Old us, new beginning
: wt sie 11, 2026 9:03 pm
— Ohoh. Boga? — uniosła wysoko brew. Nie była pewna, czy jego arogancja kiedykolwiek przestanie ją zadziwiać. — Widzę, że pewne rzeczy nie uległy zmianie — rzuciła z rozbawieniem, który rozjaśnił jej twarz. Sully zawsze miał o sobie wysokie mniemanie. Było to jednocześnie jego wadą i zaletą, bo częściowo to właśnie prowadziło go do wyznaczonych sobie celów.
Kiedy byli razem, była względem niego bardzo lojalna, nie pozwalając nikomu powiedzieć o nim złego słowa. Niesamowicie doceniała to, co dla niej robił, będąc właściwie jedynym, który dostrzegał wszystkie jej pragnienia i starał się je spełnić bez względu na wszystko. Ona w zamian odpowiadała mu tym samym.
Nawet, kiedy została zmanipulowała i ich związek zakończył się w bardzo drastyczny sposób, nie zdecydowała się oczernić go przed wszystkimi wokół. Oczywiście, łatwiej byłoby powiedzieć, że ją zdradził, zrobić z siebie ofiarę, a jemu uprzykrzyć życie, ale wtedy miała wrażenie, że ona też zawiniła. Przypisała to sobie jako własną porażkę, przez którą więcej nie zdecydowała się na nic poważnego.
— A jaką opinię chciałbyś jeszcze uzyskać? — spojrzała na niego filuternie. — Niesamowicie arogancki, nadzwyczaj pewny siebie, z rozbrajającym uśmiechem i uporem, którego nie da podważyć — zaczęła wyliczać swobodnym tonem, na koniec przekrzywiając nieco wymownie głowę. — Och, chociaż nie, znalazłoby się kilka sposobów. Ale takich tajemnic się nie zdradza — zauważyła pewnym siebie głosem, jakby nigdy nic sięgając po kolejny smakołyk.
Przejście z tematu eklerków na jego cechy charakteru, okraszone wspólnymi wspomnieniami, przyszło jej zdecydowanie zbyt łatwo. Naturalnie, jakby nie było przed nimi żadnej dzielącej bariery w postaci dwuletniej przepaści. Ade niegdyś potrafiła mieć ogromny wpływ na wybory mężczyzny, czego nie bała się wykorzystywać, nie raz negocjując warunki. Teraz jednak nie miała pewności, czy coś w międzyczasie uległo zmianie. Chyba musiałaby się przekonać o tym na własnej skórze, lecz to wydało jej się aż zanadto niebezpieczne. Tej bariery, swojej własnej, wewnętrznej, jeszcze przekroczyć nie umiała.
Za to innej na chwilę Sullivan pozbawił jej bez żadnego problemu. Smak jego ust przypomniał jej o wszystkim, co przy nim czuła, momentalnie podsycając w niej pragnienie na znacznie więcej. Nie potrafiła już nawet udawać, że tego nie chciała. Przez tę jedną krótką chwilę wszystko wydawało się być na miejscu. Jak dawniej.
Czuła jego uśmiech. Co więcej, w tym momencie wcale nie przeszkadzało jej, że dała mu tę odrobinę satysfakcji. Kiedy po tej krótkiej, ulotnej chwili, ostatecznie się od siebie odsunęli, była jedynie trochę skołowana własnymi emocjami, których nie potrafiła określić. Dlatego potrzebowała ochłonąć.
Z koszyka wyciągnęła kartonik z kokardką, którą z nieznacznie uniesionymi kącikami ust z ogromną dokładnością rozwiązała. Gdy w końcu udało jej się je otworzyć, jej oczom ukazały się cztery eklerki o różnych zdobieniach. Jej oczy rozbłysły na sam ich widok.
— Hmmm… dobra. Ten — mówiąc to, sięgnęła po pierwszego z brzegu, mocno obsypanego brązową posypką — będzie czekoladowy. Albo kawowy — stwierdziła niemal od razu, bo to można było zgadnąć najłatwiej. Zaraz ugryzła kawałek, żeby przekonać się, czy miała rację. Czując znajomy smak, mruknęła zadowolona i rzuciła Sullivanowi przebiegłe spojrzenie. — Ten za to może być z cytryną? — zmrużyła oczy w zastanowieniu, po czym odłożyła jednego, żeby sięgnąć po drugiego. Kolejny gryz i delektowanie się tymi pysznościami z widokiem na Ontario sprawiało, że czuła się naprawdę sielsko. — Mmm, cudowne — mruknęła w zadowoleniu, jedząc wybranego eklera. — Zdecydowanie nie masz sobie czego zarzucić — stwierdziła pomiędzy kęsami.
W pewnym momencie przypomniała sobie o czymś istotnym. Odwróciła się do mężczyzny, rzucając mu badawcze spojrzenie spod nieco zmrużonych powiek.
