my mama don't like you and she likes everyone
: wt maja 26, 2026 6:47 pm
Wbrew pozorom Abigail i Paul dobrali się idealnie. Naprawdę trudno było wyobrazić ich sobie osobno albo - co gorsza - z kimś innym. Kto normalny wytrzymałby z nimi przez tyle lat? Teddy uważała, że tacy ludzie po prostu muszą się znajdować. Jakby istniała jakaś osobna kategoria związków dla osób specyficznych, trudnych i momentami kompletnie niemożliwych do życia dla przeciętnego człowieka. Bo naprawdę ciężko było wyobrazić sobie Abigail z kimś przesadnie delikatnym albo Paula z kobietą, która obrażałaby się po każdej jego mrukliwej odpowiedzi. To dopiero byłoby dziwaczne!
Była gotowa przejść z April przez wszystkie trudności, jakie kiedykolwiek napotkają na swojej drodze. A tych na pewno nie zabraknie. Darling nie miała co do tego złudzeń. Ich życie raczej nie zapowiadało się na spokojną, równą linię. Już teraz zdarzały się momenty, które wymagały cierpliwości, rozmów i czasem zwykłego przeczekania gorszego nastroju. Ale to jej nie odstraszało! Im dłużej o tym myślała, tym bardziej była pewna, że nie chodzi o to, żeby było łatwo. Tylko o to, żeby nie być w tym wszystkim sama. A April była dokładnie tą osobą, z którą nawet trudniejsze rzeczy przestawały być czymś, co trzeba jakoś przetrwać, a zaczynały być czymś, co po prostu się dzieje i co razem można poukładać.
Bardzo chciała wpoić narzeczonej do głowy, że była wystarczająca pod każdym względem. To Finchowie mieli nierówno pod sufitem i zachowywali się tak, jakby zaplanowali życie swoich córek jeszcze przed ich narodzinami. Nic dziwnego, że Paul tak się pieklił, skoro żadna nie poszła w jego ślady. Wymarzył sobie dla nich inną przyszłość, a one utarły mu nosa, podążając własnym ścieżkami. I prawidłowo! Należały mu się te rozczarowania przez to, jakie presje na nie wywoływał.
— Daj sobie trochę czasu — sięgnęła dłonią do twarzy ukochanej i odgarnęła jej niesforny kosmyk włosów za ucho. — Wystarczy, że będziesz pamiętać, jak wiele dla mnie znaczysz i że jesteś dla mnie najważniejsza na świecie. I że nie byłabym z tobą, gdybyś miała taki paskudny charakter jak twój ojciec — puściła do niej oczko, ale obie wiedziały, że to prawda. Teddy znalazłaby milion wymówek, byle tylko nie musieć spotykać się z kimś takim. Na szczęście April była najcudowniejszą istotą na świecie, nawet jeśli czasami przesadzała i wyolbrzymiała. A to i tak było o niebo lepsze od wiecznego niewzruszenia.
Pokiwała głową, zgadzając się ze tym, co mówiła narzeczona. Najlepiej wszystko robić tak, jak należy i po kolei. Byłyby strasznie durne, gdyby teraz za dużo na siebie wzięły.
— Najpierw wesele. Dzieci trzeba ogarnąć bardziej logistycznie — powiedziała, bo to tutaj potrzebny był konkretny plan. Gdzieś w tle ich wspólnych rozmów temat istniał od dawna, tylko nigdy nie został dokładnie rozpisany na konkretne jak i kiedy. — I nie mów tak. Obie będziemy fenomenalnymi matkami — pacnęła April w ramię. — I zadbamy o to, żeby nasze dzieci zawsze czuły się kochane i wysłuchane. I przede wszystkim szczęśliwe. Obiecuję, że nie będę na siłę robić z nich strażaków — zapewniła, chociaż właściwie to była jedna z ostatnich rzeczy, do których próbowałaby namawiać własne pociechy. Chyba umarłaby ze strachu, wiedząc z autopsji, jak duże ryzyko niesie za sobą ta praca.
