Strona 3 z 4

one last ride

: wt maja 26, 2026 3:49 pm
autor: Elsa Eriksen
Kiedy jednak postanowił kontynuować swoją gadkę o dodatkowych atrakcjach w labiryncie luster, posłała mu swoje najbardziej złowieszcze i zabójcze spojrzenie. Co prawda, wyglądała przy tym jak wkurzony pudel, którego właścicielka związała pokręconą grzywę w kitkę, ale nie przejmowała się tym ani trochę. Najważniejsze, że skapitulował i odpuścił jej dalszych szczegółów. Bez znaczenia było to czy zrobił to pod wpływem jej wzroku czy może jednak sam z siebie… najważniejszy był efekt! Oczywiście, nigdy by mu tego nie powiedziała podczas korepetycji — w końcu nie satysfakcjonowałoby ją, gdyby dostał dobrą ocenę dzięki ściąganiu i innym oszustwom.
Wpadanie na głupie lustra, która łudząco przypominały drogę wyjścia było naprawdę frustrujące. Zaczynała się zastanawiać ile siniaków, a może nawet guzów już sobie narobiła. Przecież jak rodzice zobaczą ją wracającą do domu po spotkaniu z Dante i to z buźką ozdobioną różnymi odcieniami fioletu… i mama jak mama, ale jak ojcu by to wytłumaczyła? I czy zdążyłaby w ogóle wspomnieć o lustrach nim ten wsiadłby w samochód i pojechał wprost do mieszkania rodziców chłopaka? Nie chciała tego. Nie chciała awantury, nie chciała tłumaczeń, nie chciała, żeby ich spotkania skończyły się, zanim tak na dobre zdążyłyby się zacząć. A przede wszystkim nie chciała stracić wakacji, na które czekała z narastającą ekscytacją. Same myśli, które od miesiąca nawiedzały jej głowę, pobudzając tym samym wyobraźnię, o wspólnym czasie rozgrzewały ją od środka w sposób, którego wstydziła się przed samą sobą, a jednocześnie nie mogła się doczekać.
— Nie pocieszasz! — zawołała jeszcze, słysząc, że i on tkwił w tym powalonym labiryncie. Z jednej strony, troche jej ulżyło, że nie była w tym sama, ale z drugiej… gdyby chociaż on wyszedł to może jakimś cudem udałoby mu się odnaleźć także i ją. Znalazłby jakąś nić Ariadny albo inny sznurek i prędzej czy później daliby radę się stąd wydostać. Bo choć początkowo cieszyła się z tej całej zabawy to w tej chwili odczuwała coraz większą frustrację. Jak wróci do domu to chyba zasłoni wszystkie lustra… zdecydowanie nie będzie w stanie patrzeć na swoje odbicie przez najbliższe dni jak nie tygodnie.
Ale przynajmniej udało im się wpaść na siebie. A jeszcze większym pocieszeniem okazywało się to, że dosłownie byli to oni, a nie tylko brutalne iluzje, fałszywe nadzieje podsuwane przez labirynt.
Przez krótką chwilę patrzyła na niego w milczeniu, gdy się do niej zbliżał. Czuła, jak to całe napięcie powoli opuszczało jej ciało. Tak jakby sama jego obecność sprawiała, że to duszne, klaustrofobiczne miejsce przestawało być aż tak przytłaczające. Aż w końcu trafiła w jego objęcia. I tak wirując z nim przez krótką chwilę, nie mogła powstrzymać cichego, ale szczerego śmiechu.
Jak księżniczka… przeszło jej przez myśl. Jak wszystkie te śliczne dziewczęta z bajek Disneya, które wpadały w objęcia swoich książąt. No, może poza Elsą, ale ona akurat była królową. To tłumaczyło wszystko.
— Czyli każdy spełnia po jednym życzeniu czy odpuszczamy w ogóle? — zapytała z szerokim uśmiechem, zdmuchując z czoła samotnego, różowego loczka, który wydostał się z kitki. — To gdzie chciałbyś postawić doniczkę z kwiatkami? I co myślisz o jasnozielonych zasłonach? Powinny tu pasować — Parsknęła jeszcze śmiechem nim Dante odgarnął jej z twarzy ten niesforny kosmyk, który nic sobie nie robił z jej wcześniejszych usilnych prób pozbycia się go z oczu. Na moment zabrakło jej tchu.
Już wcześniej czuła, jak ich ciała lgnęły ku sobie z naturalną łatwością, jak między nimi pulsowało coś ciepłego i niecierpliwego, ale i tak zaskoczył ją tym nagłym pocałunkiem. I może powinna chociaż trochę się zawahać, tak minimalnie, ale… no nie. Zamiast tego wyrwało jej się tylko ciche, stłumione westchnienie. Odpowiedziała od razu — instynktownie, zachłannie, jakby czekała na to od dawna. Wplotła jedną dłoń w jego włosy, zaś drugą ułożyła na jego karku, przyciągając go tylko mocniej do siebie. Stanęła też na pałacach, aby nie musiał się mocniej nad nią nachylać i narażać się na ból pleców. I mimowolnie zaczęła się cofać, szukać na plecach dodatkowego oparcia i kiedy Dante podwinął jej koszulę, rozgrzana, naga skóra zetknęła się z taflą szyby.
— Aaa! Zimne! — Podskoczyła, nieświadomie wyrywając się z objęć chłopaka. Potrzebowała kilku chwil, aby dotarło do niej co właśnie zrobiła. Zrobiła zaraz minę zbitego psiaka i znów do niego podeszła.
— Przepraszam, zaskoczyło mnie to i… możemy kontynuować? Czekaj… Twoje ręce były tu… — złapała go za nadgarstki i na nowo wsunęła jego dłonie pod swoją koszulę, układając je nad lędźwiami. — Moje tu… — Wsunęła palce w te cudne brązowe loki, zaś tymi od drugiej dłoni zaczęła miziać go po karku. — A nasze usta…

