxa.
Noriega stał przez chwilę gdzieś na tle tego pola. Bo przecież on zawsze był pewny tego co czuje do Pilar. Nie poddałby się choćby nie wiadomo co, to jednak pierdolona Haddie i ten jej tekst nie rób jej tego. Może nie powinien?
Nie no kurwa. On już nie miał dwudziestu paru lat i nie był gnojem, który dopiero co przyjechał tutaj z Kolumbii, który nie wiedział, czego tak naprawdę chciał. Od tej pory dużo się zmieniło. W chuj dużo. I przede wszystkim Madox wiedział jedno, jednego był tak kurewsko pewny, jak nigdy w życiu, że chciał...

JEJ.


Nawet jeśli miał poświęcić... wszystko.
Stanął obok niej opierając się ręką o maskę, a zaraz sięgnął po fajkę. Wiedział, że będzie go o to pytała, i wiedział, że w końcu będzie musiał jej powiedzieć. Chciał jej powiedzieć, bo to go gryzło. Ale nie mógł...
Chociaż może już mógł? Bo jak przed Meksykiem oni, no po prostu byli razem, tak teraz byli zaręczeni, ona miała zostać jego żoną, zerknął nawet na ten pierścionek, który miała na palcu. Nie powinien mieć przed nią tajemnic. A na pewno nie takie. Wsadził papierosa między zęby, ale zanim go odpalił.
- Z policji... - rzucił najpierw, na to pytanie skąd się znają z Haddie, ale co to za odpowiedź? Przecież Madox tak naprawdę znał wielu gliniarzy, ale z większością się nie szarpał. Chociaż z niektórymi pewnie tak. Becka by chętnie wyszarpał... Może następnym razem na salce?
Odpalił papierosa i zaciągnął się dymem, a ciemne oczy odszukały jej piękne, czekoladowe spojrzenie.
Ja pierdole.
Powie jej, czy nie powie?
Sam jeszcze nie wiedział. Wszystkie jebane trybiki pod czaszką pracowały na pełnych obrotach, a smużki białego dymu uniosły mu się wokół głowy, jakby od tego wszystkiego autentycznie czach mu dymiła. Przesunął palcami po karku, odchylił do tyłu głowę. Jak zacznie to musi jej powiedzieć wszystko. A jak powie jej wszystko... Nie wiedział jak Pilar na to zareaguje. A co jeśli jak Haddie? Nie, na pewno nie, bo one były... jak ogień i woda. Jak płomień i lód. I o ile Madox umiał zapomnieć o tych niebieskich oczach Haddie, tak o tych Pilar by nie mógł.
Zawiesił na nich spojrzenie.
- Bo może ma prawo? - wzruszył ramionami i przysunął się do niej bliżej, tak, że jego ręka musnęła jej biodro, kiedy oparł się obok - Pilar to jest w ogóle długa historia i pojebana i... - urwał i zaciągnął się dymem.
Dobra.
Jak jej nie powie, to to się będzie za nimi ciągnęło. Ale co jeśli jej powie, a ona go zostawi? Tutaj w tym szczerym polu na przykład? Chociaż to by jeszcze przeżył. Bał się, że ona go po prostu zostawi, że zacznie się zastanawiać, czy on naprawdę nie chce zaserwować jej tego samego co Haddie. Pierdolona powtórka z rozrywki. Nie no, Madox nie chciał powtórki z rozrywki. Ale nie wiedział za bardzo jak to ugryźć.
- Ale może pogadamy o tym kiedy indziej? - musiał spróbować - bo wiesz dzisiaj jeszcze mieliśmy wrócić do tamtego, no i nie pokazałem ci tatuażu - znowu się do niej przysunął, tak, żeby już objąć ją ramieniem. Łasił się do niej, ale nie tak jak wcześniej, kiedy chciał ją rozproszyć, czy udobruchać. Tylko tak, jakby chciał być blisko. Zawsze chciał. I chyba bał się trochę, żeby to wszystko, co on przed nią ukrywał tego nie rozpierdoliło.

Jego tajemnice.


Tenemos que hablar de esto, pero ¿quizás no ahora mismo? ₊˚⊹ᰔ

002. confessions among boxes

: pn kwie 20, 2026 3:51 pm
autor: Pilar Stewart
trigger warning
przekleństwa
Dwie rzeczy, które potrafiły zniszczyć każdą, nawet najsilniejszą relacje: kłamstwa i tajemnice. Niedomówienia, które prędzej czy później wychodziły na jaw. Wszechświat przecież był skurwielem w czystej postaci — zawsze rzucał kłody pod nogi. Pozostawiał smaczki, które potrafiły w nawet najbardziej przekonanej i zaufanej głowie zasiać ziarno niepewności. I Pilar w ostatnim czasie na każdym kroku przekonywała się, że Madox miał tego całą masę. Sekretów, o których jej nie mówił. Które po prostu chował przed nią do momentu, aż coś się nie wyjebało. Przecież gdyby nie spotkała go wtedy na komendzie, nawet nie wiedziałaby, że współpracował z policją, że prowadził jakaś sprawę. To samo w Meksyku — gdyby nie to, że Esme okazała się kobietą Pablo i wszystko, co stało się potem, za nic by jej nie powiedział. Zarzekałby się tylko że nie może. I tutaj również: czy gdyby nie spotkali na szczerym polu Haddie Wheeler, cokolwiek by jej wspomniał? Rękę by sobie dała uciąć, że nie. I to wcale nie było dobre. To powodowało, że w głowie Pilar zaczęła kiełkować prawdziwa niepewność. Ile rzeczy jeszcze przed nią ukrywał? A podobno mieli nie mieć przed sobą tajemnic…
A jednak mieli. On miał. Jak widać całą masę. Do tego stopnia, że zamiast cieszyć się z przeprowadzki, wspólnie świętować i celebrować chociażby ten bajeczny samochód, ona pierwsze przejmowała się, że jej narzeczony ma już męża, a potem jeszcze jakąś pieprzoną Haddie Wheeler. Bo przecież gdyby była nikim, po prostu by jej to powiedział. Nie odpowiedział wymijająco na jej pytanie, tylko przedstawił sprawy takie, jakimi były. A on? On wybrał opcje ogólnikową. I kiedy bąknął to, że znał ją z policji, Pilar aż wypuściła mocno powietrze z płuc.
Nie rób ze mnie idiotki, Noriegia — warknęła, zaglądając mu w oczy. Przecież dobrze wiedział, o co pytała. Znał ją dobrze i chyba też nie sądził, że zadowolą ją takie ochłapy w postaci odpowiedzi. A już na pewno nie po tym, co widziała na własne oczy. To jak blisko stali, jak ona wyrzucała mu, że będzie jak kiedyś, a potem jeszcze przewie mu przywaliła, łapiąc go za szmaty dokładnie tak, jak Pilar robiła na porządku dziennym, za każdym razem, kiedy była na niego wkurwiona. A zaraz jeszcze okazało się, że Haddie zrobiła to, bo MOŻE miała prawo.
Zadziałało to na nią jak płachta na byka. W momencie się wyprostowała, spoglądając na niego z niedowierzaniem. Kim w takim razie była kurwa Haddie Wheeler, że miała prawo do tego, żeby strzelić Noriedze w twarz? Nie podobało jej się to. Ta jebana niewiedza i to jak bardzo jej głowa zaczęła snuć kolejne scenariusze, których wcale nie chciała do siebie dopuszczać. A on wcale nie pomagał, szczególnie kiedy zapytał, czy mogą pogadać o tym kiedy indziej.
P ó ź n i e j.
Ostatnio coraz więcej używał tego słowa. Odwlekał rzeczy. A jej za nic się to nie podobało. Mógł to zresztą zauważyć po sposobie, w jaki się obruszyła na jego słowa. Jak prychnęła głośno i cisnęła niedopałkiem gdzieś przed siebie, przy okazji zeskakując z maski.
Jasne, kurwa — pokręciła głową z niedowierzaniem. — Wszystko na kiedy indziej — wariowała. Autentycznie z nim wariowała. A najgorsze w tym wszystkim było to, że kompletnie nie poznawała w tym samej siebie. Kiedyś tak łatwo potrafiła mieć na coś wyjebane. Przechodzić obojętnie obok tego, że ktoś trzymał przed nią tajemnice, nie chciał mówić to nie, jego sprawa, ale przy Noriedze? No kurwa zależało jej tak bardzo, że nie umiała być obojętna. Nie umiała być spokojna. A już na pewno nie potrafiła radzić sobie z tą niewiedzą, szczególnie, że nie wiedziała, ile jeszcze rzeczy on przed nią ukrywał. — O tym pogadamy później, o tym za tydzień, o tym nie mogę ci powiedzieć… — zaczęła wymieniać jego wszystkie odzywki, które w ostatnim czasie pojawiały się w ich rozmowach na porządku dziennym. — A o czym kurwa możesz?! — znowu na niego warczała. Tym razem stojąc bezpośrednio przed nim, z ognistym spojrzeniem wbitym w jego ciemne oczy. — A tak się kurwa zarzekałeś, że już będziesz ze mną szczery — pokręciła głową z zawodem. — Gówno prawda — to już dodała do siebie, czując jak ciało dosłownie ją pali. Jaki był sens rozmawiania o czymkolwiek, jak on połowy rzeczy nie chciał jej mówić? Kobiecie z którą chciał spędzić resztę życia. To po co w ogóle się jej oświadczał, skoro nawet nie potrafił jej zaufać? Gryzło ją to. Bardzo. Tak nieprzyjemnie, że aż wykonała od niego kilka kroków w tył, a potem spojrzała na niego ostatni raz.
Pakuj się. Jedziemy — rzuciła oschle, kierując się za kółko. Miała mu za złe, że wolał gadać o jakimś tatuażu z Vegas niż o faktycznych problemach. A najbardziej za złe to miała do samej siebie, że tak intensywnie na to wszystko reagowała. Że zaangażowała się do tego stopnia, że teraz nie potrafiła sobie poradzić z nadmiarem uczuć, które do niego miała. Czuła, że wychodził tu jej brak doświadczenia w związkach, to że nie umiała odpuścić. — Możesz się pośpieszyć? Chciałam jeszcze podrzucić pudła do domu dziecka — prawda była taka, że spokojnie mogła to zrobić jutro. I pewnie tak też się stanie, ale to nie powstrzymało ją, by go ponaglić. Odpaliła samochód, kiedy tyłek Noriegi znalazł się na siedzeniu pasażera, a potem ruszyła z impetem wzdłuż drogi, wracając na autostradę. Tym razem jednak trzymała się maksymalnej przepisowej prędkości, a do tego puściła radio kurewsko głośno, żeby jakoś zagłuszyć tą i r y t u j ą c ą ciszę oraz własne myśli, które panicznie wydzierały się w jej głowie.

