Strona 3 z 3

Days of (Our) Lucie's Lives

: sob paź 17, 2026 9:10 pm
autor: Fiji Zivai
Rozglądała się dookoła na nowo zapamiętując szczegóły, które uległy całkowitej zmianie. Zwęglony zapach wciąż lekko unosił się w powietrzu, rysunek na ścianie sugerował zapowiedź nadejścia czegoś gorszego, brak mebli obdarł to miejsce z charakteru (przyjaznego „przyjdź i przysiądź”) i to wszystko jednocześnie wpłynęło na właścicielkę.
Miss Pandora wyglądała na zmęczoną, smutną, przybitą i choć taka sytuacja niejedną osobę przygniotłaby do podłogi, to ona wciąż tutaj była. Pomimo, że ktoś wdarł się do miejsca Will, ograbił go, zdemolował i mentalnie zdeptał, to kobieta nie wyglądała na zrezygnowaną. Nie poddała się; przynajmniej w oczach Fiji.
W ciszy wysłuchała jej słów niechętnie do wiadomości przyjmując fakt, że tak wiele ją ominęło. Spędziła w domu zaledwie kilka dni a w tym samym czasie świat postanowił zrobić fikołka.
- Cholera jasna – podsumowała bez zbędnego unoszenia się. Stwierdzenie, że to „kaszana” byłoby zbyt trywialne. Nagły wybuch gniewu, kiedy dostrzegła zmęczenie na twarzy Will, również był zbędny. Nie miała żadnych pytań, bo wszystko jej powiedziano, więc pozostały te dwa konkretne acz wyrażające wszystko słowa.
Czasami tyle wystarczyło.
- Czwartek, jak każdy inny. – Machnęła ręką, jakby jej aktualny wygląd był czymś standardowym. Nadal stała w miejscu, jakby bała się, że samą obecnością narobi więcej szkód.– Naprawdę chcesz wiedzieć? – Po ostatnich dniach, podczas których Miss Pandora jasno dała do zrozumienia, że wolała trzymać Fiji na dystans.
Starała się to zrozumieć, przetłumaczyć sobie, że była zbyt nachalna lub Willa nie szukała nowych znajomości. Wolałaby jednak dostać jasny komunikat niż czuć się gdzieś niechciana z nieznanego sobie powodu. Dodatkowo w konsternacje wprawił ją niedokonany gest kobiety, która parę chwil wcześniej podeszła do niej sięgając do policzka. Ostatecznie Willa tego nie zrobiła, ale jej dłoń, która zawisła w powietrzu była prawie jak zapewnienie, że ostatnie dni nie miały znaczenia.
– Biegałam i rowerzysta zajechał mi drogę. Wbiłam się w kierownicę, a potem twarzą przejechałam po parkowym żwirze. – W wielkim skrócie, choć dokładnie tyle lub nawet krócej trwał spektakularny upadek z fikołkiem w powietrzu. – Na szczęście pomogła mi inna biegaczka. Zaprowadziła do apteki i kupiła leki. Nie jest tak źle jak było. – Tak źle, jak bezpośrednio po upadku. Tak źle, jak następnego dnia, kiedy przed lustrem nakładała wspomagający gojenie krem na twarzy. Tak źle, gdy na ranach wciąż miała przyklejony piach.
W tej odsłonie nie była najładniejsza, ale nie to teraz miała w głowie.
Raz jeszcze uważniej przyjrzała się kobiecie. Nie wiedziała, co powinna myśleć. Przyszła z zamiarem zamówienia kawy bez wielkiego oczekiwania, że Willa zmieni swoje podejście. Chciała tylko napić się gorącego naparu i pójść dalej. Teraz jednak..
- W czym ci pomóc? – zapytała pełna determinacji nie dającej żadnych wątpliwości co do tego, że była gotowa działać. – Mogę pomalować ścianę, znam się na elektryce, może uda mi się załatwić parę mebli i jutro przyjedzie do mnie agregat. – To jedna z rzeczy, którą pomogła jej załatwić siostra jednocześnie odpowiednio pakująca sprzęt potrzeby Fiji do pracy. – Mogę ci go dać. – Nie miała w tym żadnego interesu. Po prostu chciała pomóc. – To nie sprawi, że otworzysz kawiarnię na nowo – Bo trzeba było to miejsce ogarnąć. – ale będziesz mogła robić kawę na wynos. – Znów rozejrzała się na boki szukając tego, co jeszcze można by zrobić. – I może uda mi się znaleźć artystę od obrazu, który tam wisiał? – Wskazała puste miejsce na ścianie. Zgadywała, że obraz stracił żywot wraz z krzesłami.
Zivai była zadaniowcem. Jeśli uważała, że miała coś do zrobienia – tak też było. Pozostałą część dnia się leniła, czyli rzadko, bo zawsze znajdowała sobie jakąś robotę zwłaszcza w Toronto. Będąc tutaj wolała zapełnić sobie czas nadmiarem pracy i zadań, co znacznie ułatwiało przetrawienie wielu spraw.
Zawiesiła spojrzenie na Miss Pandorze z wyraźnym pytaniem wymalowanym na twarzy – Co ty na to?


