desperate times call for desperate measures
: sob sie 15, 2026 9:31 am
trigger warning
przekleństwaPracując w takim zawodzie a nie innym, obcując ze śmiercią średnio kilka razy w miesiącu, doskonale wiedziała, że człowieka nie dało się używić. Raz podjęta decyzja nigdy nie mogła zostać cofnięta. Nie kiedy odbierała człowiekowi oddech. Ile razy sama ścigała ludzi, którzy uważali się za Bogów, bo mogli egzekwować własne widzimisię, decydować kto będzie chodził po tej planecie. Zawsze gardziła każdym, jednym mordercą, a teraz miała zamiar się nim stać.
Faktycznie się zmieniła.
Jednak to wcale nie przez samo zadawanie się z gangsterem czy zostanie kobietą mafii. W żadnym wypadku obcowanie w tym, co złe się jej nie spodobało. Ona chciała to zrobić z miłości. Z pierdolonego akty desperacji, żeby ochronić kogoś, kogo bardzo kochała. Już raz to zrobiła, w Meksyku, kiedy wybór był Gonzales albo Madox. Jednen z nich tak czy siak skończyłby z kulka w głowie, po protu ona była pierwsza. Ale tutaj? Tutaj tak na dobrą sprawę chciała skazać kogoś, był w zmkniętym ośrodku. Kto w teorii nie mógł skrzywdzić. Ale przecież wiedziała jaka była prawda, wiedziała, jak bardzo Nick chciał śmierci jej męża, jak współpracować z kimś z zewnątrz i może nie on bezpośrednio celował mu między oczy, ale dla Pilar w tym momencie nie miało to większego znaczenia.
Chociaż trzeba przyznać, że kiedy z jego ust padło to dla twojego świętego spokoju, pozbędę się Daltona, przez jej ciało przeszedł kurewsko nieprzyjemny dreszcz. Jasno i przejrzyście Madox zrzucał na nią całą winę i odpowiedzialność za to, co miało się stać. On dokona egzekucji, pomoże w tym, ale ten krzyżyk to Pilar musiała przyjąć na swoje barki. Nie po pół, jak drużyna, a tylko jej. Bo to miało się stać dla jej świetego spokoju.
I może zafiksowałaby się na tym jeszcze bardziej, gdyby temat nie zszedł na kobiety — tak kurwa dla odmiany — które chciały go zabić. Nie miała zielonego pojęcia dlaczego niby Ruby odpadała z tego obrazka. Z jednej strony chciała go o to dopytać, a z drugiej… powiedział to z tak dużym przekonaniem, że może faktycznie wiedział więcej niż ona i nie chciał mówić. A Pilar chyba po raz pierwszy nawet nie potrzebowała wiedzieć. Tyle rzeczy waliło im się na głowę, że naprawdę trzeba było odpowiednio prioretyzować zagrożenia. Szczególnie, że zaraz zaczął jej nawijać o jakiejś lasce, która chciała go pobić.
— Jak to pobić? Bo wysłałeś jej foty? — ściągnęła brwi do siebie, patrząc na niego podejrzanie. Co to w ogóle znaczyło, że wysłał jej swoje przerobione foty? No pięknie, ale on jej robił aferę, bo napisała życzenia urodzinowe Galenowi. Powinna się już przyzwyczaić do tego, że Madox była chodzącą hipokrytką, a jednak za każdym razem ją tym zaskakiwał. — Skoro Pati ją kojarzy, to może niech dowie się czegoś więcej na jej temat? Tak dla pewności — zaproponowała, chociaż przez kilka sekund przez jej głowa przemknęła taka myśl… a Pati? Czy jej mogli ufać? Czy Madox miał pewność, że to nie ona chciała go zapierdolić za jego plecami? Pewnie nie, bo już tyle razy była z nim sam na sam, że gdyby chciała, może faktycznie już dawno by to zrobiła. Znała go dobrze, wiedziała dużo, nie potrzebowałaby iść do kogoś takiego jak Nick Dalton po informacje. Tak szybko jak ta myśl pojawiła się w głowie Pilar, równie szybko się z niej ulotniła. Szczególnie, że temat zszedł na Lunę i jego następne spotkanie z Madoxem.
