Days of (Our) Lucie's Lives
: sob paź 17, 2026 9:10 pm
Rozglądała się dookoła na nowo zapamiętując szczegóły, które uległy całkowitej zmianie. Zwęglony zapach wciąż lekko unosił się w powietrzu, rysunek na ścianie sugerował zapowiedź nadejścia czegoś gorszego, brak mebli obdarł to miejsce z charakteru (przyjaznego „przyjdź i przysiądź”) i to wszystko jednocześnie wpłynęło na właścicielkę.
Miss Pandora wyglądała na zmęczoną, smutną, przybitą i choć taka sytuacja niejedną osobę przygniotłaby do podłogi, to ona wciąż tutaj była. Pomimo, że ktoś wdarł się do miejsca Will, ograbił go, zdemolował i mentalnie zdeptał, to kobieta nie wyglądała na zrezygnowaną. Nie poddała się; przynajmniej w oczach Fiji.
W ciszy wysłuchała jej słów niechętnie do wiadomości przyjmując fakt, że tak wiele ją ominęło. Spędziła w domu zaledwie kilka dni a w tym samym czasie świat postanowił zrobić fikołka.
- Cholera jasna – podsumowała bez zbędnego unoszenia się. Stwierdzenie, że to „kaszana” byłoby zbyt trywialne. Nagły wybuch gniewu, kiedy dostrzegła zmęczenie na twarzy Will, również był zbędny. Nie miała żadnych pytań, bo wszystko jej powiedziano, więc pozostały te dwa konkretne acz wyrażające wszystko słowa.
Czasami tyle wystarczyło.
- Czwartek, jak każdy inny. – Machnęła ręką, jakby jej aktualny wygląd był czymś standardowym. Nadal stała w miejscu, jakby bała się, że samą obecnością narobi więcej szkód.– Naprawdę chcesz wiedzieć? – Po ostatnich dniach, podczas których Miss Pandora jasno dała do zrozumienia, że wolała trzymać Fiji na dystans.
Starała się to zrozumieć, przetłumaczyć sobie, że była zbyt nachalna lub Willa nie szukała nowych znajomości. Wolałaby jednak dostać jasny komunikat niż czuć się gdzieś niechciana z nieznanego sobie powodu. Dodatkowo w konsternacje wprawił ją niedokonany gest kobiety, która parę chwil wcześniej podeszła do niej sięgając do policzka. Ostatecznie Willa tego nie zrobiła, ale jej dłoń, która zawisła w powietrzu była prawie jak zapewnienie, że ostatnie dni nie miały znaczenia.
– Biegałam i rowerzysta zajechał mi drogę. Wbiłam się w kierownicę, a potem twarzą przejechałam po parkowym żwirze. – W wielkim skrócie, choć dokładnie tyle lub nawet krócej trwał spektakularny upadek z fikołkiem w powietrzu. – Na szczęście pomogła mi inna biegaczka. Zaprowadziła do apteki i kupiła leki. Nie jest tak źle jak było. – Tak źle, jak bezpośrednio po upadku. Tak źle, jak następnego dnia, kiedy przed lustrem nakładała wspomagający gojenie krem na twarzy. Tak źle, gdy na ranach wciąż miała przyklejony piach.
W tej odsłonie nie była najładniejsza, ale nie to teraz miała w głowie.
Raz jeszcze uważniej przyjrzała się kobiecie. Nie wiedziała, co powinna myśleć. Przyszła z zamiarem zamówienia kawy bez wielkiego oczekiwania, że Willa zmieni swoje podejście. Chciała tylko napić się gorącego naparu i pójść dalej. Teraz jednak..
- W czym ci pomóc? – zapytała pełna determinacji nie dającej żadnych wątpliwości co do tego, że była gotowa działać. – Mogę pomalować ścianę, znam się na elektryce, może uda mi się załatwić parę mebli i jutro przyjedzie do mnie agregat. – To jedna z rzeczy, którą pomogła jej załatwić siostra jednocześnie odpowiednio pakująca sprzęt potrzeby Fiji do pracy. – Mogę ci go dać. – Nie miała w tym żadnego interesu. Po prostu chciała pomóc. – To nie sprawi, że otworzysz kawiarnię na nowo – Bo trzeba było to miejsce ogarnąć. – ale będziesz mogła robić kawę na wynos. – Znów rozejrzała się na boki szukając tego, co jeszcze można by zrobić. – I może uda mi się znaleźć artystę od obrazu, który tam wisiał? – Wskazała puste miejsce na ścianie. Zgadywała, że obraz stracił żywot wraz z krzesłami.
Zivai była zadaniowcem. Jeśli uważała, że miała coś do zrobienia – tak też było. Pozostałą część dnia się leniła, czyli rzadko, bo zawsze znajdowała sobie jakąś robotę zwłaszcza w Toronto. Będąc tutaj wolała zapełnić sobie czas nadmiarem pracy i zadań, co znacznie ułatwiało przetrawienie wielu spraw.