Willa Turner

Days of (Our) Lucie's Lives

: ndz paź 18, 2026 1:31 am
autor: Willa Turner
— Och, Fiji… — Jej imię wyrwało się jej z ust, zanim zdążyła zdecydować, co właściwie chce powiedzieć. Patrzyła na nią z wyraźnym zmartwieniem. Przez weekend zdążyła przyzwyczaić się do jej nieobecności, a przynajmniej tak próbowała sobie wmówić. Teraz, kiedy wreszcie się pojawiła, Will poczuła ulgę tak wyraźną, że aż nieprzyjemnie ścisnęło ją w żołądku. Nie miała pojęcia, co zrobić z tym uczuciem. Nie wiedziała też, czy powinna cieszyć się, że Fiji przyszła, czy najpierw przeprosić ją za to, że przez ostatnie dni zachowywała się tak, jakby wcale na tę wizytę nie czekała.
Na razie jednak trudno było jej myśleć o czymkolwiek poza zadrapaniami na jej twarzy.
— To brzmi… niefajnie. — Skrzywiła się lekko, niezadowolona z własnego doboru słów. Niefajnie. Naprawdę? Fiji opowiadała o zderzeniu z rowerzystą i twarzą na żwirze, a ona potrafiła wykrztusić z siebie coś, co brzmiało jak komentarz do źle zaparzonej kawy. — Byłaś u lekarza?
Chciała zapytać o więcej. Czy bardzo bolało, czy zawroty głowy już minęły, czy ktoś sprawdził, czy z jej brwią wszystko w porządku. Pytania cisnęły jej się na usta, ale zatrzymała je, niepewna, ile troski może okazać komuś, kogo sama jeszcze niedawno próbowała trzymać na dystans. Nie dlatego, że przestała chcieć jej towarzystwa.
Obecność Fiji była kojąca w sposób, którego Will nie umiała sobie wyjaśnić bez przyznania, że zaczęła na nią czekać. Przy niej łatwiej było jej żartować, odpowiadać bez zastanowienia i czasem zapominać, że każdą rozmowę można zakończyć, zanim zrobi się zbyt osobista. Przynajmniej dopóki nie próbowała świadomie się od tego powstrzymywać. Jednocześnie teraz czuła się niezgrabnie, jakby nagle znalazła się w sytuacji, do której nikt nie dał jej instrukcji. Chciała podejść bliżej, zapytać, czy wszystko naprawdę w porządku, może nawet jeszcze raz wyciągnąć rękę i tym razem nie cofnąć jej w ostatniej chwili.
Nie zdążyła znaleźć odpowiedzi, bo Fiji zajęła się czymś, co rozumiała chyba znacznie lepiej niż Will własne emocje: szukaniem rozwiązań.
Obserwowała ją w milczeniu, kiedy dziewczyna zaczęła rozglądać się po lokalu, wskazując kolejne rzeczy, które można było zrobić. Ściana, na której wcześniej wisiał obraz, meble, agregat, który pozwoliłby jej przynajmniej wrócić do przygotowywania kawy na wynos. Fiji wymieniała propozycje z taką pewnością, jakby wystarczyło rozdzielić zadania, ustalić kolejność i zabrać się do pracy.
Z każdym kolejnym zdaniem coś w niej miękło.
