Strona 4 z 5

002. confessions among boxes

: wt kwie 21, 2026 7:55 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa i coś tam jeszcze
Chyba jedynym elementem wspólnym jego związku ze Stewart, i tego z Haddie było to, że w pewnym momencie usłyszał ten rozkaz, że musi to skończyć. I wtedy zrobił to od razu...
A teraz już raz się w tej sprawie dochodził z Eliotem i zamierzał znowu. I znowu. I kurwa póki komendant mu nie odpuści. To były zupełnie różne relacje, bo też kobiety, z którymi je tworzył były inne. Pilar ognista, gorąca i dzika. A Haddie… na swój sposób delikatna i chłodna.
Chociaż kiedy sunął palcami po policzku Stewart, a on wpatrywała się w niego tymi pięknymi, dużymi, błyszczącymi oczętami, to w niej też widział jakąś taką kruchość.
Fascynujące, że Pilar Stewart była najtwardszą babką, jaką on znał. A przy nim potrafiła też się pokazać z tej subtelnej strony, zupełnie innej. Z takiej gdzie czasem miała wątpliwości... i chyba potrzebowała takich jego zapewnień?
Ale przecież on mógł jej to powtarzać codziennie,

jaka była dla niego ważna.


Tak ważna, że dla niej chciał wyjść z tej operacji. Najwyższa pora, za długo już w tym siedział. Przecież kiedy go wdrażali, to początkowo dostał jakiś kontrakt na dwa lata, potem kolejne trzy... A teraz... ile to już, osiem lat?
Więc kiedy Pilar powiedziała to, że nie wyjdzie z żadnej operacji, to zmrużył powieki, to znowu się do niej szarpnął kręcąc głową. I tak zrobi, to co chce, zawsze to robił. Po swojemu.
Słuchał jej, a jego ciemne tęczówki odszukały jej czekoladowe, piękne spojrzenie. Te jej oczy.
Wiedział, że miała rację, za mocno w tym siedział. Za głęboko. On już przecież... Kurwa. Madox Noriega to nie była jego przykrywka, to był on. On przecież tak naprawdę większość czasu w Kanadzie był właścicielem Emptiness, niż policjantem. Bywał policjantem. Od święta.
- Przecież kiedyś... muszę to zrobić - nigdy o tym nie myślał, że będzie musiał to zrobić. Wyjść z tego świata. A teraz pierwszy raz w życiu to rozważał. Ale przecież wiedział, że ona miała rację. Zajebią go, jak tylko wyjdzie, że on robił dla policji, to go zajebią, i tak już w półświatku miał swoich wrogów, trochę ludzi odjebałoby go od tak, bez jakiś wielkich powodów, po prostu dla tego, że go nie lubili. Bo im pyskował. Albo krzywo spojrzał. A jakby jeszcze dołożył do tego to, że on przez te wszystkie lata nie tylko miał układy z psami, ale sam nim był, psem, to przecież naprawdę wywieźli by go na wysypisko i wrzucili do tej zgniatarki - i co to w ogóle znaczy nie zgadzam się? - strzelił oczami, ale zaraz się uśmiechnął. Bo z jednej strony, to przecież Pilar mu nie mogła mówić, co ma robić... A może mogła?
Może nawet mu to pasowała, że się stawiała?
Bo on przecież najbardziej w niej lubił to, że była nieugięta. Uparta tak samo jak on.

Dwójka upartych ludzi, która straciła dla siebie głowę.


Madox zaraz pochylił tę swoją w jej kierunku, kiedy zaczęła to Eliot, sam był ciekawy co mogła na niego mieć. Na komendanta. Uniósł brew, kiedy wyznała to, że miał romans, bo tego się po nim nie spodziewał. Nie raz, nie dwa, Eliot opowiadał o swojej żonie, o córkach. Kurwa. Przecież on ostatnio nawet nawijał Madoxowi o tym, że facet w swoim życiu tylko raz doświadcza swojego kawalerskiego. RAZ. Madox zawsze myślał, że kto jak kto, ale Eliot akurat był wierny... jak pies.
A tu niespodzianka.
A to jeszcze nie był koniec.
- Co kurwa? - wypalił od razu, kiedy Pilar dokończyła - jak to go zabił? I jak pomogłaś mu to zatuszować? Pilar... - zmarszczył brwi i w pierwszej chwili, to oczywiście nie przejmował się tym, że mieli na Eliota coś naprawdę mocnego, tylko tym, że Stewart wplątała się w takie gówno. Wbił w nią ciemne spojrzenie i skrzyżował ręce na klatce piersiowej - nie wiem... - rzucił najpierw i zastanawiał się. Oczywiście, że się zastanawiał, czy to było bezpieczne, żeby groziła Eliotowi takim czymś. Tylko... w tym momencie to już nic nie było bezpieczne. Oni kroczyli po naprawdę cienkim lodzie, który w każdej chwili mógł pierdolnąć. A oni nie tylko wylądowali by w tej kurewsko zimnej wodzie zderzając się z rzeczywistością. Oni wylądowali by w bagnie, które pochłonęło by ich w kilka minut.
Wypuścił ciężko powietrzę z płuc i sięgnął do jej przedramienia, żeby przesunąć po nim palcami, żeby zawiesić je na jej miękkiej, ciepłej skórze. Odszukał jej spojrzenie.
I znowu miał jej powiedzieć, że nie jest pewny, że muszą to jeszcze przemyśleć. Ale kiedy sięgnęła do jego dłoni, kiedy poczuł na sobie dotyk jej gładkiej, ciepłej skóry, a po plecach momentalnie przeszedł mu przyjemny dreszcz, to szarpnął się do niej jeszcze bliżej. Wytatuowane palce oparł na jej karku, wplótł je w ciemne kosmyki.
- Ufam ci, najbardziej na świecie ci ufam Pilar, ale... - zamknął na moment te ciemne oczy, a na zaróżowionych policzkach mogła poczuć jego przyspieszony oddech - nie możesz takich rzeczy robić dla mnie. Bo to nie miało być wcale tak, że to ty będziesz musiała wybierać, rozumiesz to? - a jeśli ona zagrozi Eliotowi, to przecież... to jaka z niej będzie policjantka?
Pilar Stewart była dobra, była sprawiedliwa, broniła słabszych. Nie poddawała się. Walczyła dla dobra sprawy, nawet jeśli ona miała się przy tym narazić. Sprzeciwiała się czasem przełożonym, ale przecież... Cholera. Ona była stróżem prawa. A nie kobietą gangstera. Bo Madox... on przecież nawet nie był gangsterem. Ja pierdole.
Kiedy go do siebie pociągnęła, to ich nosy się praktycznie stykały, jego wargi zawisły tuż-tuż jej pełnych, gorących ust, na które jakoś odruchowo zjechało jego spojrzenie. Na moment, bo przecież Madox nie zastanawiał się jak smakują, on już znał ten smak na pamięć, był wyryty gdzieś głęboko w jego głowie, w jego sercu. Które znowu szarpnęło do niej energiczniej, kiedy to powiedziała. Kiedy ułożyła te słowa na jego wargach.

Kocham Cię, Noriega.


- Yo también te amo - z pełną premedytacją... Specjalnie. Świadomie. Wypowiadając te słowa zaczepił wargami o jej usta, pozostawiając na nich to mrowienie. Niedoczekanie.
Na jej kolejne słowa znowu przewrócił oczami, a zaraz wbił spojrzenie w jej piękne, brązowe tęczówki. Uśmiechnął się i to też mogła poczuć na swoich wargach - pero me excitas tanto - ale mnie taka kręcisz, mruknął prosto w jej usta. Bo to był fakt, że on w zasadzie uwielbiał każde jej oblicze, te dobre, to za które przecież ją pokochał, już w Medellin. Ale też to, które odkryła przed nim w Meksyku. Pilar Noriega, kobieta gangstera. To chyba pociągało go najbardziej, niebezpieczna, szalona, nieustraszona. Jego.
Szarpnął się do tyłu, tak, że pociągnął ją za sobą, kiedy tak mocno zaciskała palce na jego koszulce. To też zrobił specjalnie. A zaraz zaciskał palce na jej wciąż jeszcze posiniaczonych udach, żeby przyciągnąć ją do siebie, nad skrzynią biegów.
- Uważaj - zasłonił ręką gałkę, która prawie jej się wbiła w pośladek, a kiedy już siedziała na jego kolanach. To wyrwał się do niej, najpierw wtulając głowę w jej piersi, zaciągając się jej obłędnym zapachem. Wyjął spod jej koszulki pierścionek z literką M, który zawisł na czarnym materiale, a później sunął pocałunkami wzdłuż złotego splotu, po jej dekolcie i po szyi - wrócimy do tej rozmowy - tym razem, to on to powiedział. I chyba sam w to na początku nie uwierzył, bo nawet się uśmiechnął, a zaraz już... W końcu... Wpił się dziko w jej miękkie, gorące usta. Smakowały obłędnie. Tak jak za każdym pierdolonym razem.

