Girls just wanna have fun
: śr wrz 09, 2026 12:20 am
Zadziwiające było to, że wielu nieporozumień, a właściwie wszystkich, udałoby im się uniknąć, gdyby tylko dokończyli rozmowę w aucie. Ile skumulowanego w nich cierpienia, żalu i zdenerwowania można było oszczędzić, gdyby Zoya nie uniosła się emocjami i nie trzasnęła drzwiami Mercedesa.
W momencie, w którym Lucien skrócił dzielący ich dystans i znacząco przekroczył jej granicę komfortu, miała szczerą ochotę się odsunąć. Nagle zaczęła ciężej oddychać, bo ta nikła odległość wywołała u Zoi kolejną falę przykrych emocji.
— Brawo, Lionel. Zgadłeś! — krzyknęła i tym razem to ona wyrzuciła ręce w powietrze, nieznacznie pochylając się w jego stronę. — Okropnie się narzucasz! — skłamała tak podle, że aż zapiekło ją w gardle, a mimo to nadal trwała w tej niedorzecznie bojowej postawie. W rzeczywistości wcale tak nie myślała. W rzeczywistości w gniewie związała to całe bezsensowne sformuowanie, które jedynie coraz bardziej pogrążały ją w żalu i obrzydzeniu, jakie odczuwała wobec samej siebie.
Czuła, że mogła go zranić, więc zacisnęła pięści, gdy w kolejnej odpowiedzi stwierdził, że równie dobrze mógł dopisać sobie, że był idiotą.
Prychnęła, rozumiejąc, że znacznie łatwiej byłoby jej się z nim kłócić, gdyby próbował ją atakować; gdyby, choćby w równie ambiwalentny sposób, balansował pomiędzy mało racjonalnymi argumentami. Tymczasem Lucien zdawał się przyjmować całą winę na siebie, co znowu... cholera, tylko bardziej zaogniło emocje Zoi.
Wyjechała do Włoch, aby ponownie odnaleźć tę popapraną dziewczynę, jaką była przed jego poznaniem; wyjechała, aby wśród majestatycznych uliczek Misano, litrów wina oraz w towarzystwie Adeline przeżyć jakieś niedorzeczne katharsis. Tymczasem musiała stawić czoła nie tak odległej przeszłości, bo przewijające się przez tę rozmowę cytaty zdawały się uderzać w Zoyę z niesamowitym impetem.
— Też miałeś pecha — odpowiedziała natychmiast, znowu kierowana niezzdrowym impulsem, jednak na widok zbolałej mimiki Luciena, prędko odwróciła wzrok i naprawdę mocno przygryzła wewnętrzną stronę policzka.
Dlaczego oni to sobie robili?
Nie była aż tak głupia, aby nie dostrzec, ile przykrości mu sprawiła. Nie była też na tyle ślepa, aby w końcu nie zrozumieć, że zrobił to wszystko dlatego, że wciąż w jakimś stopniu mu na niej zależało. A jednak, o zgrozo, chyba podświadomie chciała doprowadzić go do momentu, w którym miałby dosyć i w którym porzuciłby ją na pastwę własnych probleów.
Być może z ich dwójki, to ona była największą m a s o c h i s t k ą.
Na dźwięk pytania Zoya mimowolnie się wzdrygnęła i ponownie spojrzała na Luciena. Niezmiennie rozjątrzona przesunęła wzrokiem po jego twarzy. Nie mogła udzielić mu odpowiedzi, bo ta brzmiałaby: n i g d y. Zamiast tego jedynie dalej z uporem patrzyła mu w oczy, po raz kolejny powstrzymując potrzebę ucieczki.
Mimo to zaraz ponownie go uderzyła, ale zatrzymał cios, co po raz kolejny wywołało w Zoi falę złości. Kompletnie przestała nad sobą panować i dwa, może trzy razy spróbowała wyrwać Lucienowi poduszkę, na której wciąż trzymał dłoń, ale nie była w stanie już nic zdziałać. W efekcie dalej stali naprzeciw siebie w niewielkiej odległości, połączeni tym miękkim przedmiotem i wciąż taksowali nawzajem swoje twarze.
— Oddawaj! — krzyknęła, gdy ostatecznie wyrwał poduszkę. Instynktownie podążyła za jaśkiem, po czym szybko wbiła w niego paznokcie, tym razem ustawiając się bokiem do mężczyzny. Dopiero wtedy dotarło do niej, co właściwie powiedział, ale i tym razem poskąpiła mu odpowiedzi. Zamiast tego jedynie pociągnęła poduszkę w swoją stronę, jednocześnie wsuwając stopę pomiędzy jego rozstawione nogi.
