Strona 3 z 4

Whitby. Powrót do bazy

: ndz lip 05, 2026 8:32 pm
autor: Archie Miller
Czy planując to wszystko przypuszczał, że nostalgia uderzy trochę za bardzo? Nie, bo taki właśnie był i kierował się w życiu myślą: jutro to problem przyszłego mnie, a przyszły ja na pewno coś wymyśli. Więc teraz, gdy oboje rozpływali się nad tymi listami, nierealnymi niespełnionymi marzeniami i upływającym czasem musiał działać szybko, nim oboje zaliczą potężny zjazd niewskazany w tak radosnym dniu.
Może i wyglądasz jak mokry szczur, ale przynajmniej nie jesteśmy pokłóceni. Z dwojga złego lepiej w tę stronę, choć nie widzę tak naprawdę niczego złego w tym jak wyglądasz — wręcz przeciwnie, on to widział w tym wiele dobrego. Zbyt wiele jak na przyjacielską relację przystało i ani jednego szczura na horyzoncie, co by mu pomógł te grzeszne myśli rozproszyć. — I tak, ten moment jest właśnie teraz — bo w życiu o to chodziło, by łapać chwile i momenty, te które wydają się właściwie i nie planować, bo plany to zwykle szlag trafi. Tak jak wtedy, gdy sobie ucieczkę z domu skrupulatnie zaplanowali i co? Piorun strzelił, wiatr się zerwał, deszcz przemoczył do majtek.
Czy to nie dziwne, że najlepsze wspomnienia mieli właśnie z tych chwil, kiedy umorusani od stóp do głów odwalali coś niemądrego? Czy to normalne, że własnie w tych chwilach szczerzyli się do siebie tak szczerze, że aż gdzieś uwierało. Bolało, że to brzmi niby jak dobry żart, figlarnie gdy tak razem wygłupiali się, a on w środku czuł, że w sumie mógłby klęknąć po raz trzeci i czwarty na to kolano, teraz, za rok znów i w przyszłości, aż w końcu powie to na poważnie, a ona zupełnie poważnie odpowie mu tak... a gdy tak pomyślał to nawet straszne się to nie wydawało. Tylko takie... naturalne. Normalna kolej rzeczy.
Podobno do trzech razy sztuka — odpowiedział radośnie puszczając jej oczko, ale co to miało w ogóle znaczyć? Że za trzecim razem w końcu mu odmówi? Czy może za trzecim razem to już będzie na poważnie? I czy faktycznie powinien on też doszukiwać się w tym drugiego dna? Skoro garnął się do tego w sposób nieprzemyślany, impulsywny, jakby tylko to działanie pod presją chwili nie pozwalało zdrowemu rozsądkowi zaprotestować… może coś w tym było? Prawda była taka, że ten zdrowy rozsądek — towar deficytowy w ciele Archibalda — odpalał się zazwyczaj wtedy, gdy zbyt mocno ciągnęło go do Abby, jakby obrał sobie za cel ochronę ich przyjaźni i na resztę aspektów życia Millera zdrowego rozsądku już nie wystarczało. Wszystkie siły na pokład, czy coś! Były jednak momenty takie jak te, gdy Archie wyrywał się przed szereg, walnął piękną przemowę i porywał się na wielkie gesty tak prosto z serca, co to się do niej wyrywało od najmłodszych lat. Może to właśnie było to drugie dno, które jego zdrowy rozsądek tak starał się zakopywać, raz po raz… po cholerę?!
I gdy tylko zgodziła się zostać jego oficjalną kompanką na dalsze dni — no inaczej być nie mogło — to wcisnął jej na palec ten pierścień, na ten najmniejszy, bo wcześniejsze próby były nieudane, ale kto by się dziwił. Troszkę podrośli, ale czy zmądrzeli w kwestii własnych uczuć? Może… bo gdy tak uniósł jej dłoń, by złożyć na niej przelotnego całusa i gdy usta zetknęły się z jej delikatną skórą, a spojrzeniem odszukał jej oczy, mógł przysiąc, że poczuł coś. Coś, co sprawiło, że chciał ją przyciągnąć do siebie bliżej… i place już zacisnął jakoś mocniej na jej dłoni, by to zrobić, ale nagle rozległ się…

T R Z A S K

…a rudy futrzak przemknął tuż obok nich. — A to gamoń jeden — mruknął bardziej do siebie z nadzieją, że go zrozumiała! Wiewiórka, nie Abby! Czy do swojej minusowej listy powinien dopisać wiewiórki? Może się wstrzyma, aż tak sobie nie przeskrobały, jeszcze!
Westchnął, bo wszechświat znów zdecydował za nich i podniósł się podając jej rękę, by pomóc jej wstać. — Wracamy, wracamy — przytaknął i zaraz schylił się, by tą ich kapsułę ze sobą zabrać. — A mama to się już dzisiaj z darami popisała if you know what i mean, popatrzył na nią znacząco mając na myśli truskawkowe prezerwatywy, ale gorąca czekolada wcale by im nie zaszkodziła.
Droga powrotna wcale nie była dla nich łaskawsza, choć odpuścił sobie tym razem przedzieranie przez ogrodzenie, by przypadkiem gaci nie stracić. Obrał trasę wybraną przez Abby, bo nie przewidział usługi chippendales na jej urodziny, choć może powinien? Bez koszulki i z zardzewiałym pudełkiem pod pachą utorował jej drogę przez rzekę z nadzieją, że żadna pijawka już się do niego nie przyczepi, a gdy w końcu dotarli do drewnianego domku poinformował. — Pozbieram rzeczy z góry — by się tu żadna zwierzyna nie pokusiła, jak ich nie będzie. — ŁAP! — zawołał zrzucając poduszkę, która spadła prosto na jej głowę, a chwile później kolejną. — No orientuj się Abby! — z koszem w ręce zszedł w dół i zapakował wszystko do auta.
Archie zaraz podkręcił ogrzewanie w aucie, a po chwili już para z ich mokrych ubrań unosiła się w samochodzie. Wyglądali k o m i c z n i e, gdy szyby tak parowały, zapach rzeki unosił się w małej przestrzeni, on siedział umorusany bez koszulki, a ona z różowym plastikiem na najmniejszym palcu. Dzieci wojny i jeszcze na dodatek to Holiday - Green Day, które włączyło się w kolejce z urodzinowej składanki i sprawiło, że Archiemu gibała się głowa w rytm muzyki.
Ok, misja kapsuła zakończona sukcesem. Straty z mojej strony: jedna koszulka, odrobina krwi i godność podczas wspinaczki — wyznał poważnie spoglądając kątem oka na Wallace i przenosząc spojrzenie na pierścionek, którym się bawiła — ale było warto — podsumował i znów już patrzył przed siebie, by dowieść ich bezpiecznie do domu.
Stali teraz przed domem rodzinnym Archibalda, ale jak na złość nikt im nie otwierał. — Jaki dzisiaj mamy dzień? — spojrzał szybko na telefon, gdy tak marzli po wyjściu z nagrzanego samochodu. — Cholera, klub książki — a to zawsze oznaczało sączenie wina z koleżankami i marudzenie na mężów, którzy wykorzystywali ten czas na swoje wyjście bez towarzystwa żon. Oznaczało to tyle, że chata choć wolna to wciąż pozostawała zamknięta. — Nie wziąłem kluczy! Ale… czekaj tutaj! — polecił i zaraz pognał za dom, bo jak z przodu było zamknięte to przecież zawsze przedzierał się przez to małe okienko do piwnicy, bo wiedział jak je poluzować. Problem w tym, że już wcale taki mały w barach nie był jak wtedy, więc nie dość, że się zaklinował i walczył z tym niczym Puchatek w norze Królika, to jeszcze wylądował na ziemi z hukiem zahaczając bokiem o parapet i robiąc sobie przy tym popisową szramę. Jakby już mu ta pijawka za mało krwi upiła.
Czy to wszystko było konieczne?
Nie.
To pewnie było jak z tym płotem na placu budowy. Wcale by go nie zdziwiło, gdyby Abby tam już stała teraz w środku jak wytoczył się z piwnicy i kierował się do drzwi głównych, by je otworzyć dla niej. W końcu klucz był ukryty pod jedną doniczką, o czym zawsze zapominał.
:cute:

Whitby. Powrót do bazy

: pn lip 06, 2026 7:59 pm
autor: Abby Wallace
Ostatnio jedyne, co im pomagało, to trzaski.
Latające miski z popcornu, który przywoływały ostatki rozumu albo wiewiórki, które zbiegały nagle z drzew i rozpraszały zafiksowane na sobie głowy. Przerywały wydłużone spojrzenia i chwała-kurwa-Bogu, bo ostatnio częstotliwość, z jaką im się to zdarzało była… zła. Bardzo zła. Zdecydowanie zbyt częsta i coraz trudniejsza do zignorowania. Całe szczęście tym razem wiewiórka zrobiła swoją robotę, sprawiając, że Abby odsunęła się od Millera.
Serce waliło szybko.
Szybciej niż u zdrowego, normalnego człowieka, a akurat kto jak kto, ale ona coś o tym wiedziała. Dosłownie miała na to papiery i gdyby sama nie była światkiem tej dwuznacznej sceny z pierścionkiem, pewnie wysłałaby samą siebie na badanie EKG, zalecając kontrolę ciśnienia przez następne dwa tygodnie. Ale była i wiedziała dobrze, że to, jak reagowało jej ciało, nie było żadną chorobą, a raczej naturalną reakcją organizmu na silne emocje.
Podziekowała w duchu Archiemu, że on również uznał, że nic takiego się nie stało i zamiast zaczynać jakąkolwiek cięższą rozmowę, po prostu wstał z miejsca i rzucił pewnym wracajmy, zabierając przy okazji kapsułę.
I faktycznie wrócili, wcześniej robiąc jeszcze przystanek przy drzewie, z którego trzeba było pozbierać rzeczy. Skinęła głową, gdy powiedział, że on sam po nie zejdzie, ale wcale nie była gotowa, kiedy zrzucał jej z góry poduszkę. Niby pierzyna była lekka, a jednak z takiej wysokości uderzyła w jej głowę z odpowiednim naciskiem, sprawiając, że Wallace zachwiała się niebezpiecznie. I chociaż druga zamortyzowała uderzenie, tak przeciążyła ją do tego stopnia, że Abby legła prosto na trawę.
Kiedyś mnie zabijesz, Miller — mruknęła pod nosem, jeszcze trochę sobie tam leżąc, nim Archie nie zszedł z domu. Jej zdanie można było interpretować na naprawdę wiele sposobów, w zależności od punktu siedzenia. Ambitni doszukaliby się w tym nawet pewnego rodzaju dwuznaczności, nawiązującej do poprzedniej sytuacji przy kapsule. Całe szczęście Archie nie znalazł jej wcale, bo już po chwili wspólnie przetransportowali się do auta, a z niego pod sam dom Millerów. Dom, którego… nikt nie otwierał.
Piątek — powiedziała od razu, gdy spytał, jaki był dzień tygodnia. Obserwowała go uważnie, gdy wyciągał telefon, a potem sprawdzał na nim godzinę. No tak, Dorothy przecież w piątki miała swój klub książki. Chodziła na niego jeszcze gdy mieszkali wszyscy w Whitby. — Ale możemy przecież… — już chciała mu powiedzieć, że przecież zawsze były tu gdzie dodatkowe klucze, żeby można było wejść do środka, ale nawet nie dokończyła zdania, bo Archie już wyrwał się za dom. Abby zaśmiała się pod nosem i pokręciła głową. Kurwa, czy ten człowiek kiedykolwiek tracił energię? Chyba nie. Ona za to powoli zamarzała. Słyszała z tyłu jakiś trzask, ale trzymała wszystkie rzeczy i nie miała za bardzo iść jak zobaczyć. Przesunęła za to stopą jeden z kwiatków, pod którym kiedyś trzymali klucz i… znowu się uśmiechnęła. W pierwszej chwili chciała się po niego schylić i wejść do środka, ale z drugiej… Przecież on tak się starał. Postanowiła nie odbierać mu radości z tego, co robił i ujmować na jego męstwie! Zasunęła więc kwiatka i poczekała aż Archie sam jej otworzy drzwi frontowe.
Wszystko git? Co to był za huk? — zagadała, sunąc spojrzeniem po jego sylwetce. Oczywiście od razu w oczy rzuciła się jej szrama. — Miller… — mruknęła przysuwając się bliżej i przesuwając palcami po miejscu, gdzie znajdowało się całkiem nieładne zadrapanie. — Trzeba ci to pewnie potem odkazić i najlepiej nałożyć bandaż, żeby nie zrobiło się zakażenie — oczywiście już założyła doktorską czapeczkę. Wszyscy lekarze mieli pierdolca na punkcie odkażania i unikania zakażeń i Abby wcale nie była inna. — Ale pierwsze prysznic i świeże ciuchy — w końcu trzeba było ustalić jakieś priorytety! Pchnęła go do środka poduszkami, sama przechodząc przez próg. Zrzuciła z siebie przemoczone buty, a potem w mokrutkich skarpetkach, zostawiajac ślady skierowała się na górę, po drodze zostawiając rzeczy na ziemi.
Ja biorę tą w twoim starym pokoju!! — krzyknęła, wbiegając po schodach. Co prawda teraz w pokoju Archiego był zrobiony bardziej pokój gościnny, ale Abby i tak wolała go o wiele bardziej i jego łazienkę niż tą Lucasa. Tam jakoś zawsze śmierdziało. Wleciała do pomieszczenia i od razu zrzuciła z siebie te okropnie przemoczone, lodowate ciuchy. Tak naprawdę to materiał zabierał z jej ciała najwięcej ciepła. Odkręciła wyjątkowo gorącą wodę i od razu wskoczyła pod prysznic.
Szybko jej poszło, chociaż trzeba przyznać, że z wyszorowaniem włosów zeszło jej najwięcej. Miała w nich zeschnięte kawałki błota, które za nic nie chciały zejść. Finalnie jakoś się udało. Złapała pierwszy, lepszy ręcznik, owinęła się szczelnie i przeszłą do pokoju Archiego. Po jego samochodzikach i pokemonach nie było już śladu. Tylko kilka zdjęć wciąż widniało na półkach i… w jednej komodzie znajdowały się jego ciuchy. Obsłużyła się, wygrzebując koszulkę Green Day z trasą koncertową sprzed kilku lat. Był to ich pierwszy koncert, na który pojechali sami do Toronto. Co prawda bez wiedzy rodziców i potem mieli karę przez miesiąc, ale czego nie robiło się dla dobrych wspomnień! Zarzuciła ją przez głowę i przez moment rozważała, czy nie ubrać bokserek z batmanem, które były obok, ale finalnie postawiła na jakieś krótkie, materiałowe galoty. Rozwiesiła swoje ciuchy na biurku i krześle, po czym zeszła na dół.
Archie? — spytała trochę niepewnie, a odpowiedziała jej… cisza. — No nie gadaj, że myjesz się dłużej niż ja — aż pokręciła głową na ten absurd. Trochę pokręciła się po salonie, oglądając stare zdjęcia, aż finalnie przeszła do wielkiej kuchni. Bo skoro mamy Miller nie było, może ona mogła im zrobić gorącą czekoladę?
Postawiła na wyspie dwa kubki, nastawiła wodę, a następnie przegrzebała szafki w poszukiwaniu gorącej czekolady. Trochę się tu porządziła, ale przecież od zawsze była czynnym członkiem tej rodziny!

:stickblep:

Whitby. Powrót do bazy

: sob lip 11, 2026 9:26 am
autor: Archie Miller
Kiedyś mnie zabijesz, Miller.
Brzmiało tak… domowo. Słyszał to nie pierwszy raz i nie mógł pozbyć się wrażenia, że będzie tego wysłuchiwał do grobowej deski. Totalnie widział to oczami swojej pokręconej wyobraźni, jak Wallace o srebrzystych włosach i pomarszczona niczym rodzynka wymachuje mu czymś przed nosem wykrzykując, że Ty Miller to mnie kiedyś do grobu wpakujesz, a on będzie udawał, że cokolwiek słyszy i przytakiwał z uśmiechem niczym mistrz pożycia małżeńskiego Pan Henderson. I za każdym razem, gdy te pokręcone myśli nawiedzały jego głowę uderzało go takie przeświadczenie, że sobie strasznie w kulki lecą, bo przecież do tego chyba powinni dążyć. Każdy w koło im powtarzał, że oni to kiedyś będą razem i są dla siebie stworzeni, a oni jakby byli jakimś zaklęciem okryci odrzucali te czary i głusi na ich sugestie brnęli przed siebie wmawiając sobie, że tak jest lepiej i bezpieczniej. Tylko czy było? Na ile im to wystarczy? Czy nie odniosą odwrotnego efektu upierając się przy swoim?
Prawda to była taka, że on w ostatnim czasie radził sobie coraz gorzej z utrzymywaniem pozorów. Nie chodzi nawet o to, że przed Abby, ale przed samym sobą. Kiedyś naprawdę potrafił odepchnąć od siebie te myśli i obrócić w niezły żart, z którego oboje śmiali się do rozpuku, ale teraz? Wcale mu nie było do śmiechu, czuł się bardziej jakby chodził po polu minowym. Wystarczyło, że była przy nim i niekiedy jeden krok sprawiał, że jego organizm wariował, tętno przyspieszało, powietrze nagle było jakieś gęstsze, a on z trudem utrzymywał tą maskę wiecznego zawadiaki, co to niczym się nie przejmował. Przejmował się… głównie tym czy faktycznie zrujnowałby ich przyjaźń, gdyby przepadł? Bo w duchu przepadał za każdym razem, gdy nieprzypadkowo przesuwała ręką po jego ciele, gdy czuł jej oddech na swoim karku jak wtedy podczas pamiętnej nocy, gdy znienawidził popcorn albo teraz gdy przeprawiał się z nią przez rzekę. I dobry boże… za którymś razem przepadnie naprawdę, a nie tylko w myślach. Wtedy żaden TRZASK im nie pomoże, ani żaden wiewiór.
Teraz jednak obyło się bez nagłych zwrotów akcji, no może nie licząc tych przeklętych drzwi jego rodzinnego domu, co to się nie otworzyły. — Wiem, wiem — przytaknął jej gdy zaczęła coś mówić, choć on już myślał o tym okienku w piwnicy i był przekonany, że ona też myślała dokładnie o tym samym. Przecież zawsze rozumieli się bez słów! Dlatego też powinna zorientować się po jego minie, że coś sknocił, gdy otworzył jej drzwi. Rana mówiła sama za siebie, ale jego łobuzerski uśmiech dopowiadał całą resztę. — Nic się nie stało, grawitacja upomniała się o moje boskie ciało — oznajmił wzruszając bezradnie ramionami. — Umyje się i będzie git — poinformował zupełnie nie przejmując się tą jej gadką o odkażaniu, bo przecież wiedział, że to miała we krwi i protestowanie nic by nie dało.
W kwestii pokoju zamierzał jednak walczyć. — O nie nie! Musisz najpierw ze mną wygrać — ale nim zdążył to zakomunikować ona przebierała już nogami po schodach i zwyczajnie nie miał z nią żadnych szans. Choć próbował, bo Millerowie walczą do końca! Wygrała, a gdy drzwi łazienki zatrzasnęły się za nią on zgarnął ze swojej półki szare dresowe spodnie i zaszył się w łazience Lucasa. Nagrodą pocieszenia okazał się żel pod prysznic, który był i to było w tym wszystkim najważniejsze, a że i zapach miał zacny to dodatkowy bonus. W tym wszystkim może nawet by uznał, że gorąca woda działała na niego zbawienie, gdy zmywał z siebie brud tej szalonej wyprawy, ale jedyne o czym myślał w tamtej chwili to fakt, że Wallace była rzut beretem od niego, w jego dawnej łazience i… aż sobie chłodną wodę odpalił na koniec, bo chyba para mu do głowy uderzyła.
Wytarł się zostawiając na ręczniku niewielkie smugi krwi, bo był przekonany, że to zadrapanie nie będzie się już sączyć i zaraz wywalił ręcznik do kosza na pranie. Wskoczył w dresowe gatki, ale nie założył koszulki i to wcale nie dlatego, by bezczelnie przez nią paradować i udowadniać raz po raz, że jednak z wiekiem trochę tych mięśni nabrał. Nie ubrał jej, bo zaraz zaszłaby krwią, co to lekko, sączyła się z rozciętego boku. Wziął więc z góry apteczkę i cichaczem zszedł na dół.
Stała tam i plądrowała szafki w jego krótkich gatkach i starej koszulce Green Day, z którą wiązała się masa wspomnień. Na jego twarz znów wkradł się bezczelny uśmiech i nim zdążył się zastanowić co robi podszedł do niej od tyłu, skracając odległość na tyle, by oszaleć poczuć znajomy zapach szamponu. Uniósł rękę do góry zaczepiając tę jej, która teraz spoczywała na jakieś puszce i zacmokał z dezaprobatą na znak, że zimno, bardzo zimno, a sam sięgnął o półkę wyżej, dokładnie tam, gdzie zza kwiecistych puszek wystawało znajome brązowe opakowanie. Złapał e i odsunął się od niej na krok odkładając je na blat, a zaraz obok położył też domową apteczkę, którą trzymał w lewej ręce.
To jak będzie z tą naszą przysięgą? — zapytał z zawadiackim uśmiechem na twarzy, bo prawda była taka, że sam by sobie z tym poradzić, ale po co miał odbierać przyjemność sobie i jej? Chyba mocno się uderzył, gdy spadł z tego płotu. Jesteś gotowa ojojać mnie? Bo chyba potrzebuje interwencji medycznej — oznajmił robiąc krok w tył i unosząc rękę w górę, by przyłożyć ją nagle do własnego czoła i wygiąć się teatralnie w tył układając na kuchennej wyspie niczym jakiś kurczak gotowy na wypatroszenie przed rosołem — zaraz wykrwawię się na twoich oczach — jęknął, ale gęba i tak się cieszyła, gdy wsparty na łokciach przekrzywiał głowę i przyglądał się Abby, która w tych jego ciuszkach wyglądała niesamowicie… właściwie. Zbyt dobrze.