Nie spodziewała się tego. Po ostatnich dniach, po własnym milczeniu, przygotowała się raczej na niezręczną wizytę, może krótką rozmowę, po której obie wrócą do swoich spraw. Tymczasem Fiji nawet nie próbowała rozliczać jej z zachowania, nie zażądała wyjaśnień ani nie dała jej odczuć, że ma do niej pretensje. Po prostu zobaczyła, że potrzebuje pomocy, i zaczęła zastanawiać się, co może zrobić.
Will spuściła wzrok, niby przyglądając się zarysowanej krawędzi blatu, choć tak naprawdę próbowała opanować nagłe ściśnięcie w gardle. Nie była przyzwyczajona do tego, że ktoś ją wspierał, kiedy robiło się trudno. Jeszcze mniej przywykła do myśli, że ktoś mógłby wrócić po tym, jak sama dała mu powody, żeby tego nie robił. Nie wiedziała, czy Fiji zdawała sobie sprawę, ile znaczyła dla niej ta obecność. Nie była gotowa tego tłumaczyć, nawet gdyby potrafiła.
— Dziękuję. — Powiedziała w końcu cicho. Słowo wydało jej się stanowczo zbyt małe w stosunku do tego, co chciała przekazać, ale nie znalazła lepszego. Podniosła wzrok na Fiji, próbując uśmiechnąć się choć odrobinę pewniej. — Naprawdę. To… dużo dla mnie znaczy. — Urwała na moment, po czym odchrząknęła, jakby mogła w ten sposób ukryć wzruszenie. — Chętnie przyjmę agregat. Jeśli jesteś pewna, że możesz mi go pożyczyć. A kiedy wszystko przyjdzie i będę mogła zabrać się za ściany, mogę cię zawołać do malowania.
W jej głosie pojawiła się ostrożna nuta rozbawienia. Nie chciała przyjmować każdej propozycji bez zastanowienia, ale nie chciała też po raz kolejny odmawiać czegoś tylko dlatego, że nie wiedziała, jak zachować się wobec czyjejś życzliwości. Może mogła spróbować zrobić tym razem inaczej.
Spojrzała na laptop pozostawiony na ocalałym krześle, a potem wskazała go ruchem głowy.
— Na razie próbuję wybrać nową podłogę. — Przyznała, a na jej twarzy pojawił się nieco bardziej naturalny uśmiech. — Kafelki, panele, mikrocement… Mam już chyba ze czterdzieści otwartych kart i coraz mniej rozumiem, czym różni się jedna od drugiej. Może masz ochotę mi pomóc?
Podniosła laptopa i przeniosła go na stolik przy oknie, obok zabudowanej ławki. Sięgnęła po długą poduszkę, którą wcześniej schowała, żeby ocalić ją przed wszechobecnym kurzem, gdy wielokrotnie zamiatała i zmywała podłogę. Usiadła z jednej strony, zostawiając Fiji miejsce obok siebie, ale niemal zaraz znów się podniosła, jakby nagle sobie o czymś przypomniała.
— Mam kawę w karafce z domu. — Wyjaśniła, ruszając w stronę zaplecza. Zniknęła tam na krótką chwilę, po czym wróciła z czarnym termosem i dwoma kubkami. Nie była pewna, czy Fiji miała ochotę na kawę, ale wydawało się to najprostszym sposobem, żeby dać jej coś od siebie. — Nie jest tak dobra jak z ekspresu, ale na pewno ma kofeinę...


