Whitby. Powrót do bazy
: śr lip 22, 2026 11:59 am
Nie było ani grama medycznej wiedzy w tym jak obejmował ją pod piersiami i dociskał w całkowicie nieporadny sposób. To była czysta d e s p e r a c j a Millera, jakby każdy jej oddech był warunkiem jego własnego przeżycia. Może był? W końcu Archibald nie wyobrażał sobie życia bez Wallace, a jednocześnie patrząc na sposób w jaki próbował ją ratować i biorąc pod uwagę to ile głupich, niekiedy niebezpiecznych pomysłów przychodziło mu do głowy, zdawał się być głównym zagrożeniem jej życia. Życia, w którym się widział. Życia, do którego chętnie wparował zasuwając dziarsko w pampersie. Codzienności Wallace do której wpadał jak do tej dziury na zjeżdżalni, którą kiedyś zrobił swoim małym tyłkiem i głową pełną szalonych pomysłów.

Już wtedy ślinił się na jej widok, gdy przechadzała się po ogródku, a on nosem wbitym w szybę próbował skupić na sobie całą uwagę. Wtedy jakoś łatwiej przychodziły im zaloty, o których szybko zapomnieli dorastając i wpadając w objęcia przyjaźni. Przyjaźni, której niejeden im zazdrościł i oni dobrze o tym wiedzieli. Zresztą każdy im to na każdym kroku podkreślał. Może to wzmagało presję, by nie spartolić sprawy do reszty?
ŻYJE!
I nagle to całe napięcie, które w panice się w nim nagromadziło, opadło. Odetchnął tak nagle, że mogła poczuć jego oddech na karku. — Jasne, beze mnie byś tu zginęła — przekomarzał się z nią, gdy tak prychnęła z niedowierzaniem, a przecież wiedział, że to ona ma całkowitę rację. Teraz może siedział obok Abby wysłuchując najnowszych ploteczek Dorothy jakby nic się nie stało, ale przecież stało się. Czuł chłód na swojej klatce, choć jeszcze kilka sekund czuł ciepło jej ciała, gdy ją obejmował. Nie miał czasu na analizowanie jakieś odległej przeszłości w temacie Jęczącej Janice, choć w jejjęczeniu temacie przecież był dobrze zorientowany… a przynajmniej tak się mu wydawało. Głupi! W błędzie był, ale on teraz najdalej mógł sięgnąć pamięcią do chwili przy blacie, brutalnie przerwanej przez matkę, bo prawda była taka, że Janice była dla niego jedynie mglistym wspomnieniem jakiegoś błędnego występku, podczas gdy cały jego świat skupiał się właśnie wokół Wallace.
Przysłuchiwał się wymianie zdań między matką, a Abby na temat potencjalnego ojca dziecka Janice i totalnie nie kumał sprawy, jakby miał jakąś lukę w pamięci. — Więc wychodzi na to, że chce powiedzieć — skoro na pewno wie, co nie? Coś musiał powiedzieć w końcu, bo obie spojrzały na niego tak, jakby czekały tylko aż się wypowie, ale nie był zbyt wylewny. — Może zaliczyła wielu i jest w procesie weryfikacji — jak taka Gaba była przez jakiś czas. Takie rzeczy trwają podobno. Z drugiej strony miała na to ile? Z siedem miesięcy? Chyba miała bardzo długą listę kandydatów do sprawdzenia… ale Millerowi nawet przez myśl nie przeszło, że mógł być jednym z nich.
Myśli innych miał teraz zbyt wiele, szczególnie gdy Dorothy postanowiła się ulotnić i zostali znów sam na sam z Abby… i ciszą. Choć w jego głowie wcale ciszy nie było, myśli tworzyły jeden wielki chaos, którego nie potrafił teraz zamienić na żadne sensowne słowa. Ona też milczała, a to przecież przerażało najbardziej. Archibald Miller nienawidził ciszy, a Wallace wiedziała, że gdy panowała ona zbyt długa to on musiał coś odwalić, by ją przerwać. Siorbanie gorącej czekolady nie było wystarczającym przerywnikiem. Wiedział, że powinien coś powiedzieć, ale wszytko będzie dobrze brzmiało głupio, a chcę cię znów pocałować zdawało się zbyt bezpośrednie, ale przecież właśnie tego chciał. Znów wbić się w te usta naznaczone czekoladą, ale ona wyglądała na wystraszoną. Bał się, że spłoszyć mógł ją bardziej tym wyznaniem, a uciekająca Abby w kierunku strefy tylko przyjaciele odbiłaby się od płotu, bo tam nie było już powrotu. I Archie też nie chciał tam wracać.