:stickdrama: pani doktor, ja krwawię ✃𓄧꒷꒦🩸

Whitby. Powrót do bazy

: sob lip 11, 2026 10:04 am
autor: Abby Wallace
Kiedyś mogłaby poruszać się tutaj po ciemku.
W domu Millerów spędziła wszak więcej godzin niż Lucas faktycznie na myśleniu. Znała każdą jedną szafkę, wiedziała, gdzie Dorothy trzymała ciastka, po które zawsze musieli wspinać się na blat i nawet znała pozycję tych zdradzieckich! Co to niby miały opakowanie po ciasteczkach, a tak naprawdę w środku znajdowały się jedynie marne nici. Kiedyś mocno się na tym przejechali z Archibaldem. Tak mocno, że przez przypadek Miller wbił sobie jedna z igieł prosto w palec przy otwieraniu.
Teraz po latach wszystko albo miało już swoje nowe miejsca, albo po prostu jej pamięć zaczynała szwankować. Jeśli to drugie, była gotowa tłumaczyć sobie, że to przez to, bo umysł robił sobie miejsce na nowe, o wiele bardziej istotne wspomnienia. Chociaż akurat to gdzie było kakao było zajebiście istotne. Szczególnie że spędziła jakieś dobre dziesięć minut szukając go po szafkach, ze skutkiem tra-gi-cznym. Znalazła za to jakiegoś batona, którego bez pytania władowała sobie do ust i nawet nie zdążyła go porządnie ugryźć, a za jej plecami wyrósł nikt inny jak Archibald Miller we własnej osobie, pachnący owocami i zupełnie czyściutki. I bezczelny, jak zwykle, gdy to chodną dłoń ustawił na tej jej, która właśnie sięgała po puszki.
Nigdzie nie mogę znaleź… — nawet nie dokończyła, bo po pierwsze rozproszył ją dotyk, którego nie spodziewała, a tym bardziej przyjemnego mrowienia na skórze zaraz po, a tym bardziej fakt, że on WCIĄŻ nie miał na sobie koszulki. Naprawdę chciał ją zabić. Ale przynajmniej widoki przed śmiercią miała dobre. Jej wzrok naturalnie prześlizgnął się po odkrytej klatce piersiowej i brzuchu, na którym ewidentnie rysowały się mięśnie. Potrzeba wyciągnięcia reki przed siebie była tak kurewsko duża, że gdyby chyba Archie sam nie zaczął nawijać o ich przysiędze, Abby nie byłaby w stanie się powstrzymać.
Mało przysięg miałeś na dzisiaj? — prychnęła, kręcąc głową i dopiero wtedy jej spojrzenie przesunęło się bardziej na lewo, dokładnie na miejsce, w którym miał czerwoną szramę. Krew była jasna, świeża, ciekła powoli po jego skórze, przesuwając się w stronę gumki od dresów. — Dalej krwawi? — ściągnęła brwi do siebie. Ale pytanie! Następne chyba będzie czy niebo jest niebieskie w bezchmurny dzień, a trawa zielona. Thanks for nothing, Abby Wallace. Zrobiła krok do przodu i przykucnęła. Mogło to wyglądać TROCHE dwuznacznie, ale ona po prostu chciała się temu lepiej przyjrzeć. — Pewnie trzeba to będzie szyć — skwitowała ekstremalnie poważnie, podnosząc na niego wzrok. Oczywiście się przed nim zgrywała. Rana wcale nie była na tyle głęboka, żeby trzeba jej było pomagać z gojeniem. Raczej wystarczyło ją ładnie odkazić i porządnie zakleić, ale dzień bez nastraszenia Archiego byłby dniem straconym! — Dobra, kładź się — oznajmiła po chwili, klepiąc dłonią wyspę. — Trzeba ją będzie jeszcze trochę naciąć, żeby odpowiednio potem skóra się zrenerowała… — nawijała wciąż wczuta, chociaż widząc jego poważną minę, w końcu nie wytrzymała i zaśmiała się głośno. — No przecież żartuje. Siadaj tu ładnie — dobrze, że noża jeszcze po drodze nie złapała, bo faktycznie by uciekł. Złapała apteczkę, którą przyniósł i zaraz się tam porządziła, mrucząc pod nosem, że była kompletnie nie tak zorganizowana, jak powinna. Kolejne zboczenie lekarskie, którego nie dało się już z niej w żaden sposób wydłubać. Poprzekładała kilka rzeczy, raz po raz przesuwając wzrok na ciało Millera. Znajdowało się zdecydowanie za blisko jej twarzy, a myśl, że zaraz będzie jeszcze bliżej sprawiała, że wzdłuż pleców błądził bliżej nieokreślony prąd, masujący nerwy.
Daj rękę do tyłu, tu się podeprzyj i… o tak — poinstruowała go, nie omieszkając przesunąć dłonią po jego biodrze i ramieniu, by go odpowiednio ustawić. — Trzeba to pierwsze zdezynfekować, więc będzie piekło — ostrzegła lojalnie. Szczególnie że Dorothy miała jeden ze starszych płynów, które paliły skórę i każdy jeden zarazek, jaki się na niej znajdował. Przysunęła się bliżej rany, opierając biodro na jego udzie i wylała kilka solidnych kropel na ranę.
Pomimo tego, że Archie umył się pod prysznicem, rana zapieniła się jak szalona, a to zaś tylko utwierdziło ją w przekonaniu, że zasyfił ją sobie od środka. Wiec wylała kolejną porcję i kolejną, aż nie będzie czysta jak łza.
Żyjesz? — podniosła wzrok do jego twarzy. — Czy trzeba cię potrzymać za rączkę? — zaczepiała go? Oczywiście, że tak. Nie byłaby sobą, gdyby obok takiej okazji przeszła obojętnie. Nawet wyciągnęła wolną na bok i na moment odnalazła jego dłoń. Przesunęła po niej delikatnie, zaczepiając każdy jeden palec, plącząc je ze sobą w bliżej nieokreślonej kolejności. Niby to było nic — kolejny przypadkowy dotyk — ale Abby już chyba dawno przestała to postrzegać jako czysto kumpelskie. Bo jak mogła, kiedy skóra mrowiła w miejscach, gdzie dotykały się ich ręce? Jak długo można było ignorować takie objawy, szczególnie jako lekarz, doskonale znający anatomie?
Gdy tylko rana przestała się pienić sięgnęła po kilka gazików i delikatnie ściągnęła nadmiar płynu. Przysunęła twarz praktycznie pod samą skórę i podmuchała powoli. W końcu miała go ojojać, nie? No to właśnie to robiła. A potem już tylko największy plaster, jaki tylko mogła znaleźć. Przykleiła i poklepała go po tym miejscu.
Do wesela się zagoi — rzuciła z entuzjazmem. — Jeszcze coś cię boli czy pakujemy ten biznes? — zaśmiała się, zaglądając w jasne oczy Millera. — Bo osobiście jak zaraz nie wypije tej czekolady, to mogę już na dobre dostać spadku cukru i umrzeć — znowu łgała mu prosto w twarz, nawet nie wiedząc, jakim cudem znalazła się pomiędzy jego udami. — A tego chyba nie chcemy — ostatnie słowa dodała już o wiele ciszej, układając dłonie na jego udach. — Bo kto ci będzie naklejał plasterki?