Zawiesiła spojrzenie na Miss Pandorze z wyraźnym pytaniem wymalowanym na twarzy – Co ty na to?
Willa Turner
Miss Pandora wyglądała na zmęczoną, smutną, przybitą i choć taka sytuacja niejedną osobę przygniotłaby do podłogi, to ona wciąż tutaj była. Pomimo, że ktoś wdarł się do miejsca Will, ograbił go, zdemolował i mentalnie zdeptał, to kobieta nie wyglądała na zrezygnowaną. Nie poddała się; przynajmniej w oczach Fiji.
W ciszy wysłuchała jej słów niechętnie do wiadomości przyjmując fakt, że tak wiele ją ominęło. Spędziła w domu zaledwie kilka dni a w tym samym czasie świat postanowił zrobić fikołka.
- Cholera jasna – podsumowała bez zbędnego unoszenia się. Stwierdzenie, że to „kaszana” byłoby zbyt trywialne. Nagły wybuch gniewu, kiedy dostrzegła zmęczenie na twarzy Will, również był zbędny. Nie miała żadnych pytań, bo wszystko jej powiedziano, więc pozostały te dwa konkretne acz wyrażające wszystko słowa.
Czasami tyle wystarczyło.
- Czwartek, jak każdy inny. – Machnęła ręką, jakby jej aktualny wygląd był czymś standardowym. Nadal stała w miejscu, jakby bała się, że samą obecnością narobi więcej szkód.– Naprawdę chcesz wiedzieć? – Po ostatnich dniach, podczas których Miss Pandora jasno dała do zrozumienia, że wolała trzymać Fiji na dystans.
Starała się to zrozumieć, przetłumaczyć sobie, że była zbyt nachalna lub Willa nie szukała nowych znajomości. Wolałaby jednak dostać jasny komunikat niż czuć się gdzieś niechciana z nieznanego sobie powodu. Dodatkowo w konsternacje wprawił ją niedokonany gest kobiety, która parę chwil wcześniej podeszła do niej sięgając do policzka. Ostatecznie Willa tego nie zrobiła, ale jej dłoń, która zawisła w powietrzu była prawie jak zapewnienie, że ostatnie dni nie miały znaczenia.
– Biegałam i rowerzysta zajechał mi drogę. Wbiłam się w kierownicę, a potem twarzą przejechałam po parkowym żwirze. – W wielkim skrócie, choć dokładnie tyle lub nawet krócej trwał spektakularny upadek z fikołkiem w powietrzu. – Na szczęście pomogła mi inna biegaczka. Zaprowadziła do apteki i kupiła leki. Nie jest tak źle jak było. – Tak źle, jak bezpośrednio po upadku. Tak źle, jak następnego dnia, kiedy przed lustrem nakładała wspomagający gojenie krem na twarzy. Tak źle, gdy na ranach wciąż miała przyklejony piach.
W tej odsłonie nie była najładniejsza, ale nie to teraz miała w głowie.
Raz jeszcze uważniej przyjrzała się kobiecie. Nie wiedziała, co powinna myśleć. Przyszła z zamiarem zamówienia kawy bez wielkiego oczekiwania, że Willa zmieni swoje podejście. Chciała tylko napić się gorącego naparu i pójść dalej. Teraz jednak..
- W czym ci pomóc? – zapytała pełna determinacji nie dającej żadnych wątpliwości co do tego, że była gotowa działać. – Mogę pomalować ścianę, znam się na elektryce, może uda mi się załatwić parę mebli i jutro przyjedzie do mnie agregat. – To jedna z rzeczy, którą pomogła jej załatwić siostra jednocześnie odpowiednio pakująca sprzęt potrzeby Fiji do pracy. – Mogę ci go dać. – Nie miała w tym żadnego interesu. Po prostu chciała pomóc. – To nie sprawi, że otworzysz kawiarnię na nowo – Bo trzeba było to miejsce ogarnąć. – ale będziesz mogła robić kawę na wynos. – Znów rozejrzała się na boki szukając tego, co jeszcze można by zrobić. – I może uda mi się znaleźć artystę od obrazu, który tam wisiał? – Wskazała puste miejsce na ścianie. Zgadywała, że obraz stracił żywot wraz z krzesłami.
Zivai była zadaniowcem. Jeśli uważała, że miała coś do zrobienia – tak też było. Pozostałą część dnia się leniła, czyli rzadko, bo zawsze znajdowała sobie jakąś robotę zwłaszcza w Toronto. Będąc tutaj wolała zapełnić sobie czas nadmiarem pracy i zadań, co znacznie ułatwiało przetrawienie wielu spraw.
Zawiesiła spojrzenie na Miss Pandorze z wyraźnym pytaniem wymalowanym na twarzy – Co ty na to?
Willa Turner