Yo también te amo ⋆˙⟡♡

002. confessions among boxes

: wt kwie 21, 2026 9:15 pm
autor: Pilar Stewart
trigger warning
przekleństwa i świntuszenie
Przecież kiedyś musze to zrobić.
Miał racje.
Wiedziała, że miał racje. A jednak na ten moment nie mogła się z nim zgodzić. Bo chociaż odejście od sprawy na pierwszy rzut oka mogło się wydawać łatwe, oboje przecież doskonale wiedzieli, że wiązać się to z niekończącą się listów konsekwencji, jakie za tym szły. To że Madox nagle przestałby zadawać się z półświatkiem albo przestałby być policjantem, to przecież wcale nie znaczyłoby, że nagle w tych obu światach miałby czystą kartę. Nie miałby. Byłby jeszcze bardziej skreślony i to z tą różnicą, że wtedy nic nie stałoby na przeszkodzie, by któraś ze stron go po prostu unicestwiła. Uciszyła. W końcu był człowiekiem, który w swojej głowie trzymał bardzo wiele sekretów. Pewnie miał brudy na jedną i drugą stronę. Nikt nie chciałby, żeby taki człowiek po prostu chodził wolno.
Dlatego trzeba było to przeciągnąć. Spróbować załatwić sprawę z Eliotem i zobaczyć, gdzie ich to zaprowadzi. Pilar może i naiwnie, ale wierzyła, że z tego było jeszcze jakieś wyjście. Że mając komendanta po swojej stronie oni naprawdę mogli tu jeszcze coś ugrać. Zagrać przez półświatkiem, specjalnie przy światkach jakąś wielką kłótnie, trzaskające się talerze i masę przekleństw, żeby poszła nowa plotka, że się rozstali, że Madox wybrał klub nad swoją nową dupę. A może nawet najlepiej byłoby to zrobić właśnie na komendzie? Żeby to te pierdolone krety doniosły wieści, wtedy mogłoby to być jeszcze bardziej wiarygodne. A potem tylko została kwestia utrzymania tej narracji, dopóki strony nie stracą czujności. Wierzyła, że z Eliotem byliby w stanie to ogarnąć. Może nawet nie trzeba będzie sięgać po tą sprawę sprzed trzech lat? Może naturalnie rozeszłoby się po kościach? Pilar do teraz chociażby myśląc o tym, miała gęsią skórkę. Nie była osobą, która mieszała się w tego typu sprawy. Nie chciała tam być wtedy, pod ręką Eliota, kiedy prosił ją o pomoc. Ale była. I musiała mu przecież pomóc.
Jak go zabił?
Westchnęła głośno. Wiedziała, że Madox będzie chciał wiedzieć więcej. Ona też by chciała. A przecież oni pod tak wieloma względami byli do siebie tak kurewsko podobni, że sama Stewart niekiedy niedowierzała jak bardzo.
Zastrzelił — powiedziała spokojnie, chociaż serce nieco przyśpieszyło na samo wspomnienie tamtego feralnego dnia. Spojrzenie wbiła gdzieś przed siebie. — Wezwał go na komisariat pod pretekstem przesłuchania w sprawie pobicia swojej narzeczonej. Facet nawet się nie stawiał. Kurwa, nawet błagał go, żeby tego nie robił, ale Eliot już wydał na niego wyrok — jej głos był chłodny, nieobecny. Nie lubiła o tym mówić, chociaż przecież mówiła o tym po raz pierwszy na głos. — A że ja miałam wtedy nockę… — przerwała, żeby poprawić się nieco w fotelu. — Powiedzmy, że pomogłam mu to zatuszować współudział, tak nazwałby to sąd, gdyby cokolwiek z tego wyszło na jaw. I chociaż to Eliot poszedłby siedzieć na długie lata, na niej również nie zostawionoby suchej nitki. Szczególnie, że potem jeszcze wzięła udział w sprawie o jego zaginięciu. I to ona złożyła ostateczny podpis na raporcie. Ale akurat w te szczegóły nie miała zamiaru się wdawać. Już i tak powiedziała mu za dużo. Przy każdym innym mężczyźnie kurewsko by się bała, że teraz będzie ją oceniać. Że spojrzy na nią jak na kryminalistkę, a nie policjantkę. Ale Madox? On przecież rozumiał pewnie lepiej niż ktokolwiek inny, jak czasami po prostu trzeba było podejmować pewne decyzje. Iść za tym, żeby nie odbiło się to w drugą stronę i nie wyjebało rykoszetem. Przecież nie miała pojęcia jak rozegrałby to Eliot, chociaż jeszcze nim zniszczyli wszystkie dowody, Pilar upewniła się, żeby zgarnąć nagranie z sali przesłuchań. Dla bezpieczeństwa. Na czarną godzinę. I wszystko wskazywało na to, ze czarna godzina właśnie nadeszła. Przyszła jak grom z jasnego nieba i po prostu pierdolnęła.
Trochę tak, jak to całe ich uczucie do siebie nawzajem. Ta przepiękna, kolorowa, usłana cierniami miłość, którą do siebie żywili; którą przeżywali. Jedyna w swoim rodzaju. Nawet nie musiała się zastanawiać, żeby wiedzieć, że nikt, ale to kurwa nikt, nie miał tego, co mieli oni. Nie przeszedł w tak którkim czasie tak wiele wzlotów i upadków przede wszystkim. Upadków, z których oni pomimo wszystko za każdym, jebanym razem umieli się podnieść.
Jego kocham cię brzmiało cudownie. Sposób, w jaki jego usta układały te dwa słowa niezależnie w jakim języku był uzależniający, a sam dźwięk jego głosu… obłęd. Istny obłęd, dla którego ona za każdym razem byłaby w stanie się narazić. Zrobić dosłownie wszystko, żeby usłyszeć to jeszcze raz i jeszcze raz i jeszcze raz. Aż do porzygu. Aż do usranej śmierci.
Te amo.
I ona jego amo na wszystkie możliwe sposoby.
Mruknęła mimowolnie, kiedy jego gorące, miękki usta musnęły te jej ledwo odczuwalnie. Gdy znajomy zapach jego ciała wdarł się do jej nosa i otulił zmysły, przyniósł prawdziwe ukojenie ale również ogień i niedosyt, który na nowo w niej rozpalał. Uśmiechnęła się, gdy powiedział, że właśnie taka go kręciła.
¿Desesperado?Zdesperowana? Zaśmiała się, spoglądając na niego zaczepnie. Pierdolona desperatka Stewart, która bezczelnie oznajmiała mu, że nikomu go nie odda, że nigdy nie pozwoli mu odejść. Jak ostatnia wariatka. — ¿Imperioso? Władcza? Rządziła się, to fakt, ale wszystko co robiła, wychodziło z dobrego miejsca. Z jej obrzydliwie gorącego serca, które po raz pierwszy w życiu nie tylko chciało dobrze dla wszystkich dookoła, ale też dla niej samej. Bo ona przecież też zasłużyła na szczęście. Na miłość. Miłość, którą miała dosłownie przed sobą. Miłość, która zaraz wyrwała się do tyłu i pociągnęła ją ze sobą, szarpiąc nad skrzynią biegów, by już po chwili mogła skończyć na jego kolanach.
No przecież uważam — zaśmiała się, gdy jeszcze jedną nogą wciąż próbowała się odpowiednio usadowić. — No soy una muñeca de porcelana Nie jestem porcelanową laleczką, przypomniała mu, przytulając go mocno do siebie, kiedy tylko przystawił głowę do jej piersi. Schowała go w tym uścisku, jakby chciała ochronić go przed całym, jebanym światem. Madoxa. Ona. Jej dłonie mimowolnie rozpoczęły wędrówkę po jego plecach. Sunęła palcami po materiale koszulki, czując, jak pod skórą mięśnie powoli się napinały i zaraz rozluźniały. Jak głęboko oddychał między jej piersi, a zaraz potem przeciągał łańcuszek z pierścionkiem na zewnątrz. A kiedy powiedział, że jeszcze wrócą do tej rozmowy, Stewart spojrzała na niego z zaskoczeniem pomieszanym z rozbawieniem. I nawet nie zdążyła odpowiedzieć mu czymś równie zaczepnym, bo jego kurewsko gorące wargi już skutecznie ją uciszały.
Tym razem zrobił to porządnie. Mocno. Intensywnie. Z należytą uwagą i agresją wbił się w jej usta, sprawiając, że serce w piersi wyrwało się mocno do przodu. Mimowolnie jęknęła prosto w jego rozchylone wargi, wplatając palce w miękkie włosy i przyciągając go jeszcze bliżej, pogłębiając pocałunek, pozwalając, by ich języki odnalazły się we wspólnym, tak dobrze już znajomym tańcu. Każdy ruch był starannie dopracowany i ognisty. Nie było w tym dochodzenia, tam było już samo odczuwanie. Najlepsze na całym, jebanym świecie. Niesamowite. Nikt nie całował tak jak on, nikt nie sprawiał, że w kręciło się jej w głowie od tak prostej rzeczy jak pocałunek.
Jesteś kurwa niemożliwy — wydyszała gdzieś pomiędzy, dociskając go jeszcze bardziej do czerwonego fotela. Jej nogi mimowolnie zacinęły się na jego udach, a biodra zakręciły zaczepnie, podczas gdy palce również nie próżnowały. Bezczelnie wdarły się pod materiał kolorowej koszulki i już sunęły wygłodniałe po jego nagiem, perfekcyjnie wyrzeźbionym brzuchu. — ¿Es esta la parte en la que me desvirgas en el coche? Czy to ten moment, w którym rozdziewiczysz mnie w samochodzie? Spytała na raty, schodząc pocałunkami po jego żuchwie, dostając się do ucha, którego płatek złapała w zęby i delikatnie szarpnęła. — En mi nuevo… W moim nowym… przycisnęła się do niego jeszcze bardziej, szepcząc prosto do ucha. — Jodidamente sexy…Kurewsko seksowym…, lewą dłonią zjechała niżej pod pępek i zacisnęła palce na metalowej sprzączce od paska. — ¿Jaguar rojo?Czerwonym Jaguarze? Brzmiało to jak spełnienie najskrytszych fantazji, które obiecał jej jeszcze w Meksyku. Brzmiało caliente. I powietrze w samochodzie również takie się stawało, bo ich przyśpieszone oddechy sprawiały, że szyby lekko zaparowały jeszcze nim Pilar ponownie wpiła się w jego usta bez żadnego opamiętania. Jakby chciała przypieczętować ten cały progres, jaki dzisiaj zrobili. Krew w jej żyłach przelewała się się w zastraszającym tempie.
Do momentu, aż głośny stukot nie wybrzmiał przy bocznej szybie.
Serio, kurwa?

mi propio jaguar personal (⸝⸝ ♡﹏♡⸝⸝)

002. confessions among boxes

: wt kwie 21, 2026 10:56 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa i oczywiście przeszkodził im jakiś random
Trudne decyzje...
I konsekwencje, które poniosą oboje.