Miller 🏥🚨🧰❤️‍🩹

Whitby. Powrót do bazy

: pn lip 13, 2026 10:49 am
autor: Archie Miller
Archie miał tendencje do odkładania rzeczy nie na swoje miejsce do tego stopnia, że kiedyś to cukiernicę do lodówki schował i wszyscy w kuchni łazili wkurzeni wokół blatu i miejsca gdzie powinna się znajdować, by ostatecznie się poddać. On, sam zainteresowany dosłodzeniem herbaty też nie mógł jej znaleźć, żeby nie było, a potem wpadła Abby na podwieczorek i wyciągając mleko bezczelnie zapytała, co za głupek wsadza cukier do lodówki. Dziwne, że wszyscy spojrzeli wtedy na Lucasa, a nie na niego, ale nie przyznawał się do tego, że za sprawa przyjaciółki nagle dostał olśnienia i przypomniał sobie dokładnie ten moment, w którym on to tam wpakował. Nic dziwnego, że Wallace niekiedy lepiej orientowała się gdzie co w domu mają, niż on sam. Miała zdecydowanie lepsza pamięć i nie wypierała z niej pewnych rzeczy, w odróżnieniu do Archibalda, który zwalniał miejsce w pamięci kilka razy dziennie. Po co? Cholera wie, może po to by zapisywać w niej te wszystkie szczegóły związane z nimi? Dziwnym trafem potrafił skojarzyć w którym dokładnie miejscu na pomoście Abby zaliczyła epicką glebę i mógłby wskazać na którym pośladku miała po tym wszystkim siniaka i opisać jakiej wielkości i zabarwienia on był. To są ważne sprawy do zapamiętania, a nie co gdzie Dorothy trzyma w szafce. Teraz też pewnie szukaliby tej czekolady o wiele dłużej, ale brązowe opakowanie rzuciło się mu w oczy zaraz po tym, jak zdołał je oderwać od prężącej się przed szafką Wallace. Wystarczyło po nią nie sięgnąć, zupełnie nieniewinnie zaczepiając przy tym je dłoń, drugą zapierając się na kuchennym blacie byleby jej do tych szafek nie przygnieść i co by ubrań krwią nie ubrudzić, bo tej koszulki to szkoda by było.
Z tobą nigdy za wiele — zapewnił ją bezczelnie się przy tym uśmiechając, ale nie skłamał w żaden sposób. Ich przysięgi były zupełnie naturalne, na mały paluszek złożyli ich niezliczoną ilość. Dziwne było teraz to, jak pewnie się czuł gdy lawirował na krawędzi. Tymi bezczelnymi gestami, nie przypadkowym dotykiem, zawadiackim uśmiechem. Czy tak mocno uderzył się spadając z tego płotu? Czy może tak dobrze czuł się będąc na swoim? Sam nie wiedział i jednocześnie nie dawał sobie przestrzeni do tego, by zgłębiać tę myśl, bo po cholerę? Nie robił przecież nic zdrożnego, na wszystko miał logiczne wytłumaczenie, a jeśli nie miał to na pewno znajdzie jakąś lukę na poczekaniu. Nawet to spojrzenie Abby mógł sobie tłumaczyć zawodową ciekawością, gdy tak po jego ciele wodziła bez skrępowania, a własne eksponowanie tych wypracowanych mięśni mógł tłumaczyć ostrożnością, co by nie trzeba było zbyt wiele krwi z ubrań odpierać.
Specjalnie dla ciebie nie próbowałem nawet tego zatamować, wręcz przeciwnie — ta jasne, specjalnie ranę rozszerzał, by zapewnić jej odrobinę rozrywki. — Wiem, jak lubisz takie rzeczy — on za to lubił ojojanie, ale chyba nie na tyle mocno, by dać się zszyć. — Czekaj, co?! — może i był postawny, wysportowany, ale jedna rzecz przerażała go niezmiennie tak, jakby znów miał pięć lat i zapierał się rękami i nogami przed drzwiami do lekarza, gdy czekało go szczepienie. Igła. Wzdrygnął się na słowa Abby nim zdążył na logikę ogarnąć, że no co jak co, ale sobie z niego kpi. Wyłożyła się dopiero na tym dodatkowym nacięciu, więc oparł sie posłusznie o blat z powątpiewającym uśmiechem, ale jednak wciąż lustrował ją spojrzeniem z jakąś taką dziwną niepewnością i to jej żartuje jakoś wcale go nie przekonywało. Jakby bał się, że zaraz wyciągnie coś gorszego niż igła i nóż razem wzięte.
I tak też się stało.
Wyciągnęła tajną broń Dorothy, płyn co wypala wszystko. Millera to zapiekło już coś w środku, nim jeszcze zdążyła odkręcić buteleczkę, chociaż to wcale nie było nieprzyjemne uczucie i ogarnęło go gdzieś pomiędzy tym jej ustawianiem go odpowiedniego, a tym jak biodrem oparła się o niego wyraźnie skupiona na swojej pracy. Zagapił się na nią, totalnie. Był pod wrażeniem, a przynajmniej do chwili w której wylała pierwszą część płynu na jego rany. Nagle zesztywniał i to wcale nie w ten przyjemny sposób, wzdrygnął się i spojrzał na nią z oburzeniem, jakby właśnie targnęła się na jego ego życie. — Żyje, ale co to za życie — wyznał pół żartem, pół serio wywracając przy tym zabawnie oczami, bo przecież nie będzie się przed dziewczyną wprost wykładał, że taka miękka buła z niego. A jednak nie protestował, gdy mu z tą rączką wypaliła. Przeciwnie! Ich dłonie odnalazły się, a on pozwolił na to, by ich place ponownie splotły się. Czuł, że to nie ma nic wspólnego z kumpelskim dodaniem otuchy, a jednak nie potrafił przerwać.
Wariował.
Czuł jej zapach, bliskość jej twarzy, gdy pochylała się nad jego bokiem i ten ciepły podmuch jaki zostawiała na jego skórze. Kręciło się mu w głowie, gdy go tak ładnie ojojała i dopiero klepnięcie w plaster wyrwało go z jakiegoś transu, w którym serce już zdążyło niebezpiecznie przyspieszyć. Kompletnie oszołomiony spojrzał jej w oczy, jakby dopiero ogarnął gdzie właściwie się znajdują. Stała bezczelnie między jego udami, jej dłonie spoczywały na jego spodniach jakby nigdy nic, a on powoli wypuścił powietrze z płuc. I chyba próbował przez moment walczyć, uśmiechnąć się w ten znajomy cwaniacki sposób i zażartować, ale wzrok osunął się na jej usta, a gdy ponownie wrócił do jej oczu był taki… poważny. Uniósł leniwie dłoń, która przed chwilą grzała miejsce na wyspie i ułożył ją na jej biodrze. Idealnie tuż pod krawędzią koszulki Green Day palcem zahaczając lekko o materiał, aż wyczuł pod nim ciepło jej skóry. — No właśnie… tego chyba nie chcemy — zawtórował jej, ale na próżno szukać tu kpiny. Miller sobie nie żartował. — Bo bez ciebie… bez ciebie Wallace kto by mnie tak przyjemnie torturował? — zapytał pochylając się w jej stronę, skracając tym samym i tak już niebezpiecznie mały dystans między nimi. Przyznał się. Bez zastanowienia i między słowami przyznał się czym dla niego były te wszystkie ojojania. P r z y j e m n o ś c i ą. — Pod pretekstem ratowania życia, huh? — dodał przechylając minimalnie głowę i przyglądając się jej bezwstydnie. Może ich przyjaźń właśnie wisiała na włosku, ale to nie jego wina, że Abby Wallace potrafiła sprawić, że Miller przez zwykły plaster miał ochotę paść na zawał. Serce mu waliło.
Powinniśmy szybko rozwiązać sprawę spadku cukru — przyznał zsuwając się z blatu, ale wciąż trzymając dłoń na jej boku i przyciągając do siebie, by nazbyt się mu nie odsunęła. I jakoś wcale nie garnął się do tego, by zrobić jej czekoladę. Całe jego ciało rwało się do zupełnie innego rodzaju słodyczy.

gorąca i słodka, lepsza niż kubek gorącej czekolady 🥵🍫

Whitby. Powrót do bazy

: pn lip 13, 2026 10:06 pm
autor: Abby Wallace
Time, mystical time
Cuttin' me open, then healin' me fine
Were there clues I didn't see?
And isn't it just so pretty to think
All along there was some
Invisible string
Tying you to me