— A Ty ich w ogóle próbowałeś czy to ja jestem pierwszą testerką? — zapytała z figlarnym błyskiem w oczach. Nie czekała jednak na odpowiedź i odwróciła się w jego stronę. — Koniecznie musisz spróbować, bo są naprawdę dobre — mówiąc to, podetknęła mu wypiek pod nos, patrząc na niego wymownie, jakby nie przyjmowała żadnego sprzeciwu.
Sullivan Hartley
Kiedy byli razem, była względem niego bardzo lojalna, nie pozwalając nikomu powiedzieć o nim złego słowa. Niesamowicie doceniała to, co dla niej robił, będąc właściwie jedynym, który dostrzegał wszystkie jej pragnienia i starał się je spełnić bez względu na wszystko. Ona w zamian odpowiadała mu tym samym.
Nawet, kiedy została zmanipulowała i ich związek zakończył się w bardzo drastyczny sposób, nie zdecydowała się oczernić go przed wszystkimi wokół. Oczywiście, łatwiej byłoby powiedzieć, że ją zdradził, zrobić z siebie ofiarę, a jemu uprzykrzyć życie, ale wtedy miała wrażenie, że ona też zawiniła. Przypisała to sobie jako własną porażkę, przez którą więcej nie zdecydowała się na nic poważnego.
— A jaką opinię chciałbyś jeszcze uzyskać? — spojrzała na niego filuternie. — Niesamowicie arogancki, nadzwyczaj pewny siebie, z rozbrajającym uśmiechem i uporem, którego nie da podważyć — zaczęła wyliczać swobodnym tonem, na koniec przekrzywiając nieco wymownie głowę. — Och, chociaż nie, znalazłoby się kilka sposobów. Ale takich tajemnic się nie zdradza — zauważyła pewnym siebie głosem, jakby nigdy nic sięgając po kolejny smakołyk.
Przejście z tematu eklerków na jego cechy charakteru, okraszone wspólnymi wspomnieniami, przyszło jej zdecydowanie zbyt łatwo. Naturalnie, jakby nie było przed nimi żadnej dzielącej bariery w postaci dwuletniej przepaści. Ade niegdyś potrafiła mieć ogromny wpływ na wybory mężczyzny, czego nie bała się wykorzystywać, nie raz negocjując warunki. Teraz jednak nie miała pewności, czy coś w międzyczasie uległo zmianie. Chyba musiałaby się przekonać o tym na własnej skórze, lecz to wydało jej się aż zanadto niebezpieczne. Tej bariery, swojej własnej, wewnętrznej, jeszcze przekroczyć nie umiała.
Za to innej na chwilę Sullivan pozbawił jej bez żadnego problemu. Smak jego ust przypomniał jej o wszystkim, co przy nim czuła, momentalnie podsycając w niej pragnienie na znacznie więcej. Nie potrafiła już nawet udawać, że tego nie chciała. Przez tę jedną krótką chwilę wszystko wydawało się być na miejscu. Jak dawniej.
Czuła jego uśmiech. Co więcej, w tym momencie wcale nie przeszkadzało jej, że dała mu tę odrobinę satysfakcji. Kiedy po tej krótkiej, ulotnej chwili, ostatecznie się od siebie odsunęli, była jedynie trochę skołowana własnymi emocjami, których nie potrafiła określić. Dlatego potrzebowała ochłonąć.
Z koszyka wyciągnęła kartonik z kokardką, którą z nieznacznie uniesionymi kącikami ust z ogromną dokładnością rozwiązała. Gdy w końcu udało jej się je otworzyć, jej oczom ukazały się cztery eklerki o różnych zdobieniach. Jej oczy rozbłysły na sam ich widok.
— Hmmm… dobra. Ten — mówiąc to, sięgnęła po pierwszego z brzegu, mocno obsypanego brązową posypką — będzie czekoladowy. Albo kawowy — stwierdziła niemal od razu, bo to można było zgadnąć najłatwiej. Zaraz ugryzła kawałek, żeby przekonać się, czy miała rację. Czując znajomy smak, mruknęła zadowolona i rzuciła Sullivanowi przebiegłe spojrzenie. — Ten za to może być z cytryną? — zmrużyła oczy w zastanowieniu, po czym odłożyła jednego, żeby sięgnąć po drugiego. Kolejny gryz i delektowanie się tymi pysznościami z widokiem na Ontario sprawiało, że czuła się naprawdę sielsko. — Mmm, cudowne — mruknęła w zadowoleniu, jedząc wybranego eklera. — Zdecydowanie nie masz sobie czego zarzucić — stwierdziła pomiędzy kęsami.
W pewnym momencie przypomniała sobie o czymś istotnym. Odwróciła się do mężczyzny, rzucając mu badawcze spojrzenie spod nieco zmrużonych powiek.
— A Ty ich w ogóle próbowałeś czy to ja jestem pierwszą testerką? — zapytała z figlarnym błyskiem w oczach. Nie czekała jednak na odpowiedź i odwróciła się w jego stronę. — Koniecznie musisz spróbować, bo są naprawdę dobre — mówiąc to, podetknęła mu wypiek pod nos, patrząc na niego wymownie, jakby nie przyjmowała żadnego sprzeciwu.
Sullivan Hartley