Sam fakt, że Abigail odezwała się po tamtym wieczorze, był już niewątpliwie czymś. Czym? Na razie trudno to stwierdzić. Może nie oznaczało to nagłego przełomu, ale przynajmniej nie ignorowała córki, nie odcięła się całkowicie i nie udawała, że temat zaręczyn w ogóle nie istnieje. A to i tak było więcej, niż Teddy spodziewała się jeszcze kilka dni wcześniej. Jednocześnie nie budowała sobie wokół tego żadnych wielkich wizji. Nie sądziła, że nagle zacznie wymieniać z panią Finch uprzejme wiadomości albo że będą spędzać wspólnie popołudnia przy kawie. Szczerze mówiąc, nawet nie próbowała sobie tego wyobrażać, bo zwyczajnie do siebie nie pasowały. Abigail była opanowana i elegancka w sposób, który momentami trochę onieśmielał Teddy. Nie oczekiwała rewelacji, po prostu wystarczyłoby, gdyby mogły normalnie usiąść przy jednym stole i dojść do momentu, w którym żadna z nich nie będzie czuła się nieswojo w swoim towarzystwie.
Odruchowo rozejrzała się po salonie, jakby chciała upewnić się, że naprawdę żadna świeca się nie pali. Jeszcze tego brakowało, żeby Abigail weszła do mieszkania, dostała wstrząsu anafilaktycznego i po pięciu minutach uznała, że przyszła synowa próbuje ją wykończyć metodą chemiczną. A przecież Teddy naprawdę się starała! I wszystko po to, żeby zrobić dobre wrażenie. Kolejne. Które to już właściwie było? Pięćdziesiąte? Setne? Każde spotkanie z panią Finch automatycznie uruchamiało w Teddy dziwną potrzebę zachowywania się trochę lepiej niż zwykle. Mniej przeklinania. Mniej siedzenia po turecku na kanapie. Więcej myślenia przed powiedzeniem czegokolwiek. Ale im bardziej Teddy próbowała wypaść dobrze, tym bardziej bała się, że zaliczy jakąś kompletnie idiotyczną wpadkę. Taką małą, absurdalną rzecz, którą normalny człowiek by olał, ale ona potem będzie chciała umrzeć przez trzy kolejnych dni. Jak te cholerne świece.
—
Niczego nie poprawiam — zastrzegła od razu, oczywiście w tej samej sekundzie po raz ostatni klepiąc poduszkę, która wyglądała dokładnie tak samo. Przestała dopiero wtedy, kiedy April przyciągnęła ją do siebie i cmoknęła w nos.
Westchnęła cicho i zerknęła na telefon, jakby odliczała sekundy do katastrof. Albo cudu. Właściwie sama nie wiedziała którego bardziej się spodziewa. Dźwięk domofonu rozbrzmiał dokładnie w chwili, gdy wybiła umówiona godzina spotkania.
—
Niewiarygodne — wypaliła z autentycznym podziwem. Punktualność była dla niej czymś abstrakcyjnym. Nie dlatego, że miała ludzi gdzieś albo spóźniała się z premedytacją. Po prostu zawsze coś się działo. Czasami już wychodziła z domu i dopiero przy windzie orientowała się, że zapomniała telefonu. Innym razem kluczy. Raz musiała wracać się trzy razy, bo najpierw zostawiła portfel, potem identyfikator ze straży, a na końcu okazało się, że jednak wypadałoby założyć bluzę, bo pogoda zdążyła się popsuć. Bywały też dni, kiedy naprawdę wychodziła odpowiednio wcześnie, a potem nagle znajdowała się w dziesięciokilometrowym korki. Albo zatrzymywała się tylko na chwilę po kawę i kończyło się tym, że ratowała starszej pani rozsypane zakupy na parkingu. April od dawna twierdziła, że Teddy funkcjonuje według jakiejś alternatywnej strefy czasowej i szczerze mówiąc, trudno było się z tym kłócić.
—
Dzień dobry, wspaniale pani wygląda — przywitała się szybko, odbierając od Abigail prezent. A potem dygnęła. Dosłownie, kurwa, dygnęła. Kto normalny robił takie rzeczy? Chyba tylko jakieś panny z wyższych sfer. Tak to potem jest, kiedy April traktuje ją jak prawdziwą księżniczkę!
Najgorsze było to, że pani Finch prawdopodobnie nawet tego nie skomentuje. Co tylko dodatkowo pogarszało sytuację, bo Teddy sama będzie pamiętać ten moment jeszcze przez najbliższe pięć lat. Do tego jeszcze to
wspaniale. Czy
wspaniale było w ogóle odpowiednim słowem? Brzmiało trochę jak komplement rzucany nauczycielce podczas zakończenia roku. Może powinna powiedzieć, że wygląda elegancko? Albo pięknie Nie,
pięknie brzmiałoby z kolei zbyt intensywnie. Matko boska. Teddy poczuła, jak mózg zaczyna jej się zapętlać wokół jednej, kompletnie nieistotnej wymiany zdań. Dlatego zrobiła taktyczny w tył zwrot i szybki krokiem podeszła do barku, żeby wyciągnąć szkło. Nawet udało jej się znaleźć kieliszki bez odciśniętych paluchów i zarysowań po zmywarce, a to już był już jakiś odłamek sukcesu.
—
April zawsze świetnie gotowała — pochwaliła narzeczoną, odkorkowując butelkę z nieprzyzwoicie drogim alkoholem. Teraz byle niczego nie rozlać i pójdzie z górki! —
Obie nieźle radzimy sobie w kuchni, ale jej przychodzi to całkiem naturalnie — dodała i naprawdę niewiele brakowało, żeby zaczęła opowiadać o swoich przygodach kulinarnych. A kto wie, może Abigail już zdążyła ją wystalkować na Instagramie, gdzie Darling dzieliła się z obserwującymi swoimi żenującymi filmikami?
—
Czyli faktycznie wdała się we mnie. I bardzo dobrze, bo Paul ma dwie lewe ręce do gotowania — oznajmiła, dziwnym trafem przyglądając się jednej z poduszek na kanapie. O nie, na pewno coś było nie tak! Na pewno była niedokładnie wymiętolona, a April zapewniała, że jest dobrze! I czy ta wzmianka o Paulu sugerowała, że teraz Teddy powinna zapytać, co słychać u pana Fincha?
Całe szczęście nie zdążyła się w to zagłębić, bo Abigail, po tym, jak znów rozejrzała się po lofcie, uprzedziła ją własnym pytaniem.
—
I jak wam się tutaj mieszka? Nie macie... zbyt mało miejsca? — spojrzała najpierw na strażaczkę, a potem na swoją córkę. Dało się wyczuć, że również stara się dobierać słowa, żeby przypadkiem nie powiedzieć czegoś za bardzo wprost. Pewnie w innych okolicznościach stwierdziłaby, że loft Darling to straszna klita. Ale w normalnych okolicznościach, czyli jeśli jej córka związałaby się z kimś zamożnym, jej noga by tutaj nie postała.
dobre zakończenie uda się nam napisać tylko wspólnie