Faktycznie nie brzydziła się krwi i nie bała patrzeć komuś rany.
Ale to wcale nie znaczyło, że lubiła, kiedy ktokolwiek robił sobie krzywdę. A już na pewno nie Archie Miller. W ostatnim czasie jednak działo mu się to nieustannie i chociaż Abby zawsze była pierwsza, żeby mu pomóc, tak może faktycznie trzeba było się zastanowić, czy przypadkiem nie robił sobie tego wszystkiego s p e c j a l n i e, żeby mogła się nim odpowiednio opiekować.
Teraz jednak nie miała na to czasu, bo już zajęła się opatrzeniem szramy na jego biodrze. Pierwsze płynem, który z założenia szczypał jak diabli. W szpitalu już dawno używało się innych preparatów, bo te stare, babcine były zdecydowanie bardziej podrażniające dla skóry niż cokolwiek innego. Równie dobrze mogła mu wylać na skórę czysty spyrol i wyszłoby na to samo. Nic dziwnego, że Miller skrzywił się z bólu i mocniej zacisnął palce na dłoni, którą mu podłożyła.
Potem całe szczęście poszło już z górki.
Przykładanie gazika i naklejanie plasterków akurat należało już do czynności przyjemnych, szczególnie, że chwile przed Abby prawidłowo ojojała przyjaciela, prawie muskając jego poranione miejsce własnymi ustami, kiedy starannie na nie dmuchała. Fakt, że Miller siedział przed nią kompletnie bez koszulki, pachnący żelem pod prysznic, a woda z jego włosów kapała gdzieś na jej szyję wcale w niczym nie pomagał, a już na pewno w tym, żeby odpowiednio się skupiła. Myśli się jej rozlewały. Błądziły do rejonów, do których kompletnie nie powinny. Z a k a z a n y c h.
Bo przecież to wszystko, co ostatnio się między nimi działo było owocem zakazanym. Cholernym jabłkiem prosto z raju, pilnowanego przez chytrego węża. A oni jak Adam i Ewa. Ludzie, którzy mieli wszystko czego tak naprawdę potrzebowali, mieli siebie jako dwójkę przyjaciół, na dobre i na złe. A jednak wizja spróbowania jak smakowało to nieznane była równie silna jak pozostanie przy tym co stabilne; co znali.
I szczerze? Abby Wallace stojąc miedzy jego nogami miała kompletny mętlik w głowie. Jak wcześniej była zdecydowanie po stronie przyjaźni ponad wszystko, tak teraz patrząc w jego piękne, jasne oczy już wcale nie była tego taka pewna. Wyobrażenie smaku jego ust wwiercało jej w głowie tak silną dziurę, że lada moment, a cały mózg jej nią wypłynie. Mimowolnie zacisnęła mocniej palce na jego udach, próbując jakoś rozładować budujące się napięcie. Bo on też musiał je czuć, prawda? Nie ubzdurała sobie tego? Nie mogła.
Widziała to na jego twarzy.
Czuła w sposobie, w jaki jego dłoń zacisnęła się na ciemnej koszulce Green Day, a przez jej kręgosłup zawędrował elektryzujący prąd. Obserwowała go uważnie, kiedy wyrzucał z siebie olejne słowa, kiedy mówił o torturach, sam t o r t u r u j ą c ją tym, jak się do niej przysuwał, jak wodził spojrzeniem po jej twarzy.
Ile jeszcze mogli od tego uciekać?
Czy ty sugerujesz, że torturowanie ciebie sprawia mi przyjemność, Miller? — odpyskowała mu od razu, zadzierając głowę wyżej i lustrując jego gest. Ciepły oddech Archiego momentalnie wylądował na jej rozgrzanych policzkach. Czuła na sobie każde jedno dmuchniecie, nierówne, po którym mogłaby spokojnie wyliczyć, ile uderzeń na sekundę biło jego serce, gdyby tylko odpowiednio się skupiła. Problem w tym, że nie potrafiła się skupić. — Może masz rację — zaczęła o pół tonu ciszej. — Może faktycznie sprawia mi to trochę przyjemności — wyprostowała się jeszcze bardziej, unosząc minimalnie przez zaparcie palcy na jego udach. Ani jej się śniło ruszać teraz z miejsca. Nawet gdyby chciała, nie byłaby w stanie. Nogi miała wryte w podłogę, a spojrzenie zamknięte na jego twarzy.
Problem w tym, że to on ruszył się pierwszy.
B e z c z e l n i e wypchnął biodra do przodu i osunął się w dól po blacie, ocierając o nią na całej długości. Wallace nawet nie zdążyła zareagować. Jej dłonie ruszyły razem z nim w dół, samoistnie po chwili podnosząc się do góry i lądując gdzieś na wysokości jego miednicy. Nawet nie drgnęła. Przez co stali teraz ciało przy ciele. Ona z głową zadartą w górę, on z dłońmi bezczelnie przy samej granicy jej koszulki, a miejsca, gdzie był odkryty kawałek brzucha, który podwinął przy stawaniu. Serce podeszło jej do gardła, gdy wspomniał rozwiązanie spadku cukru, bo chyba dokładnie wiedziała, co miał na myśli, a jednak…
I jak ty niby chcesz to rozwiązać, co? — powiedziała powoli, równie leniwie przesuwając jedną z dłoni nieznacznie w górę, na jego nagą, rozgrzana skórę. Czuła odznaczające się mięśnie, czuła też jak ten dotyk iskrzył gdzieś pod opuszkami, podczas gdy jej oczy nie spuszczały z niego spojrzenia. — Bo ja może mam jeden pomysł, ale jest z nim jeden problem… — wspięła się delikatnie na palcach, jeszcze bardziej do niego przylegając, aż na własnej piersi poczuła jego bijące pod mostkiem serce. Ich usta dzieliły już ostatnie centymetry. — Możemy się sparzyć — wyszeptała na ostatnim wydechu.
Czuła go dosłownie wszędzie.
Wariowała.
Jej klatka piersiowa uderzała o tą jego.
W pokoju było nieznośnie ciepło.
I chociaż jej głowa dosłownie k r z y c z a ł a, żeby się od niego odsunęła, tak serce już chyba nie potrafiło. Bo ono wyrywało się do niego tam mocno, że w pewnej chwili Abby… skapitulowała.
Przegrała tą walkę i w pełnej nieświadomości pokonała te ostatnie milimetry, muskając jego usta. Pierwsze delikatnie, ledwo wyczuwalnie, zasysając z wyczuciem jego dolną wargę. Smakując go po raz pierwszy. I to… to był pieprzony gwóźdź do trumny, bo Archibald Miller smakował obłędnie. Lepiej niż się spodziewała, a jej ciało momentalnie zadrżało. Wraz z tym z jej głowy wyparowały resztki samokontroli i ona już nie potrafiła tego zatrzymać. Nie potrafiła tylko skosztować. Zobaczyć jak to będzie. Rzuciła mu przelotne, ciemne spojrzenie, dosłownie na ułamek sekundy nim znowu wpiła się w jego usta. Już o wiele bardziej czule, bardziej agresywnie, jakby te wszystkie emocje, które siedziały w niej przez te wszystkie lata nagle w jednej sekundzie zaczęły puszczać. Jej dłoń przesunęła w górę, po jego nagim torsie, znajdując sobie miejsce na rozgrzanym karku, podczas gdy usta chciały jeszcze bardziej pogłębić pocałunek.
I wtedy ten spóźniony wrzechświat, który zawsze działał w porę, wpadł obrzydliwie spóźniony.
Drzwi frontowe trzasnęły z hukiem, który odbił się pod jej czaszką, a zaraz oboje mogli usłyszeć donośne:
Jestem!! Archie, Abby?! Już wróciliście się? Widzę wasze buty! — rzuciła Dorothy, wchodząc na pełnej do kuchni.
Kurwa.

the most scared I've even been ( ˶˘ ³˘(ˊᗜˋ*)!♡

Whitby. Powrót do bazy

: wt lip 14, 2026 2:26 pm
autor: Archie Miller
This feels like everything I need
This feels like what it's meant to be
I hope that you can understand
This feels like everything we need



Potem całe szczęście poszło już z górki. Poszło? Oj zdecydowanie poszło, ale to czy na całe szczęście to się dopiero okaże z czasem, bo teraz akcje A&A Company szalały i bóg jeden wie, gdzie ich to zaprowadzi. Wallace swoim podmuchem sprawiła, że pierwsza kostka domina zachwiała się, a potem razem pchnęli ją i sprawili, że ta latami budowana przez nich konstrukcja o nazwie tylko się przyjaźnimy runęła.
Musiała kiedyś kurwa runąć.
Ile było już tych momentów, gdzie pociemniałe oczy jednego szukały zgody w tych drugich? Ile było tych chwil, gdy dotyk wcale nie był taki nieśmiały i niewinny? Ile było tych sytuacji, gdzie zabrakło tchu, a jednak zawsze coś. Los pieprzony pod postacią upierdliwej baby dobijającej się do drzwi w toalecie / popcornu / wiewiórki / innych przerywników, których było wiele i nie sposób wyliczyć. Te momenty wymykały się im z rąk jednocześnie budując napięcie, które z każdym kolejnym razem, gdy wspólnie spędzali czas zdawało się trudniejsze do udźwignięcia. Napięcie, które w końcu musiało znaleźć ujście, choć chyba żadne z nich nie przypuszczało, że to zadzieje się teraz.
W dniu, kiedy wszystko już miało pójść z górki.
W dniu, kiedy mieli zrobić sobie gorącą czekoladę, by się jakoś ogarnąć do tego wieczornego piątkowego kina plenerowego, które zaplanował im na zwieńczenie dzisiejszego dnia. Dałby sobie rękę uciąć, że nad tym też od lat krąży jakaś klątwa! Co chciał się z nią wyrwać to albo szła z jakimś nowym chłoptasiem albo jego wyciągała aktualna dziewczyna. I gdy już trafił się czas, że mogli iść razem bo byli wolni to przyplątało się jakieś grypsko żołądkowe lub inne dziadostwo, które zatrzymywało ich w domu. Dobrze wiedział jak oklepane było Dirty Dancing, ale i tak chętnie leżałby z nią w plenerze nad jeziorem Ontario wytykając jej podczas sceny nauki podnoszenia w jeziorze, dlaczego w klubie podczas konkursu kręglarskiego tak epicko się wyrąbali. Może po filmie nawet sami by te podnoszenia ćwiczyli mocząc się raz jeszcze, ale teraz…
Turlali się z górki w kierunku którego nie planował i którego nie znał, więc ciąg dalszy był tak nieprzewidywalny jak w jakimś filmie, gdzie zwrot akcji goni kolejne zwroty, człowiek myśli, że wie wszystko, a koniec i tak wywala go z kinowego fotela.
Millera wywaliło, bo żadne rozproszenie i żaden zwrot akcji się nie pojawił. Kiedy ona bezczelnie zaciskała dłonie na jego udach licząc na rozładowanie napięcia, ono w nim narastało. Jakby przekazywała mu te impulsy, by wystukiwały coraz to szybszy rytm serca. Serca, które od ponad dwóch dekad biło dla niej. Oddawał jej więc to, co sama mu przekazywała. Zaciskał dłonie gdzieś w okolicy jej biodra, gdy ona zaciskała na jego nodze. Na co liczyli? Że któreś z nich to przerwie?
Not this time.
— Nie sugeruję — odpowiedział bez wahania, jakoś tak pewnie, gdy zadzierała głowę do góry podchwytując temat. — Ja to wiem — wymruczał ciszej i zaraz kącik drgnął mu górę w bezczelnym uśmiechu, gdy wsparła się na dłoniach przyznając do tego. Czuł ją. Czuł jak oddech przyspiesza wraz z rytmem serca. Jak próbuje być taka pewna siebie, wyprostowana, zadziorna, a jednak zadrżała, gdy palcami zaczepiał jej bok pod koszulką. — Ale takie tortury to nie tortury — przyznał, bo jeśli ktoś był ich fanem numer jeden to właśnie Archibald Miller. Ten sam, który teraz postanowił dla odmiany torturować ją.
Zsunął się z blatu błądząc po jej twarzy pociemniałym spojrzeniem, a w głowie tlił się mu już tylko jeden pomysł na podniesienie cukru, choć bał się, że wywali go tym poza jakiekolwiek zdrowe i przyzwoite normy.
Czy pokrywał się z tym, który chodził po głowie Wallace?
Możemy się sparzyć.
Chyba pokrywał.
To ostrzeżenie, brzmiało bardziej jak obietnica spełnienia jego cichych pragnień. Nie protestował więc, milczał jak zaklęty patrząc w jej oczy tak, jakby rzucał jej wyzwanie.
Do dzieła Wallace, sparz mnie.
Zrobiła to. Delikatnie, jakby na próbę musnęła jego usta i t y l e. Tylko tyle wystarczyło, by w ułamku sekundy w jego głowie wszystko eksplodowało. Wszystkie te mury i zapory, które stawiali sobie w myślach, by nie dotrzeć do końca ich c z y s t e j przyjaźni własnie runęły z hukiem. To nie był kumpelski całus, a już na pewno nie po tym jak raz jeszcze wpiła się w jego usta. Jakikolwiek lęk przed zniszczeniem przyjaźni nie miał już żadnej siły przebicia, wyparował. To co działo się teraz okazało się najbardziej właściwym i najbardziej naturalnym uczuciem jakiego doświadczył.
Cichy pomruk opuścił jego usta, gdy poczuł jej dłoń na karku pociągając go bliżej. Chyba był w szoku. Nie było żadnej wiewiórki, popcornu, losu pieprzonego. Tylko jej usta, słodsze i gorętsze niż jakakolwiek czekolada.
Wallace go o s z o ł o m i ł a.
Dłońmi przemknął po jej tali, pnąc się w górę tylko po to, by ująć jej twarz w swoje duże dłonie. Odsunął się od jej ust dosłownie na milimetr, palcami odgarniając wciąż nieco wilgotne kosmyki włosów z jej twarzy. Drżącym od nadmiaru emocji kciukiem przesunął po jej dolnej wardze, wciąż wilgotnej od ich pierwszego pocałunku… — Za późno na ostrzeżenia, Wallace — wyznał spoglądając w jej zamglone oczy.
Czy jego też zdradzały wszystko? Czy zdradzały to, że wcale się nie sparzy, bo już przez nią cały płonie? Czy widziała to, jak w jednej chwili tamten chłopczyk z podwórka spala się na jej oczach i zostaje tylko mężczyzna, który właśnie dostał coś o czym marzył ponad dwie dekady?
Teraz to on przejął kontrolę nad tym chaosem, a przynajmniej tak się mu wydawało, kiedy to wpił się w jej usta raz jeszcz. Zachłannie, głęboko, pogłębiając pocałunek tak jakby jutra miało nie być…
Jednak co tam jutro, kiedy to dzisiaj - pieprzone DZISIAJ - uderzyło w nich z podwójną siłą. Siłą uderzeniowa na miarę Dorothy Miller.
Kurwa — wyrwało się z jego ust zaraz gdy tylko oderwał się od tych delikatnych warg Wallace. Zagalopował się. Oczami wyobraźni widział zupełnie inny ciąg dalszy, w którym pieprzony los nie leci sobie w kulki. Ona też, na pewno. Czuł jak drży pod jego palcami nim zdążył je od niej odsunąć na dźwięk słów Dorothy, która na pełnej wkroczyła do kuchni.
Tu jesteście gołąbeczki! — odparła radośnie ujmując w rękach torbę z zakupami, wyraźnie lekko rozradowana po kilku winnych lekturach w klubie książki. Archie zaraz wyłapał na jej twarzy ten uśmieszek, co to zdradza wszystko. Ja już wiem, co tu się działo i nie musicie nic mówić, ale…a nie mówiłam! Jakaś taka duma ją roznosiła, jakby wiedziała na co się zanosi i teraz z tą dumą przemknęła obok nich jakby nigdy nic.
Miller stał jak wryty.
O, robiliście gorącą czekoladę? Kiepsko wam poszło. Pozwólcie, że wam zrobię — wypaliła i wpakowała mu w ręce torbę z zakupami, posyłając wymowne spojrzenie by się nie ociągał i je rozpakował, a Abby wskazała miejsce przy wyspie. — Siadaj złotko i o-po-wia-daj — przyklasnęła i pognała postawić wodę. — Znaleźliście tę kapsułę?! — zapytała znów obracając się w jej stronę licząc na szczegóły. Oczywiście, że o wszystkim wiedziała, bo gdyby nie ona to w ogóle tej mapy dzisiaj nie mieli. Nic dziwnego, że skoro syn poruszył ją do poszukiwań mapy to teraz chciała wiedzieć czy cokolwiek znalazł.
A Archie?
Archie chował mleko do lodówki, choć prawdę mówiąc chciał sam się do niej schować. Schłodzić, a może ukryć? Nie wiedział jak Dorothy to robiła, ale znów czuł się jak ten dzieciak. Nagle znów byli w jego domu rodzinnym, mama robiła im gorącą czekoladę, po tym jak coś ewidentnie napsocili i nie chcieli się do tego przyznać.
Wszystko niby tak jak dawniej, ale zarazem już nic nigdy nie będzie tak jak dawniej.
I posłał Abby krótkie spojrzenie, gdy stał obok tej lodówki. Trochę zmieszane, a trochę tęskne. Nie za tym co było i co być może przed chwilą koncertowo spieprzyli. Tylko za tamtą chwilą, sprzed kilku minut. Za tym, co wydawało się tak właściwie nim los znów sobie z nich zakpił.
Po wielu przygodach znaleźliśmy — wtrącił się nim Abby cokolwiek powiedziała wracając do rozpakowywania warzyw i… owoców. Nagle na blacie wylądowały truskawki, nie wiedząc czemu mama Miller zachichotała pod nosem.