— Jakby chciał mnie zajebać to już by to zrobił — przedrzeźniła go bezczelnie, kręcąc głową na boki. Nieładnie. Ale gadał kurwa od rzeczy. Złapała go za poliki i przyciągnęła do siebie. — Madox, on CHCIAŁ CIĘ WCZORAJ ZABIĆ — powiedziała to głośno i wyraźnie. — Nie dociera to do ciebie? Naprawdę teraz we własnej głowie będziesz kurwa zaginać rzeczywistość? Nie rozumiesz, że byłbyś martwy gdyby nie Sombra? Strzelając do ciebie nie mieli pewności, że pies wskoczy przez ciebie, więc kulka była zadedykowana dla CIEBIE. Nie możesz kurwa chodzić i pierdolić, że jakby cię chciał zabić to by to zrobił i myśleć, że jesteś bezpieczny. Chciał cię zapierdolić. I pewnie będzie chciał znowu następnym razem, jak mu się sprzeciwisz — wiedziała, żem miała racje. Może i on znał lepiej ten cały, gangsterski świat, ale to ona potrafiła na wszystko spojrzeć z boku i nie mogła wytrzymać tej jego nieśmiertelnej gadki. Tego przekonania, że każdemu był do czegoś potrzebny i nikt go nigdy nie odjebie, bo umiał zagadać przeciwnika. Nie zawsze. I wczorajszy dzień doskonale to pokazał. Umarłby. Już by go tu kurwa dzisiaj nie było, więc niech lepiej weźmie to wszystko na poważnie. Nawet miała to dodać, ale wtedy on w końcu się z nią zgodził w sprawie kamer. Gdzie tylko chcesz.
— Gdzie tylko chce? — tam razem to ona posłała mu zaczepne spojrzenie i szturchnęła go kolanem, dokładnie tak, jak on nią przed chwilą. — Pod biurko też jedną dostane? — tak, żeby mogła sobie oglądać, jak co dwadzieścia minut Noriega drapie się po jajach, a potem jeszcze może jedną w kiblu, żeby od razu sprawdzić, czy się wysrał odpowiednią ilośc razy dziennie, kiedy jej nie będzie. Niesamowite było, jak szybko ich poważne rozmowy potrafiły przeistaczać się w durne zaczepki na rozładowanie atmosfery. Chyba tylko oni tak potrafili.
Madox też potrafił szarpnąć ją na siebie jednym pociągnięciem. Zrobił to tak mocno, że aż musiała przytrzymać się jego silnych ramion, żeby zachować resztki równowagi. Jego ciepły oddech muskał jej poliki. Czuła go też na ustach i brodzie. Przyjemnie ciepły, znajomy. Tak skrajnie inny od tego chłodnego, który niestety dzisiaj również na sobie poczuła, że aż przez jej plecy przeszedł dreszcz. A po chwili poczuła też jego śmiech, gdy powiedziała mu, że będzie tak, jak chciał.
— Tylko się kurwa nie przyzwyczajaj — zagroziła mu, wciskając palec między ich ciała i wymierzając mu prosto w klatkę piersiową, sama zaciskając ustami tuż przy tych jego. — To jednorazowa ugoda. Następnym razem jak ci tak odpierdoli, to ci oddam — odgroziła się, tak dla zasady, żeby zachować pozory, ale prawda była taka, że dzisiaj niezależnie od tego, jak waleczna by nie chciała być, po prostu nie dałaby rady. Cała akcja z Daltonem kompletnie zachwiała jej psychiką i na to naprawdę nie było rady. Czuła, że to wszystko wciąż w niej siedziało, że te pieprzone ataki paniki znowu czaiły się gdzieś na wyciągnięcie ręki, jednak miała wrażenie, że tak długo, jak on miał ją w ramionach, to była bezpieczna. Zaśmiała się nawet na jego uwagę, że on zabiłby się gdyby jej się coś stało, a Pilar podwójnie by go zabiła za to, że ją zostawił.
No faktycznie on romantyk, ona wariatka.