¿Por qué no eres sincero conmigo? ( •̯́ ₃ •̯̀)

002. confessions among boxes

: pn kwie 20, 2026 4:59 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa
Madox miał od zajebania tajemnic.
Zawsze tak było. Całe jego życie w Toronto było utkane na jednym wielkim kłamstwie. To nie chodziło o nią, chodziło o to kim on był. Albo o to jaką postać sobie stworzył. W tych kolorowych koszulach, ze złotymi łańcuchami na karku, w klubie, w oparach dymu z cygar, przy złotej tacy, na której usypane były grube szczury z kokainy. Z jakąś tancerką u boku, która w każdej chwili gotowa była przynieść im drinki, albo zrobić dużo więcej.

Takiego Madoxa lubił półświatek.


Policja nie... Policja nie lubiła go wcale, mimo, że przecież im pomagał, nie raz, nie dwa... Ciągle to robił.
Narażał się. Nie patrzył na to, że któregoś dnia może wyjść z klubu i ruscy połamią mu nogi. Prawie to zrobili. Ale Madox niczym się nie przejmował. I może był głupi? Albo taki naiwny? Albo po prostu mu nie zależało?
A teraz mu zależało.
Teraz zamiast siedzieć w lożach z półświatkiem, to stawał na barze. Albo chodził na komisariat, bo współpracował z policją. Uważał kiedy wychodził z klubu. Pilnował się.

Starał się.


I bardzo starał się te rzeczy ze sobą połączyć. Ten jego świat, i ten jej. I to jeszcze zrobić to tak, żeby go nie odjebali. Albo żeby Eliot... dał mu spokój? A przecież Eliot wymagał od niego właśnie tego, co on zrobił z Haddie. Kiedy z dnia na dzień zerwał z nią kontakt. Bez pożegnania, bez wytłumaczenia, bo musiał. I teraz też powinien. I to nie było takie proste... Że policjantka nie powinna się umawiać, kurwa... umawiać? Jak oni byli zaręczeni. Policjantka nie powinna być zaręczona z gangusem. On był kurwa półświatkowy, a ona była z policji. Ale czy na pewno?
Wywrócił oczami, kiedy na niego warknęła. Bo ostatnią rzeczą, którą można powiedzieć o Pilar Stewart, to, że była głupia. Nie była. Była cholernie inteligentna.
- Pilar… przecież nie chcę - nie chciał robić z niej idiotki. A przede wszystkim to on nigdy nie chciał być z nią nieszczery, bo przecież... kurwa. Nikt nie poznał go tak, jak ona, przed nikim on się tak nie otwierał. I nie pokazywał z tej, może lepszej? Strony.
A ją zabrał do Medellin, opowiadał o swoim dzieciństwie, kompletnie szczerze o rodzicach i rodzinie. Pokazywał jej swoje miejsca. I w końcu jej się oświadczył, też kompletnie szczerze. Poznała jego kolumbijski świat. Szkoda, że tego w Toronto nie mógł jej tak łatwo pokazać. I to właściwie nie zależało od niego. Bo on chciał. Ale nie mógł.
I zaraz pytał o to, czy mogą o tym porozmawiać kiedy indziej, tylko kiedy Stewart prychnęła, to wiedział, że nie. Zaciągnął się papierosem wypuszczając dym gdzieś w eter.
- Pilar to nie jest takie proste - rzucił gdzieś między tymi jej wyrzutami. A kiedy stanęła przed nim to zawiesił spojrzenie na jej oczach. Powiedział jej przecież, że wszystko jej powie. Chciał wszystko jej powiedzieć.
Ja pierdole. On przecież chciał, żeby została jego żoną. Na dobre i na złe. Do śmierci.
- Będę, tylko... - zaczął i chciał nawet jeszcze coś dodać, ale ona już mu się cofała, wyciągnął nawet do niej rękę, ale mu uciekła. Dopalił powoli papierosa i tym razem zgniótł go pod butem, kiedy go pospieszyła - możemy tam jechać od razu, ja już nie wracam do klubu - oczywiście, że nie wracał. Bo mieli pojeździć tym samochodem i spędzić trochę czasu razem, kiedy uporają się z kartonami.
Miało być

miło.


A zapowiadała się kolejna kłótnia. Tylko, że... Madox wcale się nie chciał z nią kłócić. Bo właściwie o co? Miał się znowu uprzeć, że nie może jej powiedzieć? To rzeczywiści po chuj się jej oświadczał?
Na pewno nie po to, żeby mieć przed nią tajemnice i ją zbywać. Bo Pilar nie była pierwszą lepszą, jakąś jego dupą do ruchania. Nie była nawet Debbie, której nie mówił nic, która żyła sobie w błogiej niewiedzy, co on robi w klubie, w tych sławetnych lożach VIP. Nie była Haddie…
Była dla niego naprawdę ważna.
I on chwilę siedział w ciszy układając to w głowie. Jak miał jej to powiedzieć? Najlepiej od początku.
Kiedy podkręciła radio, to Madox zaraz do niego sięgnął i je ściszył.
- Kurwa Pilar… dasz mi pomyśleć? - rzucił i już przekręcał się w jej stronę na skórzanym, czerwonym fotelu - musisz mi powiedzieć jedną rzecz, tylko szczerze, nie tak, że powiesz, że tak, ale tak naprawdę to nie... - westchnął ciężko i zawiesił ciemne tęczówki na jej twarzy, na jej ciemnych, błyszczących oczach, w których odbijały się światła latarni - zjedziesz? - zapytał. Chociaż nie miała gdzie, bo byli na autostradzie. Ale przed nimi znajdował się zjazd do jakiegoś kolejnego zadupia. dwadzieścia kilometrów do jakiejś mieściny. Tylko jak zjadą, to już nie będzie odwrotu...

Ale może kurwa o to chodziło?
Że już nie było odwrotu.


Miał poczekać, aż ona rzeczywiście zaparkuje na jakimś poboczu. Pewnie powinien to zrobić. Później. Zaraz.
Ale tym razem wypalił od razu.
- Jakbyś miała wybierać... Musiała wybierać. Ja, czy policja, to co byś zrobiła? - zapytał z ciemnymi tęczówkami zawieszonymi na jej pięknych, czekoladowych oczach - bo ja bym wybrał ciebie, zawsze... - bez zawahania. Bez zastanowienia. Bez strachu. Tak jak kiedyś było z Haddie. Gdzie on się poddał. To ze Stewart by się nie poddał, wiedział to. Ale... nie wiedział, co ona zrobi, kiedy wyzna jej prawdę. I to nie tak, że każe jej wybierać między sobą, a policją, nie mógłby. On nie...