Dante Levasseur

one last ride

: wt maja 26, 2026 7:39 pm
autor: Dante Levasseur
Spojrzenie wkurzonego pudla sprawiało co najwyżej, że mógłby mieć ochotę cmoknąć ją czule w czubek nosa. Pewnie więc można byłoby zaryzykować stwierdzenie, że to nie do końca spełniało swoją morderczą rolę, ale… może faktycznie powinien liczyć się po prostu efekt. A ten był taki, że rzeczywiście Dante zdobył się na ten wyczyn, by przynajmniej raz zamknąć się w odpowiednim momencie – zanim mógłby zacząć snuć wizje tego, jak powinien wyglądać porządny i szanujący się lustrzany labirynt. Wedle wiedzy wyniesionej z kiepskich horrorów oczywiście. Co zresztą w jego opinii mogłoby wciąż być całkiem zabawne i utrzymane w konwencji nieco makabrycznego żartu, w jej natomiast… chyba niekoniecznie.
Choć może, biorąc pod uwagę jak kiepsko poradzili sobie z całym tym szukaniem wyjścia, całkiem nieźle składało się, że żaden psychopata nie ścigał ich dodatkowo pomiędzy tymi lustrami. Skoro chęć jak najszybszego wydostania się z labiryntu i znalezienia się jak najbliżej Elsy nie okazała się dostateczną motywacją, by tę właściwą drogę rzeczywiście odnaleźć… możliwe, że próba ucieczki przed jakimś zagubionym mordercą też nie okazałaby się wystarczająca. A to chyba stanowiłoby raczej nie najlepsze zwieńczenie tej ich niecodziennej randki…
Zdecydowanie zasłużyliśmy, żeby dostać po jednym życzeniu. W końcu… przynajmniej próbowaliśmy, nie? – może i po tym całym próbowaniu musieli dość szybko ogłosić spektakularną porażkę i może utknęli w tym idiotycznym labiryncie na dłużej, ale… póki co chyba niewiele wskazywało na to, by któreś z nich miało jakoś szczególnie narzekać na taki obrót spraw. Wspólnym szukaniem wyjścia mogli zająć się nieco później, na tę chwilę mając zdecydowanie inne priorytety.
Nie przerywając pocałunku i nie mając zamiaru odsuwać się od niej choćby odrobinę, odruchowo podążył za nią, gdy zaczęła cofać się w kierunku jednego z luster. Tylko… chyba nie spodziewał się, że ta niezbyt długa droga miała zakończyć się tym niespodziewanym okrzykiem i jej nagłym odsunięciem się, po którym sam mimowolnie wyprostował się i cofnął o krok. Po pierwszej chwili zaskoczenia, trudno jednak byłoby skwitować ten wypadek jakkolwiek inaczej, jak tylko krótkim, rozbawionym parsknięciem.
Widocznie te zasłony to nie taki głupi pomysł… – zauważył, zerkając na nią z lekkim uśmiechem i zdecydowanie nie mając absolutnie nic przeciwko temu, by kontynuować to, co na tych kilka chwil musieli przerwać. Wciąż z tym samym nieznacznym uśmiechem na twarzy, przesunął ręce nieco wyżej, gdy tylko te ponownie znalazły się na swoim właściwym miejscu. Od razu też znów nachylił się nad nią, zbliżając swoje usta do jej i definitywnie nie potrzebując do tego żadnej dodatkowej zachęty.
…były trochę zajęte – dokończył za nią, poszczególne słowa wypowiadając tuż przy jej wargach, by już w kolejnej chwili móc powrócić do tego niespodziewanie przerwanego zajęcia. I jednocześnie przesuwając się wraz z nią z powrotem pod to nieszczęsne lustro, tym razem jednak dając jej chwilę na oswojenie z chłodną szybą za plecami. Niezbyt długą, zanim jedna z jego dłoni powędrowała w kierunku tych wciąż zapiętych guzików jej koszuli. I zanim już przy pierwszym musiał zaangażować również drugą rękę, być może w porę uświadamiając sobie, że może lepiej byłoby, gdyby mimo wszystko guziki pozostały wciąż przy koszuli – niezależnie od tego, jak bardzo mogłoby się mu spieszyć, by tę wreszcie rozpiąć. W końcu… chyba już łatwiej byłoby wyjaśnić jej ojcu, że zgubiła się pomiędzy lustrami i została tam na stałe niż to, dlaczego miałaby wrócić do domu w trochę uszkodzonym ubraniu…
To jakie byłoby twoje życzenie…? – oderwał się od jej ust, by tylko na moment móc spojrzeć jej w oczy, a w kolejnej chwili przenieść się z pocałunkami na jej szyję i powędrować nieco niżej, ku dekoltowi i odkrytej dzięki rozpiętej koszuli skórze. Możliwe, że przy tym wszystkim nie miał nawet okazji zastanowić się nad tym, jak lekkomyślne mogło okazać się to jego pytanie. Ale… w tej chwili chyba faktycznie byłby skłonny samemu uwierzyć w to, że bez problemu mógłby spełnić każde jej życzenie. Nie do końca widocznie pamiętając o tym, że na to miał raczej niewiele czasu, skoro już kolejnego dnia miałby znajdować się stanowczo zbyt daleko od niej.

