we judge harshly
: wt lip 07, 2026 12:07 pm
Logan był ostatnią osobą, z którą powinien rozpocząć tę rozmowę. Nie chodziło o jego gburowate usposobienie, choć to na pewno nie ułatwiało konwersacji, ale fakt, że dotyczyła ona również Callahana. W półmroku jednak obydwoje nie byli trochę sobą, a może odwrotnie byli bardziej sobą niż kiedykolwiek. Laurent potrzebował się wygadać przed kimś, przed kim nie musi zgrywać człowieka sukcesu.
Obrysował kciukiem gwint butelki, słuchając odpowiedzi Logana ze zmarszczonym czołem. Tkwili przez moment w kompletnej ciszy, pogrążeni we własnych myślach. Laurent był pewien, że jego rozmówca nie ma już nic do dodania, dlatego zaskoczony przeniósł na niego wzrok, a potem parsknął z niedowierzaniem.
— On cię lubił. Mało powiedziane. Uwielbiał. Nie mógł się nagadać o tym, jak sobie radzisz z końmi — potrząsnął głową, ale nie mógł w ten sposób uwolnić się od emocji. Spojrzał z wyrzutem na zegarek, czując, jak gorycz znów podchodzi mu do gardła. — Byłeś dla niego wszystkim tym, czym ja nigdy nie będę — stwierdził, skubiąc etykietę od piwa i wbijając spojrzenie w stół.
Może w takim razie powinien za to podziękować?
Wypił kolejny łyk piwa, opróżniając butelkę w niepokojącym tempie, a miał naprawdę słabą głowę. Co to jednak miało za znaczenie? Logan pewnie już miał o nim wyrobioną opinię i ta nie była najlepsza.
— Ja go nie lubiłem. Kochałem, ale nigdy nie polubiłem — stwierdził z ponurym grymasem, orientując się, jak wiele bolesnej prawdy było w tym jednym zdaniu. — Zawsze bardziej obchodziło go co u koni niż co u mnie. W telewizji ciągle leciał tylko bejsbol, którego nie znosiłem, więc wolałem siedzieć w swoim pokoju i czytać komiksy. Zrezygnowałem przez niego z kółka teatralnego, bo mi powiedział, że to zabawa dla dziewczyn. Sprawił, że przez całą młodość wstydziłem się tego, kim jestem. A kiedy w końcu wyjechałem z tego cholernego rancza i poznałem kogoś, w kim odważyłem się po raz pierwszy zakochać, to nazwał to fazą — wypluwał z siebie słowa, chociaż Logan zapewne w każdym z tych punktów zgadzał się z jego ojcem. Przełknął łzy z zaciętą miną, unosząc butelkę do ust. Na jego twarzy wyraźnie malowały się wszystkie przeżywane emocje, a głębokie cienie podkreślały je, nadając im groteskowego wyrazu.
Laurent wpatrywał się z wyrzutem w zegarek. Czuł się żałośnie, mówiąc to wszystko Loganowi, ale skoro już zaczął, nie potrafił przerwać.
— Wiesz, ile razy zapraszałem go do Toronto? Przyjechał tylko cholerny raz. Jedzenie było niedoprawione. Moi przyjaciele za głośni. Mieszkanie brzydkie. Ludzie nie umieli jeździć samochodami. Film w kinie głupi — wymieniał, doskonale pamiętając tę jedną nieudaną wizytę, którą planował przez tydzień, dopracowując każdy szczegół, by zakończyła się kompletną katastrofą.
Tak bardzo chciał pokazać ojcu wszystko to, co kochał od najlepszej strony.
Ten jednak nie dostrzegł w mieście nic pięknego i skrócił swoje odwiedziny, wyjeżdżając następnego dnia, bo powietrze mu szkodziło.
Laurent cicho pociągnął nosem, ale nie płakał. Zdarł już niemal całą etykietkę z piwa i wokół butelki leżały mały stosik białych okruchów.
— I nigdy nie powiedział, że mnie kocha. Nigdy. Przez prawie trzydzieści lat. I nie próbuj go bronić. Nie mówię, że mnie nie kochał. Mówię, że nigdy mi tego nie powiedział — podkreślił gniewnie i niespodziewanie uniósł zaszklone oczy na Logana. Jego policzki były jednak suche. — Ty mówisz swojemu dzieciakowi, czy też liczysz na to, że może się domyśli? — zaczepił go gniewnie, mrużąc przy tym lekko oczy.
