Strona 3 z 3

Are you the definition of insanity? Or am I?

: wt paź 13, 2026 11:29 pm
autor: montgomery morin
Ta niezręczność, prześladująca ich jak natrętna zjawa (albo przewlekła choroba weneryczna, której nie idzie się pozbyć żadnym sprawdzonym sposobem) była być może czymś, z czym zwyczajnie musieli się pogodzić. Czego bowiem miało spodziewać się dwóch dorosłych mężczyzn - i to takich z zapowiedzią czterdziestki ciążącą im już znacząco na karku - którzy kiedyś byli kochankami i przyjaciółmi, dziś zaś mogliby skutecznie udawać nieznajomych? Swoboda, którą Monty zwykł odczuwać w towarzystwie Wolfganga, prysła jak mydlana bańka, ustępując miejsca niewygodnej, gryzącej antycypacji. To, co kiedyś było zabawą, dziś przypominało raczej grę w rosyjską ruletkę, gdzie każdy niewłaściwy ruch, i każda błędna decyzja mogły być tymi ostatnimi.
Wolfie wydawał się jednak reagować na to wszystko inaczej. I może nie powinno być to niespodzianką - zawsze w końcu byli tak od siebie różni, że niektórym rówieśnikom zupełnie nie mieściło się w głowie jak ta dwójka znalazła do siebie drogę, i stała się kompletnie nierozłączna. Komfort, który blondyn nadal zdawał się odczuwać w jego towarzystwie, może powinien był Morinowi schlebiać, lecz w gruncie rzeczy raczej go przerażał, niosąc za sobą ogromną dozę odpowiedzialności. Jeśli bowiem Wolfgang czuł się przy nim bezpiecznie, Monty znów zyskiwał zdolność, by go zawieść. Rozczarować. Skrzywdzić. Co stanowiło zarówno pokusę, jak i niewyobrażalne zagrożenie.
- Mhmmm... - Niemalże skopiował reakcję Wolfganga, podkradając sobie, i przywłaszczając na moment wydany przezeń dźwięk. Miał przecież słuch absolutny, który niekiedy dawał mu możliwość niemal perfekcyjnego naśladowania swojego otoczenia. Może trochę go przedrzeźniał. Może trochę się z nim droczył. Może próbował rozproszyć odrobinę tę grobową powagę, która zwykła towarzyszyć rozmowom o umarłych.
W jakimś sensie musiał mu chyba zwyczajnie zazdrościć. Nie jak dawny partner o złamanym teraz sercu, ale zazdrością sięgającą ich relacji jeszcze na długo przed tym, jak zrodziło się w niej cokolwiek romantycznego. Zazdrościł mu po dziecięcemu, z każdym kolejnym wyznaniem Wolfganga zdając sobie sprawę, że blondyn zyskał coś, czego sam Monty nigdy nie doświadczył. Nawet jeśli mu to odebrano - przedwcześnie, okrutnie, jak to najwyraźniej życie miało już w zwyczaju. Adam, którego Morin mógł przecież znać wyłącznie z tych paru nieszczęsnych fotografii, miał żyć w Welshu już do końca, jak promień słońca zamknięty na prześwietlonej kliszy. Nawet jeśli Montgomery próbowałby zapewniać samego siebie, że podobną rolę w jego życiu spełniała Rena, aż za dobrze wiedział, że byłoby to zwyczajne kłamstwo. Nie dlatego, że kobieta nie była równie wyjątkowa co Adam. Chodziło raczej o to, że Monty'ego połączył z nią raczej rzadki rodzaj mroku, który w sobie nawzajem rozpoznali - wtedy, na tamtym bankiecie, gdy Herrera podeszła do niego po recitalu. Wydawało się wręcz, że żywili się nawzajem dokładnie tym samym rodzajem chłodu, podczas gdy - kiedy Wolfgang o nim perorował - Adam zdawał się być perfekcyjną kwintesencją ciepła.
- Może to i lepiej... - Mruknął znad własnej porcji alkoholu. - Może w innym razie zdążyłbyś się nimi... - nami - Zmęczyć. Albo znudzić.
Sam nie wierzył w to co mówi, bo przecież - o ile Monty mógł to stwierdzić z absolutną pewnością - Wolfie nie był z tych, którzy zwyczajnie nużyli lub nudzili się innymi. W przeciwieństwie do Morina, do większości relacji starającego się podchodzić raczej instrumentalnie, niż emocjonalnie. I kończyć je wówczas, gdy przestawały mu się w taki czy inny sposób opłacać.

