one more day
: śr cze 24, 2026 5:25 pm
Żaden dystans, który między nimi tworzyła nigdy nie dotyczył bezpośrednio ich relacji. Nie był wymierzony w niego, nie stanowił kary ani próby odsunięcia go od siebie. Był jedynie konsekwencją konkretnej sytuacji, odpowiedzią na emocje, z którymi nie potrafiła poradzić sobie od razu. Po prostu taka była. Każdy człowiek reagował na silne emocje inaczej. Jedni podnosili głos, inni zamykali się w sobie, jeszcze inni uciekali w żarty albo milczenie. Dla niej dystans był formą rozładowania napięcia i odzyskania kontroli nad samą sobą zanim pozwoliłaby, by strach przemówił głośniej niż rozsądek.
Rozumiała jego wizję, potrzebę doprowadzenia sprawy z Carbonem do końca w pojedynkę, tak jak działał od samego początku. Wiedziała, że za tą decyzją nie kryła się potrzeba kontroli ani brak wiary w jej możliwości. On z kolei na pewno zdawał sobie sprawę równie dobrze jak ona, że gdyby została na miejscu, nie zamknęłaby się we własnych czterech ścianach. Nawet gdyby ją o to błagał, nie byłaby w stanie siedzieć bezczynnie. Nie potrafiłaby nie być krok za nim, nie obserwować, nie próbować reagować, gdyby sytuacja wymagała działania.
Tak jak on ufał, że poradzi sobie bez niego, tak samo ona ufała jemu. Problem polegał na tym, że w tej jednej kwestii zaufanie nigdy nie osiągało pełnych stu procent. Zawsze pozostawał ten niewielki, niemal niewidoczny ułamek niepewności. Mikroskopijna część, która uparcie przypominała, że jej miejsce powinno znajdować się dokładnie tam, gdzie jego - u boku tego drugiego. Nie dwie godziny drogi dalej, nie za lasem, nie w domku ukrytym pośrodku niczego. O b o k.
- Chcę, żebyśmy oboje byli wolni - poprawiła go niemal natychmiast, wchodząc mu w słowo nim zdążył rozwinąć myśl. Dla niej wolność nigdy nie była czymś indywidualnym. Nie polegała na samotnym ratowaniu samej siebie. Zaczynała się tam, gdzie ich życia nadal biegły w tym samym kierunku, a przyszłość, o której rozmawiali od kilku dni nie rozdzielała ich nawet na chwilę.
Westchnęła ciężko, nie potrafiąc pozbyć się palącego uczucia bezsilności, które od momentu tej rozmowy rozlewało się po całym jej ciele. Dopiero po kilku długich, ciągnących się w nieskończoność sekundach uniosła wzrok i spojrzała na niego, by jeszcze chwilę później wprawić nogi w ruch, pokonując dzielący ich dystans. Kiedy znalazła się tuż przed nim, jej dłonie objęły go mocno w pasie, przyciągając własne ciało do jego tak blisko, jak tylko było to możliwe.
- Nie dajesz mi wyboru i nie pozwalasz zostać w tyle jako wsparcie - wyszeptała cicho, odganiając szybkim mruganiem łzy zbierające się w kącikach oczu. Nie pojawiały się z powodu smutku, były wyłącznie efektem paniki, która coraz śmielej rozgaszczała się w jej wnętrzu. - Jeśli cokolwiek ci się stanie, n i g d y sobie tego nie wybaczę. Ja też chcę mieć pewność, że będziesz bezpieczny. Jak mam nie zwariować, siedząc zamknięta w tym domku, kiedy dotarcie do Toronto zajmie mi dwie godziny? - wciąż stała wtulona w niego, jakby sam ten gest miał powstrzymać rzeczy, których obawiała się najbardziej.
Nie chciała go puszczać. Nie chciała pozwolić mu odsunąć się nawet o kilka centymetrów. Nie teraz, kiedy każda minuta spędzona obok niego wydawała się jednocześnie bezcenna i niebezpiecznie krótka.
Rhys Madden
Rozumiała jego wizję, potrzebę doprowadzenia sprawy z Carbonem do końca w pojedynkę, tak jak działał od samego początku. Wiedziała, że za tą decyzją nie kryła się potrzeba kontroli ani brak wiary w jej możliwości. On z kolei na pewno zdawał sobie sprawę równie dobrze jak ona, że gdyby została na miejscu, nie zamknęłaby się we własnych czterech ścianach. Nawet gdyby ją o to błagał, nie byłaby w stanie siedzieć bezczynnie. Nie potrafiłaby nie być krok za nim, nie obserwować, nie próbować reagować, gdyby sytuacja wymagała działania.
Tak jak on ufał, że poradzi sobie bez niego, tak samo ona ufała jemu. Problem polegał na tym, że w tej jednej kwestii zaufanie nigdy nie osiągało pełnych stu procent. Zawsze pozostawał ten niewielki, niemal niewidoczny ułamek niepewności. Mikroskopijna część, która uparcie przypominała, że jej miejsce powinno znajdować się dokładnie tam, gdzie jego - u boku tego drugiego. Nie dwie godziny drogi dalej, nie za lasem, nie w domku ukrytym pośrodku niczego. O b o k.
- Chcę, żebyśmy oboje byli wolni - poprawiła go niemal natychmiast, wchodząc mu w słowo nim zdążył rozwinąć myśl. Dla niej wolność nigdy nie była czymś indywidualnym. Nie polegała na samotnym ratowaniu samej siebie. Zaczynała się tam, gdzie ich życia nadal biegły w tym samym kierunku, a przyszłość, o której rozmawiali od kilku dni nie rozdzielała ich nawet na chwilę.
Westchnęła ciężko, nie potrafiąc pozbyć się palącego uczucia bezsilności, które od momentu tej rozmowy rozlewało się po całym jej ciele. Dopiero po kilku długich, ciągnących się w nieskończoność sekundach uniosła wzrok i spojrzała na niego, by jeszcze chwilę później wprawić nogi w ruch, pokonując dzielący ich dystans. Kiedy znalazła się tuż przed nim, jej dłonie objęły go mocno w pasie, przyciągając własne ciało do jego tak blisko, jak tylko było to możliwe.
- Nie dajesz mi wyboru i nie pozwalasz zostać w tyle jako wsparcie - wyszeptała cicho, odganiając szybkim mruganiem łzy zbierające się w kącikach oczu. Nie pojawiały się z powodu smutku, były wyłącznie efektem paniki, która coraz śmielej rozgaszczała się w jej wnętrzu. - Jeśli cokolwiek ci się stanie, n i g d y sobie tego nie wybaczę. Ja też chcę mieć pewność, że będziesz bezpieczny. Jak mam nie zwariować, siedząc zamknięta w tym domku, kiedy dotarcie do Toronto zajmie mi dwie godziny? - wciąż stała wtulona w niego, jakby sam ten gest miał powstrzymać rzeczy, których obawiała się najbardziej.
Nie chciała go puszczać. Nie chciała pozwolić mu odsunąć się nawet o kilka centymetrów. Nie teraz, kiedy każda minuta spędzona obok niego wydawała się jednocześnie bezcenna i niebezpiecznie krótka.
Rhys Madden