Elsa Eriksen

one last ride

: śr maja 27, 2026 2:40 pm
autor: Elsa Eriksen
Było jej trochę głupio za taką przesadzoną reakcję. Próbowała to sobie tłumaczyć, że przecież w całym tym labiryncie było cholernie duszno, a do tego to całe pragnienie, które z nich emanowało rozgrzewało ją skórę do czerwoności, co Dante mógł poczuć pod palcami, gdy tylko wsunął dłonie na jej plecy. A kiedy ją pocałował, świat nagle przestał istnieć. Skurczył się do rozmiarów małej klatki, w której mieściły się ich ciała i nic więcej. Dlatego totalnie wyleciały jej z głowy te przeklęte lustra, więc gdy poczuła ten dziwny chłód, spanikowała, przynajmniej tak jakby chodził jej po plecach jakiś robal. Cóż, wesołe miasteczko było w końcu zamknięte, więc skąd mogła mieć pewność, kiedy ostatni raz ktokolwiek tu sprzątał? Kiedy była jakakolwiek dezynfekcja czy inne pryskanie?
Ale na szczęście nie popsuła im tej wspólnej, dusznej chwili. Widziała jak się do niej uśmiechał po swojej trafnej aluzji co do zasłon, które chciała zawiesić w tym ich gniazdku. I choć z pewną dozą niepewności prowadziła jego dłonie na ich właściwe miejsce, to samo czyniąc ze swoimi, czuła, że on nie zamierzał się wycofywać. Tak jakby ta niespodziewana przerwa była jak najbardziej planowana, zwykła pauza na oddech tak bardzo potrzebna podczas zachłannych i stęsknionych pocałunków.
– … mhm… bardzo… zajęte… – zdążyła jeszcze wymruczeć nim na nowo dała się porwać temu przyjemnemu chaosowi. Słowa rozpłynęły się między kolejnymi pocałunkami, urywane oddechem i cichym westchnieniem, które wydobyło się z jej ust, gdy ponownie jej rozgrzana skóra zetknęła się z chłodem szyby. To jednak wydawało się już tak nieistotne jak fakt, że znajdowali się w labiryncie, w zamkniętym wesołym miasteczku, na teren którego nielegalnie wtargnęli. I nawet jeśli, siedząc na tamtym wysokim płocie miała wątpliwości czy aby na pewno powinni tam wejść zamiast poszukać czegoś innego, choćby głupiego placu zabaw dla dzieci, tak gdy pomógł jej zejść i wziął w swoje objęcia… wszystko się rozpłynęło. Tak samo teraz, każde zawahanie ginęło gdzieś pod ciepłe jego dłoni i żarem spojrzenia, które znów doprowadzało ją do istnego szaleństwa.
Gdy Dante zabrał ręce z jej pleców, żeby zająć się guzikami od jej koszuli, gwałtownie przylgnęła do lustra, aby czuć za sobą jakiekolwiek oparcie. Miała coraz większe wrażenie, że zaraz przez niego runie na podłogę. W pionie utrzymywał ją tylko ten gorący pocałunek. A może właśnie on był jedyną rzeczą, która jeszcze trzymała ją przy zdrowych zmysłach. Bo wszystko inne rozmywało się coraz bardziej – duszne powietrze, cichy trzask starej konstrukcji gdzieś na zewnątrz. Nawet własny oddech słyszała jakby z oddali, urywany i nierówny, kiedy rozpinał kolejne guziki z tą irytująco spokojną dokładnością. Drgnęła lekko, gdy jego knykcie musnęły odsłoniętą skórę brzucha. Chłód lustra za jej plecami zderzył się z ciepłem jego dłoni tak nagle, że aż zacisnęła palce na materiale jego koszulki, gdzie zdążyła się zsunąć przez te kilka minut.
Jak się oderwał, między ich napuchniętymi ustami powstała cieniutka nitka śliny, która pękła dopiero wtedy, gdy odsunął się od niej o te kilka centymetrów potrzebnych, aby wypowiedzieć pytanie.
Życzenie…
Zdążyła o tym zapomnieć, a przecież to ona to zaproponowała. I co mogła sobie tak naprawdę życzyć? Żeby teraz, tutaj, natychmiast… nie, nie musiała sobie tego życzyć, bo przecież i tak wszystko do tego zmierzało.
Pierwsze słowa ugrzęzły jej w gardle, kiedy przeniósł usta na jej szyję, a zamiast tego pisnęła cicho, głucho... Uchyliła lekko powieki i zobaczyła jak lustra wokół nich odbijały ten moment w dziesiątkach fragmentów – jej głowę odchyloną do tyłu, jego dłonie sunące po jej talii, usta na jej skórze… to wyglądało jak sen. Sen, z którego nigdy nie chciałaby się wybudzić.
– Bądź mój… dziś… jutro… za tydzień i miesiąc, za rok… każdego dnia… – wydyszała w końcu. Zdążyła już zapomnieć o swoich pomysłach, że to wszystko miało być swoistymi zaręczynami, ale nie martwiła się tym. Nie chciała przecież żadnych deklaracji o białej sukni, obrączkach. Chciała tylko kolejnego zapewnienia, że nie była kaprysem, że myślał o niej poważnie i póki co też chciał spędzić z nią resztę swoich dni.


Dante Levasseur

one last ride

: śr maja 27, 2026 4:15 pm
autor: Dante Levasseur
Bardzo szybko i bez najmniejszego problemu mógł zapomnieć o tej nieplanowanej przerwie. Dokładnie z taką samą łatwością, z jaką zdążył już zapomnieć o tym, że być może zamiast zajmować się sobą nawzajem, może raczej powinni zająć się poszukiwaniem wyjścia z tego nieszczęsnego labiryntu. A także o tym, że wciąż jeszcze powinien podzielić się z nią swoimi planami, które miałyby rozdzielić ich ze sobą na jakiś czas.
Na stałe…?
Nie, takiej możliwości akurat kompletnie nie brał nawet pod uwagę. Niezależnie od tego, jak bardzo prawdopodobna mogłaby się wydawać, gdyby na cały ten cholerny wyjazd spojrzeć nieco bardziej zdroworozsądkowo.
Niespecjalnie miał też zamiar brać pod uwagę cokolwiek, co w tej chwili powinien. Bo to akurat nie było w żaden sposób istotne – a na pewno nie tak istotne, jak jej bliskość, każde wydobywające się z jej ust westchnięcie, czy choćby nieznaczne drgnięcie mięśni w odpowiedzi na jego dotyk. Błądząc dłońmi i ustami po jej ciele, chciał skupić się przede wszystkim na niej i… to akurat przychodziło z zaskakującą łatwością. Jakby rzeczywiście nie liczyło się absolutnie nic innego i jakby niczym innym nie musieli się przejmować. A przynajmniej nie teraz, doskonale zgadzając się co do tego, że za najistotniejsze mogli na ten moment uznać ciepło bijące z ich stęsknionych za sobą ciał oraz mieszające się ze sobą nierówne oddechy.
A kiedy odpowiedziała na jego nieprzemyślane pytanie.. jeszcze przez chwilę pozwolił sobie wierzyć w to, że wypowiedziane przez nią życzenie było w gruncie rzeczy dość banalne. Był przecież jej, pod każdym względem. I nie brał raczej pod uwagę, że kiedykolwiek miałoby się to zmienić – nawet jeśli nie miał w zwyczaju snuć jakichś dalekosiężnych planów, jakoś tak po prostu zupełnie normalnym i naturalnym wydawało się to, że zawsze miała być obok. Powinna chyba doskonale o tym wiedzieć. Jeśli nie przez jakiekolwiek deklaracje, które niespecjalnie leżały w jego naturze, to choćby przez to, w jaki sposób patrzył na nią – nie tylko w tym konkretnym momencie, ale po prostu na co dzień. Jak reagował na jej obecność i jak w oczywisty sposób przestawał zwracać uwagę na cokolwiek innego, gdy tylko znajdowała się w pobliżu.
Ale… wyjazd. To akurat mogło zmienić zdecydowanie zbyt dużo, a kiedy już ta myśl zdążyła do niego powrócić, trudno było się jej tak po prostu pozbyć.
Jestem… – zawahał się przez moment. I to nie tylko w swojej wypowiedzi, ale również zatrzymując się z ustami tuż przy jej skórze i… może ten poniekąd zabawny wypadek z lustrem nie mógł zniechęcić ich do kontynuowania przerwanego zajęcia, ale całkiem skutecznie mogła wpłynąć na to ta natrętna myśl, która właśnie pojawiła się w jego umyśle. Bo przecież nie mógł jej tak po prostu przytaknąć, wiedząc doskonale, że już nawet jutro mogłoby okazać się dość mocno niepewne. – Tylko… Els, muszę wyjechać na… trochę.
Niechętnie odsunął się od niej odrobinę, nie chcąc jednak całkowicie przerywać tego fizycznego kontaktu i zahaczając palce o szlufki w jej spodniach. Spojrzenie przeniósł jednak wyżej, odnajdując jej oczy i nie do końca będąc pewnym, czy faktycznie chciał akurat teraz przekonywać się, jak miałaby na tę informację zareagować. Zwłaszcza, że nawet jeśli rzeczywiście chciał powiedzieć jej dziś o wyjeździe, z całą pewnością nie planował tego akurat w tym momencie. W takim momencie. Na to jednak, żeby ugryźć się w język zanim miałby zadać to swoje durne pytanie, chyba i tak było już stanowczo za późno. I choć pewnie mógłby tak po prostu przytaknąć jej, być może nawet nie skupiając się zbytnio nad znaczeniem poszczególnych słów, to… chyba jednak nie do końca potrafiłby oszukiwać ją pod tym względem. Nawet jeśli miałoby to być oszustwo tylko na chwilę. Bo takie byłoby w tej sytuacji jeszcze bardziej nie w porządku…
I chyba nawet przez moment chciał dodać do tej swojej wypowiedzi coś jeszcze, tylko… nie do końca chyba wiedział, co mogłoby to być. Zapewnienie, że ten wyjazd na trochę nie mógł mimo wszystko niczego zmienić…? Nawet jeśli faktycznie tak uważał, to chyba mogłoby to zakrawać co najmniej na nadmierny optymizm. Tym bardziej, że wciąż nie był pewien jej reakcji, zdążywszy już odwrócić spojrzenie gdzieś w bok. Choć to akurat niewiele zmieniało, skoro to i tak musiało natrafić na jedno z ich lustrzanych odbić – ot, kolejne potwierdzenie tego, że ani moment, ani miejsce nie mogło być odpowiednie na podobne wyznania…