Say something before I know we lost our way (•́ ᴖ •̀)

Whitby. Powrót do bazy

: wt lip 14, 2026 8:56 pm
autor: Abby Wallace
Mówi się, że między przyjaźnią a miłością jest cienka granica.
Abby zawsze wierzyła w to, że te dwie rzeczy na dłuższą metę żyły w odosobnieniu.
Miłość z przyjaźni bywała piękna, była wspaniałym fundamentem do budowania relacji, jednak w tym samym czasie, kiedy nie wypalała, kończyła wszystko. Z przyjaźni bardzo łatwo było przejść do czegoś więcej, ale to była droga w jedną stronę. Takie relacje nigdy nie były w stanie cofnąć się do czasów przed wybuchem uczuć, niezależnie od tego, jak bardzo by się chciało. Wiedziała to. Miała kilka takich przelotnych związków, miała znajomych, którzy kończyli w tych niewypalonych relacjach, a potem żałowali.
Ona chciała żałować.
Bo szczerze?
Kogo jak kogo, ale akurat bez Archiego nie wyobrażała sobie życia. Bez jego uśmiechu, który rozpromieniał każdy dzień, bez głupich żartów, które przeganiały nawet najczarniejsze chmury, bez troski, jaką dawał jej na każdym kroku… Był jej towarzyszem w tej przygodzie zwanej życiem i zawsze stawiała ich przyjaźń nad wszystko inne.
Zawsze.
Bo wiedziała, że drugiego takiego nie znajdzie.
Nikt na tym świecie nie zrozumiałby jej tak jak on, nie potrafił się z nią cieszyć i płakać tak bardzo, jak robił to Miller. Był jedyny w sowim rodzaju.
Tylko problem w tym… że nikt też nie smakował tak jak on.
Latem, beztroską i zachodzącym słońcem.
Obłędnie.
I chociaż sama nie wiedziała, co jej o d j e b a ł o, że pozwoliła sobie na tak wielkie wykroczenie jak pocałunek, nagle nie potrafiła przestać. Na kilka sekund zupełnie odcięło jej myślenie. Twardy dysk się wyłączył i było tylko czucie. Był intensywny dreszcz, który przeszedł przez jej ciało, kiedy on również musnął jej usta. Kiedy zostawił na nich nie tylko przyjemne mrowienie, ale też śladowe ilości wilgoci, które załaskotały skórę. Serce biło jej jak szalone. Oddech wariował. A ciało? Ono kompletnie bez pytania docisnęło się do niego jeszcze bardziej, kiedy sięgnęła po drugi, już o wiele bardziej odważny pocałunek. Bardziej stęskniony, wygłodniały. Jakby wiedzieli, że to mogła być jedyna taka okazja, że może jutro oboje obudzą się z myślą, że to był błąd i trzeba ratować tą przyjaźń póki jeszcze się dało. Ale nie teraz. Teraz ona chciała tylko jednej rzeczy: jego.
W całym sowim życiu nie chciała nic bardziej niż Archiego Millera. Ciało przy ciele. I jego ręką po materiałem koszulki z Green Day. Kiedy jego opuszki sunęły pewniej po jej brzuchu, bez problemu mógł czuć, jak każdy jeden mięśnie pod skórą spina się dla niego. Jak reagowała na to wszystko co dookoła. Na to jak grzeszyli. A kiedy to on się do niej wyrwał, kiedy ich języki wyszły sobie a przeciw, zalała ją ogromna fala gorąca. Przelotne jęknięcie wyleciało prosto z jej gardła równo z hukiem spowodowanym przez Dorothy Miller.
A potem równie ogniście od niego odskoczyła.
Przyłapana na gorącym uczynku, odepchnęła się od jego klatki piersiowej i poleciała zupełnie bez kontroli na błąd za sobą. Biodro wbiło się nieprzyjemnie w kurek od piekarnika, ale ona nawet tego nie poczuła. Była zbyt zajęta szokiem, jaki na nią spadł. Tym co się stało. Jakby dopiero powoli odzyskiwała świadomość umysłu.
Dorothy nawijała na pełnej, coś o czekoladzie, a Wallace tylko próbowała uspokoić rozszalały oddech. Nie słuchała jej. No kurwa nie miała pojęcia, co matka Archiego do niej mówiła, bo ona myślała tylko o…
Ja pierdole.
Co oni dobrego zrobili?
I dlaczego ona czuła cholerną potrzebę, żeby zrobić to jeszcze raz?
Wbiła palce w pierwszą, lepszą szufladę, do bólu, a spojrzenie podniosła dopiero, gdy Pani Miller kazała jej siadać. Wciąż trwając w amoku, Abby skinęła grzecznie głową, a potem skierowała się dookoła wyspy, w stronę hokera. Ręce trzęsły się jej jak jasna cholerą. Ona cała drżała. Było to widać? Miała nadzieje, że nie. Powoli wspięła się na krzesło i spojrzała w stronę lodówki, gdzie Archie stał z zakupami. Poliki ją piekły i nawet nie zauważyła, że palce przesuwały się jej po dolnej dolnej wardze. Wardze, która jeszcze pamiętała tą chwilę uniesienia, która drżała nerwowo i pulsowała niemiłosiernie.
Abby! — Dorothy po raz kolejny chyba powiedziała jej imię.
Hm? — uniosła na nią spojrzenie, prostując się na krześle. — Przepraszam, zamyśliłam się — zająkała się, odchrząkując i poprawiając koszulkę, która gdzieś przy brzuchu dalej była podwinięta.
To jak było z tą kapsułą? Co tam było? Opowiadajcie — Dorothy nie dawała za wygraną. Zdecydowanie miała więcej energii od nich i wina wlanego w ciało, czego Wallace momentalnie jej pozazdrościła. Też mogłaby się teraz upić. Do nieprzytomności najlepiej. — Weź sobie truskawkę słońce i nawijaj!— postawiła je na blacie, uśmiechając się szczerze, a potem zgarnęła jedną do ust i poszła dalej, żeby nastawić mleko na kakao.
No co… — złapała niewielki, czerwony kawałek w palce i zaczęła skubać szypułkę. — Kilka zdjeć, jakieś mega stare cukierki, mój pierścionek z odpustu, a no i nasze listy marzeń… — spojrzała na moment na Archiego, a dokładniej jego plecy. — Niektóre spełnione, inne jeszcze nie, a niektóre mega odklejone — zaśmiała się nerwowo. Czy zostanie panią Miller było jednym z tych odklejonych, czy może jednak z kategorii jeszcze nie? A to, żeby Archie wiecznie ją kochał? Znowu było jej ciepło. Gorąco. Skóra paliła, a policzki… — Strasznie ciepło, co? Może uchylę okno — zerwała się z miejsca i zanim ktokolwiek jej odpowiedział, już zeskakiwała z krzesła i otwierała drzwi na taras. Zaciągnęła się przy okazji świeżym powietrzem, ale nic to nie dało.
A ty co tyle grzebiesz w tej lodówce?! — Dorothy zwróciła się do syna. — Zamykaj to, bo przecież całe zimno ucieknie i porobią się zacieki, a ja nie będę potem całej lodówki rozmrażać — skarciła go z uśmiechem na twarzy, a potem jeszcze przywaliła mu ścierką w tyłek i poinstruowała, żeby również zasiadł przy wyspie i zjadł kilka truskawek, podczas gdy ona zrobi im czekoladę. Abby też w końcu wrzuciła do ust tą, którą tak skubała.
Dam wam więcej łyżek tego kakao… — Dorothy machnęła przed nimi łyżeczką. — Żeby wam cukier odpowiednio podskoczył — dodała, a Abby jak na zawołanie zaczęła… się krztusić. Bo co jak co, ale akurat sprawę podwyższonego cukru to oni załatwili chwile temu zupełnie inaczej. Mama Miler to jednak wiedziała, co powiedzieć, żeby jeszcze bardziej ich torturować. Wiedziała też jak sukcesywnie prawie udławić Abby.