To powiedziała im wróżka i Madox jakoś tak teraz dosadniej wspomniał sobie jej słowa. Pieprzona meksykańska wiedźma.
Co ona im tam jeszcze mówiła?
Że ich miłość jest silna? Kurewsko silna i to przetrwa? Oby przetrwała, przede wszystkim, żeby oni jakoś to przetrwali. Może on powinien porozmawiać z Eliotem jak chłop z chłopem, dopytać go, co on powinien zrobić, przecież Eliot go zrozumie, sam tak często opowiadał o swojej żonie...
Tylko zaraz okazało się, że Eliot ma więcej za uszami, niż Madox kiedykolwiek by przypuszczał. Słuchał Pilar i oczywiście pytał. On wiecznie pytał, nie umiał trzymać języka za zębami, a już zwłaszcza kiedy chodziło o nią. To było pewne, że się zainteresuje.
Słuchał jej słów z wymalowaną na twarzy powagą, jego ciemne oczy zawieszone były na jej brązowych tęczówkach, które wpatrywały się gdzieś w eter. Nabrał powietrze w płuca i wypuścił je nosem. I jak z jednej strony rozumiał Eliota, bo on też gotowy byłby zabić dla ukochanej kobiety. On prawie zatłukł Daltona w tym pokoju hotelowym, potem zrobił to samo w Meksyku, prawie zabił gołymi rękami, to jednak...
- Chory pojeb - podsumował - przecież on nie powinien cię w takie rzeczy wciągać... - znowu wypuścił mocno powietrze z płuc. Nie oceniał jej nawet przez chwilę, doskonale to rozumiał, że czasem trzeba było zrobić coś wbrew sobie. On też to robił. Ale był zły na Eliota. Przykładny obywatel, kochany tatuś, wierny mąż. Komendant policji, człowiek bez skazy. Z krwią na rękach. Pierdolony kutas.
Jak widać, to nie tylko on tutaj odgrywał pewną rolę.

Udawał kogoś kim nie był...


Chociaż Madox już chyba nie udawał. A na pewno nie przy niej, kiedy wyznawał jej miłość, kiedy wplatał palce w te ciemne kudły kosmyki. Zaciągał się znajomym zapachem jej perfum, a coraz ciemniejsze oczy łapały jej spojrzenie. Kiedy wyznawał jej miłość, a ona jemu. I to nie było takie gadanie, bo oni, kurwa, z dnia na dzień kochali się coraz bardziej. Bardziej i bardziej. Do szaleństwa, które przecież sobie pokazywali. Dzisiaj też.
Mieli tylko zwozić kartony, a zdążyli rozgrzebać już dwie ważne rozmowy, zostać zatrzymanymi przez policję i jeszcze teraz...
Uśmiechnął się na to zdesperowana.
- Też, lubię desperatki - mrugnął do niej jednym okiem i zaczepił językiem jej wargi - mmm... Władcza brzmi jeszcze lepiej, a jakbyś do tego założyła mundur, to moglibyśmy się nawet pobawić w jakieś rozkazy - tym razem szczypnął zębami skórę na jej żuchwie. A zaraz już ciągnął ją do siebie.
Lubił ją w takim wydaniu, kiedy się rządziła... A przede wszystkim, kiedy chciała jego dobra. Bo przecież, wszyscy go wiecznie mieli w dupie. Rozkazy, rozkazy i rozkazy, a to czy Madox za to beknie, oberwie, czy wyjdzie z tego w jednym kawałku. Nikogo to nie obchodziło. A ją tak. Od zawsze, od tego momentu, kiedy złamała Alvaro nos jednym wprawnym ciosem, za niego.
- Zdecydowanie nie porcelanową - wtulił policzek w jej pierś, czuł pod nim jak szybko bije jej serce, jak mocno obija się o żebra - chodziło mi o to, żebyś na samochód uważała - ugryzł ją gdzieś na dekolcie, szczypnął zębami gorącą, gładką skórę, zaczepnie. Bo przecież auto miał gdzieś. Tak się z nią droczył. Przełożył w palcach złoty łańcuszek i chociaż na moment zawiesił spojrzenie na pierścionku, to zaraz wsuwał czubki palców pod materiał jej koszulki. Mruknął gdzieś w jej szyję, kiedy i ona paznokciami przesuwała po jego plecach, mięśnie spinały się pod jej dotykiem, w ten najbardziej przyjemny sposób. A jego wargi, które znaczyły ścieżkę z mokrych pocałunków poprzez dekolt i szyję, wreszcie odszukały jej pełne usta. Całował je zachłannie, dziko, ale z takim uczuciem, że każde muśniecie warg, każde spotkanie ich języków przyprawiało o dreszcze. Opuszkami palców sunął po jej plecach, pod koszulką, zahaczając o jej stanik. Nawet już wyczuł pod palcami zapięcie, które szarpnął. Tylko... nie tak to się robi Madox.
- Imposible - powtórzył po niej, prosto w jej zmysłowo rozchylone wargi, a kiedy docisnęła go do fotela, to on też palce jednej ręki zacisnął na jej pośladku przyciągając ją do siebie jeszcze bliżej. Druga ręka walczyła z haftkami jej biustonosza. Chociaż kiedy jej dłoń wylądowała na jego brzuchu, na którym mięśnie napięły się pod jej dotykiem, to nie umiał się na tym skupić. A to co powiedziała od razu zadziałało na wyobraźnię.
- Primera vez en un coche Pilar Stewart, joder - pierwszy raz w samochodzie Pilar Stewart, ja pierdolę, liczył na to, że zaliczą go w Meksyku w czerwonym Jeepie, ale chyba jej nowy, czerwony Jaguar był do tego nawet lepszy. Sięgnął drugą ręką do zapięcia jej stanika, żeby sobie pomóc, żeby wreszcie się z nim uporać. I kiedy jej wargi muskały jego ucho, kiedy zaczepiła zębami o jego kolczyk, to on sunął opuszkami po jej brzuchu podwijając materiał czarnej koszulki. Coraz wyżej.
Już prawie oswobodził jej piersi i została by przed nim tylko w tył złotym łańcuszku, na to liczył, na to czekał. Oddając jej kolejny pocałunek, równie zmysłowo, w rytmie przyspieszonych oddechów i tych szybko i mocno bijących serc.
Tylko wtedy... ktoś zaczął walić w okno. Madox w pierwszej chwili to zignorował, a jego palce na moment zacisnęły się na jej piersiach, na których wciąż wisiała koronka, z których jeszcze nie zdjął koszulki.
- Ja jebie... Ktokolwiek to jest zabijmy go... A potem to zatuszujemy, masz wprawę - wydyszał miedzy pocałunkami, bo wciąż nie mógł oderwać się od jej słodkich ust, no tak, Madox i jego zajebiste popierdolone poczucie humoru. W końcu jednak ona się odsunęła, a postać za szybą zastukała znowu. Madox wywrócił oczami i odsunął od okna Stewart, zanim je uchylił, bo przecież nie wiadomo kto tam stał, a lista byłą długa.
Zaraz jednak okazało się, że to jakiś... farmer? Chłop z okrągłą, czerwoną gębą i wielkim kartoflastym nosem. Ubrany w koszulę w kratę i czapkę z daszkiem, w zębach trzymał fajkę, a w ręce...
Co on kurwa miał widły?
Madox aż zasłonił Pilar ręką wychylając się do przodu.
- Howdy - przywitał ich chłop zaciągając się dymem - widzę, że trochę żeśta zajęci, ale jakbyśta nie zauważeli to jest tutaj od chuja kukurydzy... - zaczął, a Madox zerknął na Pilar. No bo chyba zauważyli.
- Nie da się ukryć... - rzucił i już miał nawet pomóc Stewart przejść, żeby wysiąść z auta. Ale wtedy facet oparł się o odsunięte okno i wsadził łeb do środka.
- No to to jest moja kukurydza, i nie chce żebyśta ją tutaj podpierdalali, zawsze tu przyjeżdżajo i podpierdalajo… Ale jeszcze nikt nie przyjechał Jaguarem - no ciekawe czemu nikt nie przyjechał na jakieś randomowe pole Jaguarem podpierdalać kukurydzy. Dziwne.
Noriega aż otworzył usta, a zaraz pokręcił głową.
- Spoko, my się chcemy tylko pomigdalić, nawet nie lubimy kukurydzy - wyjaśnił, chociaż na to pomigdalić, to uszczypnął Stewart gdzieś w pośladek, ale jak mówią takie wieśniaki? Cimci-rimci?
- A to nie mata chałupy, żeby się tam... cimci-rimci? - no kurwa jak trafił - w wyrku jak bozicek nakazał? - chłop nie dawał za wygraną. A Madox ledwo już się hamował, żeby nie parsknąć śmiechem, wtulił policzek w ramię Pilar. Jakby facet wiedział, w jak różnych dziwnych miejscach oni cimci-rimci, to chyba by się przeżegnał przed tym swoim bozickiem.

