Strona 4 z 4

all the lies you can't hide

: pn kwie 06, 2026 10:09 am
autor: Rhys Madden
Lubił ten moment.
Bezwładność, która opanowywała jej ciało gdy świat zewnętrzny wreszcie przebijał się przez uformowaną wokół nich bańkę. Drapieżność jej ruchów, z wolna przekształcającą w coś miękkiego, coś łagodnego. Jego klatka piersiowa wciąż unosiła się w górę i w dół, w ten pośpieszny sposób, charakterystyczny dla skóry błyszczącej od potu i serca wybijającego szaleńczy rytm, gdy oplótł ją ramionami, trzymając blisko siebie.
Parsknął pod nosem słysząc jej słowa. Jego dłoń zataczała leniwe kręgi na kobiecej łopatce, ciesząc się tą krótką chwilą, w której wciąż czuł jej ciężar na sobie. Powoli, nieubłaganie, wracało do niego wszystko, o czym na moment udało mu się zapomnieć.
Dwie szklanki whisky na stole w kuchni, porzucone. Bluzy leżące obok nich, obok wciąż wilgotnej od deszczu koszuli. Deszcz bębniący o szybę, we wciąż trwającej na zewnątrz nawałnicy, która nie miała skończyć się zbyt szybko.
Mimmo's.
Sięgnął do kołdry, w którą zaplątane były ich ciała. Wypuszczając jej talię z objęć na moment, zgarnął krawędź materiału i naciągnął je ramiona kobiety, chroniąc przed chłodem, który wdzierał się do sypialni nawet przez zamknięte okna.
- To mój tekst - mruknął żartobliwie, gdy już zsunęła się z niego obok, uwięziona między kołdrą a jego wyciągniętymi ku niej ramionami. Noc zakradła się do dzisiejszego dnia niespodziewanie, a gdy opadły emocje, czuł ze zdwojoną siłą wszystko to, co się wydarzyło - zaczynając od napiętych mięśni, których rozluźnienie było tylko chwilowe. - Chodźmy spać - dodał, czując jej policzek przyciśnięty do własnego ramienia, jej włosy łaskoczące go w skórę. - Jutro czeka cię kolejna bitwa z kapitanem.
Żeby to jedna.
Jego dłoń gładziła lekko ciemne włosy na jej wtulonej w niego głowie w delikatnym, niemal uspokajającym geście. Trzymał ją blisko, gdy jeszcze wierciła się w początkowej niechęci do zasypiania i wtedy, gdy z wolna zaczęła poddawać się usypiającej pogodzie na zewnątrz. Nadal głaskał jej włosy gdy kobiecy oddech zrobił się miarowy, a w jej ciało wtargnął bezruch, w płytkim początku snu.
- Kocham cię - wyszeptał, dopiero wtedy, gdy świadomość kobiety wkraczała w przestrzeń snów, a on wciąż tam tkwił, niezdolny do odpłynięcia, do chwilowej ulgi w zapomnieniu, co czekało ich jutro. Ucałował jej czoło nim jego głowa opadła na poduszkę, wzrok bezowocnie błądził po pogrążonym w mroku pomieszczeniu.
Nie wiedział ile minęło czasu, który spędził w tej przestrzeni pomiędzy snem a jawą. Gdy uchylił powieki, na zewnątrz wciąż było ciemno, a pod nimi wyczuwał piasek - niechybny znak, że udało mu się jednak zasnąć. Z początku nie wiedział, co w ogóle go obudziło, a później t o usłyszał.
Sygnał otrzymanej wiadomości jej telefonu, leżącego wciąż gdzieś w salonie. Najpierw jeden, potem następny, trzeci, czwarty, sygnalizujący coś w a ż n e g o. Po piątym wyczuł, jak jej ciało w jego ramionach zaczyna się budzić.
Po szóstym i on drgnął, udając, że nie słyszał pierwszych.

