Lucie’s
Dzień 1 - Wtorek
Do Toronto przyleciała bez większego planu. Nie wybrała scenariusza ani nie przygotowała mowy powitalnej, którą na dzień dobry uraczyłaby brata. Spontaniczność miała we krwi, lecz kiedy rzuciła swój bagaż na łóżko w motelu dotarło do niej, jak wielki błąd popełniła. Jak źle zrobiła decydując się na brak przygotowania i przede wszystkim na nie zapowiedzenie swej wizyty.
„Napisz, zadzwoń lub do mnie przyjedź. Mieszkam pod adresem..”
Tak zakończyła się wiadomość od brata, którą przeczytała ponad rok temu. Nie odpowiedziała na nią i zarazem była na tyle głupia aby po tak długim czasie po prostu pojawić się w Toronto. Nie liczyła na gromkie powitanie, fanfary, czerwony dywan ani na oklaski. Chciała tylko spokoju ducha. Pragnęła wyzbyć się żalu do jedynego członka rodziny, który pozostał.
Musiała to rozbierać.
Pora i tak była zbyt wczesna na stanie pod domem brata z uśmiechem i otwartymi ramionami sugerującymi chęć pojednania. Spodziewała się, że prędzej dostałaby patelnią w głowę niż doczekałaby się miłego uścisku.
Z drugiej strony, co ona wiedziała o bracie? Nic.
Z tą myślą biegła przez ulice dzielnicy East End zapamiętując po drodze charakterystyczne punkty, dzięki którym wróciłaby tą samą trasą bez posiłkowania się nawigacją w telefonie. Ubrana w sportowe czarne leginsy i wściekle bijącą po oczach pomarańczową koszulkę skręciła w ulicę wypełnioną przeróżnymi lokalami; usługowymi, gastronomicznymi i jednym barem. Okolica nadal była opustoszała. Po drugiej stronie ulicy przechodziła tylko jedna osoba śpiesząca się do pracy a po jednej stronie drogi poruszał się duży pojazd czyszczący asfalt. Pozostali nadal spali lub włączali kolejne pięć minut drzemki w komórce.
Był jeszcze ktoś.
Kobieta szarpiąca się z drzwiami do lokalu, na którego szyldzie widniało proste
Lucie’s. Wyglądało to na oporny lub niedziałający zamek, w czym – jak sądziła – mogłaby pomóc. Kiedy jednak zbliżyła się na tyle aby zatrzymać bieg i zaproponować wsparcie, to mechanizm odskoczył i drzwi się otworzyły sprawiając, że kobieta z nimi walcząca prawie wpadła do środka.
Zivai nie zahamowała rezygnując z czegoś, co już nie było potrzebne i pobiegła dalej.
Lucie’s
Dzień 3 - Czwartek
Myśl o kawie pojawiła się znienacka.
Minęły dwa dni nim zdecydowała się odwiedzić grób brata.
Nie było uścisków, powitań, wybaczenia i długich rozmów. Były tylko zamknięte drzwi i sąsiad uświadamiający ją w sytuacji, która uderzyła w nią niczym grom.
Xola zmarł pięć dni przed jej przylotem.
Jak ten drań mógł?; pomyślała wybierając kwiaty, które ściskała w dłoni zatrzymując się przed małym lokalem. Kojarzyła go z opornymi drzwiami i kobietą, która zwyciężyła w tamtej walce.
Dziwne, że akurat o tym pomyślała, kiedy stała przed oknem kawiarni.
Przed wejściem powstrzymało ją tylko własne odbicie. Fakt, że specjalnie przed przylotem do Toronto zrobiła charakterystyczne warkoczyki (box braids), które gdy byli dziećmi robiła im mama. Uznała, że to dobry akcent i wreszcie będzie miała spokój ze swymi długimi lokami.
Teraz to już nie miało znaczenia.
Teraz z chęcią ścięłaby te cholerne włosy.
Nie weszła do
Lucie’s
Lucie’s
Dzień 7 - Poniedziałek
Sądziła, że była ponad to. Że żałoba jej nie dopadnie, bo przecież przez szesnaście lat nie widziała Xola. Nie miała pojęcia jaki był, kim się stał i czy w ogóle był wart opłakiwania.
Niezależnie od odpowiedzi ostatnie cztery dni Fiji przeleżała w motelowym łóżku. Ignorując telefony i Internetowe zlecenia wpatrywała się w plamę po zalaniu na suficie lub oglądała najdurniejsze reality show wmawiające ludziom, że miłość była ślepa, na zmianę z powtórkami
Judge Judy.
W poniedziałek postanowiła umyć się i wyjść z pieczary. Zrobić coś ze swoim życiem, bo jak napisała jej Janet –
Atomy nie zmienią się, gdy na nie patrzysz. Patrzenie spowalnia ruch. Przyrodnia siostra była nerdem, ale kochanym potrafiącym swą dziwną gadką zmotywować Fiji do działania.
Musiała mieć plan.
Czy powinna wrócić do Winnipeg czy.. Właśnie, co?
Z tą myślą weszła do
Lucie’s po kawę.
Było siedemnaście minut po dziesiątej. Nie spodziewała się kolejek, chociaż nie powinna bawić się w wyrocznię, skoro nie znała tej dzielnicy ani całego Toronto. Może to fanatycy kawy pijący ją dziesięć razy dziennie? To byłaby miła odmiana, wręcz metaforycznie egzotyczna, lecz w tej chwili niezbyt potrzebna. Stanie w kolejce wymuszało interakcje z nadmiarem ludzi, z którymi od czterech dni Fiji nie miała do czynienia. Wolała więc
ich nie przedawkować.
Okazało się jednak, że jedna osoba za którą stanęła była bardziej wymagająca niż dziesięciu klientów. Przynajmniej w odczuciu Zivai, która słuchając wywodów na temat życia kanarka siostry gościa zamawiającego latte, co potem zamieniło się w historię o ropniu na stopnie, była totalnie przebodźcowana.
Chyba jednak powinna wrócić do motelu i pobyć w żałobie trochę dłużej.
Trochę nerwowo dłonią przejechała po krótkich kręconych włosach, do których ciągle się przyzwyczajała i ukradkiem posłała ekspedientce współczujący uśmiech, bo biedna musiała wysłuchiwać tych wszystkich historii. Możliwe, że tego chciała, lubiła to albo była przyzwyczajona, ale Fiji nigdy z góry nie zakładała, że każdy uwielbiał być torpedowany intymni historiami innych osób. Z drugiej strony ktoś stojący za ladą w kawiarni był raczej świadom tego na co się pisał.
-
Espresso na miejscu i Americano na wynos – zamówiła, kiedy w końcu gość od ropnia na stopnie przypomniał sobie, że od piętnastu minut czekała na niego żona w samochodzie.
Nie zdążyła spojrzeć na plakietkę z imieniem, ale kiedy kobieta po drugiej stronie lady odwróciła się, Fiji przypomniała sobie o sytuacji z drzwiami. Tamtego dnia nie widziała twarzy nieznajomej, ale po figurze i włosach oceniła, że to właśnie ta sama osoba, która ją teraz obsługiwała.
-
Zamek w drzwiach nadal szwankuje? – zapytała, jakby nigdy nic. Z początku uznała monolog faceta z ropniem za nadmiar. Za coś, z powodu czego zechce wziąć kawę i zniknąć, ale dopiero teraz dotarło do niej, że zadziałało to na nią jak rozpraszacz. Że na moment zapomniała o Xoli, więc postanowiła iść za ciosem niespodziewanie zagadując kobietę o drzwi.
Willa Turner