¿Qué elegirías? ⋆.ೃ࿔*:・

002. confessions among boxes

: pn kwie 20, 2026 6:08 pm
autor: Pilar Stewart
trigger warning
przekleństwa
Pilar od zawsze wolała najgorszą prawdę niż kłamstwa.
Po stokroć wolała się jednorazowo wkurwić niż przez dni lub tygodnie zachodzić w głowę, o co tak naprawdę chodziło i dlaczego ktoś skłamał. Kłamstwa nie pomagały nikomu, a w dodatku zawsze, ale to kurwa zawsze wychodziły na jaw. Najczęściej w najbardziej niespodziewanych, niepotrzebnych momentach. W momentach, kiedy wszystko było idealne, dobre, kiedy humory dopisywały, a szerokie uśmiechy nie schodziły z ust i w tym przypadku było podobnie. W końcu już bawili się świetnie; mknęli po autostradzie prawie trzysta na godzinę, śmiejąc się głośno, on mówił jej jak kurewsko gorąco wyglądała w czerwonym Jaguarze, a ona się przed nim rozbierała, odsuwając nagie ramiona. I kto wie, może gdyby nie pieprzona policja, Pilar w końcu zaliczyłaby swój pierwszy raz w aucie? Na tej bajecznie czerwonej skórze, z człowiekiem, który pojął jej serce oraz umysł w sposób, w jaki Stewart nawet nie sądziła, że to możliwe.
Mogło być miło.
A skończyło się na kolejnej kłótni.
Na tym, że on z n o w u nie chciał jej powiedzieć prawdy. Że znowu mieszał się i zarzekał, że potem, że nie może i szczerze? To było to, co działało na nią najgorzej. Nawet nie sama relacja, którą miał z Haddie, przecież liczyła się z tym, że coś ich łączyło, brała pod uwagę, że pewnie byli razem, skoro tak na niego patrzyła, to i tak była przeszłość, ale najbardziej bolało ją to, że on nie ufał jej na tyle, by się z nią po prostu tym podzielić. By prezentować jej rzeczy takie, jakimi były.
Jak przeszłość.
Madox sam swoim zachowaniem sprawiał, że sprawa się wyolbrzymiała. Że zamiast być faktem do przebolenia lub opowiedzenia, było to wielką tajemnicą, która wcale nie była prosta. I co to w ogóle miało znaczyć, że to nie było proste? A co w ich życiach było? Ich relacja od samego początku nie była łatwa, była kurewsko skomplikowana, wiecznie coś rzucało im kłody pod nogi, a oni nawet kiedy się potykali, to przecież ciągle szli ze sobą ramię w ramie. Pomimo przeciwności. Wiec dlaczego on czasami puszczał jej rękę i skręcał w samotności? Zostawiał ją w połowie drogi i to właśnie to bolało ją najbardziej.
Dlatego powiedziała mu, co miała do powiedzenia, a potem już patrzyła tylko na drogę. Słowem się do niego nie odezwała, jedynie podkręciła jeszcze bardziej radio, żeby zagłuszyć wszystko, co niewygodne. Tak było prościej. Wkurwić się i siedzieć cicho. Nie miała zamiaru już więcej go prosić o szczerość, dopraszać się, jakby to nie leżało w jego obowiązku, żeby być z nią szczerym. Kiedy spytał, czy da mu pomyśleć, ona tylko przewróciła oczami, zaciskając palce mocniej na kierownicy. Jedynie spojrzeniem odprowadziła jego dłoń do pokrętła, kiedy ściszał muzykę i chociaż kusiło ją, żeby znowu ją podkręcić, finalnie pozwoliła jej zostać tak, jak ustawił ją Madox.
Ja w przeciwieństwie do ciebie zawsze jestem z tobą szczera — warknęła na jego słowa, że musiała mu odpowiedzieć szczerze. Akurat w tym duecie, Pilar zawsze była tą, która dzieliła się z nim wszystkim. Nie ukrywała przed nim nawet szczegółów w sprawach, które prowadziła, a przecież powinna. Powinna tak jak on pierdolić to całe wielkie nie mogę ci powiedzieć. Szkoda tylko, że nie potrafiła. Nie potrafiła, bo głupio wierzyła, że tylko bycie ze sobą w stu procentach szczerym pozwoli im przetrwać to gówno. Idealnym przykładem był przecież Pablo. Czy gdyby w końcu nie powiedział jej o wszystkim, gdyby mu nie pomogła, dałby rade w pojedynkę? Gdyby nie powiedziała mu o Daltonie, czy Madox w ogóle wiedziałby, gdzie jej szukać? Odpowiedz na te pewnie czarno na białym pokazywała, że oni najlepiej działali jako zespół. Na równi.
Westchnęła głośno, gdy spytał, czy zjedzie z autostrady. W pierwszej chwili chciała mu powiedzieć, że nie, że ona jechała już prosto do domu, ale przecież nie umiała mu odmawiać. Oczywiście, że finalnie skinęła głową i zmieniła pas na prawy, żeby być bliżej ewentualnego zjazdu. Zrobić tak jak on chciał. Chociaż pytanie, które zaraz jej zadał, kompletnie zbiło ją z tropu.
Co? — spytała praktycznie od razu, nim chociażby dotarło do niej, o co on właściwie ją pytał. — A dlaczego miałabym wybierać? — spojrzała na niego przelotnie, próbując rozdzielić uwagę pomiędzy drogę, a jego twarz. Co to w ogóle było za pytanie? A przede wszystkim, dlaczego było ono tak bardzo wyrwane z kontekstu? Pilar bywała zerojedynkowa, ale żeby podjąć jakąkolwiek decyzje, potrzebowałaby więcej kontekstu. Bo dlaczego od razu wybierać? Może po prostu był sposób, żeby to połączyć? Nie rozumiała, czemu miałaby wybierać, a tym bardziej dlaczego on teraz to wyciągał. Nic nie rozumiała, chociaż tak naprawdę odpowiedź na jego pytanie była dziecinnie prosta. Zjechała z autostrady, a następnie zatrzymała samochód przy pierwszym lepszym chodniku, przy jakimś polu kukurydzy. Nawet silnika nie zgasiła, tylko odwróciła się w stronę Noriegi.
Oczywiście, że ciebie, estúpido — odrzekła wciąż zaskoczona, chociaż w jej głosie nie było zawahania. Gdyby faktycznie ktoś kazał jej wybierać pracę w policji albo życie z Madoxem, oczywiście, że wybrałaby to drugie. Przez ostatnie tygodnie, a już szczególnie dni, dość dosadnie i mocno uświadomiła sobie, że nie potrafiła bez niego żyć. Że był jej pisany. A praca? Zawsze można było znaleźć nową. Zacząć coś swojego, to nie był koniec świata. Funkcjonować bez niego? Trochę już tak.
No chyba że nasz związek będzie dalej budowany na samych tajemnicach — wtedy może faktycznie będzie musiała się ponownie zastanowić nad odpowiedzią. — Mam dość tych wszystkich niedopowiedzeń, Madox — wyznała po chwili, wzdychając głośno i patrząc mu głęboko w oczy. Nawet pas odpięła, żeby się odpowiednio przekręcić w jego stronę. — Za mało razy ci już udowodniłam, że jestem po twojej stronie? Mało? — przecież ona dosłownie dla niego zabiła. Władowała kulkę prosto w płuca mężczyźnie, który powinien skończyć za kratkami. Ryzykowała życiem wielokrotnie dla niego, nawet jeśli nie do końca było to zgodne z jej własnymi moralami. Wszystko dla niego robiła. A to wciąż było niewystarczająco. — Myślałam, że we wszystkim jesteśmy razem. Po równo, szczególnie kiedy mam to na palcu. Ale za każdym razem, jak tylko tak pomyśle, to ty i twoje pierdolone sekrety uświadamiają mi, że gówno wiem, bo ty dalej chcesz sobie chodzić w pojedynkę.

¿Estamos todos juntos en esto o no?

002. confessions among boxes

: pn kwie 20, 2026 7:33 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa
Jego kłamstwo miało się dobrze przez prawie dziesięć lat.
Nie wyszłoby. Chociaż... może teraz by wyszło? Kiedy Madox zmieniał te swoje schematy, kiedy zmieniał siebie. Tego wykreowanego od lat. Tego, który nie lubił psów. Bo oni nie lubili jego...
A on przecież zadawał się z nimi tylko po to, żeby grać im na nosie. On przecież przychodził na posterunek i się tam stawiał. Przeklinał i szarpał się, tak, żeby potem o tym gadali.
A jednak kiedy współpracował z Eliotem przy tej sprawie z Daltonem... Przecież wtedy się nie miotał, nie szarpał. Był mu posłuszny, jakby to był jakiś jego pieprzony przełożony.
I w Meksyku też... przecież wiedział więcej niż przeciętny kret.

Zawsze wiedział jakoś tak więcej.


Tłumaczył to układami z psami. On sprzedawał im informacje, a oni jemu. Proste. Ale skąd wiedział jak wyglądają treningi w akademii policyjnej? Skąd znał te wszystkie procedury? I miał wgląd w akta spraw, nad którymi pracował? Nikt przy zdrowych zmysłach nie dałby gangusowi wglądu do akt. Nawet Eliot. Albo może zwłaszcza Eliot. I jak to się stało, że Noriega prowadził radiowóz? Miał broń, której co prawda nie nosił przy sobie, ale policyjny pistolet leżał w jego sejfie...

On i odznaka.


Bał się trochę, że Pilar kiedyś poskłada to wszystko do kupy, bo była cholernie inteligentna. Bał się, że go rozpracuje...
Tylko Madox był dobry w tym, co robił.
Przez prawie dziesięć lat był w tym kurewsko dobry. A potem pojawiła się ona. A on stracił dla niej głowę i przestał przejmować się pracą i nie tylko klubem właściwie. Bo Emptiness akurat mógł prowadzić. Na dobrą sprawę mógł go zamknąć przed półświatkiem...
Nie mógł.
- Też zawsze jestem z tobą szczery - rzucił marszcząc brwi, bo był. Ze wszystkim co zawsze jej mówił, był. Opowiadał jej o swoich byłych, wyskoczył z tym ślubem, chociaż Patel mówił mu, żeby się nie odzywał. Wszystko jej mówił...
Oprócz tego, co teraz miał gdzieś na końcu języka.
Chciał jej powiedzieć, tylko po pierwsze nie wiedział jeszcze jak, a po drugie wiedział, że nie powinien, bo to, sprawiało, że ona też przez to mogła być na celowniku. Tylko i tak mogła... skoro się z nim zadawała. Skoro była jego narzeczoną. I jak zaraz półświatek się dowie. Jak dowie się policja... Madox nie wiedział co było gorsze. Byli jak pierdoleni Romeo i Juliia, ich światy nie powinny się łączyć, nie mieli prawa bytu, a z tyłu głowy była ta kurewska myśl, że kiedyś tak jak kochankowie z Verony mogą to przypłacić życiem. Ale przecież cały czas to robili. Cały czas ryzykowali, czy to się zmieni jak prawda wyjdzie na jaw? Nie zmieni się. Może tylko będą musieli być bardziej ostrożni? Przecież już byli.
Dlatego on zaraz zadawał jej to pytanie, wbijając spojrzenie w jej oczy.
- To ja pewnie będę musiał wybierać - powiedział łapiąc jej spojrzenie. Pomiędzy nią, a klubem?
Wybór byłby kurewsko prosty. Pilar.
Tylko, że nie chodziło o klub i sprawy trochę bardziej się komplikowały. Zdecydowanie bardziej.
Kiedy zjechała na pobocze, to Madox na moment zerknął na rozciągające się przed nimi pola, ale zaraz i tak znowu ciemne tęczówki zawiesił na jej twarzy. Zaraz jego brązowe oczy złapały jej spojrzenie. Odetchnął z ulgą słysząc jej odpowiedź.