Fiji Zivai

Days of (Our) Lucie's Lives

: ndz paź 18, 2026 8:20 pm
autor: Fiji Zivai
Gdyby obok stała Janet, to uderzyłaby Fiji z otwartej dłoni w tył głowy sugerując, że była „głupkiem”.
Tak właśnie się czuła, chociaż nie robiła teraz niczego nieodpowiedzialnego, niebezpiecznego i naprawdę głupiego. W życiu podejmowała gorsze decyzje. Tej nawet nie zaliczyłaby do czegoś „złego”. Po prostu wykroczyła poza społeczną codzienność. Poza granice zamartwiania się, że zrobiła coś nie tak, przez co Willa jej unikała. Poza poczucie odrzucenia, które ją dopadło, gdy kolejny raz Miss Pandora znikała za drzwiami zaplecza.
Była tak zachłanna poczucia akceptacji, że znów pakowała się w to samo miejsce. Z pozoru robiła to tylko w geście dobrej woli, lecz tak naprawdę chciała znów poczuć się tu chciana lub zrozumieć, czemu ją odrzucono.
Albo – z jakiegoś powodu – była masochistką.
- Nie ma problemu. Załatwię sobie drugi. – Znów machnęła ręką, jakby tak duży gest dobrej woli był małą przysługą. – Na pewno inni też chcieliby pomóc, ale w takich warunkach.. – Popatrzyła przez niezniszczoną witrynę na zewnątrz sugerując, że mówiła o panującym blackoucie. – ..zgaduje, że mają swoje własne problemy. – Które musieli uporządkować, a potem pomogą innym, o ile nie byli skończonymi egoistami, w co Fiji wątpiła. Ciężko jej było wykrzesać z siebie ogrom optymizmu. To nie była jej domena, ale starała się jakoś podnieść Will na duchu mówiąc coś, w co sama do końca nie wierzyła.
- Na ile wystarczy baterii? – odpowiedziała pytaniem na pytanie, bo w pierwszym odruchu miała ochotę powiedzieć, że jej pomoże. Że przyjemnością będzie popracować nad czymś niezwiązanym z bratem, ze zdradami partnerów klientów, z szukaniem luk w systemach lub z dogrzebywaniem się do prywatnych maili właścicieli korporacji, którzy nie mieli za grosz sumienia. Z drugiej strony zastanawiała się, czy Willa była dla niej miła tylko dlatego, bo uzyskała pomoc. Bo wyciągnięto do niej dłoń, którą złapała, ale po wszystkim znów się odwróci i zniknie za drzwiami zaplecza, jak teraz.
- Karafce? – Zmarszczyła brwi. – To jakieś boomerskie słowo? – Żartami kupowała sobie czas na przemyślenie sytuacji jednocześnie wyciągnęła telefon. Włączyła go na chwilę, bo musiała oszczędzać baterie i wystukała krótką wiadomość do Janet, żeby ta załatwiła jej drugi agregat.
Po schowaniu telefonu do kieszeni zorientowała się, że Willa znów siedziała na miejscu i patrzyła na nią z zastanowieniem. Fiji stała w miejscu zbyt długo aby móc to zignorować. Jej umysł nie potrafił także odrzucić obrazu siedzącego na tym samum miejscu mężczyzny z laptopem. Bywał w kawiarni regularnie, siadał tam gdzie teraz była Willa i intensywnie nad czymś pracował, bo nawet krzyki dzieci niektórych z klientów nie potrafiły wyrwać go ze transu.
To nie było jej miejsce. Tylko tamtego faceta i Miss Pandory.
Schowała ręce do kieszeni cienkiej kurtki wbijając spojrzenie w kobietę. Stawiając na szczerość wolała patrzeć komuś w oczy.
- Willa, polubiłam twoją kawiarnię i bez mrugnięcia oka dam ci ten agregat, ale nie musisz zmuszać się do siedzenia ze mną. – Wzięła głęboki wdech, czego od razu pożałowała. Zapomniała o lekach przeciwbólowych przez co żebra bolały ją jeszcze bardziej (zwłaszcza przy ruchu) lub przez fakt, że nie poszła z tym do lekarza. – Nie musisz na siłę kumplować się ze mną i przepraszam, jeśli byłam zbyt nachalna i śmiała. Jak widzę ładne kobiety, to nie mogę się opamiętać i pewnie tym wprawiłam cię w dyskomfort. Już nie będę, ale kiedy znów przyjdę po kawę – jak już to miejsce ponownie nabierze barw – to nie udawaj, że mnie nie znasz. – To nie był wyrzut a prośba zakrwawiająca o błaganie podkreślone smutkiem w oczach. Wciąż jednak stała twardo na ziemi, bo nie tak łatwo było ją wytrącić z równowagi (chyba, że wjechałoby się w nią rowerem). – Nikogo tu nie znam i chyba po prostu miło było mieć koleżankę. – Wzruszyła ramionami, jakby nie wiedziała co nią kierowało.
Po pierwsze, na pewno fakt, że bez wątpienia Willa była piękna i Fiji nie potrafiła przejść obok tego obojętnie.
Po drugie, bycie w Toronto ją przytłaczało i czuła się w nim cholernie samotnie.
Zerknęła w stronę drzwi zastanawiając się, czy powinna wyjść. Postawiła sprawę jasno. Zauważyła, że Willa ją ignorowała i chciała tę sprawę wyjaśnić. Nie chciała aby baristka na siłę z nią przesiadywała (jeśli nie chciała) udając kumpelę, bo obiecano jej dać agregat. To byłoby społeczne oszustwo.