Elsa Eriksen

one last ride

: śr maja 27, 2026 5:12 pm
autor: Elsa Eriksen
To było jej jedyne życzenie. Nic więcej od niego nie chciała poza tym, żeby każdego dnia miała pewność, że był przy niej, że wspierał, że kochał. Nawet jeśli przez natłok zajęć na uczelniach czy w pracy mieliby się widywać znacznie rzadziej niż jak do tej pory niemal każdego dnia w szkole, to jej wystarczałyby spotkania przelotem w parku, weekendowe randki, wiadomości wysyłane na dzień dobry i dobranoc. Tak sobie wyobrażała ich dalszy związek. To z takich drobiazgów budowała ich przyszłość. Potem przecież mogli myśleć o kredycie na wspólne mieszkanie z kolorowymi kubkami kupionymi na pchlim targu, może o jakichś zwierzakach, które pchałyby się na ich łóżko każdego wieczoru. Może także o ślubie, gdy będą chcieli powiedzieć o tym wszystkim głośno i oficjalnie, może o dzieciach, które odziedziczyłby jego oczy…
Ale zanim to wszystko miało nadejść, ona potrzebowała tylko jednego. Jego dłoni splecionej z tą jej i cichej, ale wyraźnej pewności, że nigdzie się nie wybierał.
Usłyszała to jego Jestem, ale usłyszała też to zawahanie, którego nie mógł przed nią ukryć. Za długo go znała, aby dał radę cokolwiek przed nią zataić. Spięła się momentalnie i wyprostowała, kiedy zaprzestał pocałunków. Wykrakała? Czyżby coś było na rzeczy. Czyżby…? I w końcu rozwinął myśl. Wyjazd. Na trochę.
Poczuła jakby ktoś wylał na nią kubeł zimnej wody. Rozpromieniony uśmiech nagle znikł z jej ust, pozostawiając je lekko rozchylone dla nadal przyspieszonego i urywanego od emocji oddechu. A oczy… pełne niezrozumienia błagały o wyjaśnianie. Jej dłonie jeszcze przed momentem były wsunięte pod materiałem jego koszuli, teraz zastygły na chwilę bez ruchu. Lustro za nimi odbijało tę dziwną, nagłą zmianę — ich ciała nadal były blisko, nadal niemal się o siebie opierali, a jednak między nimi pojawiło się coś ciężkiego i chłodnego. Spojrzała mu prosto w oczy, próbując odczytać z nich więcej niż chciał powiedzieć na głos. Ale zaraz nim uciekł, zahaczając palcami o szlufki w jej jeansach, jakby nie wiedział, co mógł z nimi w tej chwili zrobić i znalazł jedyne dosyć neutralne rozwiązanie, które jednak zapewniało mi jakiś kontakt z jej osobą.
— W sensie… jedziesz gdzieś z chłopakami na wakacje, tak? Gdzieś pod namioty? W góry? Czy nad wodę? Spokojnie, nie musisz tego przede mną ukrywać, przecież nie wbiję wam się na męski wyjazd! Hah… ale potem pojedziesz ze mną nad jezioro? Chciałam na tydzień się stąd wyrwać, wynająć domek i spędzić ten czas tylko z tobą! Już widziałam kilka fajnych miejsc, gdzie można wynająć kajaki albo rowery wodne, gdzie blisko jest jakaś lokalna restauracja, jakieś miejsce do potańczenia… bo… bo pojedziesz ze mną? W te wakacje? …….. Dante? — Mówiła jak nakręcona, szybko, że sama traciła oddech i to wcale nie w związku z ich poprzednią zabawą. Stresowała się, bo z każdą sekundą czuła, że te słowa i zdania, które wypowiadała w jego kierunku kompletnie nie miały sensu. Że niepotrzebnie się produkowała, niepotrzebnie traciła tlen, a przecież znajdowali się w dość małym, kiepsko wentylowanymi pomieszczeniu. Mimo to, kontynuowała swoją myśl, płynąc przez nią i zdradzając chłopakowi jakie plany utkała dla nich na te wakacje. Ale kiedy zadała ostatnie pytanie czy z nią pojedzie, głos już jej się łamał. Znała odpowiedź. Wiedziała już, że to nie wyjazd z kumplami był zaplanowany na najbliższy czas. A ona… ona prawdopodobnie będzie siedziała sama na tym cholernym rowerze wodnym, patrząc na puste miejsce obok siebie i próbując nie rozpłakać się na środku jeziora. Tak jak w chwili, gdy wypowiadała jego imię. Z wielką gulą w gardle i łzami pod powiekami, które opuściła, bo nie była w stanie na niego patrzeć, kiedy zacznie mówić jej całą prawdę.