Oczywiście, że jego.


I on też... oczywiście wybrałby ją. Loca chica. Szaloną policjantkę, która przyszła do jego klubu po informacje, jak wszyscy. A wyszła z niego z jego sercem.
Na jej kolejne słowa wywrócił oczami i odchylił do tyłu głowę.
- Na nagrobku mi to napisz Pilar… że nie mogliśmy budować związku na tajemnicach - parsknął, bo to miał być niby żart, ale te słowa były jakoś boleśnie prawdziwe. Nawet nie to, że nie dało się tak budować relacji, tylko to, że mogli go za to zapierdolić.
Ale okej, postanowił. Nie ma odwrotu, chociaż on zwrócił się w jej kierunku, przysunął nawet tak, że mieli miedzy sobą tylko skrzynię biegów, a coraz ciemniejsze oczy wpatrywały się w jej czekoladowe, piękne tęczówki - wiem, Pilar przecież ja to wszystko wiem, że jesteś po mojej stronie - no bo wiedział, doskonale zdawał sobie sprawę, co ona dla niego robiła, jej ciało nosiło jeszcze na sobie te żółto-zielone siniaki, które przecież też przyjęła za niego. Bo Pablo też by im nie odpuścił, a jemu to już na pewno nie. Otworzył usta i już chciał jej wszystko powiedzieć, ale wtedy odezwała się znowu, a kiedy mówiła o tym pierścionku, o tym, że on i jego sekrety... I o tym, że on chce chodzić w pojedynkę.
Nie chciał.
Pierwszy raz w życiu nie chciał, ale kurwa.
Sięgnął do jej ręki, na której miała pierścionek i ją szarpnął, a zaraz go zdjął.
- Wiesz ile on zmienia? Nie wiesz... - pokazał jej w palcach sygnet - nawet sobie nie zdajesz sprawy. Ani z tego, że tym co zaraz powiem łamię klauzulę poufności. Ale to chyba kurwa najmniejszy problem... - oparł się plecami o oparcie, a potylicą uderzył w fotel, przełożył w palcach ten pierścionek - bo na pewno zdejmą mnie z operacji, a potem przeprowadzą wewnętrzne śledztwo i mnie zawieszą. Na kurwa dwieście procent mnie zawieszą, a znając Eliota to jeszcze będzie groził sądem, ale to też nie jest największy problem... - sięgnął do jej ręki, żeby wsunąć jej na palec z powrotem swój pierścionek, nie puścił jej dłoni - bo jak Eliot mnie odsunie od sprawy to półświatek się dowie i oni... to mnie zapierdolą. Oni... ty też nie będziesz bezpieczna. Ja pierdole... - kręcił się na tym siedzeniu, bo znowu pochylał się w jej kierunku. Ale o czym on w ogóle mówił? Jakoś kurwa pokrętnie, od tyłu.
- Pamiętasz jak mnie kiedyś zapytałaś dlaczego po przyjeździe do Kanady wpierdoliłem się w to samo bagno? - może nie tak dosłownie, ale chodziło jej o to, dlaczego on znowu, tutaj, robił dla mafii - no to... wcale tego nie zrobiłem. To znaczy nie z własnej woli. Bo ja w 2018 roku skończyłem tutaj akademię policyjną, tylko... ja zawsze jakoś dobrze dogadywałem się z patologią - ciekawe dlaczego? - i szybko to ogarnęli, że lepiej mnie wsadzić między śmieci na tajniaka... I to było trudne na początku, pamiętasz Emptiness? Nie pamiętasz... ale kurwa długo budowałem pozycję, bo na początku mieli mnie... No kurwa Pilar ja miałem dwadzieścia parę lat, pojawiłem się znikąd i nagle zacząłem sobie gadać z tymi wszystkimi zwyrolami, jakby nigdy nic... Dużo gówna zrobiłem zanim mi zaufali i w zasadzie gdyby nie nazwisko i ten kolumbijski syf, który się za mną ciągnął, to pewnie by tego nie kupili, ale kupili... - wzruszył ramionami.
Złamał w tym momencie wszystkie zasady. Narażał ją. Wiedział to doskonale. Narażał sprawę. Kurwa. On dla niej. W tym momencie. Poświęcał wszystko. Klatka piersiowa unosiła mu się w niespokojnym oddechu, a oczy zjechały gdzieś na jej dłoń, na którą znowu założył ten pierścionek. A może nie powinien? Może powinien go... wyrzucić?
Dać jej spokój, bo jak Eliot się dowie o tych zaręczynach... A jak dowie się półświatek?
Madox nie wiedział co gorsze.

