Były wariatkami. Tylko to przemknęło jej przez głowę, kiedy z hukiem, wśród włoskich wrzasków, wypadły w końcu na zewnątrz. Przyjemny, świeży powiew uderzył w sylwety dziewczyn, gdy sprawnie umknęły z ciemnej alejki z powrotem kierując się w stronę promenady w Misano.
Zoya z dziwną domieszką ekscytacji, ale i lęku przed złapaniem, odwróciła się przez ramię, gdzie nadal gnali za nimi dwaj rozwścieczeni Włosi. I mogłoby się wydawać, że właśnie w momencie, gdy zabierała z nich spojrzenie w stronę ulicy, kątem oka dostrzegła jak
trzecia postać opuściła lokal.
T a m!
Wszystko robiła instynktownie i pod presją tak wielką, że na tym etapie nie zamierzała już polemizować z Adeline, która objęła dowództwo nad tą nieocenioną pielgrzymką. Jednak kiedy Zoya w ostatniej chwili uskoczyła przed wywalonym koszem, przez parę sekund zwątpiła w kierownictwo przyjaciółki. Pomimo tego śmiejąc się na całe gardło, pośpiesznie chwyciła skrzynkę pomarańczy z pobliskiego straganu i zamaszystym ruchem wysypała jej zawartość na drogę. W momencie, w którym obaj kelnerzy rozpoczęli pokaz kankana na owocach, poczuła jak Adeline pociągnęła ją dalej.
—
Zaraz tu umrę — wysapała gdzieś pomiędzy kolejnymi płytami chodnikowymi, jednocześnie nie wypuszczając z uścisku dłoni Clem. Alkohol nadal szumiał w głowie Zoi, ale nijak miał się do potężnych uderzeń gorąca i urywanego oddechu, który akurat w jej przypadku mógł być naprawdę niebezpiecznym sygnałem. Problem w tym, że to nie była najlepsza pora, aby przejmować się
jakąś tam astmą, kiedy po piętach wciąż deptali im
n a p a l e ń c y. —
Tutaj? — zapytała głupio, gdy Adeline nagle skręciła, po czym gwałtownie wskoczyła za nią we wnękę.
Z charakterystycznym łupnięciem przykleiła plecy do lodowatej ściany i całkiem odruchowo zasłoniła Adeline usta, aby ta przypadkiem nie wydała z siebie żadnego dźwięku. Rudowłosa, najwyraźniej kierowana podobną myślą, w tej samej chwili docisnęła dłoń do warg Zoi.
I tak oto stały dwie przyszpilone do ściany
w a r i a t k i.
Przez kilka dłużących się sekund, a może nawet minut, Zoya była całkowicie sparaliżowana. Podobnie jak przyjaciółka przymknęła powieki i spróbowała przełknąć serce, które podeszło jej do gardła. Kiedy chwila grozy wreszcie dobiegła końca, mimowolnie zabrała dłoń z twarzy Adeline i spojrzała na nią z konsternacją, jaka prędko przerodziła się w autentyczną radość.
Niespodziewanie klasnęła w dłonie, a nawet podskoczyła, dając upust swojemu entuzjazmowi. Jeszcze wtedy nie myślała ani o zdewastowanym posągu, ani o pozostałych szkodach. W żyłach Zoi wciąż krążyło winoo, więc na próżno było szukać u niej wyrzutów sumienia.
—
Jak Atomówki! — zachichotała, po czym na moment wsparła się o ścianę, aby spokojnie ustabilizować oddech.
Kiedy w końcu uznała, że była gotowa ruszyć dalej, zrównała krok z Adeline. A potem zupełnie nieświadoma kolejnego
niebezpieczeństwa w prostym geście sięgnęła do jej rudych włosów i nie zatrzymując się, zaczęła poprawiać je tu i ówdzie.
—
Clem, wyglądasz jak strach na wróble. Żaden Włoch już na ciebie nie spojrzy — zażartowała i w dalszym ciągu wygładzała naelektryzowane kosmyki.
Wtem Adeline przystanęła, a Zoya, która jednocześnie usłyszała zbliżające się kroki, mimowolnie zrobiła to samo. Kiedy skierowała wzrok przed siebie natychmiast zamarła. Intuicyjnie opuściła ramiona i wysoko zadarła pełne szoku spojrzenie, aby następnie umieścić je na jasnych oczach Luciena.
Był ostatnią osobą, którą spodziewała się ujrzeć w Misano, a po minionych wydarzeniach był również ostatnim mężczyzną, z których chciałaby porozmawiać.