Dante Levasseur

one last ride

: śr maja 27, 2026 6:07 pm
autor: Dante Levasseur
Miał już chyba dostatecznie duże doświadczenie z własnymi nieprzemyślanymi decyzjami, powinien więc też przywyknąć do tego, że te zwykle niosły za sobą również konsekwencje. Naprawdę jednak trudno byłoby mu przypomnieć sobie w tym momencie sytuację, w której aż tak bardzo miałby żałować, że nie mógł cofnąć się w czasie choćby o tych kilka chwil – tyle przecież wystarczyłoby, żeby nie zadawać jej tego durnego pytania i… po prostu zająć się tym, czego obydwoje chcieli. Przynajmniej jeszcze przed momentem, bo najwyraźniej nie trzeba było wiele więcej, by duszna atmosfera dookoła przestała mieć cokolwiek wspólnego z tym przyjemnym ciepłem, a stała się zwyczajnie dusząca. A przy tym stanowczo zbyt ciężka i sprawiająca, że chyba rzeczywiście wolałby skierować się teraz prosto do wyjścia. Gdyby tylko faktycznie było to takie proste.
Przymknął mimowolnie oczy, słuchając jej kolejnych słów i przynajmniej kilkukrotnie łapiąc się na tym, że przemknęła mu przez głowę myśl o tym, że przecież kompletnie nic nie stało na przeszkodzie, żeby zmienił te swoje plany. Bo oczywiście, że chciał pojechać z nią nad jezioro. Spędzić tam tych kilka dni tylko z nią, niezależnie od tego, czy wspólne rozrywki miałyby sprowadzać się do odganiania od siebie komarów w domku, który czasy świetności mógłby mieć już dawno za sobą. Chciał spędzić z nią wakacje – nie tylko ten wspomniany przez nią tydzień, a zdecydowanie znacznie dłużej.
Tylko… Wakacje najprawdopodobniej znów skończyłyby się stanowczo zbyt szybko, a oni musieliby wrócić do tej bardziej przyziemnej codzienności, w której… ona może i miała już zaplanowane studia, może i w tych planach znalazło się dość miejsca dla nich, ale on wciąż nie miał pojęcia, czym miałby się w tej codzienności zająć. Spełnienie oczekiwań matki i ojczyma, a w związku z tym zdecydowanie się na jakieś studia, pewnie byłoby jakąś opcją. Szkoda tylko, że taką, która na samą myśl wywoływała ten nieprzyjemny skurcz żołądka, przez co niespecjalnie dało się brać ją pod uwagę tak na poważnie…
W sensie… na trochę dłużej – westchnął wreszcie, wciąż nie patrząc bezpośrednio na nią. Zwracanie się do jej odbicia mimo wszystko było znacznie łatwiejsze. – I raczej nie wrócę w trakcie wakacji. A przynajmniej nie tych…
Kolejny raz przeklął się w duchu, wyrzucając sobie ten cholerny brak umiejętności utrzymania języka za zębami wtedy, gdy naprawdę wypadałoby to zrobić. Albo chociaż znaleźć mu jakieś inne, zdecydowanie przyjemniejsze zajęcie.
Chcę jechać z tobą nad to jezioro. Albo gdziekolwiek indziej, ale… – znów zawahał się, wciąż nie do końca mając pomysł na to, jak miałby sensownie wyjaśnić coś, co najpewniej sens miało tylko do czasu, gdy nie zostało wypowiedziane na głos. – Nie idę na studia. Na razie nie. Doug zgodził się na rok przerwy, a ja… raczej nie dam rady wysiedzieć z nim tego roku w domu.
Nie miał zamiaru jej okłamywać, a to chyba rzeczywiście można było uznać za najmniej skomplikowany i trudny do wyjaśnienia powód, dla którego musiał wyjechać. W końcu to, że nawet do tej pory nie spędzał w domu zbyt wiele czasu – a przynajmniej nie, jeśli miałby to być czas spędzony z ojczymem – nie było raczej żadnym zaskoczeniem. Tyle, że jak dotąd miał przynajmniej całkiem sporo wymówek, by faktycznie najczęściej przebywać właśnie gdzieś poza domem. Może i szkoła też nie była miejscem, w którym miałby pojawiać się tak często jak powinien, ale… wciąż była naprawdę niezłym pretekstem. Wyjęcie jej z planu dnia zdecydowanie zbyt mocno komplikowało sprawę.
Zawahał się jeszcze przez moment, zanim odsunął się od niej całkiem. Plecami oparł się o lustro obok niej, po chwili osuwając się po nim i siadając na zakurzonej podłodze, po której najpewniej od dłuższego czasu nie chodził nikt poza nimi.
Nie planowałem tego wcześniej, to… dość świeży pomysł – znów zwrócił się do jej odbicia, czując przy tym, że faktycznie powinien chyba wyjaśnić również to, dlaczego o tych swoich wyjazdowych planach nie wspomniał jej nic wcześniej. Choć pewnie wciąż nijak nie wyjaśniało to tego, że nie pomyślał również o tym, by jakkolwiek je z nią przedyskutować zanim podjął jakąś konkretną decyzję. Zwłaszcza, że najwyraźniej nie była to aż tak świeża sprawa, by nie miał okazji porozmawiać na ten temat choćby ze wspomnianym już przez niego ojczymem.