Willa Turner

Days of (Our) Lucie's Lives

: czw paź 22, 2026 6:56 pm
autor: Willa Turner
Czasami tak robiła. Pozwalała swojemu ciału przejąć kontrolę i zacząć krzątać się w pośpiechu, żeby nie musieć skupiać się na rzeczywistości. A teraz jeszcze nie do końca mogła uwierzyć, że Fiji naprawdę przyszła i stała tutaj, na środku kawiarni. Chciała pomóc, może chciała napić się kawy, a może też trochę zobaczyć ją. Will próbowała opanować ciepło, które czuła na policzkach, więc coś przesunęła, zrobiła dwa kroki i wróciła na miejsce. Zazwyczaj w takich sytuacjach, razem z krzątaniem się, cichła. Tym razem jednak otworzyła usta i słowa zaczęły wysypywać się z niej jak nigdy. No, może poza ostatnim razem, kiedy naprawdę rozmawiały… — Myślałam o agregacie kilka dni temu. W sobotę było tu tyle ludzi, że zaczęłam przepraszać, bo było mi głupio, ale trochę się łudziłam, że może to wszystko minie, zanim dobrze się rozkręci. Ale jednak nie. — Założyła kosmyki włosów za uszy, ale zaraz wyciągnęła je z powrotem, nagle świadoma tego, że dzisiaj nie wyglądała, jakby szczególnie postarała się przed wyjściem z mieszkania. Stare jeansy, teraz ozdobione popiołem przy dolnych krawędziach nogawek, za duży sweter i kok spięty w nieładzie na czubku głowy. Poprawiła ramiona swetra i pokręciła głową. — Nie wiem, na razie jeszcze działa. — Uniosła dłonie i pokazała Fiji skrzyżowane na szczęście palce.
— To w sumie jeden z regularnych klientów zasugerował mikrocement wczoraj, taki do wylania, samopoziomujący, ale ja myślałam, że to wygląda bardziej jak… — Zastanawiała się na głos, jednocześnie idąc na zaplecze i wracając do pomieszczenia. — …jak tynk. A karafka to termos, ale dzbanek? — Postawiła karafkę i kubki na stoliku, po czym szybko obeszła go dookoła, żeby usiąść z jednej strony. — Normalnie mam w nim szybki przelew, ale tym razem w domu zrobiłam… przelew przelew. — Zająknęła się i spojrzała w górę, oczekując, że Fiji pójdzie za nią wzrokiem, podejdzie bliżej i usiądzie obok. Ale dziewczyna wciąż stała w miejscu, z dłońmi wsuniętymi w kieszenie kurtki.
Całe nerwowe podekscytowanie zniknęło w jednej chwili. Jeśli było coś, co Will potrafiła, to czytanie ludzi i ich mowy ciała. Znała ten moment, kiedy ktoś zaczyna się wycofywać, nawet jeśli jeszcze nie ruszył się z miejsca. Może wcześniej chciała widzieć w zachowaniu Fiji coś więcej, niż rzeczywiście tam było. Może teraz też się myliła, ale nie potrafiła już ignorować tego, co podpowiadał jej instynkt.
— Nie, Fiji, ja… — Chciała cicho wtrącić, powiedzieć, że wcale nie była nachalna ani nie wprawiła jej w dyskomfort, ale słowa nie przeszły jej przez gardło. Po chwili jej twarz opadła. — Och.
Jeśli wcześniej nie była w stanie nazwać tego, co czuła, słowo koleżanka uderzyło ją pięścią w żołądek tak mocno, że na chwilę słowa utknęły jej w gardle. Wszystko sobie wymyśliła. Brawo, Will. Uroiłaś sobie, że Fiji przychodzi do kawiarni z twojego powodu, a przychodziła… dlatego, że lubiła Lucie’s. Oczywiście, że lubiła Lucie’s. Skarciła się w myślach. Spojrzała na puste miejsce obok siebie i wzięła płytki oddech, zamykając laptopa na stoliku. Musiała jakoś zebrać myśli, powiedzieć coś. Cokolwiek.