Siempre te elegiría a ti 𐙚⋆°。⋆♡

002. confessions among boxes

: pn kwie 20, 2026 8:48 pm
autor: Pilar Stewart
trigger warning
przekleństwa
Też zawsze jestem z tobą szczery.
Nie był.
Dobrze wiedziała, że nie był. Ukrywał przed nią rzeczy. Po części to rozumiała — jako ktoś, kto pracował dla półświatka i w tym samym czasie był poniekąd informatorem policji, na pewno były rzeczy, których nie chciał jej mówić. Rzeczy, które musiał zrobić, żeby zyskać zaufanie mafii. Pilar nie była głupia, doskonale zdawała sobie sprawę o jakich rzeczach była mowa. Szczególnie, że sama przez większość swojej kariery prowadziła sprawy, które związane były przeważnie z gangami i ich szemranymi interesami. Wiedziała, jak okrutni i bezlitości ludzie to byli i niezależnie do tego jak pojebanie to nie brzmiało, liczyła się z tym, ze Madox również przy nich musiał posiadać te cechy. Ona naprawdę to rozumiała.
Ale gdzieś w środku czuła, że były rzeczy, które powinna wiedzieć. Nawet nie po to, żeby cokolwiek z nimi robić, żeby jakkolwiek używać te informacje, ale właśnie żeby być przygotowana na każdą ewentualność. Zawsze była dobra w rozkminianiu, snuciu potencjalnych scenariuszy tego, co mogło się wydarzyć i jak się na to przygotować, jednak żeby cokolwiek z tego robić, musiała wiedzieć, na czym stali. Na czym on stał. A na razie dowiedziała się tylko tyle, że on pewnie będzie musiał wybrać.
Wybrać pomiędzy nią, a czym tak właściwie? Półświatkiem? Policją?
Ty już się nie martw, na twój nagrobek to akurat mam masę pomysłów, co napisać — odpowiedziała mu równie głupio co on jej, chociaż do śmiechu wcale jej nie było. Powietrze w aucie robiło się coraz bardziej gęste. Prawda niby wisiała gdzieś w powietrzu, ale wciąż była dla niej nieosiągalna. Widziała w jego oczach, że walczył. Że myślał intensywnie nad tym, co powinien jej powiedzieć, a co jednak zachować dla siebie. I chociaż chciała dalej na niego naciskać, na ile mogła sobie pozwolić? Bała się, że on w końcu odpuści… ją. Tak jak zrobił do w Meksyku na plaży. Kiedy tylko zrobiło się niewygodnie, kiedy powiedziała mu o swoich zmartwieniach (swoja drogą dokładnie TYCH), on wypierdolił pierścionek i odciął ją od siebie na jakiś czas. Poddał się. Tu nie chciała do tego dopuścić, a jednak czuła, że jest tak blisko, tak kurewsko blisko do tego, by wyznał jej chociaż trochę prawdy.
Wiem, że jesteś po mojej stronie.
To pozwól mi być — podjęła ostatnią próbę, by go zachęcić, sama również przysuwając się bliżej na fotelu, podnosząc nogę i wbijając ją w skrzynię biegów. — Jak mam być przy tobie i walczyć razem z tobą, jak nawet nie wiem przeciwko czemu — wszystko by dla niego zrobiła, naprawdę nagięła własne morale. Nie mogła się na to jednak przygotować, kiedy on wszystko przed nią chował i przyznawał się do ochłapów, kiedy nie było już innego wyjścia. To nie tak powinno wyglądać. Powinni oboje być odpowiednio przygotowani, a nie brani z zaskoczenia.
Obserwowała go uważnie, kiedy sięgnął do jej dłoni. Kiedy jego smukłe palce zacisnęły się na pierścionki zaręczynowym, a potem… zsunęły go z jej palca. Poczuła nieprzyjemne ukłucie w sercu. Nie miała pojęcia, jak czytać jego gest. Chciał to zakończyć? Zerwać zaręczyny? Podniosła na niego ciemne spojrzenie, gdy w końcu się odezwał. I słuchała go z najwyższą uwagą, na jaką tylko było ją stać. Nie przerywała mu. Ani na moment nawet nie próbowała wejść mu w słowo, do momentu, kiedy nie zaczął nawijać, ze za to go zawieszą.
Ale za co cię zawieszą? — pokręciła głową, dając mu znać, że nie rozumiała. Informacje, które jej podawał były tak marnymi elementami układanki, że nawet pieprzonej ramki nie szło by ułożyć z tych puzzli. — Bo mi cokolwiek mówisz? Przecież ja nie pisnę ani słowa, zwariowałeś? — spojrzała na niego stanowczo i trochę z niedowierzaniem. Bo żeby ktokolwiek, gdziekolwiek go zawiesił, to pierwsze musieliby się dowiedzieć, że cokolwiek wyśpiewał. Pilar nie była pierwszą lepszą laską z ulicy, była przeszkoloną gliną, która jak nikt inny wiedziała, jak odpowiednio dochować tajemnicy. Dlatego nie rozumiała, jak w tym, co jej powie, były jakiekolwiek konsekwencje.
Wystawiła palec, gdy na nowo wciskał jej pierścionek na palec i zaczął się nim bawić. Spuściła na to spojrzenie i po prostu patrzyła wsłuchując się w jego historie. Czy zdziwiło ją, że był pełnoprawną gliną? Zdziwiło, chociaż gdzieś w środku swoje podejrzewała. Szczególnie po akcji z Pablo i tym, co miało miejsce w Meksyku. Żadnemu informatorowi z przypadku nie powierzyliby takiej misji. Żadnemu zwykłemu właścicielowi klubu. Dlatego wiedziała, że coś było na rzeczy, ale to? Miała wiele pytań, kilka kwestii się jej nie stykało, jak chociażby to jakim cudem skoro był tu od dziesięciu lat w dwa lata skończył całą akademie policyjną? Jakim cudem w ogóle się do niej dostał jako dosłownie uchodziec z innego kraju? Miał jakieś połączenia? Jeszcze czegoś jej nie mówił? Głowa kazała zadać jej te wszystkie pytania na raz, ale przecież nie chciała mu przerywać. Nie chciała też go przytłaczać swoimi rozkminami, kiedy on w końcu postanowił być z nią szczerym. To był jego moment. A ona za nic nie chciała tego psuć. Skinęła jedynie głową na te dotychczasowe informacje, jakby chciała mu pokazać, że wcale nie przerażało ją to, co do niej mówił, zachęcić, by nie przestawał. I słuchała dalej. Wszystko. Kiedy mówił o przejęciu emptiness, o odnajdywaniu się w patologi, co oczywiście mało sens, biorąc pod uwagę historię z jego ojcem i nazwisko, oraz kiedy wspomniał o robieniu rzeczy, z których nie był dumny.
Rozumiem — rzuciła spokojnie, najszczerzej jak tylko potrafiła, patrząc mu głęboko w oczy. Nachyliła się jeszcze bliżej w jego kierunku, przy okazji odnajdując jego dłoń, na której mocno zacisnęła palce. — I kurewsko doceniam, że mi to mówisz — przejechała kciukiem wzdłuż wypukłych knykci, wciąż delikatnie jeszcze poharatanych. — I chce, żebyś wiedział, że to wszystko jest u mnie bezpieczne — szarpnęła za jego dłoń i na moment przystawiła ją sobie do klatki piersiowej. Dokładnie tak jak już nie raz robili, by poczuć to walące w środku serce, które wyrywało się jak szalone. Które pokazywało, że to wszystko między było kurewsko prawdziwe. — Ale potrzebuje, żebyś powiedział mi wszystko, Madox. Największe gówno, jakie zrobiłeś, o co w tym wszystkim chodzi i przede wszystkim, czego ty tak bardzo się obawiasz. Przysięgam ci kurwa, że będę tu siedzieć i wszystko wysłucham i że nie będę cię oceniać. Po prostu ja musze wiedzieć, rozumiesz? Musze wiedzieć, o co dokładnie chodzi i z czym się mierzymy, żeby chociaż spróbować znaleźć jakieś rozwiązanie — bo z tego, co jej powiedział, chociaż były to słowa szczerości, nie wynikało tak naprawdę wiele. Nie wynikało praktycznie nic konkretnego. Jedynie to, że tak naprawdę był policjantem, który obracał się w towarzystwie półświatka. Wolną dłoń uniosła do jego policzka, muskając zarośniętą skórę. — Bo jeśli chodzi tylko o nas… no to przecież możemy coś wymyślić. Udawać, że wcale nie jesteśmy zaręczeni. Nie musze wcale nosić pierścionka na palcu, możemy poudawać, Eliot też nie musi nic wiedzieć. Na to są sposoby. Uwierz mi, że to nie jest koniec świata — uśmiechnęła się blado, chcąc dodać mu co nieco otuchy, chociaż w środku wiedziała przecież, że to będzie kurewsko trudne. I szczerze? Chciała być na niego wściekła. Bo kiedy ona nawijała o tym jak najęta, o ich bezpieczeństwie, o tym że nie powinni się obnosić, on był tym, który miał na to wyjebane. On wiecznie powtarzał, że miał to gdzieś. A przecież mogli rozegrać to mądrzej.

Primero tienes que confiar en mí, cariño

002. confessions among boxes

: pn kwie 20, 2026 10:15 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa
Uśmiechnął się blado, kiedy zażartowała, że na epitafium na jego nagrobku miała własne pomysły. I chociaż to był żart. To coś go ukłuło gdzieś w środku, bo jak Madox nigdy nie bał się Śmierci, nie zważał na nią, tak... teraz chyba trochę się bał. I nie chciał tak tego kończyć, bo hej... przecież miał jej zrobić huśtawkę z opony, w ogródku, przed tym ich wspólnym domem. Najlepiej w Meksyku, albo gdzieś w Kolumbii.
Może właśnie dlatego to było takie ciężkie? Powiedzieć jej całą prawdę, kiedy tak mu na niej zależało. Narażać ją.
A przecież miał dbać o jej bezpieczeństwo, i jak on to robił?
Z jakim kurewsko marnym skutkiem?

Tragicznym.


Walczył z myślami. Bo w tym momencie na jednej z szal stało to, że ją kochał, to ich szalone, dzikie, silne uczucie, to, że chcieli budować wspólną przyszłość, jako mąż i żona. A na drugiej jej bezpieczeństwo, i to jak on ją w tym momencie narażał. Tymi zaręczynami.
Wybór nie było prosty. Kurewsko trudny. Podobno jeśli kogoś kochasz to jesteś gotowy pozwolić mu odejść. Ale Madox nie chciał, żeby ona odeszła, nawet jeśli to by było słuszne.
Na jej kolejne słowa nabrał mocno powietrze w płuca, bo przecież...
Kurwa.
W Meksyku przekonał się o tym, jak bardzo mu na niej zależy, jaka mu jest potrzebna. Bo gdyby nie ona, nie jej pomóc, to on by pewnie nawet nie pomógł Esme i Aurze. No i przede wszystkim nie pozbyli by się Pablo. I chociaż wcześniej przecież zawsze działał w pojedynkę, to teraz... Jakoś mu nie szło. Ale może on po prostu teraz już za dużo na siebie brał? Zawsze brał, tylko wcześniej nie obchodziło go wcale co się stanie. I teraz z Pablo w pewnym momencie też udawał, że go nie obchodzi, wtedy, kiedy chciał ją odesłać...
Ale go obchodziło. I gdyby wrócił z Meksyku w trumnie, to sam by się ożywił, żeby się zabić.
Kiedy powiedziała to, że ona nie piśnie ani słowa, przymknął na moment powieki.
- Wiem Pilar i tu nie o to chodzi, że ci nie ufam, bo ufam, akurat tobie ufam najbardziej na świecie - wbił w nią ciemne spojrzenie, i przesunął w palcach ten pierścionek, który jej założył - ale jak Eliot dowie się o zaręczynach to mnie zawiesi, przecież nie jest głupi, nie uwierzy, że to jest... Nie wiem gra? Jeszcze po tej akcji z Daltonem. A jak on mnie zawiesi to automatycznie półświatek mnie skreśli... a to nie wygląda tak, że wyślą mi kwiaty z listem pożegnalnym, tylko mnie... zajebią - podniósł spojrzenie z pierścionka na jej oczy. I chyba spodziewał się trochę, co ona mu zaraz powie, że przecież mogą się ukrywać, udawać... - A ja już nie chcę udawać, ukrywać się... Zresztą jeśli ja zdecyduje się zostać i prowadzić dalej tą operację, to ciebie gdzieś wyślą, przecież Eliot nie pozwoli nam... - urwał i tą jej rękę z pierścionkiem ułożył sobie na policzku, przesunął ją sobie na kark. Bo jej paznokcie, które sunęły po opalonej skórze, zawsze działały jakoś tak uspokajająco. Spuścił spojrzenie na jej kolana, gdzieś na skrzynię biegów - w akademii policyjnej poznałem Haddie, i zakochaliśmy się w sobie, wiesz kurwa... Byliśmy młodzi i chcieliśmy razem zbawiać świat, pojebane - aż wywrócił oczami, ale kiedyś tak wcale nie myślał - zamieszkaliśmy razem, planowaliśmy przyszłość - a on naprawdę rzadko to robił. Z Rosą, z Haddie i teraz z nią. Z nią najbardziej poważnie. W pięknym domu z ogródkiem - ale jak wysłali mnie na ulicę, to musiałem zerwać wszystkie relacje. To był rozkaz, a ja byłem głupi i to zrobiłem bez gadania, po prostu zostawiając ją na lodzie, bez wyjaśnienia, bez pożegnania... - nie był z tego dumny. Chociaż wtedy myślał, że zrobił słusznie. Dobrze. Wcale się nie dziwił, że Haddie miała mu to za złe. Kto by nie miał? - Teraz też padł taki rozkaz, o to kłóciliśmy się ostatnio z Eliotem - wyjaśnił jej.
Wszystko jej wyjaśnił. Wszystko co chciała wiedzieć, czyż nie? O co walczyła. I chociaż na sercu było mu jakoś lżej, że jej to powiedział. To głowę miał ciężką. Bo przecież wiedział, że nie powinien, nic z tego nie powinien jej mówić.
I kiedy powiedziała mu to, że chce, żeby wiedział, że to wszystko jest u niej bezpieczne, to skinął głową. Wiedział. Ciemne tęczówki zawiesił na jej pięknych, czekoladowych oczach. A palce oparł na jej piersi, czuł pod opuszkami jak wali w niej jej serce. Czuł to doskonale. Jego uderzało w tym samym szalonym rytmie.
Dużo jej powiedział, ale... to nie było wszystko.
I kiedy powiedziała mu to, żeby powiedział jej to czego się obawia, to znowu uciekł spojrzeniem. Bo oczywiście, że bał się tego, że Eliot ich rozdzieli. Że będzie musiał wybrać. Że półświatek wyda na niego wyrok...
- Wydaje mi się... że w policji jest ktoś, kto... - podniósł na nią spojrzenie - wy też macie kreta, na posterunku, nie mówiłem nic Eliotowi, bo to... Chuj wie kto to jest Pilar, ale ktoś musi być, ktoś blisko Eliota, bo półświatek wie dużo rzeczy jeszcze przede mną. I jeśli Eliot ruszy machinę, jeśli mnie odsuną, to to się zaraz rozniesie... - no i chuj. Tak źle, tak niedobrze... Najlepiej by było jakby oni jednak... Nie, nie ma nawet takiej opcji. To już Madox wolał uciec stąd do jakiejś Hiszpanii i kupić hacjendę po sąsiedzku ze swoją matką.
Na kolejne słowa Pilar wywrócił oczami, bo już jej to mówił, że on już nie chce udawać. Ukrywać się. Chciał z nią mieszkać, kupować jej drogie prezenty i kiedyś się z nią... ożenić. Po prostu.
- Udawać, udawać i udawać. Pierdole to, wiesz ile lat wszystko robię pod dyktando Eliota? - szarpnął się do tyłu, a jej dłoń przesunęła się tylko po szorstkiej skórze na jego policzku i opadła w dół - kazał mi zerwać z Haddie, teraz każe z tobą, a co później? Zresztą... przecież on tego tak nie zostawi. Zobaczysz, że będzie chciał cię odesłać. Haddie też odesłali, pięć lat w Vancouver, bo próbowałem podejmować próbę kontaktu... I z tobą też by tak było, łazili by za nami, żebyśmy się nie spotykali, a jakbyśmy próbowali, to by to ukrócili, czasem... policja jest gorsza niż półświatek - bo tak było, bo dużo relacji Madoxa wyjebało się przez policję, a nie przez półświatek. Gangusów nie obchodzi z kim się ruchasz, chociaż... akurat to, że z policjantką może by ich obchodziło. Ale z drugiej strony... Madox zawsze był blisko z policją.