Elsa Eriksen

one last ride

: śr maja 27, 2026 8:46 pm
autor: Elsa Eriksen
Wiedziała, że nie miał dobrych relacji z ojczymem, że im mniej czasu z nim spędzał tym miał lepszy humor, choć
swoich frustracji związanych z tym facetem nigdy nie wyładowywał na niej. Może i przychodził na korepetycje bardziej podrażniony niż zwykle, czasem się spóźniał, czasem na ostatnią chwilę wysyłał, że jednak nie przyjdzie, co w przyszłości sama sobie tłumaczyła właśnie tym, że nie chciał, aby oberwała rykoszetem. Ale to wszystko było niczym. Zwykłą błahostką. Dopiero teraz, pierwszy raz w życiu poczuła, że ponosi konsekwencje czegoś na co w ogóle nie miała wpływu. Bo Doug się zgodził, a on chwycił się tego jak ostatniej deski ratunku. Jakby ten miał lada dzień zmienić zdanie, więc chciał jak najszybciej wprowadzić swoje plany w życie. Tylko dlaczego nie uwzględniał jej w nich w ogóle? Dlaczego jeszcze godzinę temu, gdy siedzieli na tym niewygodnym rumaku, mówił jej przy uchu, że kocha… dlaczego jeszcze kilka chwil temu błądził ustami po jej skórze jakby nic innego nie istniało. I jeszcze przed momentem pytał o jej życzenie… tak jakby miał się za pieprzonego dżina, który mógłby spełnić je od tak, bo dla niej mógłby wszystko. Ale już po jego oczach, tych samych, które nie potrafiły na nią spojrzeć, widziała, że tego pragnienia nie byłby w stanie dokonać.
Tylko co mogłaby mu powiedzieć, gdyby jednak zadał pytanie czy pojedzie razem z nim? Czy byłaby w stanie rzucić w cholerę te wszystkie plany, które sobie ułożyła i wpisał w kalendarz na najbliższe lata? Studia, na które już miała praktycznie wypełnione wszystkie dokumenty, a które wystarczyło wprowadzić do systemu, a potem oryginały donieść do rektoratu. Czy nie zawahałaby się podrzeć tych wszystkich listów motywacyjnych, które chciała zostawić w salonach fryzjerskich, aby zacząć jakąś pracę dorywczą jeszcze przed rokiem akademickim?
Gdy odsunął się od niej, poczuła się nagle dziwnie naga. Drżącymi palcami sięgnęła do guzików od swojej koszuli, próbując je jak najszybciej zapiąć. Z nerwów jednak nie mogła trafić w odpowiednie dziurki i musiała dwa razy je odpinać i zapinać z powrotem.
Chciała mu rzucić pomysłem, że przecież studia nie były jedyną opcją, że przecież jakby poszedł do pracy to byłoby jak ze szkołą — wychodziłby rano, wracał pod wieczór albo w ogóle następnego dnia — ale w głowie tliła jej się myśl, że tu nie chodziło tylko o to, żeby nie spędzać z Dougiem zbyt wiele czasu. Jakby chodziło o miasto, może nawet o kraj…
— Świeża sprawa? Jak… bardzo? I kiedy wyjeżdżasz? Dokąd? — Skoro znała już powód jego wyjazdu i okres przez jaki miałaby go nie widzieć to te pytania zdawały się być kolejnymi, na które chciałaby usłyszeć odpowiedź. Czy pomyślał o tym dziś rano przy śniadaniu? Czy może od tygodnia chodził za nim wyjazd? Czy będzie mogła go odwiedzić? Czy koszty podróży i jej czas nie zeżrą jej psychicznie o fizycznie, gdyby chciała go widywać przynajmniej raz w tygodniu? A może chociaż raz w roku? Na urodziny? Przecież mieli je praktycznie w tym samym czasie, bo dzieliły ich zaledwie dwa dni. A przede wszystkim chciała wiedzieć, ile czasu im zostało. Czy zdołają odwiedzić wesołe miasteczko, gdy je w końcu otworzą? W końcu… nie, nie obiecał jej tego.
Czuła nieprzyjemne pulsowanie w głowie. Za dużo się działo, za dużo informacji próbowała przyswoić i przetworzyć. Chciała uciec. Odetchnąć świeżym powietrzem i na spokojnie jeszcze raz to wszystko przemyśleć, ale utknęli. Utknęli w tym pieprzonym labiryncie i to na jej własne życzenie! Trzeba było wybrać ten pieprzony tunel miłości… chociaż chyba serce by jej nie wytrzymało, gdyby mówił jej te wszystkie słowa w akompaniamencie tandetnej miłosnej muzyczki i latających w powietrzu kupidynów.
— To koniec? To chcesz mi powiedzieć? Że z nami… że my… że… że ty… zrywasz ze mną. Te słowa nie mogły jej przejść przez gardło. Kochała go. Była zakochana w nim po uszy i nie wyobrażała sobie nawet jednego dnia bez niego. A tutaj miało ich być ponad trzysta.

Dante Levasseur

one last ride

: śr maja 27, 2026 9:49 pm
autor: Dante Levasseur
Nie mógł wymagać od niej, żeby tak po prostu nagle zmieniła wszystkie swoje plany i pojechała z nim… no właśnie, niespecjalnie miał nawet pomysł na to, gdzie chciałby przenieść się na ten wspomniany już rok. Daleko pewnie mogłoby być całkiem trafną, choć niezbyt satysfakcjonującą odpowiedzią. Wciąż jednak jak najbardziej zgodną z prawdą – zwłaszcza, że nie zależało mu przecież na żadnym konkretnym miejscu. Równie dobrze mógłby ten czas spędzić nie zatrzymując się nigdzie na dłużej, kolejne miasta odwiedzając tylko na chwilę. A to chyba tym bardziej nie brzmiało jak coś, co miałby jej zaproponować, wierząc w dodatku, że miałaby się na podobny pomysł zgodzić.
Przyglądał się, jak jej lustrzana kopia starała się pospiesznie uporać z zapięciem guzików i… był to dziwnie uwierający widok. Może przez to, że jakaś część jego podświadomości wciąż wolałaby, żeby te zostały jak dotychczas, a może – co wydawało się bardziej prawdopodobne – przez tę rosnącą powoli świadomość, że wcale nie powinien ich rozpinać tych kilka chwil temu. Nie, kiedy zamierzał jej niewiele później powiedzieć o tym cholernym wyjeździe.
Ale samą tę rozmowę nie tak sobie przecież wyobrażał. Chociaż… bliższe prawdy byłoby może stwierdzenie, że nie wyobrażał jej sobie w ogóle. Jasne, miał zamiar powiedzieć jej, że będzie musiał wyjechać na jakiś czas, ale… trochę tak, jakby liczył przy okazji, że miałoby się to zadziać tak po prostu, samo z siebie. Nie bez powodu zwlekał przecież z tym odpowiednim momentem. Ostatecznie trafiając dokładnie w ten, który z odpowiednim miał prawdopodobnie najmniej wspólnego.
Rozmawiałem z nimi wczoraj – chyba nie było sensu rozwodzić się przy okazji nad tym, że w rzeczywistości niewiele miało to wspólnego z rozmową. Zwłaszcza, że ta informacja – jeśli nie była aż nazbyt oczywista i bez tego – i tak przecież miała w pewnym sensie pojawić się już chwilę później… – A rano faktycznie się jakoś dogadaliśmy. Więc… jutro. Jeszcze nie wiem gdzie dokładnie, na początek może gdzieś w okolice Montrealu, później… się zobaczy…
Bo Montreal był stanowczo za blisko. A on nadal nie miał pomysłu na to, jak dokładnie miałoby to wszystko wyglądać. Tyle tylko, że w tym przypadku – paradoksalnie – ten brak pomysłu wcale nie był aż tak wielką przeszkodą jak ta, która nie pozwalała mu zostać na miejscu. Bo przecież w trakcie wyjazdu wcale nie potrzebował żadnego planu, konkretów, czy czegokolwiek podobnego. Mógł to wymyślać na bieżąco. Dokładnie tak, jak to najczęściej miał w zwyczaju, przynajmniej jeszcze przez ten rok kompletnie nie przejmując się tym, że takie podejście nie miało zupełnie nic wspólnego z całą tą odpowiedzialnością, do której wciąż ani trochę mu się nie spieszyło. A w takim wypadku… znalezienie sobie pracy w przerwie przed studiami – nawet jeśli faktycznie mogłoby wydawać się całkiem sensownym pomysłem na zagospodarowanie czasu, który w przeciwnym razie mógłby spędzać w domu – też nie mogłoby być tym trafionym rozwiązaniem. Możliwe zresztą, że takiego po prostu nie było.
Dopiero w momencie, kiedy zapytała, czy to miałby być koniec ich związku, uniósł spojrzenie – już nie na jej lustrzane odbicie, a dokładnie na nią.
Nie – i w tej krótkiej odpowiedzi zdecydowanie nie było już żadnego zawahania, jakby faktycznie wierzył w to, że miałoby to być tak bardzo oczywiste. Może i miał zamiar wyjechać na rok, ale ani przez chwilę nie stawiał tego faktu na równi z zerwaniem z nią. – Po prostu… nie będzie mnie w Toronto przez… trochę. Ale… nie chcę niczego kończyć.
Sięgnął po jej dłoń, pociągając ją lekko w dół. Potrzebował jej bliżej siebie i… chyba już samo to powinno być dla niego jasnym sygnałem, jak bardzo nietrafionym pomysłem był cały ten wyjazd. Tym bardziej, że niewątpliwie był to jeden z tych kompletnie nieprzemyślanych, zbyt spontanicznych pomysłów, które wpadały mu do głowy zdecydowanie zbyt często. Póki co jednak żaden nie dotyczył przynajmniej wyprowadzki z miasta – a przynajmniej nie aż tak długiej, bo jednak chwilowe wypady poza Toronto, o których czasami zdarzało mu się zapomnieć zawczasu poinformować innych, można było chyba pod tym względem pominąć.
To znaczy… nie oczekuję, że będziesz na mnie cały ten czas czekać, jak nie masz na to ochoty… Chociaż pewnie byłoby miło – uśmiech, który pojawił się na jego twarzy przy tym ostatnim zdaniu, raczej niewiele miał wspólnego z tym, który mogła oglądać dotychczas. Możliwe zresztą, że tak samo niewiele wspólnego miał w ogóle z czymś, co faktycznie dałoby się uznać za pełnoprawny uśmiech. Mimo wszystko, nawet ta niezbyt udana próba jakiegokolwiek rozładowania atmosfery wydawała się być najlepszym, na co mógłby się teraz zdecydować.