— Wystraszyłamsię. — Wydusiła z siebie trochę chyba za szybko, żeby Fiji zdążyła zrozumieć. — Uh, wystraszyłam się. W zeszłym tygodniu. — Podniosła na nią wzrok i wysłała jej przepraszający, lekki uśmiech. — Ja nie… nie mam zbyt wielu znajomych. Ani koleżanek. Ani… — Odruchowo podciągnęła nogi na ławkę. Oparła dłonie o kolana, odwracając wzrok na bok. — Nie dopuszczam ludzi do siebie, tak naprawdę. Nie otwieram się i unikanie rozmów idzie mi zazwyczaj lepiej, ale… — Zawahała się. — Ale z tobą mi nie wyszło i zanim się zorientowałam, naprawdę cię polubiłam. I spanikowałam. — Ostatnie słowo wypowiedziała ciszej, mając pełną świadomość, że to wszystko brzmiało tak, że nie byłaby zaskoczona, gdyby Fiji puknęła się w czoło i wyszła przez drzwi, nigdy więcej nie przechodząc przez progi jej kawiarni. Nie była pewna, dlaczego jej to wszystko mówiła, dlaczego otwierała się na coś, czego nie była w stanie kontrolować. Nie wiedziała też, czemu fakt, że Fiji chciała się kolegować, tak bardzo ją uwierał. Czy ona sama chciała się kolegować?
Spojrzała niepewnie na dziewczynę przed sobą.
— Nie chciałam cię ignorować, ale przekonałam samą siebie, że tak będzie lepiej i… i nie było.I myślałam, że w piątek, ale Lucie’s… i twój wypadek… — Odruchowo zacisnęła dłoń na swoich dwóch felernych palcach. — Przepraszam. Rozumiem, jeśli to nie wystarczy. Fuck. — Zakończyła cichym przekleństwem i zrzuciła nogi na podłogę. Gdyby pozwoliła sobie na zrobienie tego co potrafiła najlepiej, już by tu jej nie było. Drzwi były tuż obok i kusiły możliwością wybiegnięcia na ciche blackoutowe ulice Toronto. — Przepraszam. — Powtórzyła jeszcze raz i wstała podnosząc laptop z blatu i odkładając go niedaleko dalej, na górę torby. Gdyby tylko mogła zapaść się pod ziemię...