Contigo es incluso tzimcirimci en el maíz ✨🌽

002. confessions among boxes

: śr kwie 22, 2026 2:11 pm
autor: Pilar Stewart
Jak na osoby, które miały problem z poważnymi rozmowami, przeważnie po prostu zamiatając wszystko pod dywan, w ostatnim czasie szło im wyjątkowo dobrze. Nie tylko uczyli się ze sobą rozmawiać ale przede wszystkim dochodzić do odpowiednich wniosków, kompromisów, spotykać się gdzieś pośrodku, chociaż każda ze stron zawsze nauczona była, że powinno być po jego. Odpuszczali w odpowiednich momentach, a co najważniejsze — powoli przestawali mieć przed sobą sekrety.
Doceniała to, że jej o wszystkim powiedział.
Że po raz pierwszy rozgrzebali przeszłość do tego stopnia, że wyszły na jaw prawdziwe problemy, z jakimi musieli się liczyć wracając do Toronto z pierścionkiem na palcu Pilar. Że to nie tylko półświatek mógłby się temu sprzeciwić ale też policja z Eliotem na czele. I gdyby Madox nie powiedział jej prawdy, gdyby się nie otworzył, wciąż tylko zadręczałby się wszystkim sam we własnej głowie. A teraz? Teraz przynajmniej byli w tym razem, po równo, tak jak od samego początku powinni. W dodatku wydawało się, że nawet ustalili wstępny plan działania, który swój początek miał w Pilar i wizycie, jaką powinna złożyć swojemu przełożonemu. Rozumieli się lepiej i tego typu zwierzenia sprawiały, że ich relacja robiła się jeszcze silniejsza. Przeskakiwała koleje kłody. Czuła, że był jej bliższy niż kiedykolwiek, że dostała kolejne elementy układanki jego osoby, które w końcu, powoli składały się w całość.
I całego jego kochała.
Sercem, które biło mocno w piersi, kiedy zachłannie ją całował. Gdy jego dłonie w y g ł o d n i a l e sunęły po jej plecach pod cienkim materiałem koszulki, po chwili odszukując koronkowy materiał stanika. Czuła, jak za niego szarpie, jak nie może poradzić sobie z zapięciem, co tylko spowodowało, że zaśmiała się prosto pomiędzy jego gorące wargi.
Chyba musze zainwestować w staniki na rzepy — mruknęła rozbawiona, kierując się pocałunkami w kierunku jego szyi, kreśląc mokre ścieżki, a zaraz potem przygryzając ciepłą skórę. Jego słowa były muzyką dla jej uszu. Pierwszy raz w samochodzie Pilar Stewart doprawione soczystym, pełnym ekscytacji ja pierdole, które wwierciło się po jej skórę, powodując momentalne dreszcze. Była to rzecz tak prosta, normalna, jak seks w samochodzie, a oni jednak potrafili zrobić z tego prawdziwe spełnienie najskrytszej fantazji. Coś wyjątkowego.
Jęknęła prosto w jego obojczyk, gdy szorstkie dłonie przesuwały się coraz wyżej i w końcu zacisnęły na wrażliwych piersiach. Ona również nie była mu dłużna. Ani na moment nie przestając się na nim wiercić i ocierać, zjechała palcami do wielkiej, metalowej klamry paska. Jedno szarpnięcie — tyle wystarczyło, by zapięcie puściło, a sprzączka odskoczyła na bok. Bo tych wszystkich kłótniach, które odbyli, sprawach, które wyjaśnili, nie miała ochoty na żadną grę wstępną pokroju tego, co zrobili z Meksyku. Ona po prostu chciała go tu i teraz. Bez zbędnego pierdolenia.
Stęskniona i spragniona składała pocałunki na jego gorącym ciele, co jakiś czas wracając od ust, od których była szczerze uzależniona. Czuła między udami, jak ważliwy na nią był, jak jego mięśnie spinały się jak na zawołanie, kiedy jej palce zwinnie wdarły się pod materiał bokserek. Puls przyspieszał… I wtedy coś jebło. Z początku ona również chciała to zignorować, zwalić na wiatr, chociaż na uwagę Noriegi z pełną premedytacją szarpnęła w zęby jego wolną wargę. I już miała mu odpyskować, tylko wtedy zobaczyli przerażającą, kukurydzaną głowę tuż przy szybie.
Ja pierdole — aż odchyliła się do tyłu, praktycznie rozkładając plecy na desce rozdzielczej. Tylko sama nie wiedziała, co bardziej ją poirytowało: to że ktoś znowu im kurwa przeszkadzał, czy może jednak fakt, że jakiś farmer Howdował im przy oknie, oskarżając na dodatek, że Pilar i Madox chcieli zapierdolić mu kukurydze.
Może jakaś zajebiście smaczna ta kukurydza, że przyjeżdżajo i podpierdalajo — mruknęła bezczelnie, wywracając oczami. No bo co innego? Komu by się chciało jechać na jakieś zadupie, żeby ukraść kilka kolb, jak można było wydać grosze na targu? Musiała być jakaś zajebista. Facet popatrzył na nią za to podejrzliwie, mrużąc oczy w wielkim zamyśle.
Ajak! Najlepsza kukurydza w całym Toronto! — aż machnął swoimi widłami, prawie zrzucając sobie z głowy kapelusz. — A skąd ty wiesz że ona taka zajefajna jak nie zajumałaś, co?! — wcisnął głowę jeszcze bardziej do środka, rozglądając się po wnętrzu, jakby faktycznie liczył na to, że na tylnym siedzeniu będą leżeć jebane kolby kukurydzy, sprawiając, ze Pilar jeszcze bardziej wyłożyła się na desce rozdzielczej, ukradkiem spoglądając na Noriegę. Jakim cudem oni zawsze trafiali na takich randomów?
Strzelałam — wzruszyła ramionami, próbując się podnieść, ale nie miała gdzie, bo on już całymi ramionami był w samochodzie.
Toś masz dobrego cela — zarechotał, przekręcając głowę na Madoxa. — Dziołche żeś se znalazł dobrą. Gdzie takie rozdajo? — spróbował zażartować, szczerząc się i pokazując szereg brakujących zębów, podczas gdy Pilar powoli traciła cierpliwość.
Słuchaj, możemy ci jeszcze jakoś pomóc? Bo jesteśmy trochę zajęci i naprawdę nie chcemy twojej kukurydzy. Możemy też po prostu odjechać… — nawijała, przy okazji wyciągając ręce przed siebie i delikatnie wypchnęła go z samochodu, żeby się wycofał.
A podwieźlibyta trochę kukurydzy do mojej Bridget? — przerwał jej w pół słowa, chyba za bardzo biorąc do siebie to pytanie o pomoc. — Już wczoraj obiecałem, żem ją poczestuje, bo wiecie, my tak sobie flirtujemy troszku, ale ona mieszka o tam na końcu, hen hen trzy mieściny dalej i jakbym żem chciał butować, to bym doszedł za dwa dni — i nim którekolwiek z nich zdążyło cokolwiek odpowiedzieć facet zniknął na moment z pola widzenia gdzieś pomiędzy wielkimi gałązkami kukurydzy. Pilar chciała wykorzystać ten moment, by szybko przeskoczyć na miejsce kierowcy i po prostu odjechać, ale jeszcze nim jej tyłek porządnie osiadł na miejscu obok, facet znowu się pojawił i wciskał im przez okno kilka wielkich chwastów z kukurydzą, tłumacząc, gdzie dokładnie powinni to zawieść, przy okazji ryjąc Madoxowi po twarzy liśćmi.

mi querido maíz 🚜🌾👨‍🌾

002. confessions among boxes

: śr kwie 22, 2026 4:34 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa, wieśniak i kukurydza, dużo wielkich kolb
Gdyby jej nie powiedział, to pewnie próbowałby to sam załatwić z Eliotem. Wyjść z operacji, ale z jakim skutkiem...?
Pewnie takim, jak przepowiadała mu Stewart, bo ona jednak do wielu rzeczy podchodziła po prostu racjonalnie, kiedy on działał impulsywnie. Bez zastanowienia czasem...

I wtedy ona była tym jego głosem rozsądku.


Otwierała mu oczy na wiele rzeczy, dzięki niej, z nią, mogli pomyśleć, zastanowić się i opracować jakiś plan. A nie wiecznie iść na to co będzie, tak jak robił to Madox.
Chociaż jeszcze nie był taki do końca pewny tej jej rozmowy z Eliotem...
A jednak jej gorące, pełne wargi w jednej chwili rozproszyły te myśli. Bo teraz on znowu fiksował się na tym, jaka była caliente. Na tym, że mogli zaliczyć jej pierwszy raz w samochodzie, i na tym, żeby odpiąć jej stanik, więc kiedy parsknęła, to Noriega zaraz się do niej szarpnął, zaraz ją ugryzł, gdzieś w tym ognistym pocałunku.
- Najlepiej nie noś wcale - drugą ręką już sobie poradził, całkiem znośnie. A przecież kiedyś jego ulubiony i najlepszy sposób, to było po prostu szarpanie, póki zapięcia nie rozpierdoli... Może przyjdzie taki dzień, że będzie umiał rozpiąć biustonosz jedną ręką z zamkniętymi oczami? Bo przecież on się cały czas przy niej uczył...

nowych rzeczy.