Zauważyła, że Luciena nagle ogarnęło dziwne milczenie, a przez jego twarz przemknęła niezrozumiała dla niiej mimika. Nie próbowała jednak jej analizować. Chciała odzyskać wyłącznie tę cholerną poduszkę i właśnie wtedy z niewiadomych powodów mężczyzna nagle odpuścił. Wydawał się skapitulować, więc kiedy poczuła, że rozluźnił uścisk, a przedmiot ich kłótni bezwolnie zaczął opadać, natychmiast pociągnęła go ku sobie i triumfalnie otuliła ramiona.
W akcie szyderstwa miała ochotę się zaśmiać, jednak wtedy usłyszała swoje imię, które Lucien wypowiedział z niesamowitą łagodnością. Kiedy ponownie nawiązała z nim kontakt wzrokowy, dostrzegła w jego spojrzeniu zupełny brak wcześniejszego zdenerwowania. Mimowolnie spięła ramiona na jaśku i cofnęła się o krok, jakby lada moment miała osunąć się na podłogę.
Nagle gniew Zoi gdzieś się ulotnił, a na jego miejscu pozostała trudna do opisania mieszanka przykrości i zażenowania. Poczuła się jeszcze bardziej głupio, bo jednym zdaniem odebrał jej ostatnią broń, którą tak natarczywie się broniła.
Co miała począć, skoro przejrzał wszystko, co od dawna kotłowało się w jej głowie? Coś przez co nie mogła wyzbyć się wyrzutów sumienia i spojrzeć na Luciena bez uczucia rwania duszy i serca.
Przełknęła ślinę ponownie przygryzając wewnętrzną stronę policzka. Nerwowo uniosła kąciki ust, jakby próbowała się uśmiechnąć, ale zaraz gwałtownie je opuściła.
— Gdyby ktoś przypadkiem się o tym dowiedział, miałbyś kłopoty — powiedziała spokojnie, choć z trudem wypowiedziała każde z tych słów. Był to największy akt szczerości, na jaki Zoya potrafiła się obecnie zdobyć. — Mogłam zniszczyć ci życie, Lucien.
Już nie wiedziała, co powinna teraz z sobą począć. Przesunęła wzrok z twarzy mężczyzny na podłogę, a potem na swoje bose stopy. Potem nerwowo poprawiła uścisk na poduszce i przestąpiła z nogi na nogę.
Nie radzę sobie z tym; dodałaby najchętniej, ale nie chciała być jescze bardziej żałosna.
Lucien Spencer
W momencie, w którym Lucien skrócił dzielący ich dystans i znacząco przekroczył jej granicę komfortu, miała szczerą ochotę się odsunąć. Nagle zaczęła ciężej oddychać, bo ta nikła odległość wywołała u Zoi kolejną falę przykrych emocji.
— Brawo, Lionel. Zgadłeś! — krzyknęła i tym razem to ona wyrzuciła ręce w powietrze, nieznacznie pochylając się w jego stronę. — Okropnie się narzucasz! — skłamała tak podle, że aż zapiekło ją w gardle, a mimo to nadal trwała w tej niedorzecznie bojowej postawie. W rzeczywistości wcale tak nie myślała. W rzeczywistości w gniewie związała to całe bezsensowne sformuowanie, które jedynie coraz bardziej pogrążały ją w żalu i obrzydzeniu, jakie odczuwała wobec samej siebie.
Czuła, że mogła go zranić, więc zacisnęła pięści, gdy w kolejnej odpowiedzi stwierdził, że równie dobrze mógł dopisać sobie, że był idiotą.
Prychnęła, rozumiejąc, że znacznie łatwiej byłoby jej się z nim kłócić, gdyby próbował ją atakować; gdyby, choćby w równie ambiwalentny sposób, balansował pomiędzy mało racjonalnymi argumentami. Tymczasem Lucien zdawał się przyjmować całą winę na siebie, co znowu... cholera, tylko bardziej zaogniło emocje Zoi.
Wyjechała do Włoch, aby ponownie odnaleźć tę popapraną dziewczynę, jaką była przed jego poznaniem; wyjechała, aby wśród majestatycznych uliczek Misano, litrów wina oraz w towarzystwie Adeline przeżyć jakieś niedorzeczne katharsis. Tymczasem musiała stawić czoła nie tak odległej przeszłości, bo przewijające się przez tę rozmowę cytaty zdawały się uderzać w Zoyę z niesamowitym impetem.
— Też miałeś pecha — odpowiedziała natychmiast, znowu kierowana niezzdrowym impulsem, jednak na widok zbolałej mimiki Luciena, prędko odwróciła wzrok i naprawdę mocno przygryzła wewnętrzną stronę policzka.