Fiji Zivai

Days of (Our) Lucie's Lives

: sob paź 24, 2026 9:40 pm
autor: Fiji Zivai
Zapach spalenizny wciąż drażnił jej nozdrza, ale najsilniej odczuwała dyskomfort w łopatkach, które napięła w chwili, kiedy usłyszała o strachu Will. O jej braku znajomych, samotności i o dystansie do otwierania się przed innymi. Ktoś taki musiał mieć poważny powód, żeby zachowywać się w ten sposób. Tajemnice, wspomnienia, traumę.. Fiji tkwiła w tym samym miejscu i pomyślała, że to bardzo nie fair. Że Miss Pandora nie powinna czuć się podobnie, bo była jak uroczy szczeniaczek, którego każdy by polubił (szczeniaczek = mały kotek = Miss Pandora).
- Kto by się spodziewał, że pierwsza rozpoczniesz Grę w Szczerość – odezwała się słysząc kolejne przeprosiny z ust kobiety, która zamykając laptopa dała jasno do zrozumienia, jak źle się czuła. Fiji przypuszczała, że Willa już nie dawała im szans na wspólną kawę i pracę przy wyborze podłogi. – Janet, moja przybrana siostra, tak bardzo chciała mnie poznać, że wymyśliła coś takiego. Kiedy jedna z nasz mówiła „Gra w Szczerość” obie byłyśmy zobowiązane mówić prawdę i wszystko to, co siedziało nam w głowach – wyjaśniła swobodnie i bardzo spokojnie sugerując, że przyjęła tłumaczenie Will i nie było sensu dalej tego roztrząsać. – Oczywiście nie podpisałyśmy żadnego cyrografu ani umowy, ale to sprawiło, że postanowiłam jej zaufać. – Od tamtej pory, kiedy tylko padały magiczne słowa mówiły sobie nawet najgorszą prawdę (czyli też taką, która mogła zaboleć tę drugą). – To oczywiście nie tak, że poza tą grą ciągle ją okłamuje. Po prostu nie mówię całej prawdy. – Z wielu powodów, których raczej nie musiała wyjaśniać Will. Baristka sama przyznała, że woli się nie otwierać przed innymi, więc na pewno była specjalistką w mówieniu niecałej prawdy.
Zivai podeszła do kobiety, ale zamiast się przy niej zatrzymać to zrobiła krok więcej podnosząc odłożonego na torbę laptopa.
Nie zrezygnuje tak łatwo.
- Byłaś ze mną szczera – Przynajmniej chciała w to wierzyć. – więc i ja jestem ci winna przeprosiny. Nie nazywam się Fiji, ale każdemu się tak przedstawiam, bo wolę, żeby tak do mnie mówiono. – Trzymała laptopa w jednej ręce zaś drugą dłoń wyciągnęła ku Will, bo właśnie zamierzała się przedstawić. – Jestem Noxolo Zivai. – Czekała aż kobieta uściśnie jej dłoń, o ile to w ogóle nastąpi. – Przychodziłam do twojej kawiarni, bo tu czułam się dobrze. Na chwilę odrywałam się od tamtego świata. – Zerknęła w stronę dykty, którą zakryto zniszczoną witrynę. – Bo w tamtym świecie mój brat umarł parę dni przed tym, jak do niego przyleciałam. – Ze smutkiem spojrzała na Will. – Ale potem polubiłam baristkę, która okazała się szefową Lucie’s i choć nadal to miejsce pozwala mi się oderwać, to bardziej wolę ją. – Postarała się o uśmiech i z laptopem w ręce wróciła na wcześniej zajmowane przez Will miejsce. – Dlatego – Miss Pandora – siadaj obok i pomyślmy co zrobić z tą nieszczęsną podłogą. – Bo jeśli Lucie’s cierpiało/nie istniało to ulubiona baristka Fiji także. – Reanimujmy to miejsce. – Otworzyła klapkę od laptopa i spokojnie czekała.
Wyszłaby gdyby Willa powiedziała, że jej nie polubiła albo uważała za dziwną i dlatego jej unikała. Stało się jednak inaczej, więc Zivai nie miała powodów aby zostawiać Lucie’s i Will na pastwę losu.
- I nie będę ukrywać, że potrzebuję kawy. - Posłała jej szerszy, bezczelny i piękny uśmiech jednocześnie rozpinając kurtkę. Była gotowa tu zostać i pomóc, bo choć wcześniej powiedziała, że chciała tylko zakumplować się z Will to w rzeczywistości miała inne zamiary. Stłumione i z konieczności przygaszone, bo napalonym królikiem mogła być gdzie indziej a nie wobec osoby, do której czuła wzmożoną potrzebę wsparcia.
Chciała jej pomóc, słuchać o rodzajach kawy, obserwować jak pracuje, przyjmować jej uśmiechy i patrzeć na nią, bo Fiji wręcz uwielbiała szczeniaczki.

Willa Turner