margo mercer

all the lies you can't hide

: pn kwie 06, 2026 12:00 pm
autor: margo mercer
Cisza przyszła powoli, niemal niezauważalnie, wpełzając między oddechy, które jeszcze przed chwilą były urwane i niespokojne. Jej ciało wciąż pamiętało każdy ruch i napięcie, które dopiero co znalazło ujście, a jednak teraz ogarniało ją coś zupełnie innego.
Ciężar rozlewający się miękko od karku aż po opuszki palców. Czuła go w mięśniach, w drobnych drżeniach pod skórą, w tym specyficznym bólu, który nie budził sprzeciwu, lecz cichą satysfakcję. Był znajomy, uzależniający, jak echo czegoś intensywnego, czego chciałoby się doświadczać częściej i właściwie bez końca.
- Nie zauważyłam - mruknęła pod nosem, zsuwając się z niego i odnajdując swoje miejsce obok, dokładnie tam, gdzie zostawił dla niej przestrzeń - pod jego ramieniem, jakby była jego naturalnym dopełnieniem. Przylgnęła do niego bezwiednie; ciało samo wiedziało, gdzie powinno się znaleźć, a jej usta odnalazły jego ramię w krótkim, miękkim pocałunku. Powieki opadły niemal natychmiast, a granica między jawą a snem zaczęła się zacierać szybciej, niż powinna.
Mimo to myśli nie milkły, krążąc gdzieś w tle, uporczywe i niespokojne. Jego obecność tłumiła je skutecznie, wygładzała ostre krawędzie, sprowadzała wszystko do jednego punktu, w którym liczył się tylko on. W półświadomości usłyszała jego słowa, tak ciche, że prawie nierzeczywiste, a uśmiech przemknął przez jej twarz, zanim odpłynęła głębiej.
Trzy, może cztery godziny nie mogły postawić jej umysłu w stan gotowości, nie mogły przywrócić ostrości, której potrzebowała. Dźwięk telefonu przedzierał się przez ciszę uporczywie, lecz początkowo nie miał dla niej znaczenia, ginął gdzieś na granicy świadomości. Dopiero kolejny sygnał, a potem następny, wytrąciły ją z tego półsnu, zmuszając powieki do leniwego uniesienia.
Spojrzała na niego, jeszcze nie do końca przytomna. - To nie twój? - zapytała cicho, a jego niemal niedosłyszalne mruknięcie wystarczyło, by napięcie pojawiło się natychmiast. Podniosła się gwałtowniej, niż powinna, ignorując protest mięśni. Wzrok padł na zegarek, była pieprzona czwarta rano. Ta godzina nie przynosiła nic dobrego, n i g d y. Już sięgając po bluzę, czuła, że coś jest nie tak, że coś pękło poza jej zasięgiem.