Ale tym razem to przecież Pilar miała... może nie uczyć się, ale robić coś po raz pierwszy, z nim. W tym pięknym czerwonym samochodzie. I to go ekscytowało jeszcze bardziej, bo Madox wychodził z założenia, że jednak Pilar ze swoimi osiemnastoma, czy tam dziewiętnastoma partnerami, to robiła już wszystko, a tu jednak nie...
I on się znowu na nią nakręcał, na coś wyjątkowego.
A kiedy jej palce spoczęły na ozdobnej klamrze jego paska, to aż mruknął w jej usta, które jego wargi odnajdywały co chwilę. W chaotycznych pocałunkach. Jego dłonie sunęły po jej gorącym ciele, i naprawdę chciał z niej już zrzucić koszulkę. I chciał ją tu i teraz, bez zbędnego pierdolenia, bo był już na nią tak kurewsko gotowy. Nakręcony.
Tylko nigdy nie było chyba tak, że oni od razu dostawali to, czego chcieli. Wiecznie coś...
I dzisiaj też zaraz okazało się, że jakiś kukurydziany chłopek postanowił im przeszkodzić.
A Madox już zaraz otwierał okno, a mogli udawać, że śpią, aż wbił na moment te ciemne tęczówki w piękne oczy Stewart, bo mogli, prawda?
No nie mogli, bo zaraz się okazało, że Pilar zaparkowała swojego Jaguara przy jego kukurydzy, którą na pewno chcieli podpierdolić. I kiedy Stewart odpowiedziała, że chyba zajebiście smaczna ta kukurydza, to Noriega parsknął, ale krótko i dziadek nawet nie zauważył, a zresztą zaraz im mówił, że najlepsza w całym Toronto, i Madox od razu sobie pomyślał, że może jednak powinni coś podpierdolić. Ale chłop też tak sobie pomyślał, bo zaraz wpychał się bardziej do samochodu.
- No przecież... zajęta była... inną kolbą - mruknął, i już chciał gościa wypchnąć, ale ten nachylił się w kierunku Pilar z tymi słowami, że ma dobrego cela, miała. I Madox nawet się do niej uśmiechnął, tylko mina mu zaraz zrzedła jak zobaczył ten piękny uśmiech farmera - nie w Toronto... My jesteśmy nietutejsi - rzucił, a chłop pokiwał głową i znowu spojrzał na Pilar.
- O takie śwarne dziewki to w Kanadzie cinszko, oj cinszko - Noriega uniósł obie brwi, bo nie bardzo wiedział co to te śwarne dziewki, ale fajnie nawet brzmiało. I Pilar na pewno była śwarną dziewką, aż się znowu do niej uśmiechnął.
- Ona jest bardzo śwarna dziewka, oj, oj - pokiwał głową, ale Pilar już wypychała dziadygę z auta, no i w sumie dobrze. Bo może wrócą...
Tylko zaraz się okazało, że wcale nie mogą, bo znowu muszą facetowi pomóc. W pierwszej chwili Noriega zerknął z wyrzutem na Stewart, bo po co to powiedziała? Mogła po prostu powiedzieć cześć, ale z drugiej strony, to on lubił to, że ona była taka uczynna, że nawet jakiegoś dziada w szczerym polu, od czapy co prawda, ale zapytała o pomoc. Przysunął się do niej, żeby oprzeć policzek na jej piersi.
- A może... - zaczął i już chciał powiedzieć, że może sam zaniesie, ale kiedy facet powiedział, że butowałby dwa dni, to westchnął ciężko. Może jeszcze próbowałby się wykręcić? Albo się zgodził?
Nie zdążył, bo facet zniknął i w sumie Madox też uznał to za ich szansę i zaraz pomagał Pilar przejść nad skrzynią biegów.
- Dawaj, dawaj cariño - pospieszył ją, tylko zanim zdążyła porządnie usiąść, a Noriega zapiąć spodnie, to facet już wrócił. Już pakował im do auta całe krzaki kukurydzy - co kur... - zaczął Madox i miał powiedzieć, że czemu takie całe krzaki, ale dostał w łeb liśćmi i jakąś kolbą - ała... - skrzywił się i wciągnął do środka te krzaki - nie mogłeś tego poobierać? - zapytał ładując sobie krzaki pod nogi i znowu jakaś kolba walnęła go w łeb.
- Aśty się chłopak nie znasz na kukurydzy, najświesza to jest prosto z krzaka - pokręcił głową i spojrzał znowu na Pilar - ty se lepiej jakiegoś bardziej łogarniętego chłopoka poszukaj, bo taka z ciebie śwarna dziełocha - i nawet oczko jej puścił. A Madox tymi swoimi strzelił w sufit.
- Bo zaraz nie zawiezie... - nie dokończył nawet, bo chłop już znowu zaglądał do środka i go klepał po ramieniu ręką.
- Dobra, dobra, już się nie bocz jak jakaś dziewka, jedźta tam tą drogą prosto przez pięćdziesiąt kilometrów i będzie taki domek... - tym razem to Noriega nie dał dziadkowi dokończyć.
- Ile?! - wypalił, a farmer powtórzył, że pięćdziesiąt - przecież to... - oczywiście, że kurwa nie dokończył, bo dziadek już poklepał go po ramieniu i sobie poszedł. A Madox tylko odwrócił się do Pilar wywracając oczami - weźmy tą kukurydzę do domu i spierdalajmy stąd - zaproponował, bo przecież nie musieli jej wcale zawozić jakiejś Bridget i tak nie znali tych ludzi...
A może musieli?
Już widział te spojrzenie Pilar, intensywne i błyszczące. Aż nabrał ciężko powietrze w płuca, bo nie dość, że farmer przerwał im w takim momencie, to jeszcze wiedział, że będą musieli to zawieźć, a na dokładkę, to Madox siedział kurwa w tych liściach i kukurydzach, że nawet jakby chciał, żeby Stewart pomogła mu trochę rozładować napięcie, to nie miałaby się jak do niego dobrać. By jeszcze kurwa kolby pomyliła.
Był zły.
A ona sobie siedziała jak księżniczka na czerwonej skórze i jeszcze... oba ramiączka od koronkowego stanika wisiały na jej nagich ramionach. Aż Noriega westchnął ciężko, zaraz też zaczął walczyć z pasem, ale przypiął się gdzieś z tymi liśćmi, znowu uderzył w głowę, aż mu te krzaczyska weszły w oko, więc zaraz się zmrużył. Chyba nie mógł się tak kręcić.

¿Puedes parar ya, cariño? ⋆.ೃ࿔* :・🌱⋆.ೃ࿔* :・

002. confessions among boxes

: śr kwie 22, 2026 6:24 pm
autor: Pilar Stewart
trigger warning
przekleństwa
Wrzechświat ich nienawidził.
Był to fakt prawdziwy i absolutnie niepodważalny, a idealnym dowodem na to były te wszystkie momenty, kiedy ledwo co łapali chwile dla siebie, a ktoś znowu im przerywał. Najgorsze w tym wszystkim było chyba to, że co kolejna osoba to coraz bardziej doklejona. Aż strach pomyśleć co będzie za kilka miesięcy i tygodni.
Facet, który próbował władować im się do auta był przerażający. Świadczyła o tym jego aparycja ale również wielkie w i d ł y, którymi wymachiwał za każdym razem, jak coś mówił. Wyglądały, jakby zagoniły na stos nie jedną czarownicę i pewnie gdyby nie sposób, w jaki z nimi rozmawiał, Stewart już zastanawiałaby się, jak szybko byłaby w stanie wyciągnąć kluczyk ze stacyjki, by wbić mu ją gdzieś na wysokości krtani, gdyby tylko zaszła taka potrzeba. Całe szczęście po chwili facet okazał się kompletnie niegroźnym cornmasterem. W dodatku takim, który używał słów jak śwarna i dziewka, a z takim koneserem językowym nie było co dyskutować.
Zacisnęła usta w wąską linię, kiedy Madox coraz bardziej wdawał się z nim w dyskusje, potwierdzając jeszcze, że była bardzo śwarna. Dziwnie brzmiało to słowo. Gdyby facet się przy tym nie uśmiechał, pewnie pomyślałaby, że to jakaś obelga. Nie było jednak czasu na rozkminianie, bo zaraz była ich szansa, żeby uciekać. Pilar nawet sekundy się nie zastanawiała — po prostu wybiła z kolan Noriegi i przeskoczyła na miejsce kierowcy. Już przekręcała kluczyk, kiedy wielka porcja chwastów została im wciśnięta przez okno.
Zamrugała kilkakrotnie, przekonana, że facet robił sobie z nich jaja i autentycznie zaraz powie, że tak się z tylko z nich brachtał. Szkoda tylko, że nic takiego się nie stało i on naprawdę oczekiwał od nich, że zawiozą porcje zarośniętych kolb prosto do Birdget, całe…
Pięćdziesiąt kilometrów?? — krzyknęła w tym samym czasie co Noriega, robiąc wielkie oczy. Niby było to daleko, chociaż biorąc pod uwagę prędkość z jaką potrafił śmigać Jaguar, mogli to ogarnąć w dwadzieścia, może piętnaście minut. No tylko pytanie, czy faktycznie chcieli? — A nie możesz jej tego zawieść jakimś traktorem? Na pewno masz tu traktor — bo jak inaczej sadził te wszystkie kolby na polu i przewoził?
No mom, ale się spartolił dzisiaj — mruknął niezadowolony, schylając się po jeszcze dwa dodatkowe badyle, którymi przywalił Noriedze. — A te dla was. Za fatygę! — dodał już o wiele bardziej zadowolony, a następnie poklepał Madoxa po ramieniu. — Niech wam to Bóg w dzieciach wynagrodzi!! — może lepiej nie, biorąc pod uwagę, że oni na porządku dziennym wszystkim dookoła pomagali. — A teraz już jedźcie, howdy! — nawet nie dał im odpowiedzieć, tylko odsunął się od okna i poklepał karoserie. Pilar poczekała tylko aż Madox jakoś zapnie pasy w wielkim męczarniach, przy okazji prychnęła dwa razy głośno, jak wyjebał sobie w oko z kolby, a potem już wciskała gaz do dechy.
Samochód zapiszczał i od razu rozpędził się do pięćdziesiątki, a potem setki. Byli poza terenem zabudowanym, a na horyzoncie nie było żadnych aut, więc Pilar mogła nieco przycisnąć. Po chwili jednak odwróciła się w stronę Noriegi, by sprawdzić, jak się miał i chociaż próbowała zlokalizować jego ciemne oczy, widziała jedynie busz.
Jak tam? — prychnęła, podnosząc rękę i wciskając ją pomiędzy liście. Chciała odnaleźć jego ramię, ale zamiast tego prawie wydłubała mu oko. — O kurwa, lo siento — grzecznie przeprosiła i już nawet nie próbując podejmować jakiejkolwiek próby kontaktu skupiła się na drodze.
Na miejsce dojechali po jakiś siedemnastu minutach. Domek faktycznie nie trudno było przeoczyć, biorąc pod uwagę, że był jedynym na całej trasie, stojąc smutno przy drodze. Dokładnie taki, jaki opisał farmer. Pilar zaparkowała samochód gdzieś przy drodze.
Czekaj, pomogę ci — rzuciła wciąż rozbawiona i wyskoczyła z pojazdu, obiegła go dookoła, a po chwili już otwierała drzwi od strony pasażera. Chwasty jak sprężyna wyskoczyły z samochodu, waląc ją prosto w brzuch, aż odrzuciło ją do tyłu. — Ja pierdole, kukurydzy się jebanej Bridget zachciało — mruknęła, zgarniając kilka gałązek, żeby Noriega mógł się chociaż odpiąć i jakoś sensownie wygramolić z auta. W domu nie świeciło się ani jedno światło. Wyglądało, jakby nikogo nie było w środku. Mimo wszystko Pilar walnęła kilkakrotnie w drzwi, jednak one jedynie zaskrzypiały i tyle.
Ej chyba serio jej nie ma — powiedziała spokojnie, chociaż gdzieś w środku jednak była podirytowana, że przejechali taki kawał po nic. — Chodź zobaczymy do okna — zaproponowała i nim Noriega zdążył odpowiedzieć, ona cisnęła chwast, który trzymała na patio, a swojego narzeczonego przeciągnęła na bok domu. — Podsadzisz mnie? — poprosiła, bo nawet kiedy próbowali podskakiwać, to i tak nic nie było widać. Poczekała grzecznie aż Madox zrobi jej podpórkę z dłoni, a następnie wybiła się do góry, zaciskając palce na parapecie. — Nie no pusto jak dla mnie — przejechała spojrzeniem po salonie, który… wyglądał jakby nikt tu nie mieszkał od kilku lat. Na półkach nie było żadnych drobnostek, a kurz na stole było widać nawet z dużej odległości. Wzruszyła ramionami i zeskoczyła na trawę, otrzepując brudne ręce.
Nie no bez sensu, nikogo nie ma, spierdalamy stąd — oznajmiła, a kiedy już wracali na front domu, potknęła się o kolby, które sama zostawiła na samym środku. — A z tym co? — podniosła spojrzenie na ciemne oczy Noriegi, chociaż nim ten zdążył odpowiedzieć, ona już i tak zadecydowała. — Chuj, bierzemy to. Może Riczi to jakoś ugotuje.