Kolejne słowa blondyna zaskoczyły go, i zachwyciły skrupulatnością, z jaką mężczyzna - złośliwie! - nawiązywał do jego własnego przytyku. Był to niemalże komplement - choć wymierzony mu jak policzek.
- Chyba jestem po prostu zbyt trzeźwy - Wzruszył ramionami, starając się uczepić wiernie pierwszej części wypowiedzi Welsha, i kompletnie zignorować tę drugą - tę, w której mężczyzna przyznawał się do niemożności, by o Monty'm zapomnieć. No, na miłość boską! Po jaką cholerę w ogóle znowu do tego nawiązywał!? Czy to pozornie żartobliwe przyznawanie się do własnej tęsknoty dawało mu jakiś rodzaj satysfakcji? Jakiś rodzaj przyjemności, która dla Morina była zwyczajną torturą?
Nie zauważył nawet, jak dłoń sama zacisnęła mu się naokoło jednego z tych pokracznych widelczyków, aż do pobielenia kłykci. Całe szczęście, że Welsha było przynajmniej stać na coś twardszego od aluminium - w przeciwnym razie sztuciec na pewno zwyczajnie wygiąłby się szatynowi w dłoni. Wymownie, niemal brutalnie, wbił widelec w Bogu ducha winne ciasto.
- Daj spokój - Parsknął gdzieś na granicy rozbawienia i niedowierzana - Nie zamierzasz chyba opowiedzieć o tym - Powiódł wzrokiem po ich otoczeniu - po dwóch porcjach ciasta, po salonie Wolfganga, po chłostanych deszczem szybach, i wreszcie powrócił najpierw do sylwetki blondyna, a potem do własnej, schwytanej w ten sam krąg przytłumionego nieco światła - swojej matce?!
Choć pewnie powinien był raczej spytać jak się miała. I czy kiedykolwiek jeszcze pyta syna o jego dawnego przyjaciela.

Wolfgang Welsh

Are you the definition of insanity? Or am I?

: czw paź 22, 2026 11:45 pm
autor: Wolfgang Welsh
Śmiech, a właściwie parsknięcie pełne pobłażania i niedowierzenia, niemal wyrwało się z klatki piersiowej blondyna, lecz w porę zdołał je złapać i zdusić w gardle, wprawiając tym samym swoje smukłe, silne ramiona w lekkie drżenie. On miałby się zmęczyć? Albo znudzić? Czyżby Monty zapomniał o niedorzecznej wręcz wierności Wolfganga wobec osób rzeczy, które kochał lubił? Zdarzało mu się, wielokrotnie, rozpoczynać tę samą opowieść na nowo, gdy oczy ledwo kończyły śledzić ostatnie zdanie, bo tak bardzo zżywał się z bohaterami, ich historią i światem, że pragnął zagłębić się w nie raz jeszcze. Każda pora roku miała własną, dedykowaną listę lektur, do których wracał, by poczuć odpowiedni klimat. W jesień zawsze czytał Draculę i Frankensteina, na wiosnę zaś Cytryny i Normalnych Ludzi. Na śniadanie do tej pory zwykł jadać to samo danie – owsiankę z owocami i masłem orzechowym – zupełnie, jakby bez tego nie mógł rozpocząć dobrego dnia, a jego ulubioną piosenką niezmiennie pozostawała pozycja Papa don't preach.
Więc czy Monty o tym wszystkim zapomniał? A może uznał, że blondyn zdołał zmienić się nie do poznania? A może, zupełnie słusznie, założył, że przez dwadzieścia lat człowiek musiał się zmienić? Bo w końcu przez trzy ostatnie jesienie nie znalazł przestrzeni na to, by sięgnąć po ulubione lektury, owsiankę łykał w biegu, niemal nie czując jej smaku, a piosenka nie porywała go aż tak bardzo, gdy pewien piegowaty współlokator nie wygrywał jej intra na skrzypcach. I choć na początku był gotów się spierać i iść w zaparte, chcąc dowieść, że nie zmienił się tak bardzo, tak po kilku uderzeniach serca musiał skapitulować, tracąc pewność siebie i swoich deklaracji.
– Może… – przyznał niechętnie, omiatając wzrokiem podłogę i ich stopy, zdeczka zawstydzony. – Może masz rację, może mógłbym się... – Znudzić. Zmęczyć. Słowo nie mogło mu przejść przez gardło, więc tylko wzruszył ramionami. Wolał myśleć, że po prostu zapomniał, jak wraca się do tych ulubionych rzeczy. Wolał myśleć, że Monty zapomniał, jak wraca się do ulubionych ludzi.