W salonie panował półmrok rozświetlany jedynie bladym światłem telefonu. Sięgnęła po niego i przez krótką chwilę patrzyła na ekran bez zrozumienia, jakby litery potrzebowały czasu, by ułożyć się w sens. Pierwsza wiadomość uderzyła jak cios, bo jej nadawca nie pozostawiał złudzeń. Rinaldi nie żyje.
Spierdoliłaś to koncertowo, Mercer.
Moje gratulacje.
Collins nie musiał długo czekać na swoją zemstę, była pewna, że siedział w fotelu i wystukując tych kilka słów robił to z przejmującą satysfakcją.
Druga przyszła z numeru, który znała aż za dobrze, choć nigdy nie powinna była go zapisywać. Żona Rinaldiego, spanikowana i rozbita, błagała o odpowiedź, której nie miała prawa oczekiwać.
Trzecia rozmyła się przed jej oczami, litery zlały się w jedną, chaotyczną masę, której nie była w stanie rozszyfrować. - Kurwa - wyrwało się z niej cicho, ale ostro, gdy dłonie zacisnęły się w pięści.
G n i e w pojawił się pierwszy, szybki i gorący, lecz niemal natychmiast został zmieciony przez coś znacznie większego. Fala uderzyła w nią z pełną siłą, odbierając grunt pod nogami, rozlewając się po ciele w sposób brutalny i bezlitosny. Oddech przyspieszył, serce zaczęło walić w klatkę piersiową jak oszalałe, a niewidzialny ciężar przygniótł ją do ziemi. Mdłości podeszły do gardła, zimny pot pokrył skórę, a myśli rozpadły się na fragmenty, których nie potrafiła poskładać.
Nie miała nad tym kontroli.
Kroki za nią zdołały się przebić przez bańkę, w której utrknęła; wyczuła jego obecność jeszcze zanim zdążył się odezwać. Stała nieruchomo, plecami do niego, jakby to jedno zdanie mogło zatrzymać wszystko na miejscu. - Rinaldi nie żyje. Jeden strzał w serce, drugi w głowę - jej głos brzmiał chłodno i obco, jakby nie należał do niej. Usiadła ciężko na krześle, zaciskając powieki z całych sił, podczas gdy jej kolano zaczęło drgać w niekontrolowanym rytmie.
Fala wróciła silniejsza, bardziej niszcząca.
Tym razem miała imię - poczucie winy.
Nie ona pociągnęła za spust, to był fakt. A jednak to ona wskazała drogę w chwili, gdy odnalazła go w Algonquin Highlands, ona doprowadziła do momentu, w którym ktoś inny tylko wykonał wyrok. To ona wybrała cel, ona stworzyła sytuację, w której śmierć była najprostszym rozwiązaniem. - To moja wina. Ja na to pozwoliłam - wyszeptała, bardziej do siebie niż do niego, a słowa zawisły w powietrzu ciężkie i nieodwracalne.