Te dni były
trudne. Upływały pod natłokiem smutku, który za wszelką cenę próbowała od siebie odsunąć. Przyznajmniej była ze sobą na tyle szczera, że nie udawała, że nie tęskniła za Lucienem. Im głębiej analizowała, tym mocniej utwierdzała się w przekonaniu, że po prostu do siebie nie pasowali. Kierowali się w życiu zupełnie innymi priorytetami, a
u m o w a, o której rozmawiali w samochodzie, złamała jej godność.
Nie ufał jej.
Nie ufał.
Z drugiej strony za prawdziwy powód zakończenia ich znajomości i tak uznała prywatne emocje. Nie potrafiła pogodzić się z faktem, że na próżno zawróciła mu w głowie informacją o dziecku. Lucien miał zdecydowanie zbyt wiele do stracenia, a Zoya wstydziła się, że nie pomyślała o tym ani w chwili, gdy włamała się do szatni, ani później, kiedy, żyjąc w fałszywym przekonaniu, praktycznie publicznie czerpali radość ze swojej relacji.
Czerwieniała na myśl, że omal nie
uwiodła na dziecko popularnego sportowca. Gdyby tylko dziennikarze się o tym dowiedzieli, mieliby z Luciena potężną pożywkę.
Mimowolnie przełknęła ślinę i zsunęła spojrzenie na ubiór mężczyzny. Wyglądał inaczej niż zwykle, dlatego ta dziwna, osobliwa dostojność uderzyła w Zoyę ze zdwojoną siłą. Pobieżnie omiotła wzrokiem rozpiętą marynarkę, jasną koszulę i proste spodnie, po czym ponownie zatrzymała wzrok na jego twarzy. Nawet ona wydawała się odrobinę
inna. Zupełnie nieświadomie, przez chwilę mocno zauroczona, westchnęła sobie pod nosem.
—
L-Lucien? — Oprzytomniała nagle. Nie uraczyła go nawet słowami powitania i zamiast tego podejrzliwie ściągnęła brwi. Potem chyba odruchowo, chcąc zaprezentować się przy nim trochę lepiej, pociągnęła w dół jeansową spódniczkę, która podczas gonitwy podwinęła się niestosownie wysoko.
Zaraz skierowała spojrzenie na Adeline. Liczyła na to, że przyjacielskie połączenie bluetooth zadziałało jak należy i rudowłosa zrozumiała, że to absolutnie nie był moment na rzucanie bezsensownych anegdotek. Po krótkiej chwili ponownie skupiła uwagę na Lucienie.
Nie uważała, że dobrze było go zobaczyć - a zwłaszcza w takich okolicznościach, kiedy postawiły na baczność całą społeczność Misano. Och, jak wielką Zoya miała nadzieję, że niczego nie widział. W dodatku nie rozumiała, dlaczego po tym wszystkim czego razem doświadczyli, nadal tak ładnie się do niej uśmiechał.
Niespodziewanie złapała mężczyznę za nadgarstek i pociągnęła go kilka metrów dalej; do alejki, z której dopiero co wyszły. Mocno wbiła paznokcie w jego skórę, ale gdy tylko przeszli za róg budynku, równie gwałtownie go puściła. Gdzieś w locie oczywiście poprosiła Adeline, aby
poczekała.
—
Co ty tu robisz? — Skrzyżowała ramiona na piersi i
groźnie spojrzała na Luciena, choć sama nie potrafiła jeszcze zdefiniować tego, co czuła. —
Jak to możliwe, że akurat jesteś tutaj!? Setki kilometrów od Toronto, gdzie w końcu, po tych wszystkich męczących wydarzeniach, naprawdę świetnie się bawię i robię totalnie durne rzeczy, których na pewno będę żałować, jak tylko wytrzeźwieję? — rzuciła bez większego namysłu, ale za to z wyraźną pretensją w głosie. Jednocześnie dziecinnie zatupała nogami i w akcie jeszcze większego protestu znienacka dźgnęła mężczyznę palcem w sam srodek klatki piersiowej. W jej żyłach alkohol z uporem dopinował, że postępowała właściwie. —
Stalkujesz mnie. — Nie zapytała. Stwierdziła głupio.
Osąd sytuacji Zoi pozostawiał wiele do życzenia. Najwyraźniej zdążyła zapomnieć, że przez ostatnich kilka godzin sama oglądała posty i rolki z wyścigu Luciena.
Adeline Covington Lucien Spencer