I can't stop thinking about your lips

Whitby. Powrót do bazy

: śr lip 15, 2026 3:21 pm
autor: Archie Miller
Zgrzeszyli.
Główne przykazanie przyjaźni złamali.
Przepadli razem, zaryzykowali i w ogień skoczyli, ale nie żałował. Cholera, chyba nawet mu ulżyło, że te wszystkie gęste chwile, których w ostatnim czasie doświadczyli nie były wytworem jego wyobraźni. Nie były tylko jego. Ona też w tym siedziała, bo to w jaki sposób go całowała i to jak mięśnie jej ciała reagowały na jego najdrobniejszy dotyk mówiło samo za siebie. Zwalała go z nóg w tej nieco za dużej koszulce, pod którą chował swoje rozgrzane dłonie, a delikatność jej skóry przyprawiała go o zawroty głowy. Zapach jej ciała odcinał dopływ racjonalnych myśli do mózgu, jakby liczyło się już tylko to, by przypadkiem nie wymsknęła się mu z rąk, ale ona nawet nie próbowała. Wtórowała mu przylegając bardziej, a on właśnie tego chciał, być jeszcze bliżej. Każdy przyspieszony oddech, każde spięcie pod jego palcami doprowadzał go do szaleństwa…i jeszcze to bezbronne jęknięcie, które wyrwało się z jej ust i uderzyło prosto w serce Archibalda. Wyryło się w jego pamięci już na zawsze, brutalnie przerwane radosnym głosem Dorothy.
Nic dziwnego, że sobie przeklął.
Wyrzucone z siebie kurwa i tak nie odzwierciedlało tego, jak się czuł, kiedy Abby od niego odskoczyła. To odepchnięcie bolało bardziej niż to rozdarcie na boku. Ba! Bardziej, niż obita kość ogonowa pamiętnej nocy. Czuł, jakby jego ciału ktoś zaserwował szok termiczny… jakby ktoś go wyrwał z pięknego snu. Nagle mierzył się z lodowatą pustką w miejscu, gdzie przed chwilą czuł jej rozgrzane dłonie na karku. Serce tłukło się w klatce jak oszalałe, a na wargach wciąż czuł jej słodki smak.
Chłód lodówki przywracał go do tego co tu i teraz, ale Dorothy Miller postanowiła przyspieszyć ten proces ochrzanem i uderzeniem ścierą.
Nie grzebię, śmietany szukałem — wymyślił na poczekaniu, bo tylko to mu pasowało do truskawek i zaraz też dosięgnął mały kubeczek zdzierając wieczko i skupiając się na tym tak bardzo, że musiał cofnąć się dwa kroki by zamknąć lodówkę, bo z a p o m n i a ł. W myślach teraz błądził jeszcze gdzieś pomiędzy słodkimi ustami Wallace, a przez to nawet Dorothy z tymi swoimi zaczepkami nie potrafiła sprowadzić go na ziemię, tam gdzie Abby w panice już przeżywała swój własny koniec świata. Ich świata. Bezpiecznego, znajomego, określonego pewnymi zasadami. Zasadami, które dziś postanowili złamać po raz pierwszy. Dear lord, byle nie ostatni. On jeszcze nie dotarł do tego miejsca, w którym rozmyślałby co dalej. On utknął w jakimś chorym zawieszeniu wyrwany z nagłego błogostanu i szczęścia zastanawiając się jak do tego wrócić, a nie myśląc o tym, że ten błogostan mógł przekreślić ich dotychczasową relację.
Chyba był w szoku.
Dlatego usiadł posłusznie obok Abby jak mama nakazała i podsunął jej śmietanę. Sam też sięgnął po truskawkę zamaczając ją w pojemniczku i zagryzając. Kwaśna, to dobrze — zniwelowała słodki posmak warg Wallace, które wciąż czuł na swoich ustach.
W szoku też najwyraźniej była Wallace.
Jezu Abby! — zerwał się, gdy zaczęła się krztusić, choć sam pod wpływem słów Dorothy przełknął boleśnie prawie nie pogryzioną truskawkę. — Poklepać cię?! — zapytał już poklepując jej plecy, gdy się krztusiła. — Od tyłu ją weź! Ściśnij — poleciła Dorothy, a Archie w panice zaraz też stanął za nią obejmując ją od tyłu i dociskając w pewnie najmniej odpowiednim miejscu. — Tak to się robi?! Jezusmariawallace! Przestań się na chwilę dławić i powiedz co trzeba robić w takiej sytuacji — przydałby się mu kurs pierwszej pomocy, zdecydowanie. On to wolałby przejść od razu do części z usta-usta razem z nią zapewne, ale prawda jest taka jak na załączonym obrazku. Kiepsko mu to szło… ale czy na pewno?
Nagle zrobiło się cicho. Zaraz wychylił się przed Abby zerkając na jej twarz, ale sina się nie robiła. Twarz miała ładną… kolor w sensie ładny. Żywy taki, rumiany. Chyba wciąż oddychała. — Żyjesz? — dopytał dotykając jej twarzy trochę zmuszając, by się na niego popatrzyła i przekręcił oczami, gdy było już po wszystkim. — Weź mnie tak nie strasz — odetchnął przesiadając znów obok niej, a nie wiedząc co zrobić z rękami zaraz sięgnął po kolejną truskawkę maczając w śmietanie i przegryzając. Jakby za wszelką cenę nie mógł siedzieć bezczynnie. Jakby bał się, że ta wizja utraty Wallace — wcale nie przez zakrztuszenie — wisiała gdzieś w powietrzu.
Ty do zawsze byłeś taki d r a m a t y c z n y, do złej dziurki wpadło i tyle — wtrąciła ze stoickim spokojem podsuwając im pod nos gorącą czekoladę. — Napij się złotko, żeby cię nie drapało w gardle — poleciła i zaczęła krzątać się po kuchni sprzątając z blatu opakowanie po czekoladzie. — Nie uwierzycie kogo dzisiaj spotkałam… ona chyba młodsza od was jest, rok lub dwa. Ty się z nią spotykałeś Archie jakiś czas — przekręciła w tej chwili tak wymownie oczami, jakby chciała dać mu do zrozumienia jak wielkim błędem życiowym to było. — Dżoana, Dżasmina… nie wiem — nie mogła sobie przypomnieć jej imienia, ale Miller jak usłyszał Dżasmina to już wiedział, która pannę mama tak ochrzciła. — Janice — wtrącił lekko naburmuszony. — O, JANICE! W ciąży jest i co najlepsze - nie wiadomo z kim — wtrąciła najwyraźniej zadowolona ze świeżych ploteczek, które mogła im przekazać. A Archie? Cóż… wzruszył bezradnie ramionami zupełnie zagubiony w czasie i przestrzeni do tego stopnia, że kropek nie łączył. — Oj tam, dorosła już jest — skomentował mieszając swoją czekoladę. — Taka dorosła, a wciąż mieszka z ojcem, co za kołnierz nie wylewa. Wygląda jakby nosiła bliźniaki, może ją dzisiaj zobaczycie bo ona na takich imprezach dorabia na tym stoisku z popcornem — oznajmiła patrząc na nich jakby to ich wyjście było oczywistą oczywistością. — No bo idziecie dzisiaj na to kino? Załatwiłam wam najlepszy skrawek trawnika, ten na pagórku pod drzewem — i chyba liczyła na jakąś entuzjastyczną reakcję, a Archie spojrzał na Abby przelotnie jakby chciał wyczytać z jej twarzy czy tego w ogóle chce. Bo on chciał. Z nią chciał być i pilnować, by się sprawa nie rypła. Jakby bał, że się oddalą teraz po wszystkim na krok to coś się sypnie. — CHRYSTE, co was dzisiaj ugryzło, że nic nie mówicie! — obruszyła się w końcu, gdy oboje zachowywali się tak, jakby znów siedzieli na dywaniku u dyrektora. Machnęła ścierką i pokiwała głową z dezaprobatą. — Macie jeszcze jakieś półtorej godziny, by to przegadać bo seans się wam zacznie — przypomniała wskazując na zegarek i sama złapała się za głowę widząc, że Otto jeszcze swojego tyłka do domu nie pofatygował. — Ja mam teraz coś do załatwienia — i pewnie zaraz za uszy będzie biednego męża wyrywać z rundki pokera, na którą czmychnął pod jej nieobecność.
Dorothy miała to do siebie, że gdy wkraczała do pomieszczenia to pochłaniała praktycznie całą uwagę, no może poza sporadycznymi momentami, kiedy to Abby się krztusiła lub działo się coś innego niespodziewanego. Nic dziwnego, że gdy opuściła kuchnię nagle zapanowała dziwna cisza i chyba żadne z nich dobrą chwilę nie potrafiło tego przerwać. Siorbali gorącą czekoladę, brudzili sobie buzię jakby znów mieli po pięć lat i nie mieli za grosz podejścia do poruszania poważnych tematów… ale próbowali. Archibald próbował.
Usiadł na krześle wygodniej i zaraz też obrócił siedzącą obok Abby w swoją stronę. Nie wiedział co chciał powiedzieć, ani co chciał usłyszeć.