Rhys Madden

all the lies you can't hide

: pn kwie 06, 2026 12:41 pm
autor: Rhys Madden
Żadna wiadomość otrzymana o pieprzonej czwartej rano nie mogła być dobra.
Czuł to w głębi siebie, w tym uczuciu żołądka podchodzącego do gardła gdy pośpiesznie wyswabadzała się z jego ramion i oplatającej ich kołdry. Przez krótką chwilę tkwił nadal w swoim miejscu, z głową leżącą na gorącej, niewygodnej poduszce, wzrokiem utkwionym w świat za oknem, przejmującą czerń, która wydawała się daleka do świtu.
Wyczuł ten moment, w którym zastygła, zwieszona nad telefonem Jej kroki ustały, zatrzymała się, wpatrując w wiadomości, które przyszły na jej urządzenie. Podniósł się z ociąganiem, jakby to, jak długo czasu spędzi w łóżku mogło oddalić to, co czekało na niego na zewnątrz. Chłód zaatakował jego nagą skórę gdy wysunął się spod kołdry i stanął obok, wzrokiem odnajdując leżące nieopodal ubrania.
Kurwa.
Napięcie z jego barków przeniosło się wyżej, opanowało jego szczękę, zacisnęło usta w wąską linię. Zacisnął dłonie na materiale spodni, wciągając je na siebie, nie śpiesząc, nie mknąc do salonu by sprawdzić, jaką wiadomość dostała.
Spodziewał się, że nie była dobra.
Nie musieli długo czekać by Ventresca zaczęła zbierać swoje żniwa, odpłacać im za ten bezczelny akt, którego dokonali w Mimmo's. Czuł pod skórą, że to wydarzy się tej nocy. Ta świadomość utrzymywała go w bolesnej przytomności, nie pozwalała zapaść w sen. Spodziewał się w s z y s t k i e g o - w tym prawdy na jego temat, przychodzącej na jej telefon.
Wsunął się do salonu częściowo ubrany, kątem oka lokalizując swoją koszulę i bluzę, którą mu wcześniej przyniosła. Jego spojrzenie jednak skupiło się na jej twarzy, bladej nawet w półmroku panującym w pomieszczeniu, wciąż pogrążonym w sennej ciszy. Podszedł bliżej, zerkając na swój telefon - o wyciszonych powiadomieniach, permanentnie włączonym trybie nie przeszkadzać, bo nie miał zaufania co do dyskrecji Carbone'a.
Rinaldi nie żyje.
Wspomnienie mężczyzny, chowającego się w domku należącym do jego wuja wróciło do niego w postaci obrazów. Progu, w którym ich przyjął, z początku nie chcąc wpuścić do środka. Przerażeniu i złości, zmieszanej na jego twarzy w równej proporcji. Rzeczach schowanych w torbie, gotowej do natychmiastowej ucieczki. Żal, który odezwał się w jego sercu, był oszczędny. Płytki. Natychmiast wypominał mu groźbę, którą ten skierował do Margo. Sposób, w jaki na nią patrzył, jakby również posiadał nad nią przewagę. Daniel Rinaldi zginął z własnej winy.
Być może jego kręgosłup moralny był zbyt skrzywiony, by jego śmierć odbiła się bólem w jego sercu.
- Nie, Margo - zaprotestował natychmiast, podchodząc bliżej - dostrzegając swój telefon, po który sięgnął z ociąganiem. - To nie jest twoja wina.
Gdy uniósł urządzenie, rozbudziło się na ten dotyk. Dostrzegł ostatnie powiadomienie na szczycie listy, od którego gula w jego przełyku urosła jeszcze bardziej. 122 Richmond St W, TERAZ. Wsunął telefon do kieszeni spodni gdy wiadomość sparzyła go w dłonie. Spróbował ją zignorować, stając obok Margo, odkładając dłoń na jej ramię, gładząc je lekko, w geście, który nie miał jej pocieszyć - ale miał zapewnić ją, że był tu, obok. Przynajmniej teraz, przynajmniej na chwilę.
- Rinaldi sam do tego doprowadził - dodał, sięgając po koszulę, którą wcześniej odłożyła na blat - koło dwóch szklanek, w których wciąż czekała dobra whisky.
Której mieli już nie wypić.

