all the lies you can't hide
: pn kwie 06, 2026 10:09 am
Lubił ten moment.
Bezwładność, która opanowywała jej ciało gdy świat zewnętrzny wreszcie przebijał się przez uformowaną wokół nich bańkę. Drapieżność jej ruchów, z wolna przekształcającą w coś miękkiego, coś łagodnego. Jego klatka piersiowa wciąż unosiła się w górę i w dół, w ten pośpieszny sposób, charakterystyczny dla skóry błyszczącej od potu i serca wybijającego szaleńczy rytm, gdy oplótł ją ramionami, trzymając blisko siebie.
Parsknął pod nosem słysząc jej słowa. Jego dłoń zataczała leniwe kręgi na kobiecej łopatce, ciesząc się tą krótką chwilą, w której wciąż czuł jej ciężar na sobie. Powoli, nieubłaganie, wracało do niego wszystko, o czym na moment udało mu się zapomnieć.
Dwie szklanki whisky na stole w kuchni, porzucone. Bluzy leżące obok nich, obok wciąż wilgotnej od deszczu koszuli. Deszcz bębniący o szybę, we wciąż trwającej na zewnątrz nawałnicy, która nie miała skończyć się zbyt szybko.
Mimmo's.
Sięgnął do kołdry, w którą zaplątane były ich ciała. Wypuszczając jej talię z objęć na moment, zgarnął krawędź materiału i naciągnął je ramiona kobiety, chroniąc przed chłodem, który wdzierał się do sypialni nawet przez zamknięte okna.
- To mój tekst - mruknął żartobliwie, gdy już zsunęła się z niego obok, uwięziona między kołdrą a jego wyciągniętymi ku niej ramionami. Noc zakradła się do dzisiejszego dnia niespodziewanie, a gdy opadły emocje, czuł ze zdwojoną siłą wszystko to, co się wydarzyło - zaczynając od napiętych mięśni, których rozluźnienie było tylko chwilowe. - Chodźmy spać - dodał, czując jej policzek przyciśnięty do własnego ramienia, jej włosy łaskoczące go w skórę. - Jutro czeka cię kolejna bitwa z kapitanem.
Żeby to jedna.
Jego dłoń gładziła lekko ciemne włosy na jej wtulonej w niego głowie w delikatnym, niemal uspokajającym geście. Trzymał ją blisko, gdy jeszcze wierciła się w początkowej niechęci do zasypiania i wtedy, gdy z wolna zaczęła poddawać się usypiającej pogodzie na zewnątrz. Nadal głaskał jej włosy gdy kobiecy oddech zrobił się miarowy, a w jej ciało wtargnął bezruch, w płytkim początku snu.
- Kocham cię - wyszeptał, dopiero wtedy, gdy świadomość kobiety wkraczała w przestrzeń snów, a on wciąż tam tkwił, niezdolny do odpłynięcia, do chwilowej ulgi w zapomnieniu, co czekało ich jutro. Ucałował jej czoło nim jego głowa opadła na poduszkę, wzrok bezowocnie błądził po pogrążonym w mroku pomieszczeniu.
Nie wiedział ile minęło czasu, który spędził w tej przestrzeni pomiędzy snem a jawą. Gdy uchylił powieki, na zewnątrz wciąż było ciemno, a pod nimi wyczuwał piasek - niechybny znak, że udało mu się jednak zasnąć. Z początku nie wiedział, co w ogóle go obudziło, a później t o usłyszał.
Sygnał otrzymanej wiadomości jej telefonu, leżącego wciąż gdzieś w salonie. Najpierw jeden, potem następny, trzeci, czwarty, sygnalizujący coś w a ż n e g o. Po piątym wyczuł, jak jej ciało w jego ramionach zaczyna się budzić.
Po szóstym i on drgnął, udając, że nie słyszał pierwszych.
margo mercer
Bezwładność, która opanowywała jej ciało gdy świat zewnętrzny wreszcie przebijał się przez uformowaną wokół nich bańkę. Drapieżność jej ruchów, z wolna przekształcającą w coś miękkiego, coś łagodnego. Jego klatka piersiowa wciąż unosiła się w górę i w dół, w ten pośpieszny sposób, charakterystyczny dla skóry błyszczącej od potu i serca wybijającego szaleńczy rytm, gdy oplótł ją ramionami, trzymając blisko siebie.
Parsknął pod nosem słysząc jej słowa. Jego dłoń zataczała leniwe kręgi na kobiecej łopatce, ciesząc się tą krótką chwilą, w której wciąż czuł jej ciężar na sobie. Powoli, nieubłaganie, wracało do niego wszystko, o czym na moment udało mu się zapomnieć.
Dwie szklanki whisky na stole w kuchni, porzucone. Bluzy leżące obok nich, obok wciąż wilgotnej od deszczu koszuli. Deszcz bębniący o szybę, we wciąż trwającej na zewnątrz nawałnicy, która nie miała skończyć się zbyt szybko.
Mimmo's.
Sięgnął do kołdry, w którą zaplątane były ich ciała. Wypuszczając jej talię z objęć na moment, zgarnął krawędź materiału i naciągnął je ramiona kobiety, chroniąc przed chłodem, który wdzierał się do sypialni nawet przez zamknięte okna.
- To mój tekst - mruknął żartobliwie, gdy już zsunęła się z niego obok, uwięziona między kołdrą a jego wyciągniętymi ku niej ramionami. Noc zakradła się do dzisiejszego dnia niespodziewanie, a gdy opadły emocje, czuł ze zdwojoną siłą wszystko to, co się wydarzyło - zaczynając od napiętych mięśni, których rozluźnienie było tylko chwilowe. - Chodźmy spać - dodał, czując jej policzek przyciśnięty do własnego ramienia, jej włosy łaskoczące go w skórę. - Jutro czeka cię kolejna bitwa z kapitanem.
Żeby to jedna.
Jego dłoń gładziła lekko ciemne włosy na jej wtulonej w niego głowie w delikatnym, niemal uspokajającym geście. Trzymał ją blisko, gdy jeszcze wierciła się w początkowej niechęci do zasypiania i wtedy, gdy z wolna zaczęła poddawać się usypiającej pogodzie na zewnątrz. Nadal głaskał jej włosy gdy kobiecy oddech zrobił się miarowy, a w jej ciało wtargnął bezruch, w płytkim początku snu.
- Kocham cię - wyszeptał, dopiero wtedy, gdy świadomość kobiety wkraczała w przestrzeń snów, a on wciąż tam tkwił, niezdolny do odpłynięcia, do chwilowej ulgi w zapomnieniu, co czekało ich jutro. Ucałował jej czoło nim jego głowa opadła na poduszkę, wzrok bezowocnie błądził po pogrążonym w mroku pomieszczeniu.
Nie wiedział ile minęło czasu, który spędził w tej przestrzeni pomiędzy snem a jawą. Gdy uchylił powieki, na zewnątrz wciąż było ciemno, a pod nimi wyczuwał piasek - niechybny znak, że udało mu się jednak zasnąć. Z początku nie wiedział, co w ogóle go obudziło, a później t o usłyszał.
Sygnał otrzymanej wiadomości jej telefonu, leżącego wciąż gdzieś w salonie. Najpierw jeden, potem następny, trzeci, czwarty, sygnalizujący coś w a ż n e g o. Po piątym wyczuł, jak jej ciało w jego ramionach zaczyna się budzić.
Po szóstym i on drgnął, udając, że nie słyszał pierwszych.
margo mercer