Elsa Eriksen

one last ride

: czw maja 28, 2026 2:54 pm
autor: Elsa Eriksen
Gdy guziki były już zapięte, te same drżące dłonie wsunęły koszulę w spodnie, co by wyglądała chociaż odrobinie schludnie. W końcu czyjeś ręce chwilę temu dosyć mocno ją pogniotły, a że nie miała przy sobie żadnej parownicy ani żelazka to musiała się ratować choćby tym. Nie bardzo rozumiała dlaczego chciała doprowadzić się do względnego porządku chociaż na chwilę. Przecież Dante widział ją w tylu odsłonach, że nie powinien być wielce rozczarowany i zaskoczony, ale… chyba pierwszy raz mógł zobaczyć jak powoli się rozpada. I choć wpatrywała się w lustro, poprawiając jeszcze aż nazbyt pedantycznie wszystkie fałdki koszuli czy krzywo ułożony kołnierzyk, słuchała go uważnie. Naprawdę starała się przyjmować wszystko na przysłowiową klatę, ale kiedy wspomniał, że planował wyjeżdżać już jutro, spanikowała. Wiedział o tym wszystkim od rana i mówił jej o tym wszystkim dopiero teraz? Pod wieczór? I to tylko dlatego, bo poprosiła go, aby był już jej na zawsze? Gdyby nie to… to kiedy by się o tym dowiedziała? Smsem? Rano, gdy siedziałby już w busie…?
W dziwnym ataku paniki zaczęła otrzepywać ubranie dłońmi jakby szukała w kieszeniach i w falach materiału czegoś bardzo ważnego. Maska – pilnie jej potrzebowała. Pilnie potrzebowała zasłonić zbierające jej się pod powiekami łzy. Pilnie potrzebowała wcisnąć na twarz promienny uśmiech i udawać, że wszystko było w porządku, że przecież ten rok szybko minie, ale nie potrafiła. Usta nie chciały współpracować i zamiast unieść swe kąciki, wykrzywiały je w podkówkę pełną rozpaczy. Zwłaszcza, że on nie miał żadnego planu. Nie wiedział, co chciał i gdzie chciał… jedyne co wiedział to tyle, że chciał być jak najdalej od domu, ojczyma, a w konsekwencji także i od niej.
Po chwili musiała ogłosić kapitulację – nie mogła powstrzymać łez, które zaczęły ciężkimi kroplami spływać jej po policzkach, aby następnie zginąć gdzieś w kwiatkach nadrukowanych na jej koszuli.
– Czemu nie powiedziałeś wcześniej?! Czemu nic nie mówiłeś…?! Dante…! Poszlibyśmy gdzieś indzie, spędzilibyśmy ten czas tak… inaczej, tak żebyś dobrze się bawił! Ja bym chciała, żebyś spędził ten ostatni dzień… inaczej… – wyrzuciła z siebie łamiącym się głosem. Otarła policzki gwałtownym ruchem dłoni, jakby była zła na własne łzy. Ale nic jej po tym nie było, ponieważ następne pojawiły się niemal natychmiast. Jej oddech rwał się coraz bardziej, był płytki i nierówny, a w klatce piersiowej czuła ten znajomy, okropny ucisk, jakby ktoś powoli zaciskał jej żebra zdecydowanie zbyt ciasnym gorsetem. I dlatego zadała pytanie o zerwanie, a przynajmniej w domyśle takie miało być. Czuła się już na tyle źle, że chciała mieć już tę najgorszą część za sobą. Usłyszeć, że to wszystko było pożegnaniem, tylko Dantemu zabrakło odwagi, aby od razu nazwać to po imieniu.
A kiedy zaprzeczył, łapiąc ją za tą drżącą i lekko wilgotną od łez dłoń, poczuła dziwną ulgę. Do tego stopnia, że pod wpływem tego delikatnego pociągnięcia, po prostu runęła na kolana przed nim, siadając między jego udami. I nie wiedziała czy to on ją wciągnął na siebie czy sama usiadła na nim i mocno się wtuliła. Wiedziała tylko, że przez długi czas zanosiła się głośnym płaczem. Nawet jego żarty nie były w stanie jej uspokoić. Teksty, że nie musi na niego czekać aczkolwiek nie miałby nic przeciwko… tak jakby jej dostatecznie dobrze nie znał. A znał. Najlepiej ze wszystkich.
– Jak mam cię puścić…? Nie chcę… nie potrafię… nie bez ciebie… Dante… – Bo ona była naprawdę szczęśliwa. Nic jej tak nie cieszyło jak możliwość spędzenia z nim choćby dziesięciominutowej przerwy między lekcjami. Ilekroć wysyłał jej wiadomości, czy to podczas zajęć, czy też rano i wieczorem, choćby był to głupi komentarz dotyczący jej nowego koloru włosów czy zwykłe pożegnanie na dobranoc, serce wywracało takie koziołki, że zastanawiała się czy nie będzie potrzebowało kardiologicznego fizjoterapeuty. Bo chyba było im dobrze, prawda? Ta rozłąka z pewnością byłaby łatwiejsza, gdyby ranili się nawzajem, gdyby każdy dzień zaczynali kłótnią, a oni o dziwo, pomimo różnych charakterów, zdawali się być naprawdę zgodną parą. A przynajmniej tak to wyglądało z jej perspektywy. Może Dante się po prostu zaczął nudzić…?


