What happens in San Sebastian, doesn’t always stay there
: czw wrz 24, 2026 10:51 am
Z zainteresowaniem słuchała, gdy Karrion opowiadał o tym jak wyglądała obecnie jego codzienność. Była pełna podziwu dla tego czym się zajmował i że potrafił to pogodzić, znajdując jakimś cudem na to wszystko czas. Miała słabość do ludzi takich jak on - pracowitych i posiadających jakiekolwiek pasje w życiu, nieważne co by to było, bo przecież i do jego zawodu z czasem zdołała się przekonać.
— Ogarniasz tyle rzeczy na raz! Jesteś niesamowity — pochwaliła, spoglądając w jego stronę z szerokim uśmiechem. W jej głowie znów przewijały się wspomnienia sprzed lat i słowa, które słyszała od swoich rodziców na temat Stiflera. Nie mylili się co do niego, ale możliwe, że była wtedy zbyt młoda i głupiutka, by to zrozumieć. Poza tym, pragnienie buntu przeciwko nim przyćmiewało w tamtym czasie absolutnie wszystko.
— Mam nadzieję, że nie jestem jedynym architektem jakiego znasz, bo wtedy twój komplement zupełnie nic nie znaczy — wtrąciła, śmiejąc się przy tym cicho i trącając go łokciem w bok.
Trzeba przyznać, że trochę mu zazdrościła. Jak sam zdążył wspomnieć, nie musiał już nigdzie biec, a mimo to i tak nie zwalniał. Grafik cały czas miał bardzo napięty i pracował nie mniej intensywnie niż u szczytu swojej kariery. Louise pragnęła tego samego. Chociaż pożałowała pozbycia się firmy niemal od razu, to chyba dopiero teraz zaczęła uświadamiać sobie jak wielki był to błąd. Wyjazd z Karrionem do Hiszpanii był więc dla niej dobry pod wieloma względami. Był nie tylko szansą na mały reset w pięknym miejscu i odnowienie znajomości z bokserem, ale chyba przede wszystkim dawał jej możliwość na przemyślenie pewnych spraw z dala od osób, które próbowały dotychczas kontrolować jej życie. Nareszcie zdawała sobie sprawę z tego jak bardzo tęskniła za pracą i że nie chciała już nigdy więcej czuć się przez kogokolwiek zniewolona. Jednak znając ją, pewnie tylko na rozkminach się skończy.
Wiedziała, że nie potrzebował niczyjego współczucia i nie po to jej to wszystko opowiadał, ale i tak zrobiło jej się go okropnie żal. Nie przerywała mu, od czasu do czasu zerkając tylko na niego z pokrzepiającym uśmiechem, choć naprawdę nie wyglądał na kogoś, komu potrzebne było pocieszenie.
— Swoją drogą, obiad był wyśmienity. Dzięki, że mnie tam zabrałeś i… — zrobiła krótką pauzę, zastanawiając się nad swoimi kolejnymi słowami. Po kilku sekundach ciszy, westchnęła i pokręciła głową — …i w ogóle za wszystko. Dziękuję. — uśmiechnęła się do niego lekko. Nie chciała powiedzieć choćby jedno słowo za dużo i przy tym przesadnie się przed nim obnażyć. Emocjonalnie obnażyć, ma się rozumieć!
— Masz rację, potrzebowałam tego — przyznała, wiedząc już, że zupełnie niepotrzebnie martwiła się tym wyjazdem i broniła się przed nim. Choć oczywiście problemem nie była sama podróż za ocean, a poinformowanie o niej męża. To właśnie jego reakcji Lou obawiała się wtedy najbardziej, co w tamtym momencie, po czasie i będąc daleko od niego, wydawało jej się absurdalne — Ale mi słodzisz… — mruknęła, jednak wyraz jej twarzy mógł sugerować, że była to typowa żartobliwa zaczepka —Zmienię się przez ciebie w jakiegoś zarozumialca nie do zniesienia. I co wtedy? — na jej twarzy znów pojawił się uśmiech. Bardziej niż to, że według niego była “piękna”, cieszyło ją wyznanie Karriona na temat tego jak się przy niej czuł. Lekko zaskoczona, uniosła na niego wzrok, gdy nagle ją objął. Nie było w tym nic niewłaściwego - ot, niewinny, przyjacielski gest, jednak nawet taki dotyk był między nimi rzadkością. Automatycznie zwolniła kroku i pewnie w końcu przystanęłaby, żeby przypadkiem nie potknąć się o własne nogi, ale wtedy też mężczyzna zdążył się już wycofać.