— I tak ty na tym gorzej wychodzisz — zauważyła, oplatając jego szyję dookoła i szarpiąc delikatnie za włosy przy potylicy. — Bo umierasz dwa razy — wypomniała mu jeszcze nim zdążył złożyć przelotny pocałunek na jej ustach. Pocałunek zdecydowanie niewystarczający na to, jak wiele rzeczy udało im się przepracować w tej obskurnej toalecie, w której chyba nikt nie odkurzał i nie mł podłogi przez ostatni rok jak nie dwa. Poza tym, kurewsko tęskniła za jego bliskością. Od wczoraj prawie się nie dotykali, a przecież to właśnie był ich język miłości. Nawet chciała go przy sobie przytrzymać, ale on już zbierał się z podłogi, szarpiąc ją ze sobą do góry i pytając, czy chciała iść coś zjeść, czy może się napierdalać.
— Bicie się z tobą, kiedy dajesz mi fory jest nudne — stwierdziła, wzruszając obojętnie ramionami. — Co to za przyjemność? — już i tak podbiła sobie w worek, który nie był w stanie jej oddać. Takie zabawy były fajne tylko przez chwilę, na rozładowanie gniewu, ale na pewno nie pełny sparing. Wspięła się na palcach, znowu zawisając nad jego ustami. — A oboje dobrze wiemy, że dzisiaj nie będziesz w stanie mnie docisnąć — mruknęła cicho, jednak taka była prawda. Już i tak na codzień dawał jej fory, a co dopiero w momencie, kiedy jedną rękę miała praktycznie niesprawną, wciąż sączyła się z niej krew, co było widać pod powierzchnią gazika, szyje również miała obolałą i ramiona… po których on sam przesunął palcami, żeby zatrzymać się na przedramieniu, na którym miała po nim kilka śladów.
— Lubie jak mnie szarpiesz, ale tylko wtedy, kiedy chcesz mnie rzucić na pralkę lub szafę i… — pierdolić, to chciała powiedzieć. Zaczepić go. Przekręcić to wszystko w żart, bo ona wcale nie miała mu za złe, że to zrobił. Był wkurwiony, miał prawo. Ile razy ona nim szarpała podczas kłótni, ile razy wciskała mu palce w tors? A to, że był większy i mniej to było na nim widać, to przecież zupełnie inna sprawa. Widziała jednak po nim, że to nie chodziło o sam przypływ złości, a pewne traumy z dzieciństwa, które wciąż miał w głowie. Wspomnienie agresji w domu, pewnie to jak Carlos szarpał Esme, a potem pewnie jeszcze bił. Madox nie był temu nawet bliski.
— Posłuchaj mnie — przysunęła się do niego jeszcze bliżej, prawie się na nim wieszając. Jedną dłoń wplecioną miała w jego włosy, drugą natomiast umieściła na piersi, pod która czuła, jak mocno waliło mu serce. — Nie jesteś jak swój ojciec, Madox. I nigdy nie będziesz — co do tego była akurat pewna. Carlosem kierowała żądza władzy, kontroli, a młodym Noriegą przecież coś zupełnie innego. — Twoja agresja nie wynikała wyłącznie z czystego wkurwu, ale też i troski, a to różnica. Ja się stawiałam, a ty chciałeś mi po prostu pomóc — ktoś mógłby powiedzieć, że głupio go tłumaczyła, ale przecież taka była prawda. Ona tam na sali dosłownie rozjebała sobie doszczętnie dłoń. Gdyby Noriega nie zaszarpał jej tu siłą i nie pomógł, pewnie teraz pół sali pławiłoby się w krwi, a ona miała trzy razy większy problem. Trzeba było też pamiętać, że Pilar wcale nie była delikatną dziewczynka. Nie można było obchodzić się z nią jak z jajkiem, bo po prostu weszłaby na głowę. Dlatego tak dobrze się dobrali, bo prawda była taka, że tylko on potrafił ją okiełznać. — Ale dobrze, bardzo chętnie ci jebne następnym razem — dodała po chwili, uśmiechając się bezczelnie. Akurat z tym nie miała żadnego problemu. Chociaż czuła, że następnego razu wcale nie będzie. Widziała przecież po jego twarzy, jak nim to ruszyło. Jak w jego głowie właśnie działy się jakieś dziwne porównania do starego, które nawet nie powinny się tam znaleźć. Może faktycznie wystarczyło im bicia jak na jeden dzień.