Teddy wiedziała, że chce założyć rodzinę. Wiedziała też, że to nie jest coś, co pojawia się samo z siebie i wymagało podjęcia wielu poważnych decyzji. I była przy tym zupełnie szczera wobec siebie w jeszcze jednej rzeczy. Nie chciała być w ciąży. To nie wynikało z braku chęci do bycia matką, ani z tego, że nie widziała się w tej roli. Raczej z bardzo prostego, praktycznego poczucia, że to nie jest jej droga. Że są inne sposoby i inne rozwiązania, które bardziej do niej pasują.
martwić się, jak se poradzi w nowej klasie i czy wróci dzisiaj na noc franek albo stasiek
Była gotowa przejść z April przez wszystkie trudności, jakie kiedykolwiek napotkają na swojej drodze. A tych na pewno nie zabraknie. Darling nie miała co do tego złudzeń. Ich życie raczej nie zapowiadało się na spokojną, równą linię. Już teraz zdarzały się momenty, które wymagały cierpliwości, rozmów i czasem zwykłego przeczekania gorszego nastroju. Ale to jej nie odstraszało! Im dłużej o tym myślała, tym bardziej była pewna, że nie chodzi o to, żeby było łatwo. Tylko o to, żeby nie być w tym wszystkim sama. A April była dokładnie tą osobą, z którą nawet trudniejsze rzeczy przestawały być czymś, co trzeba jakoś przetrwać, a zaczynały być czymś, co po prostu się dzieje i co razem można poukładać.
Bardzo chciała wpoić narzeczonej do głowy, że była wystarczająca pod każdym względem. To Finchowie mieli nierówno pod sufitem i zachowywali się tak, jakby zaplanowali życie swoich córek jeszcze przed ich narodzinami. Nic dziwnego, że Paul tak się pieklił, skoro żadna nie poszła w jego ślady. Wymarzył sobie dla nich inną przyszłość, a one utarły mu nosa, podążając własnym ścieżkami. I prawidłowo! Należały mu się te rozczarowania przez to, jakie presje na nie wywoływał.
— Daj sobie trochę czasu — sięgnęła dłonią do twarzy ukochanej i odgarnęła jej niesforny kosmyk włosów za ucho. — Wystarczy, że będziesz pamiętać, jak wiele dla mnie znaczysz i że jesteś dla mnie najważniejsza na świecie. I że nie byłabym z tobą, gdybyś miała taki paskudny charakter jak twój ojciec — puściła do niej oczko, ale obie wiedziały, że to prawda. Teddy znalazłaby milion wymówek, byle tylko nie musieć spotykać się z kimś takim. Na szczęście April była najcudowniejszą istotą na świecie, nawet jeśli czasami przesadzała i wyolbrzymiała. A to i tak było o niebo lepsze od wiecznego niewzruszenia.
Pokiwała głową, zgadzając się ze tym, co mówiła narzeczona. Najlepiej wszystko robić tak, jak należy i po kolei. Byłyby strasznie durne, gdyby teraz za dużo na siebie wzięły.
— Najpierw wesele. Dzieci trzeba ogarnąć bardziej logistycznie — powiedziała, bo to tutaj potrzebny był konkretny plan. Gdzieś w tle ich wspólnych rozmów temat istniał od dawna, tylko nigdy nie został dokładnie rozpisany na konkretne jak i kiedy. — I nie mów tak. Obie będziemy fenomenalnymi matkami — pacnęła April w ramię. — I zadbamy o to, żeby nasze dzieci zawsze czuły się kochane i wysłuchane. I przede wszystkim szczęśliwe. Obiecuję, że nie będę na siłę robić z nich strażaków — zapewniła, chociaż właściwie to była jedna z ostatnich rzeczy, do których próbowałaby namawiać własne pociechy. Chyba umarłaby ze strachu, wiedząc z autopsji, jak duże ryzyko niesie za sobą ta praca.
Teddy wiedziała, że chce założyć rodzinę. Wiedziała też, że to nie jest coś, co pojawia się samo z siebie i wymagało podjęcia wielu poważnych decyzji. I była przy tym zupełnie szczera wobec siebie w jeszcze jednej rzeczy. Nie chciała być w ciąży. To nie wynikało z braku chęci do bycia matką, ani z tego, że nie widziała się w tej roli. Raczej z bardzo prostego, praktycznego poczucia, że to nie jest jej droga. Że są inne sposoby i inne rozwiązania, które bardziej do niej pasują.
martwić się, jak se poradzi w nowej klasie i czy wróci dzisiaj na noc franek albo stasiek