Czuł się naprawdę głupio z tym swoim żałosnym bełkotem, więc spróbował niefortunnie zmienić temat.
Logan Callahan
Obrysował kciukiem gwint butelki, słuchając odpowiedzi Logana ze zmarszczonym czołem. Tkwili przez moment w kompletnej ciszy, pogrążeni we własnych myślach. Laurent był pewien, że jego rozmówca nie ma już nic do dodania, dlatego zaskoczony przeniósł na niego wzrok, a potem parsknął z niedowierzaniem.
— On cię lubił. Mało powiedziane. Uwielbiał. Nie mógł się nagadać o tym, jak sobie radzisz z końmi — potrząsnął głową, ale nie mógł w ten sposób uwolnić się od emocji. Spojrzał z wyrzutem na zegarek, czując, jak gorycz znów podchodzi mu do gardła. — Byłeś dla niego wszystkim tym, czym ja nigdy nie będę — stwierdził, skubiąc etykietę od piwa i wbijając spojrzenie w stół.
Może w takim razie powinien za to podziękować?
Wypił kolejny łyk piwa, opróżniając butelkę w niepokojącym tempie, a miał naprawdę słabą głowę. Co to jednak miało za znaczenie? Logan pewnie już miał o nim wyrobioną opinię i ta nie była najlepsza.
— Ja go nie lubiłem. Kochałem, ale nigdy nie polubiłem — stwierdził z ponurym grymasem, orientując się, jak wiele bolesnej prawdy było w tym jednym zdaniu. — Zawsze bardziej obchodziło go co u koni niż co u mnie. W telewizji ciągle leciał tylko bejsbol, którego nie znosiłem, więc wolałem siedzieć w swoim pokoju i czytać komiksy. Zrezygnowałem przez niego z kółka teatralnego, bo mi powiedział, że to zabawa dla dziewczyn. Sprawił, że przez całą młodość wstydziłem się tego, kim jestem. A kiedy w końcu wyjechałem z tego cholernego rancza i poznałem kogoś, w kim odważyłem się po raz pierwszy zakochać, to nazwał to fazą — wypluwał z siebie słowa, chociaż Logan zapewne w każdym z tych punktów zgadzał się z jego ojcem. Przełknął łzy z zaciętą miną, unosząc butelkę do ust. Na jego twarzy wyraźnie malowały się wszystkie przeżywane emocje, a głębokie cienie podkreślały je, nadając im groteskowego wyrazu.
Laurent wpatrywał się z wyrzutem w zegarek. Czuł się żałośnie, mówiąc to wszystko Loganowi, ale skoro już zaczął, nie potrafił przerwać.
— Wiesz, ile razy zapraszałem go do Toronto? Przyjechał tylko cholerny raz. Jedzenie było niedoprawione. Moi przyjaciele za głośni. Mieszkanie brzydkie. Ludzie nie umieli jeździć samochodami. Film w kinie głupi — wymieniał, doskonale pamiętając tę jedną nieudaną wizytę, którą planował przez tydzień, dopracowując każdy szczegół, by zakończyła się kompletną katastrofą.
Tak bardzo chciał pokazać ojcu wszystko to, co kochał od najlepszej strony.
Ten jednak nie dostrzegł w mieście nic pięknego i skrócił swoje odwiedziny, wyjeżdżając następnego dnia, bo powietrze mu szkodziło.
Laurent cicho pociągnął nosem, ale nie płakał. Zdarł już niemal całą etykietkę z piwa i wokół butelki leżały mały stosik białych okruchów.
— I nigdy nie powiedział, że mnie kocha. Nigdy. Przez prawie trzydzieści lat. I nie próbuj go bronić. Nie mówię, że mnie nie kochał. Mówię, że nigdy mi tego nie powiedział — podkreślił gniewnie i niespodziewanie uniósł zaszklone oczy na Logana. Jego policzki były jednak suche. — Ty mówisz swojemu dzieciakowi, czy też liczysz na to, że może się domyśli? — zaczepił go gniewnie, mrużąc przy tym lekko oczy.
Czuł się naprawdę głupio z tym swoim żałosnym bełkotem, więc spróbował niefortunnie zmienić temat.
Logan Callahan