Confío en ti más que en nadie en el mundo ₊˚⊹ᰔ

002. confessions among boxes

: wt kwie 21, 2026 11:48 am
autor: Pilar Stewart
trigger warning
przekleństwa
Ten cały chłam o powiedzeniu, że jeśli się kogoś kocha, powinno dać się mu odejść może i miał w sobie wiele prawdy i mądrego przesłania, ale tylko i wyłącznie w momencie, kiedy druga strona faktycznie chciała to zrobić. Jej ani śniło się odchodzić. Nie było nawet takiej opcji. I Noriega mógł sobie gadać co tylko chciał, ale ona nie miała zamiaru go tak po prostu zostawiać. Poddawać się. Oboje mieli ciężkie charaktery, często przemawiała przed nich głupota i narwaństwo, ale w tym wszystkim również charakteryzowała ich nieustępliwość. To że kiedy coś sobie obrali jako cel, kiedy naprawdę czegoś chcieli, nie odpuszczali. I tutaj najgorsze, co mogli zrobić to odpuścić.
Słuchała go uważnie, kodując każde słowo lekkim skinieniem głowy. Rozumiała jego zmartwienia i szczerze? Była zaskoczona, ze do niego dopiero to doszło. Że kiedy ona mówiła o bezpieczeństwie i potrzebie bycia ostrożnym on ciągle powtarzał, że miał to w dupie. Że jutro i tak mógł dostać kulkę w łeb, więc nie będzie się ograniczać. Kurwa przecież on się na nią o b r a z i ł, że właśnie z tego powodu nie przyjęła zaręczyn za pierwszym razem. Autentycznie miał jej to za złe, a jedyne o czym Pilar wtedy myślała, to jego bezpieczeństwo, co on właściwie powie ludziom z półświatka, żeniąc się z psem. Niesamowite, jak przez te kilka dni pozamieniali się głowami.
To się nie dowie — rzuciła stanowczo, patrząc mu głęboko w oczy. — Eliot nie dowie się o zaręczynach — dodała pewna swego, przy okazji sięgając do własnej dłoni i tym razem to ona zsunęła z palca pierścionek. — Ale w takim razie nikt nie może wiedzieć, Madox. Nikt. Nawet twoi kumple. Koniec z chodzeniem i chwaleniem się tym dookoła — jasne, ona też najchętniej powiedziałaby całemu światu, że kiedyś będzie jego dumną żoną, ale w zaistniałej sytuacji nie można ufać absolutnie nikomu. Maddie była tego idealnym przykładem. Przecież on życie by za nią oddał. I co? I pewnie by nie żył.
Umieściła pierścionek na którą chwilę na kolanie, po czym sięgnęła do wisiorka, który również miała od niego, w środku którego zawieszki chowało się kolorowe piórko koliberka. Ostrożnie przełożyła łańcuszek wokół pierścionka, sprawiając, że poleciał w dół, stykając się z zawieszką, a następnie na nowo zapięła go sobie na szyi. Łańcuszek był na tyle długi, że od razu zniknął gdzieś pomiędzy piersiami, gdy przełożyła go pod koszulkę. I proszę: ani śladu po zaręczynach. Akurat ta część wcale nie była trudna.
Trudne natomiast okazało się słuchanie o Haddie. Bo chociaż czuła podskórnie, że faktycznie łączyło ich coś większego niż przypadkowy seks, tak kiedy z jego ust leciały opowieści o tym, ja kto się w sobie zakochali, jak zamieszkali razem i planowali przyszłość… uderzyło ją to podwójnie. To wszystko było o wiele bardziej znajome niż się spodziewała. I jasne, zdawała sobie sprawę, że w żaden sposób nie była w jego życiu wyjątkowa, że kroczyła już utartymi ścieżkami, ale nie spodziewała się, że aż tak bardzo. Schowała ręce gdzieś między uda, zamykając się nieco na niego i chociaż starała się zachować twarz bez emocji, gdzieś w jej oczach błysnęły te wszystkie wątpliwości, dlatego ona również odwróciła spojrzenie.
Jej też się oświadczyłeś? — musiała spytać. Musiała wiedzieć, czy ich historia była dosłownie jeden do jeden taka sama, jak jego z Haddie. Czy był chociaż najmniejszy znak, cokolwiek, który świadczyłby o tym, że ta ich była inna. Bo może wtedy i zakończenie można by napisać inne? Widziała, że miał słabość do kobiet w mundurach, ale nie sądziła, że dosłownie szedł po taki typ. Westchnęła głośno, gdy mówił o tym, jak zostawił ją z dnia na dzień, jak wybrał policje nad miłość. Z nimi też tak będzie? Ją też zostawi? Przecież już w Meksyku chciał ją odesłać do domu i prowadzić misje bez niej. Nieprzyjemny dreszcz zawędrował po jej plecach. Bo czym ona właściwie różniła się od Haddie?
Na wieści o tym, że na komisariacie był kret skinęła głową. Zdawała sobie z tego sprawę i brała taki scenariusz już dawno pod uwagę. Przecież dokładnie tak samo jak on był informatorem policji, tak półświatek też miał swoich. Ludzi prawa, którzy po godzinach przechodzili na złą stronę i donosili. Te wymiany były dwustronne nie od dziś.
Wydaje mi się, że to więcej niż jedna osoba — odpowiedziała spokojnie, chociaż serce waliło jej mocno w piersi. Sama sytuacja z Daltonem pokazała przecież czarno na białym jak nie można było nikomu ufać. — Dlatego tym bardziej trzeba uważać, co się komu mówi — wbiła w niego spojrzenie. Wiedziała, że Madox był kurewsko dobry w swojej pracy i umiał kłamać jak z nut, ale w ostatnim czasie mocno stracił czujność. Odkrywał się. Z niczym nie krył. A nawet zwracał bardziej na siebie uwagę, chociażby łażąc pod jej dom z kurwa wielką choinką. Brakowało jeszcze tylko zespołu mariaci, żeby zaśpiewali jej serenadę pod oknem. Powinni w miarę możliwości trzymać wszystko w ukryciu. Dlatego tym bardziej westchnęła poirytowana, gdy on tak bardzo naciskał na to, że miał dość udawania.
Ale nie rozumiesz kurwa, że tu chodzi o twoje życie, estúpido? — wyrwała się do przodu, szarpiąc go za koszulkę. — Tu nie chodzi o to co się chce i a czego nie, tylko żeby się dostosować odpowiednio do sytuacji — patrzyła ogniście w jego ciemne oczy, chociaż po chwili jej spojrzenie zjechało na swoje ręce zaciśnięte na kolorowej koszulce. Przełknęła głośno ślinę, bo nagle przed oczami miała to, jak Haddie szarpała go przed maską Jaguara. Zwolniła momentalnie ucisk. Świetnie kurwa. Teraz jeszcze to będzie ją męczyć. Opadła ciężko na oparcie i złapała kilka oddechów, uspokajając rozszalałe serce, podczas gdy w jej głowie wciąż odbijały się jego słowa o tym, jak Eliot na to nie pozwoli, jak wyśle ją jak Wheeler do pierdolonego Vancouver.
Nie zrobi tego — odezwała się w końcu, głowę wciskając w czerwony fotel i przymykając oczy. Westchnęła głośno. Madox nie był jedyną osobą, która wiedziała rzeczy, których nie powinien; która miała tajemnice. Czuła na sobie jego spojrzenie, czuła to dosłownie na skórze, ale ona sama nawet nie drgnęła. — Mam coś na niego — jej głos był spokojny, opanowany, chociaż w środku cała wrzała. Bo Pilar nienawidziała posuwać się do takich kroków, szantażować i manipulować, ale w momencie kiedy sama była przyciśnięta do ściany, może to była jedyna możliwa opcja? — I on wie, że ja to mam — przekręciła głowę, ponosząc spojrzenie na Madoxa. Czy właśnie wychodziła z niej prawdziwa Pilar Noriega? Może. Może nie była tak święta, jak się niektórym wydawało. — Dlatego możemy go zmusić, żeby był po naszej stronie. A do Vancouver może sobie wysłać jakiegoś innego frajera.