tu eres mi maíz ⋆.ೃ࿔* :・🌱⋆.ೃ࿔* :・

002. confessions among boxes

: śr kwie 22, 2026 7:54 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa i... wycie?
I tym właśnie różnili się Madox i Pilar, ona stwierdziła, że ta śwarna to mogłaby być jakaś obelga, a on uznał od razu, że to na pewno coś w stylu zajebista, tylko po wiejsku. Może piękna? Może gorąca? Albo po prostu wyjątkowa.
I on zaraz też to potwierdzał kiwając głową, z ciemnymi tęczówkami zawieszonymi gdzieś na jej pięknej twarzy. Nawet się uśmiechnął. Chociaż kiedy farmer na moment zniknął to ją pośpieszał.
- Dawaj śwarna dziewko - jeszcze ją zmotywował tym gadaniem, ale co z tego, kiedy im i tak nie wyszło?
A do tego zaraz się okazało, że całe krzaki kukurydzy jadą z nimi pięćdziesiąt kilometrów. I okej, Jaguarem to było szybciutko, ale jednak i tak to było PIETNAŚCIE kurewsko dłużących się mu minut. Bo Madox chociaż bardzo się starał... siedzieć w swoich krzakach, no to przecież obok miał Stewart na fotelu z czerwonej skóry, już lekko potarganą, z zarumienionymi policzkami, dociskającą gaz do dechy.
Znowu ciężko wypuścił powietrze z płuc i nawet się oparł o oparcie, ale dostał kukurydzą w łeb, a jeszcze potem palcem w oko.
- Ała, oko... - mruknął, kiedy Pilar do niego sięgnęła, a potem chciał ją ugryźć w palec, ale tylko wpadł mu do buzi jakiś syf z tych liści...

Nic się nie odzywał.


Całą drogę, nawet się nie wiercił, tylko przeklinał w duchu, że w ogóle się zgodzili, mógł wyjebać tę kukurydzę na pierwszym lepszym zakręcie. Więc kiedy dotarli na miejsce, do tego domku, który stał sobie przy drodze, jakby nigdy nic, to Madox wciąż był zły, może jakiś obrażony, chociaż nie na Pilar, tylko na tego farmera bardziej.
Kiedy Stewart otworzyła drzwi pasażera, to najpierw wysypała się z nich kukurydza, całe krzaki, a potem dopiero Madox, wypadł ze środka.
- Ja pierdole... - powtórzył po Pilar, czuł, że ma nawet pod koszulką jakieś chwasty z tej kukurydzy, więc podskoczył dwa razy, żeby się otrzepać, ale i tak niewiele to pomogła, bo we włosach miał jakiegoś robaczka, coś też mu chodziło po szyi i zaraz zrzucił na ziemię jakiegoś pająka - jak rozlazły się po samochodzie... - aż pokręcił głową, bo nawet nie chciał o tym myśleć. Zresztą zaraz już szli pod ten domek, a Madox oczywiście usiadł sobie na ganku w jakimś bujanym fotelu, kiedy Pilar dobijała się do drzwi - zobacz jaki fajny fotel, taki będę miał na werandzie w naszym domu - rzucił, kiedy do niego podeszła oznajmiając, że chyba serio jej nie ma, już sięgnął do niej ręką, żeby pociągnąć ją do siebie na ten fotel, ale Stewart szarpnęła go pierwsza w stronę okna - chyba nie chcesz się tam włamywać po to, żeby zostawić jej kukurydzę? A może po to, żeby się tam... - zmrużył powieki patrząc się na nią podejrzliwie, ale zaraz już podsadzał ją do okna. Najpierw chciał jej pchać bezczelnie głowę między nogi, żeby wziąć ją na ramiona oczywiście, ale finalnie zrobił jej schodek splatając ze sobą palce, podsadził ją do góry, a kiedy się tak przed nim wypinała, żeby zajrzeć do środka, to spojrzenie zawiesił na jej pośladkach - to włazimy? - zapytał z nadzieją w głosie, ale tylko dostał za to w głowę. W odwecie jeszcze dziabnął ją u pupę, a zaraz Pilar stała na ziemi i otrzepywała się z kurzu. A Madox oparł się o ścianę pod oknem, teraz to na włosach miał jeszcze kurz z parapetu.
- No i dobra - w zasadzie ucieszyło go to, kiedy powiedziała, że spierdalają stąd, odbił się od ściany i ruszył za nią, a kiedy pokazała mu kukurydzę, to wypalił od razu - no skoro to najlepsza kukurydza w Toronto, to zabieramy, tylko może bez tych krzaków? - zaproponował, no bo jakby było tak rzeczywiście, że kukurydzę trzeba z krzakiem przetrzymywać, to by ją tak sprzedawali w sklepie, a wcale tego nie robili, więc Madox stwierdził, że dziadowi się pewnie nie chciało obierać. Już nawet wyrwał spośród liści jedną kolbę i pokazał ją Pilar, tylko, że wtedy...

Usłyszeli jakieś wycie.


Ale to nie było normalne wycie, bo to wcale nie przypominało psa, ani nawet... No Madox to nie miał pojęcia co to może być, takie przeciągłe muuuuuuuu.
Aż odskoczył do tyłu i wpadł na Pilar, ale zaraz odwrócił się do niej, żeby ją do siebie szarpnąć, schowac w swoich ramionach.
- Co to? - zapytał, a tu znowu to muuuuu, upiorne jakieś.
Krowa? Ale skąd w Toronto krowa? Tylko, że przecież nie byli już w Toronto, a pięćdziesiąt kilometrów za miastem, w jakimś szczerym polu, ale już nie kukurydzy.
Znowu muuuuuu, a Madox znowu spojrzał na Pilar.
- To krowa? - teraz on już na to wpadł, ale prawda jest taka, że kiedy on słyszał krowę? Ponad dwadzieścia lat temu? Za dzieciaka, w Medellin, i to jeszcze jak udało im się pojechać gdzieś na wieś. Znowu muuuuu, ale już mniej straszne - to chyba rzeczywiście krowa - stwierdził - tylko czemu ona tak ryczy? - krowy w ogóle ryczały? Nieważne. Bo mućka zaraz znowu się odezwała. I tym razem to Madox pociągnął Pilar za chatkę. Z tyłu był jakiś ogródek, a nieopodal szopa? Albo obora? Bo to stamtąd dochodziło to muczenie krowy.
Noriega obejrzał się na Stewart, ale już tyłem szedł w kierunku tej szopy przez jakieś grządki.
- Idę to sprawdzić... - oczywiście, że tak. Jakże by inaczej? Chyba by to było jakieś święto narodowe, kiedy Madox by postanowił, że jednak sobie odpuści.
Zresztą czy oni kiedykolwiek odpuszczali? Nigdy chyba.
Za bardzo byli uparci, za bardzo zawzięci. I... ciekawscy też.
Kiedy Madox podszedł do drzwi, za którymi ewidentnie była ta krowa wydając z siebie kolejne muuuuu, okazało się, że były uchylone, więc on zaraz wsunął się do środka, a tam...
Rzeczywiście krowa, na pierwszym planie, a na ziemi... jakaś staruszka.
- Kurwa, Pilar, szybko! - zawołał zaraz Madox, tylko, że w pierwszym odruchu się zawahał, bo krowa spojrzała na niego tymi wielkimi ślepiami - spokojnie... Mucia, dobra krowa - pomachał do niej ręką - cálmate... Mucia, una buena vaca - jeszcze powtórzył po hiszpańsku tak dla pewności, ale krowa się nawet nie ruszyła, za to Madox zaraz wylądował na kolanach przy staruszce. Sprawdził jej puls i zaraz pochylał się do niej niżej...
- Oddycha - rzucił do Stewart, a już po chwili klepał kobietę lekko po policzkach - hej Bridget… halo słyszysz nas? - bo Pilar też coś dołożyła od siebie. Nie wiedział czy to Bridget, ale tak założył. Babcia powoli zaczęła otwierać oczy... A Madoxowi trochę ulżyło. Tylko, że staruszka zaraz krzyknęła.
- Jezus Maria diobeł! - a Noriega aż odskoczył do tyłu, no trochę mógł wyglądać jak diabeł, ale chyba Mucia miała na ten temat inne zdanie, bo kiedy Madox wylądował z tyłu na tyłku, to zaraz liznęła go po głowie wielkim jęzorem.