Surrealistycznym wręcz doznaniem było obserwowanie Morina, który ze zbijającą z pantałyku pewnością, zdawał się reagować tylko na wybrane, wygodne sobie fragmenty wypowiedzi Wolfganga. Przez głowę Welsha przemknęło nawet pytanie, czy szatyn ogłuchł, czy może to on prowadził konwersację częściowo w swojej głowie. Jego zobojętnienie na powrót zaczęło nieco go drażnić, choć może niesłusznie zakładając, że ze strony szatyna była to próba postawienia pewnej granicy w ich relacji.
– No to pij, Monty – odparł dziarsko, potrząsając własną szklanką z drinkiem, jakby chciał przypomnieć przyjacielowi, że remedium na jego przypadłość znajduje się w jego dłoni. – Może dzięki temu staniesz się – łatwiejszy – znośniejszy.
Nie umiał wyjaśnić nawet przed samym sobą, dlaczego tak uparcie wracał do wbijania szpileczek szatynowi. Przecież chyba dopiero kwadrans temu przyznał mu prawo do czasu i oswojenia się z sytuacją, a mimo to nie mógł się zamknąć i uparcie wracał do tematu, który przez dwadzieścia lat nie dawał mu spokoju. Jako nastolatek zastanawiał się czy sprawy potoczyłyby się inaczej, gdyby zdobył się na odwagę i wykonał ruch wcześniej. Co byłoby, gdyby pewnego razu, gdy śledząc nad książkami z głową przy głowie, potrzymał jego wzrok i nieznacznie nachylił się, by nakryć jego usta swoimi? Albo gdyby przytrzymał go przy sobie dłużej wtedy, gdy będąc na lekkim rauszu i potykając się w ciemności chwiejnym krokiem wracali znad jeziora do jego pokoju? Gdyby zmusił swoje sparaliżowane pożądaniem i strachem ciało do zmiany pozycji, kiedy zasypiali obok siebie na jednym łóżku? Czy dzięki temu mieliby więcej czasu dla siebie? Więcej okazji, by poznać się w sposób dostępny tylko kochankom? Lecz wtedy tak bardzo bał się naruszyć ich status quo, wiedząc, że gdyby Monty nie zareagował tak jak Wolfgang tego pragnął, ich przyjaźń byłaby skończona.

Zupełnie jak teraz.

– A niby czemu nie? Przecież i tak n i c się tutaj nie dzieje – odparł na wpół rozbawiony, na wpół poirytowany. Bo n i c się tu nie działo. Na co właściwie tracili czas? – Więc daj mi chociaż jakiś materiał do opowieści, okej? – Ogarnął do góry kosmyki jasnych włosów, a złote kółeczka zdobiące jego uszy zaświeciły w półmroku. – Opowiedz mi chociaż coś o sobie, do cholery. – W jego głosie rozbrzmiał lekki ton desperacji. Nie mógł go mieć. Monty… Stój! Montgomery wyraźnie nie dawał mu nadziei na nic więcej. – Opowiedz mi o czymkolwiek – studiach, pracy, ostatniej książce, którą przeczytałeś, filmie, który widziałeś… – o tych wszystkich rzeczach, które znałby, gdyby dzieląca ich przez ostatnie dwie dekady cisza nie urosła do rozmiarów muru, którego nie potrafili przeskoczyć. Pytał w końcu o błahostki, którymi ludźmi wymienili się w ramach small talku na korytarzu w pracy lub przy kolacji, gdy różne grupy znajomych spotykały się u jednego, wspólnego kolegi na urodzinach. Drobiazgi, które na ogół nie znaczyły wiele, a które składały się na czyjąś codzienność i z perspektywy czasu nabierały znaczenia niemal nieprzyzwoitego w swojej intymności. Zwłaszcza wtedy, gdy ktoś właśnie do ciebie pierwszego przybiegał z każdą rewelacją, która na pozór nie znaczył nic w powszedniości podobnych wydarzeń, tylko po to, by podzielić się opinią na temat zakończenia powieści, albo by rozwodzić się nad nowym albumem ulubionego artysty. Gdy czyjaś obecność sprawiała, że człowiek mógł się otworzyć bardziej, na tyle, by móc zwrócić się do niego z błyskiem w oku i słowami słuchaj, bo mam teorię… i referować o czymś, co przez innych mogłoby zostać odebrane za głupie lub nic nieznaczące.
– Albo sam sobie wymyśl jakiś temat, jak wolisz – dodał na pozór lekkim tonem, starając się niezauważenie wyrównać nagle przyspieszony oddech. Nie wiedział, kiedy w trakcie swojego wywodu zrobił krok do przodu, zmniejszając między nimi przestrzeń. I choć wciąż dzieliła ich dobra stopa, tak przestrzeń między ich ciałami wydała się nagle zbyt mała, by Wolfgang mógł ją swobodnie zignorować. Zbyt mała, by nie dostrzegać drobnych szczegółów, na które nie powinien zwracać uwagi, a które wręcz krzyczały domagając się jego uwagi – cienia rzucanego przez rzęsy szatyna, ledwie zauważalnego ruchu klatki piersiowej przy wdechu czy ciepła emanującego z ciała, które przez długie lata pozostawało poza zasięgiem jego dłoni. Chcąc znaleźć wymówkę dla sytuacji, w której ich postawił, sięgnął wolną dłonią do drożdżowca uświadamiając sobie za późno, że dla siebie nie miał żadnego widelczyka. Oderwał więc kawałek ze swojej porcji i skierował dłoń do ust, lecz w międzyczasie jego oczy złowiły wyjątkowo ładny kadr twarzy Montgomery’ego, gdy światło błyskawicy zagrało na jego profilu, wprawiając go w bezruch. Palce trzymające ciasto zawisło gdzieś pośrodku między nimi na wysokości ich ust.
– No i jedz to ciasto. –

montgomery morin