— Jeść — rzuciła po chwili, prosto między jego usta. Nie pocałowała go jednak, a zamiast tego przesunęła się wzdłuż jego polika w stronę ucha. — Jeść — potwórzyła, tym razem zahaczając płatek językiem i biorąc go między wargi, by następnie zassać delikatnie. — Weź mnie na jedzenie — i to najlepiej takie w ilości d u ż o z wielkim deserem, po którym nie będzie mogła się ruszyć. Tak. To zdecydowanie brzmiało jak świetny plan. Normalnie propozycja nie do odrzucenia.
Ogarnęli łazienkę, pozbierali resztki ręcznika papierowego z ziemi, nawet apteczkę odstawili na miejsce, tylko już nie chciała wisieć, bo Madox jak ją wtedy ścisnął, to rozpierdolił jej wieczko, więc musieli po prostu odłożyć ją na parapet obok. Chcieli też umyć podłogę z krwi w salce, ale kiedy tam weszli okazało się, że Earl już to zrobił. Podziękowali, przeprosili i ulotnili się do auta już zdecydowanie w o wiele lepszych humorach niż kiedy z niego wysiadali. Dużo emocji zostawili na tamtej podłodze w kiblu, dużo spraw wyjaśnili, chociaż była jeszcze cała masa znaków zapytania. Wciąż nie było dobrze, ale przecież oni właśnie tak działali. W jednej chwili świat walił im się na głowę, a w drugiej łapali kilka beztroskich chwil, żeby po chwili znowu znaleźć się w samym środku jakiegoś chaosu. Taki już ich los.
Całą drogę do auta, nawijała mu listę rzeczy, które by zjadła. Mogło to brzmieć, jakby Pilar po prostu wymieniała nazwy rzeczy, które znała, bo było ich tak dużo, ale co się dziwić, dochodził powoli wieczór, a oni oboje byli o samym śniadaniu. Załadowali się do środka, a ona zacisnęła swoje palce na pasie bezpieczeństwa.
— Nie wiem, ty musisz wybrać… — oczywiście zrzucała na niego całą odpowiedzialność, bo sama nie umiała się zdecydować. — No chyba, że wszechświat da nam jakaś kurwa niebieską wskazówkę, gdzie powinniśmy zjeść, bo w innym wypadku pewnie będziemy jeździć w kółko do nocy — machnęła rękami, kierując je właśnie na ten wcześniej wspomniany wrzechświat, a przynajmniej spróbowała, bo po drodze lewą ręką przyjebała w schowek, który spadł jej na kolana. Syknęła z bólu, bo walnęło akurat w rzepkę. Zajebiście, dzięki wszechświecie za jeszcze więcej bólu. Przewróciła oczami. — Trzeba go było jednak nie wzywać — mruknęła pod nosem niezadowolona, jednak kiedy zamierzyła się, żeby go zamknąć z hukiem, w środku zobaczyła… zwycięski los, który Madox kiedyś kupił na stacji. — O, może to jednak nie było tylko po to, żeby mi najebać — wtrąciła i sięgnęła po niego, by już po chwili pomachać Madoxowi przed oczami. — Kolacja w ciemności? — nawet lepiej, bo miała na twarzy tyle plasterków, że piękniej będzie wyglądać przy zgaszonym świetle. Ale tak serio… to nie był wcale zły pomysł. Chcieli iść zjeść, nie wiedzieli co, nie wiedzieli tez kiedy znowu będą mieć wolny wieczór, a kiedy znowu będą drzeć koty. Może to był dobry moment, żeby po prostu złapać chwile? Pojechać do pierwszego, lepszego sklepu lub domu, odjebać się jak na prawdziwą randkę i pojechać zjeść w kompletnej ciemności wszystko, co tylko im podsuną pod nos?
¿Cena a oscuras?