Estamos juntos en esto ✿˚ ༘ ⋆。♡˚

002. confessions among boxes

: wt kwie 21, 2026 2:11 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa
Tak właściwie to dopiero w Meksyku chyba do niego dotarło... że jednak chciałby stworzyć z nią jakąś wspólną przyszłość, ten dom z ogródkiem o którym rozmawiali. I chociaż to było tylko takie gadanie, to uświadomiło mu jedno, że nie chciałby jutro skończyć z kulką w głowie. W ogóle skończyć.
Że myślał o jutrze, i to takim wspólnym z nią.
A wcześniej nie myślał i gotowy był wszystko poświęcić w jednej chwili. I może na tej plaży, kiedy jej się oświadczał, to też jeszcze był na to gotowy? Kiedy chciał odesłać ją do Toronto wierząc głupio, że poradziłby sobie sam?
Bo przecież ta rozmowa o przyszłości przyszła dużo później. Już po wszystkim praktycznie. Kiedy przez jedną krótką chwilę, na tej plaży, leżeli sobie na hamaczku i byli...

po prostu bezpieczni.


Tylko później okazało się, że wcale nie byli. A już teraz po powrocie, kiedy na palcu Pilar świecił ten jego pierścionek, zwłaszcza. Zawiesił na nim ciemne tęczówki, kiedy po niego sięgnęła.
- Nie rób tego... - mruknął, bo on naprawdę nie chciał, żeby go zdejmowała, chociaż przed chwilą sam jej tłumaczył ile on zmieniał. Ale co z tego? To nie wina pierścionka. Może czerwonej sukienki, którą miała na sobie w Madellin? A może tej piosenki, która leciała wtedy w Emptiness, gdy ją do siebie szarpał, żeby nie poszła do Seleya? Bo przecież... już wcześniej ich do siebie ciągnęło. Zbyt silne żeby ignorować, zbyt ogniste, żeby kontrolować. Dosłownie.
- Eliot nie jest głupi. Co mu powiemy, że nagle nam się odwidziało? Że już bym... - urwał i ciemne tęczówki wbił w jej czekoladowe oczy - nie uwierzy - pokręcił głową, a kiedy sięgała do łańcuszka, żeby to na nim zawiesić pierścionek zaręczynowy, to powiódł za nim spojrzeniem - i tak moi kumple już wiedzą, w klubie też już niektórym powiedziałem - no tak, bo Madox pierwsze co zrobił jak wszedł do Emptiness to pochwalił się zaręczynami, a potem zapytał czy Maddie się już spakowała i wytłumaczył ochronie dlaczego ma jej nie wpuszczać do klubu - zresztą kurwa... Jak nikt nie będzie wiedział, to jakiś kurwa Beck, będzie cię przy mnie szarpał, jakby nigdy nic, albo nie wiem, ktoś ci będzie chciał w klubie stawiać drinki, a tak to powiedzą, że to jest narzeczona szefa - szkoda tylko, że nie pomyślał o tym, że jak wszyscy się dowiedzą, to on już może niedługo pobędzie sobie szefem Emptiness. Może jednak Madox się niczego nie nauczył?
A może on po prostu już podjął decyzję?
Tę trudną decyzję o której mówiła im cyganka, a z której konsekwencjami będą musieli żyć...

Oby to przeżyli.


Zawiesił spojrzenie na jej dekolcie, kiedy schowała łańcuszek pod materiałem koszulki, kiedy spłynął pomiędzy jej piersiami. I chciał jej jeszcze powiedzieć, że jego miejsce jest na jej palcu, ale... może ono rzeczywiście było tam, bliżej jej serca. Bo to jego też wyrwało się do niej jakoś gwałtowniej, kiedy odwróciła wzrok, kiedy schowała dłonie między udami, gdy opowiadał jej o Haddie, przecież widział jej zmianę. Przecież znał ją już na tyle, że wiedział, że to ją gdzieś dotknęło. A jego dotknął ten widok.
- Nie - wypalił od razu na jej pytanie czy Haddie też się oświadczył, i pochylił się w jej kierunku nad skrzynią biegów, żeby sięgnąć palcami do jej policzka - i to wspólne mieszkanie, to też nie była moja propozycja, i do Medellin też jej nigdy nie zabrałem, a tobie... oświadczyłem się już dwa razy Pilar, bo chcę żebyś została moją żoną - musiał jej to powiedzieć, przesuwając opuszkami po gładkiej skórze na jej policzku - dlatego załóż ten pierścionek - dodał i kciukiem musnął jej pełne wargi, zanim zabrał dłoń. Ale przecież wiedział, że ona tego nie zrobi, bo ona też była uparta. Oboje byli - dlatego nie chcę tego ukrywać - bo Pilar była dla niego wyjątkowa. Nie taka jak Haddie, nie taka jak Rosa.
O żadną z nich nie zawalczył, a o nią chciał. Pierwszy raz w życiu, chciał, żeby Pilar Stewart weszła do jego klubu jako jego narzeczona. A kiedyś... jako żona.
Wypuścił ciężko powietrze z płuc, kiedy powiedziała, że powinni bardziej uważać, co komu mówią, bo na posterunku też mogli mieć nawet więcej kretów. Odchylił do tyłu głowę znowu opadając na oparcie. Rozumiał... Ale nie przyjmował tego do wiadomości. I znowu wychodziło z niego to wyjebanie, ale z drugiej strony przecież Pilar miała rację. Dopiero jak szarpnęła go za koszulkę to znowu się do niej przysunął.
- Wiesz ile lat już się dostosowuję? A teraz... Teraz zamierzam robić to, co chcę, a nie co mi każą - oczywiście, że się buntował, a kiedy ona już puszczała materiał koszulki, to wyrwał się do niej, to zacisnął palce na jej nadgarstku. Jego oczy płonęły takim samym ogniem, jak te jej - a chcę ciebie, żebyś była moją narzeczoną, i żoną, wyjdę z operacji, powiem to Eliotowi - on już był zdecydowany. Chociaż wiedział, że to nie będzie takie proste. Bardzo długo robił pod przykrywką, ale niektóre rzeczy... muszą się skończyć, żeby inne mogły się zacząć, prawda? Nie tak im mówiła w Meksyku karlica.
Zabrał palce z jej dłoni, a kiedy wylądowała na oparciu, to zawiesił spojrzenie na jej twarzy. Od razu na to jej nie zrobi tego chciał jej nawijać, że zrobi. Że przecież nie takie rzeczy robił...
Ale kiedy przymknęła powieki, to jego wzrok spoczął na jej pełnych wargach - co masz na niego? - zapytał od razu. Liczył, że mu powie? Bo przecież ona nie miała przed nim tajemnic...
Przez moment miał jej powiedzieć, że ma to gdzieś, że nie będzie od niej oczekiwał, żeby robiła coś takiego. Że on sam to załatwi. Jakoś.
Ale zaraz wbił wzrok w jej piękne, błyszczące oczy.
- Co to jest Pilar? - powtórzył. Musiał wiedzieć, czy gra jest warta ryzyka. Czy to w ogóle miało jakiś sens - jeśli... kurwa... - spuścił głowę przesuwając wytatuowanymi palcami po karku - jeśli zaszantażujemy Eliota to... nie będziemy mieć w policji nikogo po naszej stronie. Rozumiesz to? On może grozić, ale pozwolił mi wtedy iść za Daltonem, kazał mi za nim iść, wiesz ile razy Eliot ratował mi dupę? On jest moim prowadzącym i dużo razy naginał przepisy, żeby mi pomóc... - oparł na głowie obie ręce, a wzrok wbił gdzieś w skrzynię biegów, przesunął palcami po ciemnych włosach. Eliot na pewno nie pozwoli im być razem, ale też jeśli go stracą, to będzie przejebane. Bo zostaną z tym sami. Policja przeciwko nim. Półświatek również. I tylko oni.