Będzie dobrze.
Jakoś to ogarniemy.

Bardzo chciałbym cię pocałować raz jeszcze.
Mógłbym?
Przecież nie powie, że nic się nie stało, kiedy się stało.
Dużo się stało.
Spółkę A&A czekała restrukturyzacja.
I gdy już chciał powiedzieć coś na poważnie zobaczył buzię Abby. Usta otoczone czekoladową obwódką jakby stylizowała się na Darię z Love is Blind Polska sprawiły, że nie wytrzymał. Roześmiał się nie wiedząc, że wcale nie wygląda lepiej.

Let me taste you just once more.

Whitby. Powrót do bazy

: pt lip 17, 2026 10:11 pm
autor: Abby Wallace
Abby Wallace zero, Dorothy Miller jeden.
Tak wyglądał aktualny wynik w starciu jeden na jeden.
Nigdy nie miała szans z tą kobietą, ale tekst o spadku cukru, tak nieświadomie przez nią wypowiedziany, był tak dobrym pociskiem, że praktycznie od razu znokautował Abby w najgorszy, możliwy sposób. Truskawką, którą próbowała akurat połknąć, utknęła gdzieś w przełyku, a to zaś momentalnie wywołało reakcję organizmu w postaci kaszlu. Nie umiała. Po prostu na moment się zadławiła. Nic poważnego.
Cóż, nie dla Millera, który w sekundę zerwał się z krzesła i doskoczył do niej, stając za plecami. P a n i k u j ą c. I dlatego to ona skończyła jako lekarz a nie on. Archie zawsze był narwany, w gorącej wodzie kąpany. Zamiast pierwsze ocenić sytuacje, sprawdzić podstawowe funkcje życiowe — które w tym przypadku miały się zajebiście dobrze — złapał ją pod piersiami i zaczął uciskać brzuch. Nie tylko robił to w złych miejscach, ale zupełnie niepotrzebnie, bo ona po prostu potrzebowała sobie pokaszleć. Zaś przez to, że kaszlała, nie była w stanie nic powiedzieć ani kazać mu przestać, dlatego tylko machała ręką. Nie bo się DUSIŁA, a bo chciała, żeby skończył ją naciskać, bo jeszcze trochę i puści pawia. On jednak kompletnie panikował, do momentu aż kaszel jej nie przeszedł, a z pomiędzy pełnych warg Wallace nie wydostało się…
ŻYJE! — krzyknęła. Trochę głośniej niż powinna, ale ten dźwięk po prostu wyszedł z niej pod naciskiem dłoni Archiego. — Jezu Miller, prawie sam mnie udusiłeś — prychnęła, kręcąc z niedowierzaniem głowa. Mama Miller oczywiście podzieliła jej zdanie i już nawijała o tym, jak to Archie zawsze był dramatyczny. Coś w tym było, chociaż z drugiej strony, trzeba było również przyznać, że było to również wyjątkowo u r o c z e. To jak się o nią troszczył i zamartwiał. Nawet miała mu to wypomnieć, ale wtedy Dorothy postanowiła zapodać im co nieco lokalnych ploteczek, jak to na mała miejscowość przystało.
Jęcząca Janice? — wtrąciła zaraz po nim, pomagając Pani Miller z odpowiednim imieniem, chociaż nie omieszkała dodać do tego również przydomka, jaki miała dziewczyna. Swego czasu kumplowały się razem z Abby, jeszcze w szkole podstawowej. Zaplatały sobie razem warkocze i wpisywały się sobie nawzajem do złotych myśli, w których obgadywały wszystkich dookoła. Oczywiście do czasu, kiedy Wallace nie zakumplował się bardziej z Archiem, a ich drogi... nieco się rozeszły. Charaktery również. Wallace lubiła wiedzieć i udawać wiecznie odważną, a Janice… cóż, ona ryczała dosłownie o wszystko. Płaczem często w szkole jak i poza nią wymuszała na ludziach konkretne sytuacje. Raz nawet nakablowała wychowawczyni, że Abby i Archie zrobili sobie baze na tyłach szkoły, a potem się pobeczała, że nie chcieli jej tam zaprosić. Do tego najściemniała, że coś jej zabrali, przez co wylądowali na dywaniku DWA razy zamiast jednego. No cóż, nie przepadały za sobą, chociaż Abby ostatni raz widziała ją z kilka dobrych lat temu, zanim wyjechała z Whitby na studia.
Jak może nie wiedzieć kto jest ojcem? — prychnęła, znowu wtrącając się do dyskusji i tym razem już na spokojnie zgarnęła truskawkę z miski. Temat Janice tak naprawdę przyszedł w idealnym momencie, bo dźwięki temu Wallace mogła przekierować swoje myśli na starą koleżankę, a nie to, co miało miejsce w kuchni jakieś dziesięć minut temu.
No podobno nie wie — Dorothy wzruszyła ramionami. — Albo nie chce powiedzieć… — dodała, jak na plotkarę przystało, a Abby poprawiła się na hokerze.
Na pewno wie — Wallace nie dawała za wygraną. — Przecież chyba pamięta z kim spała w przeciągu ostatnich kilku miesięcy — a przynajmniej fajnie by było, jakby pamietała. Abby sama lubiła się czasami zabawić, ale przecież gdyby coś takiego przydarzyło się jej, od razu miałaby całą listę potencjalnych kandydatów. No bo… jak można nie pamiętać z kim się spało? Pokręciła głową z niedowierzaniem i mama Archiego również. Jak widać w tej kwestii kobiety miały dokładnie takie samo spojrzenie na temat. Obie też spojrzały w tym samym czasie na Archiego, oczekując i jego zdania w tym temacie najwidoczniej.
Nim się jednak doczekały, Dorothy oznajmiła, że ma sprawy do załatwienia. Każda jedna osoba w pomieszczeniu doskonale wiedziała, że chodziło o Otto i jego zamiłowanie do hazardu, które Darka próbowała sukcesywnie zwalczać. I chociaż jeszcze jakiś czas temu Abby oddałaby wszystko, żeby zostali sami, tak teraz… poczuła strach. Jakaś dziwna panika zawitała do jej serca na samą myśl i już wcale nie chciała, żeby Dorothy gdziekolwiek szła. Może nawet wymyśliłaby jakiś pretekst, znowu zaczęła się dławić, ale nie zdążyła, bo kobiety już nie było.
Była za to cisza.
Dziwna.
Niezręczna.
Tak bardzo do nich niepodobna.
Każde z nich zamknięte było w swojej bańce. Myśli kłębiły im się w głowie i nie potrafiłī znaleźć ujścia, a już na pewno te Wallace, do której powoli dochodziło, co oni najlepszego zrobili? Fala przerażenia zalała jej ciało. Nie z powodu samego pocałunku, bo ten był niesamowity, ale z tej ciszy, która teraz była jego skutkiem. Teraz to tak już będzie wyglądać? Zjebali? Czy naprawdę zepsuli te wszystkie lata przyjaźni jedną chwilą zapomnienia?
Kurwa.
Siorbnęła czekoladę po raz kolejny, specjalnie wywołując ustami więcej dźwięku niż normalnie, żeby jakoś zagłuszyć tonę myśli, ale to nic nie dało. Szczególnie, że zaraz czuła, jak jego ręką zaciska się na hakerze i muska jej udo. Po nodze momentalnie przeszedł dreszcz, a ona sama westchnęła mimowolnie. Zrób to jeszcze raz.
Serce waliło jej jak szalone. Bała się. Bała spojrzeć się mu głęboko w oczy, a dokładniej tego, co mogła w nich zobaczyć. Tylko kiedy w końcu się odważyła, kiedy te jej zawisły na jasnych tęczówkach Millera… znowu na moment przepadła. Patrzył na nią inaczej. Nie źle, ale też nie tak samo jak kiedyś.
Inaczej.
Jak na kobietę a nie tylko przyjaciółkę? Nie potrafiła tego rozgryźć i chyba pała się w ogóle podejmować tego zadania. Dlatego czekała. Czekała cierpliwie patrząc na niego równie intensywnie, kompletnie nie zdając sobie sprawy, że… twarz miała całą upaćkaną w czekoladzie. Zresztą on też. I w całej tej powadze; w całym nabitym napięciu miedzy nimi, coś im w końcu puściło. Pierwsze zaśmiał się Miller, a ona zaraz za nim.
I z czego się śmiejesz, Miller?! — mruknęła, udając oburzoną. — Sam jesteś cały upierdolony! — wytknęła mu, wystawiając rękę do przodu i pokazując okrężnymi ruchami całą ją śliczną, czekoladowa teraz buźkę. — I tu i tu i tu… — na brodzie, policzkach, nosie i… i kurwa ustach, na które znowu zapatrzyła się nieco dłużej. Chociaż po chwili wyprostowała się na hokerze i b e z c z e l n i e jak na prawdziwą bulwę przystało, złapała za materiał jego koszulki, którą miała na sobie, a potem wy-ta-rła sobie nią twarz. — No co? Wytarłabym o twoją, ale... nie patrz, nie patrz, nie patrz… Popatrzyła. Przesunęła wzrokiem po jego nagiej obłędnej klatce piersiowej, znowu walcząc z nieznośnym ciepłem. Czemu wyglądał tak dobrze? Czemu upierdolony czekoladą podobał się jej jeszcze bardziej?
Ogarnij się, Wallace.
Głowa krzyczała tak głośno, że głośniej się już nie dało. A ona co? A ona jak zwykle się nie słuchała. Zeskoczyła z krzesła i podeszłą bliżej Archiego. W pełni nieświadomie weszła w jego strefę osobistą, a potem podniosła rąbek koszulki z Green Day do góry, odkłaniając kawałek brzucha tylko po to… żeby i jemu wytrzeć twarz. Przesunęła materiałem po policzku po którym sunęły wcześniej jej palce, po brodzie i ustach które zachłannie całowała. Znowu było jej ciepło, znowu robiło się gęsto. Nie do zniesienia. Dlatego po chwili zrobiła w końcu krok w tył.
Dobra, Miller — odchrząknęła, prostując plecy i opuszczając koszulkę. — To o której to kino? — spojrzała na zegar na ścianie, a potem na niego, uśmiechać się delikatnie. — I co ważniejsze: myślisz, że są tu jeszcze jakieś ciuchy po Bonnie? Może mogłabym coś pożyczyć, bo moje pewnie wciąż są mokre.

does it ever drive you crazy, just how fast the night changes?