Dlaczego oni to sobie robili?
Nie była aż tak głupia, aby nie dostrzec, ile przykrości mu sprawiła. Nie była też na tyle ślepa, aby w końcu nie zrozumieć, że zrobił to wszystko dlatego, że wciąż w jakimś stopniu mu na niej zależało. A jednak, o zgrozo, chyba podświadomie chciała doprowadzić go do momentu, w którym miałby dosyć i w którym porzuciłby ją na pastwę własnych probleów.
Być może z ich dwójki, to ona była największą m a s o c h i s t k ą.
Na dźwięk pytania Zoya mimowolnie się wzdrygnęła i ponownie spojrzała na Luciena. Niezmiennie rozjątrzona przesunęła wzrokiem po jego twarzy. Nie mogła udzielić mu odpowiedzi, bo ta brzmiałaby: n i g d y. Zamiast tego jedynie dalej z uporem patrzyła mu w oczy, po raz kolejny powstrzymując potrzebę ucieczki.
Mimo to zaraz ponownie go uderzyła, ale zatrzymał cios, co po raz kolejny wywołało w Zoi falę złości. Kompletnie przestała nad sobą panować i dwa, może trzy razy spróbowała wyrwać Lucienowi poduszkę, na której wciąż trzymał dłoń, ale nie była w stanie już nic zdziałać. W efekcie dalej stali naprzeciw siebie w niewielkiej odległości, połączeni tym miękkim przedmiotem i wciąż taksowali nawzajem swoje twarze.
— Oddawaj! — krzyknęła, gdy ostatecznie wyrwał poduszkę. Instynktownie podążyła za jaśkiem, po czym szybko wbiła w niego paznokcie, tym razem ustawiając się bokiem do mężczyzny. Dopiero wtedy dotarło do niej, co właściwie powiedział, ale i tym razem poskąpiła mu odpowiedzi. Zamiast tego jedynie pociągnęła poduszkę w swoją stronę, jednocześnie wsuwając stopę pomiędzy jego rozstawione nogi.
Zauważyła, że Luciena nagle ogarnęło dziwne milczenie, a przez jego twarz przemknęła niezrozumiała dla niiej mimika. Nie próbowała jednak jej analizować. Chciała odzyskać wyłącznie tę cholerną poduszkę i właśnie wtedy z niewiadomych powodów mężczyzna nagle odpuścił. Wydawał się skapitulować, więc kiedy poczuła, że rozluźnił uścisk, a przedmiot ich kłótni bezwolnie zaczął opadać, natychmiast pociągnęła go ku sobie i triumfalnie otuliła ramiona.
W akcie szyderstwa miała ochotę się zaśmiać, jednak wtedy usłyszała swoje imię, które Lucien wypowiedział z niesamowitą łagodnością. Kiedy ponownie nawiązała z nim kontakt wzrokowy, dostrzegła w jego spojrzeniu zupełny brak wcześniejszego zdenerwowania. Mimowolnie spięła ramiona na jaśku i cofnęła się o krok, jakby lada moment miała osunąć się na podłogę.
Nagle gniew Zoi gdzieś się ulotnił, a na jego miejscu pozostała trudna do opisania mieszanka przykrości i zażenowania. Poczuła się jeszcze bardziej głupio, bo jednym zdaniem odebrał jej ostatnią broń, którą tak natarczywie się broniła.
Co miała począć, skoro przejrzał wszystko, co od dawna kotłowało się w jej głowie? Coś przez co nie mogła wyzbyć się wyrzutów sumienia i spojrzeć na Luciena bez uczucia rwania duszy i serca.
Przełknęła ślinę ponownie przygryzając wewnętrzną stronę policzka. Nerwowo uniosła kąciki ust, jakby próbowała się uśmiechnąć, ale zaraz gwałtownie je opuściła.
— Gdyby ktoś przypadkiem się o tym dowiedział, miałbyś kłopoty — powiedziała spokojnie, choć z trudem wypowiedziała każde z tych słów. Był to największy akt szczerości, na jaki Zoya potrafiła się obecnie zdobyć. — Mogłam zniszczyć ci życie, Lucien.
Już nie wiedziała, co powinna teraz z sobą począć. Przesunęła wzrok z twarzy mężczyzny na podłogę, a potem na swoje bose stopy. Potem nerwowo poprawiła uścisk na poduszce i przestąpiła z nogi na nogę.
Nie radzę sobie z tym; dodałaby najchętniej, ale nie chciała być jescze bardziej żałosna.
Lucien Spencer