have the bludgers ever killed anyone?
: wt sty 27, 2026 3:46 pm
Uniosła wymownie brwi, bo Swanson zdecydowanie zagalopowała się z tym wymaganiem czegokolwiek. Wymagać mogli od Miller nauczyciele — oni mieli do tego prawo, autorytet i odpowiedzialność — ale nie inna zawodniczka, która nawet nie była kapitanem drużyny. Kim właściwie była, żeby stawiać warunki?
Czy żywiłaby do niej większy respekt, gdyby to Evina przejęła dowództwo? Bardzo możliwe. Evina przynajmniej brała sprawy w swoje ręce, potrafiła mówić głośno i jasno, a na boisku dawała z siebie wszystko. Ale to gdybanie nie miało teraz żadnego znaczenia. Fakty były takie, że kapitanem był Butts i to on powinien cieszyć się jej szacunkiem, a tymczasem nie potrafił na niego zapracować. I wcale nie chodziło o to, że był Ślizgonem. W tym wypadku to był najprostszy i najbardziej krzywdzący skrót myślowy, na który Miller nie miała ochoty sobie pozwalać. Problem leżał gdzie indziej. Butts nie angażował się w treningi, pojawiał się na nich bez energii i bez pomysłu. Nie motywował innych, nie reagował, gdy drużyna się sypała i nie potrafił zebrać ich w jedno, nawet wtedy, gdy było to niezbędne. A przecież kapitan powinien świecić przykładem — być pierwszym na boisku i ostatnim, który z niego schodzi. Kimś, kto potrafi pociągnąć resztę za sobą, a nie jedynie nosić opaskę.
W takich warunkach trudno było traktować poważnie cudze wymagania, zwłaszcza gdy padały z ust kogoś, kto sam nie miał ani formalnej władzy, ani realnego wpływu na drużynę.
— Jasne — prychnęła, kiedy Evina zastrzegła, że Seymour nie był jej kolegą. To akurat całkiem możliwe. Ona też nie trzymała się ze wszystkimi Krukonami, ale nie zamierzała dawać Ślizgonce dać satysfakcji w ich słownej potyczce. — Wow, dziwisz się, że pokładam nadzieję w szukającym? No rzeczywiście, niewiarygodne — zaśmiała się gorzko, a w odpowiedzi na groźny ton, który wcale nie był taki groźny, Zaylee ściągnęła brwi. — Jak mogę pokładać nadzieję w kimś, kto może zdobyć dla nas sto pięćdziesiąt punktów i zapewnić zwycięstwo? Jak mogę w ogóle tak myśleć? Prawdziwy ze mnie bezróżdżkowiec — parsknęła pod nosem, kręcąc przy tym głową.
O ile Zaylee była bojowo nastawiona i zdeterminowana, nie była naiwnym Pufkiem, który łykał wszystko jak jagody. Zdawała sobie sprawę z tego, w jak patowej sytuacji się znajdowali. I chociaż ideały i wiara Swanson były piękne, powinna przestać bujać na swoim Nimbusie w obłokach i zejść na ziemię, żeby spojrzeć na wszystko nieco bardziej racjonalnie.
— Wiem, co mam robić — dodała stanowczo, wskazując podbródkiem na przeniesiony na ścianę rysunek, na którym pałkarz próbował właśnie unicestwić szukającego rywali. — Lepiej zacznij się zastanawiać, jak zamierzasz zdobyć więcej bramek od rywali. W obręczach Durmstrangu nie stoi byle Case, którego można wykiwać zwykłym zwodem, a ich ścigającym nie zabierzesz kafla z taką łatwością, jak Hardickowi — zastrzegła, pochylając się w jej kierunku, żeby jeszcze dobitniej dać jej do zrozumienia o swoich racjach. A Miller bardzo lubiła ją mieć. Lubiła też skupiać się na swoim zadaniu, więc skoro miała uprzykrzyć życie szukającemu oponentów, ścigający z jej drużyny będą musieli poradzić sobie bez jej interwencji.
Evina J. Swanson
Czy żywiłaby do niej większy respekt, gdyby to Evina przejęła dowództwo? Bardzo możliwe. Evina przynajmniej brała sprawy w swoje ręce, potrafiła mówić głośno i jasno, a na boisku dawała z siebie wszystko. Ale to gdybanie nie miało teraz żadnego znaczenia. Fakty były takie, że kapitanem był Butts i to on powinien cieszyć się jej szacunkiem, a tymczasem nie potrafił na niego zapracować. I wcale nie chodziło o to, że był Ślizgonem. W tym wypadku to był najprostszy i najbardziej krzywdzący skrót myślowy, na który Miller nie miała ochoty sobie pozwalać. Problem leżał gdzie indziej. Butts nie angażował się w treningi, pojawiał się na nich bez energii i bez pomysłu. Nie motywował innych, nie reagował, gdy drużyna się sypała i nie potrafił zebrać ich w jedno, nawet wtedy, gdy było to niezbędne. A przecież kapitan powinien świecić przykładem — być pierwszym na boisku i ostatnim, który z niego schodzi. Kimś, kto potrafi pociągnąć resztę za sobą, a nie jedynie nosić opaskę.
W takich warunkach trudno było traktować poważnie cudze wymagania, zwłaszcza gdy padały z ust kogoś, kto sam nie miał ani formalnej władzy, ani realnego wpływu na drużynę.
— Jasne — prychnęła, kiedy Evina zastrzegła, że Seymour nie był jej kolegą. To akurat całkiem możliwe. Ona też nie trzymała się ze wszystkimi Krukonami, ale nie zamierzała dawać Ślizgonce dać satysfakcji w ich słownej potyczce. — Wow, dziwisz się, że pokładam nadzieję w szukającym? No rzeczywiście, niewiarygodne — zaśmiała się gorzko, a w odpowiedzi na groźny ton, który wcale nie był taki groźny, Zaylee ściągnęła brwi. — Jak mogę pokładać nadzieję w kimś, kto może zdobyć dla nas sto pięćdziesiąt punktów i zapewnić zwycięstwo? Jak mogę w ogóle tak myśleć? Prawdziwy ze mnie bezróżdżkowiec — parsknęła pod nosem, kręcąc przy tym głową.
O ile Zaylee była bojowo nastawiona i zdeterminowana, nie była naiwnym Pufkiem, który łykał wszystko jak jagody. Zdawała sobie sprawę z tego, w jak patowej sytuacji się znajdowali. I chociaż ideały i wiara Swanson były piękne, powinna przestać bujać na swoim Nimbusie w obłokach i zejść na ziemię, żeby spojrzeć na wszystko nieco bardziej racjonalnie.
— Wiem, co mam robić — dodała stanowczo, wskazując podbródkiem na przeniesiony na ścianę rysunek, na którym pałkarz próbował właśnie unicestwić szukającego rywali. — Lepiej zacznij się zastanawiać, jak zamierzasz zdobyć więcej bramek od rywali. W obręczach Durmstrangu nie stoi byle Case, którego można wykiwać zwykłym zwodem, a ich ścigającym nie zabierzesz kafla z taką łatwością, jak Hardickowi — zastrzegła, pochylając się w jej kierunku, żeby jeszcze dobitniej dać jej do zrozumienia o swoich racjach. A Miller bardzo lubiła ją mieć. Lubiła też skupiać się na swoim zadaniu, więc skoro miała uprzykrzyć życie szukającemu oponentów, ścigający z jej drużyny będą musieli poradzić sobie bez jej interwencji.
Evina J. Swanson