one last ride
: czw maja 28, 2026 6:21 pm
Może powinna krzyczeć. Kucnąć przed nim, uderzać go piąstkami po klatce piersiowej i wydzierać się jak bardzo go nienawidzi, że podjął taką decyzję bez konsultacji z nią, że postanowił tak nagle wyjechać i w ogóle nie pytać ją o zdanie, a postawić ją przed faktem dokonanym i to kilka godzin przed wyjazdem. Podobno nienawiść i miłość oddzielała naprawdę cieniutką granicą. Ale ona nie potrafiła go nienawidzić. Nawet jeśli właśnie wywracał ich przyszłość do góry nogami, nie dając jej szansy, aby brać w tym jakikolwiek udział. I może to wszystko byłoby łatwiejsze, gdyby jej nie kochał. Gdyby naprawdę chciał zerwać i zacząć swoje życie bez niej — zarówno przy boku jak i w sercu. Istniała szansa, że może mózg podpowiadał jej fałszywe obrazy, ale nie widziała, żeby siedział na tej brudnej podłodze ten sam bezczelny chłopaczek, którego pewnie łatwo byłoby znienawidzić i zapomnieć. Jednak on zdawał się być tak samo zagubiony jak ona. Może nawet sam bał się tej rozłąki równie mocno co jego Śnieżynka.
I kiedy była już w jego ramionach, z twarzą ukrytą gdzieś w zagłębieniu jego szyi, zanosząc się płaczem i nie chcąc wierzyć, że naprawdę zostało i tak mało czasu, pierwszy raz poczuła coś innego niż czysty strach. To było coś na wzór szczęścia i może wdzięczności, że utknęli w tym labiryncie. W końcu ściany tego dusznego pomieszczenia dawały im kilka dodatkowych minut, zanim rzeczywistość naprawdę ich rozdzieli. Nawet jeśli wyglądała w tej chwili najżałośniej na świecie, co mogły potwierdzić dziesiątki jej lustrzanych kopii dookoła, to w ogóle nie miało znaczenia.
— Tak szybko jak minęły nam te cztery lata liceum..? — zapytała cicho, ledwie słyszalnie. Głos miała łamiący się, a przede wszystkim zmęczony. Możliwe, że późną godziną, ale chyba głównie histerią w jaka wpadła. Ale to pytanie było dla niej czymś istotnym, jakby rozpaczliwie chwytała się czegokolwiek, co pozwoliłoby jej się utrzymać na powierzchni. W końcu była gotowa odhaczać w kalendarzu każdy dzień, a na tym ostatnim — trzysta sześćdziesiątym czwartym — wpisać wielkimi literami POWRÓT DANTEGO i całą stronę ozdobić serduszkami i śnieżynkami, bo przecież nic innego nie potrafiła rysować.
— Cofam tamto życzenie… — wymamrotała słabo, zaciskając palce na jego koszulce w nerwowym geście. Zdecydowanie było to lepsze rozwiązanie na szalejący w jej żyłach kortyzol niż szarpanie skórek przy paznokciach, bo przecież ostatnie czego im brakowało w tej sytuacji to jej nagłego ataku paniki wywołanego hemofobią.
— Mogę dziś u ciebie spać? Chcę wspólnego prysznica, głupich filmów na laptopie, spania w jakimś twoim T-shircie… chcę spać przy tobie, obudzić się… chcę odprowadzić cię na autobus albo na dworzec… chcę te ostatnie godziny spędzić przy tobie. — Przez chwile chciała podnieść głowę, aby móc spojrzeć chłopakowi w oczy, ale na szczęście szybko do niej dotarło, że od łez, które nadal leniwie spływały po jej zaczerwienionych od płaczu policzkach, cały makijaż jej się rozmazał, a maskara na pewno narysowała jej czarne wzorki przypominające Amazonkę i jej dopływu. Dlatego na nowo ukryła ją w jego szyi, pozwalając sobie na wdychanie jego zapachu, który zawsze działał na nią tak dziwnie kojąco.
— I chcę magnes z Montrealu. I z trzech innych miast, w których będziesz… — wymamrotała jeszcze.
Dante Levasseur
I kiedy była już w jego ramionach, z twarzą ukrytą gdzieś w zagłębieniu jego szyi, zanosząc się płaczem i nie chcąc wierzyć, że naprawdę zostało i tak mało czasu, pierwszy raz poczuła coś innego niż czysty strach. To było coś na wzór szczęścia i może wdzięczności, że utknęli w tym labiryncie. W końcu ściany tego dusznego pomieszczenia dawały im kilka dodatkowych minut, zanim rzeczywistość naprawdę ich rozdzieli. Nawet jeśli wyglądała w tej chwili najżałośniej na świecie, co mogły potwierdzić dziesiątki jej lustrzanych kopii dookoła, to w ogóle nie miało znaczenia.
— Tak szybko jak minęły nam te cztery lata liceum..? — zapytała cicho, ledwie słyszalnie. Głos miała łamiący się, a przede wszystkim zmęczony. Możliwe, że późną godziną, ale chyba głównie histerią w jaka wpadła. Ale to pytanie było dla niej czymś istotnym, jakby rozpaczliwie chwytała się czegokolwiek, co pozwoliłoby jej się utrzymać na powierzchni. W końcu była gotowa odhaczać w kalendarzu każdy dzień, a na tym ostatnim — trzysta sześćdziesiątym czwartym — wpisać wielkimi literami POWRÓT DANTEGO i całą stronę ozdobić serduszkami i śnieżynkami, bo przecież nic innego nie potrafiła rysować.
— Cofam tamto życzenie… — wymamrotała słabo, zaciskając palce na jego koszulce w nerwowym geście. Zdecydowanie było to lepsze rozwiązanie na szalejący w jej żyłach kortyzol niż szarpanie skórek przy paznokciach, bo przecież ostatnie czego im brakowało w tej sytuacji to jej nagłego ataku paniki wywołanego hemofobią.
— Mogę dziś u ciebie spać? Chcę wspólnego prysznica, głupich filmów na laptopie, spania w jakimś twoim T-shircie… chcę spać przy tobie, obudzić się… chcę odprowadzić cię na autobus albo na dworzec… chcę te ostatnie godziny spędzić przy tobie. — Przez chwile chciała podnieść głowę, aby móc spojrzeć chłopakowi w oczy, ale na szczęście szybko do niej dotarło, że od łez, które nadal leniwie spływały po jej zaczerwienionych od płaczu policzkach, cały makijaż jej się rozmazał, a maskara na pewno narysowała jej czarne wzorki przypominające Amazonkę i jej dopływu. Dlatego na nowo ukryła ją w jego szyi, pozwalając sobie na wdychanie jego zapachu, który zawsze działał na nią tak dziwnie kojąco.
— I chcę magnes z Montrealu. I z trzech innych miast, w których będziesz… — wymamrotała jeszcze.
Dante Levasseur