margo mercer

all the lies you can't hide

: pn kwie 06, 2026 1:23 pm
autor: margo mercer
Nie wiedziała, ile czasu minęło.
Sekundy rozciągnęły się w coś trudnego do uchwycenia, nieregularnego, pozbawionego punktów odniesienia. Mogła stać tam dwie minuty, mogła pół godziny, nie miało to znaczenia, bo świat wokół przestał płynąć w znajomy sposób. Czas nie tyle zwolnił, co zatrzymał się gdzieś obok niej, pozostawiając ją w miejscu, w którym wszystko było zbyt wyraźne i jednocześnie zupełnie nierealne.
Obrazy wracały jeden po drugim, nachalne i nieproszone, wdzierając się pod powieki nawet wtedy, gdy próbowała je zacisnąć. Widziała go dokładnie takim, jakim zapamiętała - stojącego naprzeciw niej, spiętego, z cieniem paniki w oczach, który próbował ukryć pod maską gniewu i pozornej kontroli. Każdy jego ruch, każde słowo układało się teraz w nową całość, w historię, której wcześniej nie chciała dostrzec. Nie widziała w nim zagrożenia, widziała człowieka przypartego do ściany, gotowego zrobić wszystko, by ochronić to, co było dla niego najważniejsze. Wszystko to, co miało znaczenie większe niż on sam.
A ona pozwoliła, by to wszystko zostało z n i s z c z o n e.
Sukces, który jeszcze kilka godzin wcześniej miał smak zwycięstwa, teraz ciążył w niej jak coś obcego. Zamknęła Bianchiego, wprawiła machinę w ruch, uruchomiła proces, którego nie dało się już zatrzymać. Lawina ruszyła bez ostrzeżenia, zbierając po drodze wszystko, co napotkała.
Tak było zawsze. Nie potrafiła przechodzić nad stratą do porządku dziennego, niezależnie od jej ciężaru. Każda zostawiała w niej ślad, każda wdzierała się głęboko, nie pozwalając oddychać tak, jak powinna. Zwłaszcza te, którym, przynajmniej w jej przekonaniu, można było zapobiec. W takich momentach wracały do niej słowa ojca, ostre i bezlitosne, wypowiadane tonem, który nie pozostawiał miejsca na sprzeciw. Mówił, że nie była wystarczająco twarda, że nie udźwignie tego zawodu, że prędzej czy później złamie się pod ciężarem rzeczy, które powinna ignorować.
Te same słowa, choć ubrane inaczej, słyszała później od Rhysa - że nie powinna się angażować, że nie powinna czuć współczucia tam, gdzie nie było na nie miejsca.
Może mieli rację.
Może gdyby nauczyła się patrzeć inaczej, odcinać emocje, nie pozwalać im przenikać tak głęboko, teraz nie stałaby tu, rozbita od środka przez coś, czego nie potrafiła powstrzymać. - Powinnam była go stamtąd zabrać - wyrzuciła z siebie, bardziej w przestrzeń niż do niego, a jej głos był napięty, jakby próbował nadążyć za gonitwą myśli. - Wiedziałam, że go tam znajdą - nie zareagowała na jego dotyk. Nie cofnęła się, nie przyjęła go świadomie, jakby jego obecność znajdowała się gdzieś poza zasięgiem tego, co teraz czuła. Umysł pracował w zawrotnym tempie, podsuwając kolejne scenariusze i decyzje, które mogła podjąć inaczej. Każdy z nich był już bezużyteczny.
- Znalazłam go tam bez problemu - dodała, przeczesując dłonią włosy i podnosząc się gwałtownie, aż stanęła naprzeciw niego. Jej spojrzenie było ostre, rozedrgane, przepełnione czymś, co balansowało na granicy gniewu i bezsilności. Nie widziała jego napięcia. Nie dostrzegała sposobu w jaki trzymał telefon, ani tego, co działo się pod powierzchnią jego spokoju. Była zbyt pochłonięta własnym ciężarem.
- Przestań - pokręciła głową, niemal natychmiast, zanim zdążył powiedzieć cokolwiek więcej. - Był n i e w i n n y. Nic nie zrobił. Nic, kurwa – urwała na moment, jej oddech zadrżał. - I ja też nie zrobiłam nic, żeby go z tego wyciągnąć na czas - nie było przestrzeni, w której jego słowa mogłyby do niej dotrzeć. Nie w tej chwili. Każda próba uspokojenia odbijała się od niej, jakby budowała wokół siebie mur z własnego poczucia winy, szczelny i nieprzepuszczalny. Nawet gdyby chciał jej to wytłumaczyć, nawet gdyby spróbował rozebrać to na logiczne części, nie znalazłby drogi.
To nie była kwestia faktów. To było coś znacznie głębszego, przekonanie, że zawiodła w miejscu, w którym nie miała prawa zawieść.