Przeciwko wszystkiemu.


- Dobra, kurwa... Zróbmy to - powiedział w końcu i znowu się do niej szarpnął, znowu sięgał do jej nadgarstka - tylko... Musisz sobie zdawać sprawę z tego, że jak to wyjdzie... To jesteśmy skończeni, oboje. Pakujemy walizki i wypierdalamy do jakiejś Burkina Faso - przesunął palcami po jej przedramieniu, żeby oprzeć je w zgięciu jej łokcia, żeby przyciągnąć ją do siebie bliżej - albo możemy... Teraz spierdalać - zaproponował, ale przecież... Oni nigdy nie uciekali, walczyli do końca, nawet jak było ciężko. I Madox czuł, że teraz też tak będzie, chociaż musiał jej powiedzieć, że taka opcja też jest.

Pierdolić to wszystko.
Policję, półświatek i klub.
Toronto.
Me escaparía contigo hasta el fin del mundo ✧˚ ༘ ⋆。♡˚

002. confessions among boxes

: wt kwie 21, 2026 5:48 pm
autor: Pilar Stewart
trigger warning
przekleństwa
Jakoś przy niej nie przeszkadzało ci, że Beck mnie szarpał, cisnęło się jej na usta. Miała to już dosłownie na końcu języka. Czuła, jak odpowiednie głoski układają się pomiędzy zębami, próbując wydostać się wraz z dźwiękiem na zewnątrz. Nie zrobiła tego jednak. Wiedziała, że to w niczym nie pomoże. Że jej zmartwienia i złośliwości w tym momencie tylko utrudnią sprawę, która już i tak była kurewsko skomplikowana. Tylko co ona mogła zrobić w obliczu tego, że nagle miała ochotę się zdystansować? Że słysząc to, jak on przecierał te same ścieżki z Pilar, którymi kiedyś szedł ramie w ramię z Haddie, coś w środku ją gniotło. Gryzło nieprzyjemnie w skórę i gdzieś w okolicy śledziony do tego stopnia, że nagle pożałowała, ze w ogóle zadała mu pytanie, czy się jej oświadczył.
Nie chciała tego wiedzieć.
Nie chciała usłyszeć, że tak
Tylko wtedy on powiedział, że nie. Krótko i stanowczo. A zaraz potem nachylił się w jej kierunku, sięgając szorstkimi opuszkami do gorącego policzka, na którym rysowały się delikatne wypieki. Nie mając miejsce na ucieczkę, uniosła na niego spojrzenie, wwiercając je w intensywnie czekoladowe oczy. Niesamowite było to, jak kiedyś zawodowo potrafiła ukrywać emocje, a przy nim one same wykładały się jak na tacy. Wszystko obnażały jej oczy. To jak słuchała go uważnie i jak jego słowa faktycznie wpływały na to, co czuła. Potrzebowała takiego zapewnienia? Chyba tak. Stewart może i znała swoją wartość, umiała wykorzystywać własne atuty, ale przy nim bywała kompletnie bezbronna. Wystawiona na nadmiar emocji, z którymi niekiedy naprawdę nie potrafiła sobie poradzić, często po prostu na moment się gubiła w niepewności. Całe szczęście on umiejętnie potrafił ją z niej wyciągnąć. Tym jak zapewnił ją, że ich historie wcale nie były takie same, że Haddie nigdy nie była w Medellin, nie dostała oświadczyn. Dwa razy. A zaraz jeszcze mówił, że nie chciał tego ukrywać. Że chciał się z tym obnosić i mówić z dumą. I chociaż było to kurewsko caliente — to jak był dumny z ich relacji — tak przecież musiał w końcu zrozumieć, że do tego naprawdę trzeba było podjeść ostrożnie. Akurat on najbardziej ze wszystkich powinien o tym wiedzieć. Właśnie żeby nie skończyło się jak on i Wheeler.
Nie wyjdziesz z żadnej operacji — przerwała mu, kręcąc głową. — Dobrze wiesz, że nie możesz — wbiła spojrzenie w jego ciemne oczy. — Za bardzo siedzisz w tym wszystkim po łokcie, żeby teraz się wycofać. Nie jesteś głupi, Madox. Dobrze wiesz, że z chwilą, w której byś tym jebnął, półświatek by cie dopadł. Obcujesz z nimi na porządku dziennym, widziałeś co robią z ludźmi, którzy nagle chcą zmieniać strony albo się wycofują. Nie zgadzam się — jej głos był stanowczy, nieznoszący sprzeciwu, ale to dlatego, że ona wiedziała, że ma racje. Za dużo przyjaciół już tak straciła z komendy, a jemu nie miała zamiaru pozwolić zrobić kolejnej, narwanej głupoty tylko i wyłącznie w imię miłości. Bo co to za miłość, jak jedna strona i tak kończy w piachu? Chujowa jakaś. I ona nie chciała do tęgo dopuścić. Wiedziała, że może mięć asa w rękawie i chociaż planowała tego nigdy nie używać przeciwko Eliotowi, biorąc pod uwagę sytuacje, w jakiej się znaleźli… może faktycznie nie będzie innego wyjścia.
Westchnęła głośno, gdy Noriega spytał, co na niego miała. Kątem oka widziała, jak nachyla się w jej kierunku i nie daje za wygraną. Jak dopytuje, rozważając wszelkie za i przeciw, już snuje wszystko do przodu, podczas gdy ona wciąż ze sobą walczyła. Z tym co powinna, a z tym co wypadało.
Eliot… — zaczęła spokojnie, zastanawiając się, jak wiele szczegółów powinna mu przekazać. Może wszystko? W końcu on otworzył się w przed nią w pełni. A może tylko tyle, ile to było konieczne? — Miał romans — strzępek informacji, który był jedynie marną podstawą do jakichkolwiek negocjacji. Tylko, że to był tylko wierzchołek całej góry lodowej. — Spotykał się z tą kobietą miesiącami. Jej facet natomiast był pieprzonym agresorem. Do tego stopnia, że Eliot go zabił — spojrzała na Noriegę, wbijając w niego ciemne, prawie czarne spojrzenie. — A ja pomogłam mu to zatuszować — wyznała w końcu. Do tej historii dochodziła jeszcze masa innych rzeczy, jak to że Pilar pierwsze przyłapała ich razem, a potem on szukał w niej pomocy, bo przecież nikomu innemu nie mógł się do tego przyznać. Zarzekał się, że to była ostateczność, konieczność, ale prawda była taka, że zabił go z zimną krwią i za tego typu morderstwo w pełni intencjonalne straciłby nie tylko posadę, ale również poszedł siedzieć. — Obiecałam mu, że nikt się o tym nigdy nie dowie, ale… w tej sytuacji to może być nasza karta przetargowa — podniosła się na fotelu i nachyliła jeszcze bardziej w stronę Madoxa. Na moment spuściła spojrzenie na jego dłoń, którą miękko gładził jej przedramie, a zaraz znowu szukała jego pięknych, czekoladowych oczu.
Jak ona mogłaby sobie tego kiedykolwiek odmówić? Tego obłędnego spojrzenia; tego dotyku, który wywoływał momentalne ciarki na ciele; bliskości, która była jak nic innego na świecie. Jego całego. Nie potrafiła. I nawet teraz, siedząc w nowym samochodzie po środku pierdolonego niczego, mając go blisko, czuła, że zrobiłaby dla niego wszystko. Że to wszystko co do niego czuła było tak kurwa niepodważalne, że aż bolało ją od tego całe ciało. Sięgnęła po jego dłoń, by zaraz zamknąć ją we własnych i pogładzić kciukiem po wierchu.
Załatwię to — obiecała cicho, wodząc spojrzeniem po jego twarzy. — Ale musisz mi zaufać — bo inaczej to nie miało sensu. To trzeba było rozegrać kurewsko dobrze, z głową i przede wszystkim nerwami na wodzy. Eliot musiał być przekonany, że Madox o niczym nie wie, że jego sekret wciąż jest bezpieczny tylko i wyłącznie u niej. Musiała dać mu to zapewnienie, które będzie stanowić baze do dalszej współpracy. Przyciągnęła go do siebie jeszcze bliżej, tak, że oboje już wisieli nad deską rozdzielczą, z twarzami praktycznie jedna przy drugiej.
Kocham cię, Noriega — powiedziała spokojnie, najbardziej szczerze, jak tylko się dało. — I nie pozwolę komukolwiek, żeby cię ode mnie zabrał, rozumiesz? Nie ma kurwa mojego przyzwolenia. Tobie też nie pozwolę tego zrobić — zacisnęła palce na jego koszulce, tak mocno, że aż pobielały jej knykcie. Może wcześniej to Madox był głównym inicjatorem. Tym, który jako pierwszy powiedział, co do niej czuł, który nie pozwolił jej odejść, kiedy się wahała jeszcze w Medellin, który naciskał na ich spotkania, wymuszał przyznanie się do tego, co było między nimi, ale teraz to ona była gotowa nie pozwolić mu odpuścić. Była gotowa walczyć o niego i o nich. Jak na prawdziwą kobietę gangstera przystało.

confía en mí, cariño (っ˶ ˘ ᵕ˘)ˆᵕ ˆ˶ς)