En nuestra casa con jardín estaremos... ✧˚ ༘ ⋆。♡˚🏠︎

002. confessions among boxes

: śr kwie 22, 2026 9:13 pm
autor: Pilar Stewart
trigger warning
przekleństwa
Powinni zabrać kukurydzę i spierdalać.
Tak miało być. Tak należało zrobić. Było to zapisane w jebanych gwiazdach. Po prostu zgarnąć kolby, najlepiej obrane, żeby nie taskać krzaków do Toronto, załadować się do auta i jechać. Najlepiej szybko, przekraczając dwukrotnie prędkość, żeby przypadkiem nikt ani nic więcej ich nie zatrzymało.
Plan i d e a l n y.
Szkoda tylko, że nie nim zdążyli wykonać go chociaż w połowie, coś znowu im przerwało. Tym razem jednak nie był to ktoś, no chyba, że ludzie też muczeli kurewsko głośno. Pilar może i nie bywała zbyt często na wsi, ale jednak muczenie krowy poznała od razu, dlatego kiedy Madox tak do niej doskoczyła przerażony, tylko spojrzała na niego rozbawiona.
Tranquilo, solo es una vacaspokojnie, to tylko krowa, przewróciła oczami, chociaż tam mocno ją przyciskał do siebie, że nawet nie miała zamiaru się sprzeciwiać. Nawet sama przysunęła się do niego bliżej i na moment zaciągnęła znajomym zapachem. No tylko zwierze faktycznie wyło jakoś… nienaturalnie dużo. Nie było to jednorazowe krzyknięcie, a raczej wycie, jakby go tam ze skóry obdzierali. Zadarła głowę w górę, żeby spojrzeć na Noriegę. — Nie wiem, ale to nie jest nasza… — nawet nie dokończyła, bo już się zerwał z miejsca i zaczął ciągnąć ją za dom.
Wiedziała, że to nie jest dobry pomysł. Czuła to kurwa w kościach. Bo kto normalny słysząc przeraźliwe muczenie krowy idzie do niej zamiast spierdalać? Na pewno nikt normalny (chociaż akurat tutaj to by się zgadzało). Kiedy oznajmił, że idzie to sprawdzić, Stewart momentalnie wyrwała się do przodu i tym razem to ona szarpnęła go do siebie.
Nie — warknęła. — Pojebało cię? — może i wiedziała, jak wyglądają krowy, ale przecież nie mieli pojęcia, co tam właściwie się działo. — A jak ona się na ciebie rzuci? — jej pytanie było w stu procentach poważne. Cały uśmiech zniknął z jej twarzy. Pilar nie znała się na wiejskich zwierzętach i jasne, można było myśleć, że skoro ktoś trzymał ją sobie w ogródku, to była wytresowana, ale skąd taka pewność? Dlaczego to oni mieli to sprawdzać? Tylko ona mogła sobie gadać, ale przecież Madox i tak już postanowił. Zdążyła tylko machnąć ręką w powietrzu, podczas gdy on już przyśpieszonym krokiem skierował się w stronę szopy.
Nie zdążyła nawet przeklnąć pod nosem, kiedy usłyszała głos Noriegi. Bez najmniejszego zastanowienia zerwała się z miejsce i podbiegła do wielkich, drewnianych wrot, które odsunęła energicznie, by zobaczyć… wielką, tłustą krowę, a na ziemi Madoxa przy starszej kobiecie.
Co jest ku… muuu, teraz to nawet krowa przerywała jej w pół słowa. Ryknęła głośno, wbijając ciemne ślepia w twarz Pilar, podczas gdy ona już otulała spojrzeniem całą scenerię dookoła. Starsza kobieta nie miała na sobie żadnych widocznych obrażeń. Obok niej, gdzieś na wysokości kolana leżało wywalone wiadro do połowy zepełnione mlekiem, co mogło sugerować, że diabelska krowa… wcale nie była oprawcą, a po prostu wołała o pomoc dla swojej właścicielki.
Kobieta ocknęła się po tym, jak Noriega kilkakrotnie poklepał ją po policzku, ale Stewart nie miała zamiaru ryzykować — sięgnęła do tylnej kieszeni po telefon i czym prędzej wybrała numer alarmowy.
Dzwonie na pogotowie — oznajmiła, wciskając ikonkę słuchawki, a kobieta nagle ożyła i jeszcze zaczęła się wydzierać, że diabeł. Stewart spuściła na nią zaskoczone spojrzenie, chociaż trzeba przyznać, że widok krowy liżącej Noriegę był o wiele ciekawszy.
Żadnego pogotowia!! — odezwała się kobieta.
Jak żadnego pogotowia? Straciła pani przytomność… — nawijała jak najęta, podczas gdy po dwóch sygnałach w słuchawce odezwał się operatorka numeru alarmowego.
Nic mi nie jest! — zarzekała się, wymachując wolną ręką, bo drugą próbowała się podnieść do siadu.
Jak to nic nie jest?
Halo? Jest tam ktoś? — kobieta w słuchawce ponownie podjęła próbę kontaktu.
Rozłącz się! — poprosiła (a raczej rozkazała) Bridget, powoli podnosząc się do pionu, chwiejąc niebezpiecznie na boki, przez co Pilar doskoczyła do niej, łapiąc ja za przedramię.
Ale przecież zemdlałaś przed chwilą — Stewart traciła cierpliwość.
Kto stracił przytomność? Można prosić o pani godność? — operatorka nie dawała za wygraną i kiedy Pilar chciała się odezwać, Bridget wyrwała jej telefon z ręki.
Twoja stara — warknęła do słuchawki, a potem się rozłączyła. Stewart stała tak zaszokowana tym, co się właśnie stało, że przez moment po prostu stała i mrugała. Twoja stara? Czy ona właśnie powiedziała twoja stara do numeru alarmowego? — No co? Mówiłam, żebyś nie dzwoniła! Porusnieliś? Nie umieram, nie potrzebuje pogotowia — pokręciła głową, oddając Stewart telefon. — A co wy za jedni? — i dopiero po chwili odwróciła się w stronę miejsca, w którym krowa wciąż atakowała Noriegę swoim jęzorem. — Apolonia zostaw!! Zostaw go! — krzyknęła stanowczo, machając ręką w stronę zwierzęcia, a zaraz potem klepiąc ją w tłusty zadek.
Co tu się właściwie działo?

Apolinia, deja a mi futuro marido 𝓜𝓸𝓸✩‧₊˚🐄

002. confessions among boxes

: śr kwie 22, 2026 11:04 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa
Powinni w ogóle nie wyjeżdżać z miasta, tylko przetestować Jaguara na jakieś ładnej drodze w Toronto i wrócić do pakowania kartonów.
Ale właściwie... gdyby nie przyjechali w to kukurydziane pole, to może wcale nie porozmawiali by szczerze o pracy Madoxa w policji? O tym, że Pilar miała na Eliota haka?
U nich wszystko działo się po coś
Chociaż czasami to się wydawało odrealnione, jak to, że stali przed tą chatą i zastanawiali się czy to krowa.
To znaczy Stewart tak stwierdziła, bo Madox nie był pewny. Chociaż jak posłuchał jej dłużej, to sam przyznał jej rację. Ale ewidentnie albo coś działo się tej krowie, albo może coś chciała? Ale czego może chcieć taka krowa? Trawy albo wody?
Noriega i tak postanowił to sprawdzić i na nic było to, że Pilar zaczęła, że to nie jest ich.
- A jeśli ona potrzebuje pomocy? Może trzeba zawiadomić jakieś służby? - no proszę odkąd on był taki pomocny? W sumie zawsze był... Udawał tylko, że nie. No i Madox lubił zwierzęta, co prawda najbardziej jednak psy, ale przecież krowa to taki duży pies, nie?
Na kolejne słowa Pilar wywrócił oczami, a potem się uśmiechnął.
- I co pogryzie mnie? - pokazał jej czubek języka - przecież krowy nie atakują ludzi... no chyba, że jakieś wściekłe? Ale wtedy po prostu stamtąd spierdolę - no logiczne. Ale jakoś krowy Madox za bardzo się nie bał. Nigdy nie słyszał, żeby kogoś pogryzła krowa, mogła go co najwyżej pogonić.
Tylko zaraz okazało się, że ona wcale nie miała zamiaru tego zrobić.

Bo krowa wołała o pomoc.