Rhys Madden

all the lies you can't hide

: pn kwie 06, 2026 3:34 pm
autor: Rhys Madden
Emocje były czymś natrętnym i niechcianym w jego codzienności.
Gdyby pozwalał im władać swoimi czynami, nie byłby w stanie wracać z Mimmo's do swojego mieszkania - ani tym bardziej nie przekroczyłby progu tego, w którym stał teraz. Umiejętność odcinania ich od siebie, bezosobowego patrzenia na każdą śmierć, każdą ofiarę i każdą sprawę szlifował jako detektyw, gdy jego odznaka wciąż była czysta i błyszcząca, a ręce nieskalane. Niczym lekarz obserwujący zgon, potrafił odciąć się od tego, co mógł zrobić a czego nie - tego, co było jego odpowiedzialnością, a co nie mogło się nią stać.
Mimmo's to wszystko podkręciło.
Przechyliło szalę obojętności ze zdrowego zdystansowania się do swojej pracy w stronę czegoś znacznie trudniejszego do wytłumaczenia. Okuło jego serce skorupą lodu, przez którą nie przedzierały się również te rzeczy, które powinny wzbudzać w nim empatię. Śmierć Rinaldiego wypełniła ich przestrzeń ciężarem, od którego jego barki znów ugięły się lekko, ale wiedział, że ślad, który w nim zostawi, będzie płytki. Schowany w miejscu, w którym było ich zbyt wiele, by był w stanie się wyróżniać. Czy mam się powtarzać, Madden? Nie wiedział, kiedy telefon znów znalazł się w jego rękach, a później na stole, za szklanką whisky. Może wtedy, gdy sięgał do kieszeni, skupiony na masce na twarzy Margo, w której pojawiały się kolejne pęknięcia. Każde z nich rzucało więcej światła na to, co chowało się po drugiej stronie - na złość, frustrację i ż a l, który brał kobietę w swoje władanie.
- Zrobiłaś wszystko, co powinnaś. Gdybyś go tknęła, Carbone zabrałby się za jego rodzinę. Obiecałaś mu, że ją ochronisz - tłumaczył, nadal, cierpliwie, ignorując telefon, ignorując te pieprzone powiadomienia. - Rinaldi nie był niewinny, Margo. Nie zasługiwał na śmierć, ale nie był przypadkową ofiarą.
Może to przez to nie miał w sobie wystarczającego współczucia - tam, gdzie ona pamięcią sięgała do domku i widziała przestraszonego mężczyznę, on widział t c h ó r z a. Kogoś, kto sam wpakował się w interesy z Sergio Carbone'm i który teraz desperacko próbował od niego uciec. Rinaldi wyśpiewał parę interesujących rzeczy. Jeden za drugim, zapinał guziki swojej koszuli, która zdążyła już wyschnąć. Napięcie i stres rozszerzały się na całe jego ciało, obudowywały jego mimikę wysokimi murami, tworząc ten dystans, który zwykle generował bezwiednie. Każde powiadomienie na jego telefonie, każdy błysk ściemnionego ekranu, sprawiały, że jego szczęka zaciskała się coraz mocniej.
- Pracowaliśmy tak szybko, jak się dało. Nikt nie odłożył jego sprawy na później - odpowiedział, twardo, szorstko, gdy telefon rozświetlił się po raz kolejny. - Jeśli już, ta krew jest na rękach Collinsa, nie twoich.
Zerknął na ekran i jego serce zatrzymało się na chwilę, na jedno, nieznośne uderzenie, zamiast którego w klatce piersiowej wyczuł pustkę. Na przykład nazwisko tej twojej ładnej policjantki.
Chyba nie chciałbyś, żebym złożył jej wizytę?
Telefon wylądował w jego ręce, następnie wsunął się do kieszeni spodni. Strach zacisnął się szponami na jego trzewiach, usztywnił mięśnie, przekształcił w lodową figurę.
- Wychodzę - rzucił cicho, pusto, zbierając swoje klucze do auta leżące na stole, nie patrząc w jej stronę gdy skierował się do zawieszonej w przedpokoju kurtki.