— Rozumiem. Czasami każdy się tak czuje. Nawet ci, którzy od lat są w związkach. Wierz mi — powiedziała szczerze, zanim zdążyła dobrze to przemyśleć. Nie chcąc dopuścić do niezręcznej ciszy między nimi, rzuciła zaraz — Prowadzisz mnie w jakieś konkretne miejsce, czy rzeczywiście pospacerujemy sobie bez celu?
Karrion Stifler
— Ogarniasz tyle rzeczy na raz! Jesteś niesamowity — pochwaliła, spoglądając w jego stronę z szerokim uśmiechem. W jej głowie znów przewijały się wspomnienia sprzed lat i słowa, które słyszała od swoich rodziców na temat Stiflera. Nie mylili się co do niego, ale możliwe, że była wtedy zbyt młoda i głupiutka, by to zrozumieć. Poza tym, pragnienie buntu przeciwko nim przyćmiewało w tamtym czasie absolutnie wszystko.
— Mam nadzieję, że nie jestem jedynym architektem jakiego znasz, bo wtedy twój komplement zupełnie nic nie znaczy — wtrąciła, śmiejąc się przy tym cicho i trącając go łokciem w bok.
Trzeba przyznać, że trochę mu zazdrościła. Jak sam zdążył wspomnieć, nie musiał już nigdzie biec, a mimo to i tak nie zwalniał. Grafik cały czas miał bardzo napięty i pracował nie mniej intensywnie niż u szczytu swojej kariery. Louise pragnęła tego samego. Chociaż pożałowała pozbycia się firmy niemal od razu, to chyba dopiero teraz zaczęła uświadamiać sobie jak wielki był to błąd. Wyjazd z Karrionem do Hiszpanii był więc dla niej dobry pod wieloma względami. Był nie tylko szansą na mały reset w pięknym miejscu i odnowienie znajomości z bokserem, ale chyba przede wszystkim dawał jej możliwość na przemyślenie pewnych spraw z dala od osób, które próbowały dotychczas kontrolować jej życie. Nareszcie zdawała sobie sprawę z tego jak bardzo tęskniła za pracą i że nie chciała już nigdy więcej czuć się przez kogokolwiek zniewolona. Jednak znając ją, pewnie tylko na rozkminach się skończy.
Wiedziała, że nie potrzebował niczyjego współczucia i nie po to jej to wszystko opowiadał, ale i tak zrobiło jej się go okropnie żal. Nie przerywała mu, od czasu do czasu zerkając tylko na niego z pokrzepiającym uśmiechem, choć naprawdę nie wyglądał na kogoś, komu potrzebne było pocieszenie.
— Swoją drogą, obiad był wyśmienity. Dzięki, że mnie tam zabrałeś i… — zrobiła krótką pauzę, zastanawiając się nad swoimi kolejnymi słowami. Po kilku sekundach ciszy, westchnęła i pokręciła głową — …i w ogóle za wszystko. Dziękuję. — uśmiechnęła się do niego lekko. Nie chciała powiedzieć choćby jedno słowo za dużo i przy tym przesadnie się przed nim obnażyć. Emocjonalnie obnażyć, ma się rozumieć!
— Masz rację, potrzebowałam tego — przyznała, wiedząc już, że zupełnie niepotrzebnie martwiła się tym wyjazdem i broniła się przed nim. Choć oczywiście problemem nie była sama podróż za ocean, a poinformowanie o niej męża. To właśnie jego reakcji Lou obawiała się wtedy najbardziej, co w tamtym momencie, po czasie i będąc daleko od niego, wydawało jej się absurdalne — Ale mi słodzisz… — mruknęła, jednak wyraz jej twarzy mógł sugerować, że była to typowa żartobliwa zaczepka —Zmienię się przez ciebie w jakiegoś zarozumialca nie do zniesienia. I co wtedy? — na jej twarzy znów pojawił się uśmiech. Bardziej niż to, że według niego była “piękna”, cieszyło ją wyznanie Karriona na temat tego jak się przy niej czuł. Lekko zaskoczona, uniosła na niego wzrok, gdy nagle ją objął. Nie było w tym nic niewłaściwego - ot, niewinny, przyjacielski gest, jednak nawet taki dotyk był między nimi rzadkością. Automatycznie zwolniła kroku i pewnie w końcu przystanęłaby, żeby przypadkiem nie potknąć się o własne nogi, ale wtedy też mężczyzna zdążył się już wycofać.
— Rozumiem. Czasami każdy się tak czuje. Nawet ci, którzy od lat są w związkach. Wierz mi — powiedziała szczerze, zanim zdążyła dobrze to przemyśleć. Nie chcąc dopuścić do niezręcznej ciszy między nimi, rzuciła zaraz — Prowadzisz mnie w jakieś konkretne miejsce, czy rzeczywiście pospacerujemy sobie bez celu?
Karrion Stifler