Dante Levasseur

one last ride

: czw maja 28, 2026 4:17 pm
autor: Dante Levasseur
Gorsze od tego zapinania guzików i wygładzania przez nią koszuli, były chyba tylko łzy, które wkrótce popłynęły po jej policzkach. Przez niego i jego głupi pomysł, którego mimo wszystko nie mógł przecież tak po prostu sobie odpuścić…
I może właśnie dlatego przez krótką chwilę przemknęło mu przez myśl, że najbardziej adekwatną reakcją na jej słowa mógłby być dość gorzki śmiech, nawet jeśli na ten ostatecznie się nie zdobył. Bo tak, zdecydowanie chciał, żeby ten wieczór wyglądał inaczej. Choć z całą pewnością nie chciałby zmieniać tego, by spędzić go tylko z nią. Nie na jakiejś głośnej domówce, na której – nawet jeśli wciąż mogłaby bawić się dość dobrze – prawdopodobnie nie miałby okazji zobaczyć tak szczerego i promiennego uśmiechu, jaki gościł na jej twarzy, gdy wsiadała na tę karuzelę z kucykami. Nie mógłby też przekonać się – i to w wersji zwielokrotnionej dzięki lustrom – jak pociągająco wyglądała spędziwszy tych kilka chwil na błądzeniu w labiryncie. Z włosami w lekkim nieładzie, zaróżowionymi policzkami i koszulą rozpiętą nieco bardziej niż w momencie, kiedy wspólnie ustalali nieskomplikowane zasady tej niedokończonej nigdy rywalizacji…
Nie chciałem iść nigdzie indziej… – zaczął, po chwili kręcąc jednak głową, bo… nie, to nie tak. Zdecydowanie to nie o miejsce tutaj chodziło. – Właściwie… moglibyśmy iść gdziekolwiek, ale chciałem spędzić ten dzień z tobą.
Tylko z nią, o czym przecież powiedział jej już wcześniej. I może właśnie dlatego opuszczone wesołe miasteczko – nawet jeśli będące dość nietypowym wyborem – wydawało się być całkiem niezłym rozwiązaniem.
I to się udało, więc nie potrzebuję niczego innego – może poza możliwością cofnięcia się o tych parę chwil, kiedy ona wciąż jeszcze nie wiedziała nic o żadnym wyjeździe, a on nie najgorzej radził sobie z udawaniem, że wcale nie musiał się nim jeszcze przejmować.
Objął ją mocno, chyba dopiero teraz mogąc w pełni uświadomić sobie, że przez cały ten czas najbardziej obawiał się właśnie jej reakcji. Tego, że mimo wszystko mogłaby uznać, że wcale nie zamierzała czekać na niego tak długo. Że mogłaby – całkiem słusznie – zauważyć, że to wszystko nie miało sensu i że w związku z tym nie było sensu również w przeciąganiu tego, co najwyraźniej powinno skończyć się w momencie jego wyjazdu.
Z jednej strony naprawdę ulżyło mu, że nie zareagowała w ten sposób, jednak z drugiej… łzy, które właśnie spływały z jej twarzy, wsiąkając wprost w materiał jego koszulki, chyba wcale nie były ani trochę lepszą opcją. Nie chciał jej przecież ranić, a to przecież właśnie robił. I chyba niewielkie znaczenie miało nawet to, że tkwiąc tak teraz na tej zakurzonej podłodze, z nią w ramionach, mógłby w jednej chwili i bez większego zawahania uznać, że wcale nie chciał nigdzie wyjeżdżać. Przede wszystkim – nie chciał jej zostawiać. Mógłby tak po prostu zostać z nią choćby i w tym dusznym labiryncie, nie wypuszczając jej z objęć i nie przejmując się niczym innym, co i tak nie miało przecież kompletnie żadnego znaczenia.
Tylko… no właśnie nie mógł.
Przecież nie znikam nigdzie tak całkiem… – mruknął, wtulając twarz w jej włosy i częściowo starając się chyba przekonać również samego siebie, że to miałoby jakkolwiek pomóc. – I zabieram ze sobą telefon, więc…
Nie dokończył, po prostu przytulając ją do siebie jeszcze szczelniej. Tego z całą pewnością nie mogły zastąpić ani wiadomości, które mieliby regularnie wymieniać, ani jakiekolwiek rozmowy telefoniczne.
No i ten rok pewnie szybko minie… Zanim się w ogóle zorientujesz, już będę tu z powrotem – w swoje kolejne słowa sam chyba niespecjalnie wierzył i nie miał przy tym pewności, czy to zwątpienie nie wybijało się zbyt wyraźnie pomiędzy kolejnymi głoskami. Zwłaszcza, że gdzieś z tyłu głowy wciąż przecież czaiła się ta nieprzyjemna myśl, że po roku wciąż prawdopodobnie będzie miał dokładnie tyle samo powodów, by chcieć trzymać się z daleka od Toronto. Może i Doug zamierzał sponsorować ten jego wyjazd tylko przez rok i ani jednego dnia dłużej, ale…
Nie. Tej możliwości póki co nie zamierzał w ogóle brać pod uwagę.
Może i wciąż miałby tyle samo powodów, żeby nie chcieć wracać do miasta i tylko jeden, by chcieć zrobić to jak najszybciej, ale… Ten jeden powód, którego na tę chwilę nie chciał odsuwać od siebie nawet o milimetr, chyba mógłby z powodzeniem równoważyć – albo i przewyższać – wszystkie inne.

Elsa Eriksen