Jakkolwiek nie irracjonalnie to brzmi. Ale tak było, bo na ziemi leżała ta staruszka. Madox już przy niej klęczał i ją cucił, a kiedy Pilar powiedziała, że dzwoni na pogotowie, to pokiwał głową.
- Dzwoń - no bo to logiczne, że jak starsza pani zemdlała, to trzeba dzwonić po karetkę, gdyby to było któreś z nich, to pewnie zaraz by było jakie pogotowie...
Żadnego pogotowia... - tylko właśnie to powiedziała ta staruszka, która jeszcze uprzednio nazwała Noriegę diobłem, więc on już się odsunął, nie straszył jej, czy coś, chociaż zaraz poparł Pilar.
- Znaleźliśmy tu Panią na ziemi i... - bo może nie wiedziała, że zemdlała i tutaj leżała? Ale nawet nie dokończył, bo kobieta mu przerwała mówiąc, że nic jej nie jest, jakby ich słyszał, kiedy była mowa o pogotowiu, albo szpitalu. Madox nawet miał się ruszyć i pomóc staruszce, ale ona jeszcze patrzyła na niego jakoś podejrzliwie, a poza tym, to ta krowa pochylała się nad nim i go zaczepiała. Najpierw odgonił ją ręką, ale za bardzo nic to nie dało.
- Nie można ignorować takich sympto... - znowu nie dokończył, a przecież chciał powiedzieć coś mądrego, że nie można ignorować takich symptomów, ale zaraz babcia wyrwała telefon Pilar i powiedziała do słuchawki to twoja stara, a Madox zrobił wielkie oczy i parsknął śmiechem.
Może nie powinien się z tego śmiać, ale no kurwa... Jakaś stara baba, która mówi do dyspozytorki twoja stara, kto by się nie zaśmiał?
Zaraz się okazało, że Pilar, bo ona stała i mrugała i chociaż pięknie mrugała, to Madox parsknął drugi raz, i już miał się zebrać z ziemi, ale krowa znowu go polizała po głowie. Może on miał tam we włosach tą kukurydzę? A może ona tak mu dziękowała za uratowanie życie staruszce? Przesunął palcami po potylicy i się schylił, żeby uciec krowie. A ta i tak chciała go znowu liznąć, dopiero jak jej właścicielka ją odgoniła, to Apolonia sobie poszła.
- Mamy kukurydzę... od farmera - Madox nawet przez chwilę się zastanawiał czy wiedzą od jakiego farmera, ale nie wiedzieli, więc tak musiało zostać. W końcu podniósł się z ziemi i przeczesał palcami włosy odgarniając je do tyłu. Ulizane jakieś były, dosłownie.
Noriega stanął obok Pilar, bo skoro już dostarczyli kukurydzę, to babcia sama ją sobie poobiera, a oni chyba naprawdę mogą spierdalać? I wreszcie zająć się sobą, aż sięgnął gdzieś do talii Stewart, żeby zaczepić za nią palcami.
Tylko zaraz się okazało, że jak babinka zrobiła krok, to znowu się zatoczyła, więc zaraz Madox przytrzymał ją z jednej strony, a Pilar z drugiej, wymieniając przy tym porozumiewawcze spojrzenia. Tylko jak oni mieli ją namówić na szpital, kiedy oni nigdy siebie nawzajem nie mogli do tego przekonać?
- Chyba coś jest nie tak... - mruknął ostrożnie Madox.
- Co nie tak? Wszystko tak, tylko trochę jestem zmęczona, bo krowa nie wydojona, a ja już od szóstej na nogach... powinnam odpocząć i obejrzeć telenowele - zaczęła im nawijać staruszka. A Madox nawet obejrzał się na Apolonię, ale no nie było opcji, żeby ją wydoił, nie miał o tym pojęcia, zerknął nawet na Pilar, że może ona by to zrobiła. Ale już widział jak się na niego wydzierała i mówiła mu, że go pojebało. Ale nie pojebało go, bo zaraz odwrócił się do babci.
- No to zaprowadzimy panią do domu na telenowele - no bo co mieli zrobić? Krowy nikt nie wydoi, to chociaż mogli pomóc staruszce dojść do domu.

I pomogli.


W chatce rzeczywiście było trochę brudno, ale na przykład kuchnia była zadbana i wysprzątana, po prostu niektóre regały pokrywał kurz, okna też były brudne. Widać było, że staruszka chyba nie radzi sobie ze wszystkim sama, ale przecież... nie ich sprawa nie?
I Madox właściwie, gdy tylko posadzili ją w fotelu, to chciał się wycofać.
- No to my już... pójdziemy. Tam na ganku jest kukurydza - no bo co oni więcej mogli, jak starucha nie chciała pomocy?
Tylko zaraz się okazało, że chyba chciała.
- A możesz mi tą kukurydze obrać i tutaj wnieść? Ugotowałabym se taką kolbę z masełkiem. A ty mi dziewczyno zrób herbatę, musze rozprostować stare kości - wyciągnęła się w fotelu rozkładając go tak, że jej nogi wystrzeliły do góry. A Madox spojrzał na Pilar szukając w jej oczach jakiegoś potwierdzenia, że mają pomóc, a nie jednak spierdalać.
Chociaż przecież dla nich ta kukurydza i herbata, to pewnie kilka minut roboty.
Ale z drugiej strony... ile można?

Porque si no lo hacemos nosotros, ¿quién ayudará a todos? ˚ ༘ ೀ⋆。˚

002. confessions among boxes

: czw kwie 23, 2026 9:26 am
autor: Pilar Stewart
trigger warning
przekleństwa
Madox miał rację: nie można było ignorować takich symptomów.
Powinni zadzwonić na pogotowie.
Tylko co oni mogli w starciu ze starszą kobietą, która wyrwała Stewart telefon i jeszcze na pytanie kto stracił przytomność potrafiła krzyknąć do słuchawki twoja stara? Z takimi ludźmi raczej się nie dyskutowało, a przynajmniej ich dwójka na moment kompletnie straciła własny temperament.
Pilar po części rozumiała kobietę — sama stroniła od szpitali i udawała się tam w ostateczne ostateczności (czyt. jak ktoś ją tam zaciągnął siłą), dlatego gdy babeczka tak zarzekała się, że wszystko z nią okej, a omdlenie było jedynie efektem przemęczenia, Stewart w końcu westchnęła głośno i schowała telefon do tylnej kieszeni.
W końcu nim oni byli, żeby decydować o czyjeś hospitalizacji?
Podbiegła bliżej, żeby kobieta mogła również podtrzymać się na jej ramieniu, a gdy Madox zaczął nawijać o kukurydzy, Pilar tylko kiwała energicznie głową, trochę licząc, że babeczka tak zakręci się na punkcje kukurydzy, że może pozwoli im się ulotnić?
Podobno to jakaś najlepsza kukurydza w Toronto — wtrąciła, bezczelnie próbując imitować ton głosu farmera na ostatnie słowa, ale wiejski akcent wyszedł jej chyba średnio. Bridget popatrzyła na nią z przymrużonymi oczami, a potem prychnęła głośno, kręcąc głową.
Ależ on franzoli farmazony!! — rzuciła jeszcze nim weszli do domu, próbując jakoś ominąć wielkie krzaki kukurydzy leżące na patio. — Ta jego kukurydza wcale nie jest wyjątkowa. Ja żem po prostu próbowała go zabałamucić, trochę porobić owcze oczy, żeby wiecie, w końcu jego kolby spróbować — wyjaśniła dość d o s a d n i e co miała na myśli i nawet ktoś, kto nie rozumiał tych wszystkich wiejskich słów, mógł łatwo zrozumieć, na jaką kukurydze ochotę miała Bridget. — Dobrze żeśta go nie przywieźli ze sobą, bo jakby mnie tak zobaczył na ziemi… — aż załapała więcej powietrza w płuca, a potem chyba zaczęła odprawiać pod nosem jakieś bliżej nieokreślone modły, nim jeszcze wsadzili ją porządnie do fotela.
Pilar wykonała kilka taktycznych kroków w tył i kiedy Madox nawijał o tym, że może już powinni się zbierać, ona wciąż przyglądała się kobiecie. Powinni ją tak tutaj zostawiać? Była sama. A jak coś naprawdę by się jej stało? No przecież ta jebana krowa nie zadzwoni sama na pogotowie, w końcu pokazała, że jedyne co potrafi to muuuczeć.
Na pewno dobrze si… — nie dokończyła, bo kobieta chyba czuła się aż ZA dobrze i zaraz zaczęła rozporządzać kto co powinien dla niej zrobić. Może faktycznie powinni ją zostawić? No pewnie powinni, ale oni byli stworzeni do pomocy. Pilar podniosła spojrzenie na Noriegę, jakby chciała z nim porozmawiać w myślach i chyba dużo nie trzeba było mówić, bo jej wzrok mówił wszystko. Ta babeczka była stara i samotna, oni chociaż mieli siebie, mogli poświęcić dodatkowe dziesięć minut, żeby jej pomóc. W końcu już i tak tu byli, to co za różnica?
To ja idę zrobić tą herbatę — oznajmiła po chwili, kierując się do kuchni, podczas gdy Madox poszedł po kukurydzę. Dość sprawnie odnalazła stary, metalowy czajnik gazowy, który zalała wodą. Trochę się umęczyła, żeby odpalić palnik, ale całe szczęście w kurtce Noriegi wciąż była zapalniczka i akurat jak on pojawił się kuchni z chwastami, Stewart machała palcem w powietrzu, bo oczywiście trochę się sparzyła. — Mierda calientegorące gówno, mruknęła pod nosem, a kiedy zobaczyła wzrok Madoxa tylko uśmiechnęła się lekko i pokręciła głową. — A myślałam, że po dotykaniu ciebie już nic mnie nie sparzy — rzuciła ckliwą zaczepką, puszczając mu oczko, a zaraz odwróciła się tyłem, żeby sięgnąć po kubek do szafki. Wyjęła pierwszy lepszy, a potem rozpoczęła poszukiwania herbaty. Całe szczęście ta leżała w słoiczku na blacie. — Myślisz, że ona słodzi? — spytała, zarzucając ręce na biodra.
Dwie łyżeczki!! — wydarła się Bridget, a Pilar aż podskoczyła, bo jakim kurwa cudem ona usłyszała ich aż z kuchni? Byli na podsłuchu, czy Bridget miała jakiś wyostrzony słuch? Nie wspominając o tym, że przecież już w tle leciała jej telenowela. Stewart westchnęłą, lekko pod wrażeniem i zabrała się za sypanie cukru do kubka, podczas gdy Noriega męczył się z obraniem kukurydzy ze wszystkich liści. Na pierwszy rzut oka wydawało się to dziecinnie proste, ale kiedy patrzyła, jak Madox się z tym męczy, wiedząc jak dużo siły miał, nawet nie chciała myśleć, co biedna Bridget by zrobiła. Chociaż może siły miała tyle co słuchu? — A jak już obierzecie tą kukurydze, to wstawcie na gaz jeszcze garnek z wodą i dajta to środka torcie cukru — znowu się odezwała. — No i może zostaniecie na chwile obejrzeć sobie ze mną serialik? W lodówce jest ciasto. Bo wiecie nie czuje się najlepiej, nie wiem, czy za chwile jednak nie będę potrzebowała pomocy czy coś...

Esta mujer está mintiendo sobre algo ☕✨🌽