margo mercer

all the lies you can't hide

: pn kwie 06, 2026 5:21 pm
autor: margo mercer
Nie była w stanie przyjąć jego słów. Docierały do niej, odbijały się gdzieś na powierzchni świadomości, lecz nie miały siły przebić się głębiej, tam, gdzie rozgrywało się to, co naprawdę ją niszczyło. Stała naprzeciw niego z oddechem rwącym się w nierównym rytmie, z sercem bijącym zbyt szybko, jakby próbowało wyrwać się z klatki piersiowej i uciec od ciężaru, który na nią spadł.
W jego głosie była logika, chłód i doświadczenie, do którego sama dążyła przez lata, a którego wciąż nie potrafiła w sobie wykształcić. I być może nigdy jej się to nie uda. On rozdzielał fakty od emocji z precyzją chirurga, ona zaś tonęła w nich bez reszty, pozwalając, by oplatały ją ciasno i nie pozwalały złapać oddechu.
Pokręciła głową powoli, jakby próbowała strząsnąć z siebie jego słowa, jakby nie chciała ich słyszeć, bo przyjęcie ich oznaczałoby coś znacznie gorszego niż poczucie winy. Oznaczałoby zgodę, przyznanie, że to wszystko było nieuniknione, że śmierć Rinaldiego była tylko kolejnym elementem tej układanki, trybem w mechanizmie, którego nie dało się zatrzymać. - Właśnie dlatego powinnam go stamtąd zabrać, bo nie zasługiwał, żeby tam zostać. Gdzie ja, kurwa, miałam rozum?
Jej spojrzenie uniosło się na niego, ostre i zmęczone, przepełnione czymś, co balansowało między żalem a gniewem, choć ż a d n e z tych uczuć nie było skierowane bezpośrednio w jego stronę. To była walka z samą sobą, z myślami, które nie dawały jej chwili wytchnienia. Słyszała jego argumenty, przyjmowała je na poziomie rozumu, lecz serce nie zamierzało się podporządkować. - Zniszczę Carbona, a później to samo zrobię z Collinsem i każdym brudnym szczurem wśród nas - zacisnęła szczękę, boleśnie napinając mięśnie, co przynosiło jej złudną, chwilową ulgę.
Wtedy t o zauważyła.
Nie za pierwszym razem, nie wtedy, gdy sięgnął po telefon niemal odruchowo, jeszcze zanim napięcie zdążyło się w nim uformować - wtedy była zbyt głęboko zanurzona we własnym chaosie. Ale później - za drugim, za trzecim razem, nie sposób było tego zignorować. Każde kolejne drgnięcie urządzenia, każdy błysk ekranu odbijający się w półmroku, wyostrzał jego rysy, zmieniał coś w jego spojrzeniu, w napięciu, które przechodziło przez jego ramiona jak niewidzialny impuls.
Patrzyła na to teraz uważnie i w pełni świadomie.
Widziała, że coś przyciągało jego uwagę, coś wyrywało go z tej przestrzeni, w której stali r a z e m. Wiadomość za wiadomością, każda niosąca ze sobą ciężar, którego nie dzielili. Coś, co sprawiało, że był gdzie indziej nawet stojąc tuż obok niej. - Co się dzieje? - uniosła brew, próbując odepchnąć własne demony na bok i skupić się na nim. Tak jak robiła to zawsze.
A jednak nie powiedział n i c.
Zostawiał to poza jej zasięgiem tak wyraźnie, że widziała granicę, której nie pozwalał jej przekroczyć, jako grubą kreskę. Jako mur, stawiany między nimi w tej jednej, konkretnej chwili.
Milczenie, które zapadło, było inne niż poprzednie. Nie tylko ciężkie; było napięte, elektryczne, jakby powietrze między nimi wypełniło się czymś niewidzialnym, ale doskonale wyczuwalnym pod skórą. A potem usłyszała jego głos, tak spokojny i pusty. - Co? - uniósłszy głowę, spojrzała na niego gwałtownie, dopiero teraz naprawdę widząc to, co wcześniej umknęło jej uwadze. Sposób w jaki się poruszał, jak sięgał po klucze, jak unikał jej spojrzenia. To nie była zwykła potrzeba wyjścia, poza tym była pieprzona c z w a r t a s i e d e m n a ś c i e.
- Co ty robisz? - zapytała, wchodząc w jego przestrzeń osobistą, ale to nie wystarczyło. Wyminęła go więc w następnym kroku, stając w drzwiach, uniemożliwiając mu wyjście bez spojrzenia na nią. Bez spojrzenia jej w oczy, bez powiedzenia tego wprost.
Nieprzyjemne napięcie, biorące ją w szpony, zaciskało się jeszcze bardziej; do przejmującego poczucia winy szarpiącego jej duszą, dołączała panika, nad którą nie mogła zapanować. - Wyjaśnij - tak jak wcześniej mówiła mu, żeby błagał, tak teraz, zgoła odmiennym tonem, pełnym uporu i chłodu, ż ą d a ł a, by podał jej powód.

Rhys Madden

all the lies you can't hide

: pn kwie 06, 2026 5:43 pm
autor: Rhys Madden
Brudny s z c z u r.

Wydawało jej się, że jej wściekłość nie była skierowana na niego - jednak czuł jej ogniste języki, sięgające prosto do do wnętrza jego zgniłej duszy. To o n był jednym z tych, przez których ludzie tacy jak Rinaldi tracili życie. To o n był jak Collins, grający dla obydwu zespołów, strzelający do własnej bramki równie często, jak strzelał do przeciwnej.
Na jakiś pokrętny sposób, krew Rinaldiego była również na j e g o rękach. Na tym etapie było jej tak wiele, że nie dostrzegał ich oryginalnego koloru pod spodem.
W jego oczach nie było na niego miejsca. Rinaldi był nieistotny gdy w jego telefonie pojawiła się bezpośrednia groźba skierowana do Margo. Carbone wiedział o niej, wiedział o tym, że była w to wszystko zaangażowana. Jak długo zajmie mu dowiedzenie się, co łączyło ich poza służbowymi stosunkami? Cholera, pewnie j u ż miał tego świadomość.
Złość migotała w jego zielonych tęczówkach gdy zaszła mu drogę. Jej sprzeciw, jej pytania i chęć dowiedzenia się prawdy odbijały się od muru, który wzniósł wokół siebie - nie dlatego, że nie chciał udzielić jej odpowiedzi. Dlatego, że nie wiedział, jak mógłby to zrobić bez angażowania w to n i e j. Gdyby wiedziała, gdzie zamierzał się udać, z kim zamierzał się spotkać, nie było siły na tej Ziemi, która powstrzymałaby Mercer przed udaniem się z nim.
Znał ten stan. Znał jej wściekłość, furię i głęboką potrzebę sprawiedliwości. To właśnie te emocje, pogłębione, sięgające na samo dno jego duszy skierowały go na ścieżkę, którą teraz musiał podążać. Carbone był niebezpieczny, ale w tej chwili, niebezpieczna była również Margo. To, co mogła zrobić, wiedziona żalem i frustracją, gdyby znalazła się przed osobą odpowiedzialną.
Pragnął ją przed tym uchronić.
- Rinaldi to tylko początek - odpowiedział, czując iskierkę bólu, wędrującą po całym jego układzie nerwowym na widok szoku i zawodu, które wymalowały się na jej twarzy gdy desperacko przylgnęła do drzwi, pragnąc usłyszeć odpowiedzi. Iskierkę, która z każdą chwilą ryzykowała ogniem, który ukazałby się na jego mimice - ponieważ wiedział, że żeby wydostać się na zewnątrz, musiał ją odtrącić.
- Zrobiłaś to po swojemu, Margo - wycedził, siląc się na ton, który nigdy nie powinien być wycelowany w nią, ale który musiał odsunąć ją od drzwi, wypuścić go na zewnątrz. Ciemność po drugiej stronie okien nie zrażała go, gdy wyczuwał kolejne wibracje swojego telefonu w kieszeni. - Teraz ja zajmę się tym po mojemu.
Jego dłoń sięgnęła do kobiecej talii, w miejscu, w którym nie było siniaka i, wkładając w to mało siły, delikatnie odsunęła ją w bok, wyraźnie sygnalizując, że pragnął wyjść. Unikał jej spojrzenia, pełnego złości i czegoś innego, co wyobrażał sobie wielokrotnie, lecz czego nigdy wcześniej nie widział.
Zawodu.
- Zobaczymy się później - rzucił, krótko, wymijająco, gdy usunęła się z przejścia, pchany do przodu nieustannymi powiadomieniami na swoim telefonie, na który zerknął dopiero gdy znalazł się w fotelu kierowcy czarnego Dodge'a.
W ostatniej wiadomości tkwiło w nim jej zdjęcie.
koniec
margo mercer