Czekoladowa obwódka była jego wybawieniem, przerywnikiem dręczącej ich ciszy. Czymś co sprawiło, że uśmiech sam cisnął się mu na twarz. Uśmiech, a potem śmiech, którym być może chciał odwrócić uwagę od tego, jak dłońmi zaczepiał jej nogę, gdy obracał ją w swoim kierunku na krześle i od tego jak na nią patrzył. Intensywnie, tęsknie, z uczuciem już wcale nie takim czysto przyjacielskim. W ciszy to napięcie narastało, ale śmiech stał się tym co pomogło im wrócić na ziemię. Tak wrócili, że aż nim grzmotnęło, gdy Wallace bezczelnie złapała za materiał podkoszulki i podwinęła go do góry by wytrzeć sobie twarz. Spojrzenie uciekło mu na jej odkryty brzuch, a palce drgnęły, co mogła poczuć na swojej nodze. Drgnęły, bo rwały się do tego, by znaleźć się wyżej na tej odsłoniętej skórze. Nim jednak zdążył cokolwiek zrobić znów bezczelny krok poczyniła, zsuwając się z krzesła i znów lądując gdzieś między jego nogami. Czy mu to przeszkadzało? Nie. Czy postanowił odpowiedzieć podobną bezczelnością i ułożył sobie dłonie na jej biodrach? Być może! Bo przecież widział jak na niego patrzyła, jak jej wzrok osuwa się na jego nagi tors. Może dzięki temu nie dostrzegła tego, że dech mu zaparło, gdy z odsłoniętym brzuchem buzię mu wycierała. Serce znów zaczynało wystukiwać zwodniczy rytm, jak wtedy przy blacie. Palcem gdzieś z biodra na skórę odkrytą zbłądził i nie żałował każdego ułamka sekundy spędzonego na badaniu gładkości. Znów zrobiło się ciepło, a oddech, który Abby pozostawiała na jego skórze tylko podbijał temperaturę, a on zamiast materiału ocierającego jego usta znów chciał poczuć jej wargi na swoich.
Chciał po nie sięgnąć.
Teraz.
Odskoczyła.
Nie zauważyła? Może zauważyła i nie chciała? Zmieszał się, odsunął dłonie z jej bioder, ściągnął brwi jakby mocno się nad czymś zastanawiał, ale w głowie miał teraz czysty chaos. Teraz to on p a n i k o w a ł w środku. — Co? A kino — przytaknął zsuwając się z krzesła. — Mamy godzinę, ale możemy wyjść wcześniej się rozglądnąć — powinni opuścić dom natychmiast, choć wcale nie chciał tego robić. — Na pewno coś tutaj ma, leć zobacz… a ja... — zmieszał się jakby planował ta zostać, a przecież był półnagi — też się może ubiorę — dodał zmieszany mierzwiąc sobie włosy, które zdążyły już przeschnąć. I znów wtoczył się za nią po schodach, tym razem nie pędząc jak na złamanie karku tylko powoli, ciesząc się widokiem. Milimetry dzieliły go od tego, by szarpnąć ją za rękę w kierunku swojego pokoju, gdy znaleźli się na górze. Już palcami skórę jej delikatnie musnął, przegrywał z rozsądkiem. Kolejny idealny moment, by los upomniał się o swoje. Tym razem się nie spóźnił i nie sprawił, że dali się porwać chwili.
Drzwi strzeliły.
— Słońce, jedna rundka pokera jeszcze nikogo nie zabiła! — wyjąkał Otto tak jakby próbował udobruchać Dorothy. Musieli się spotkać gdzieś na podjeździe, skoro tak szybko do domu wrócili. — Wiesz mi, że kolejna rundka znacznie podniosłaby ryzyko nagłej śmierci! — pogroziła mu szorstko.
Za nimi też drzwi się zamknęły, gdy poszli się przebrać. Nie był pewien jakie skarby w szafie Bonnie odkryła Abby, ale on w swoich odnalazł czarno fioletowy komplet z Toronto Raptors i znów wyglądał jak dzieciak zajawiony koszykówką.
— Gotowa?! — zapytał wytaczając się na korytarz i pukając w drzwi do pokoju Bonnie, które nieco się uchyliły. Mógł patrzeć, czy nie powinien? Cholera, zerknął i tak. — Jedziemy samochodem czy wolisz podskoczyć na rowerze? — zapytał opierając się o framugę i zastanawiając się czy powinien dymać do garażu po stare błyskawice, czy sobie odpuścić.
Even when the night changes, It will never change me and you
Spoiler

ŻYJE!
I nagle to całe napięcie, które w panice się w nim nagromadziło, opadło. Odetchnął tak nagle, że mogła poczuć jego oddech na karku. — Jasne, beze mnie byś tu zginęła — przekomarzał się z nią, gdy tak prychnęła z niedowierzaniem, a przecież wiedział, że to ona ma całkowitę rację. Teraz może siedział obok Abby wysłuchując najnowszych ploteczek Dorothy jakby nic się nie stało, ale przecież stało się. Czuł chłód na swojej klatce, choć jeszcze kilka sekund czuł ciepło jej ciała, gdy ją obejmował. Nie miał czasu na analizowanie jakieś odległej przeszłości w temacie Jęczącej Janice, choć w jej
Przysłuchiwał się wymianie zdań między matką, a Abby na temat potencjalnego ojca dziecka Janice i totalnie nie kumał sprawy, jakby miał jakąś lukę w pamięci. — Więc wychodzi na to, że chce powiedzieć — skoro na pewno wie, co nie? Coś musiał powiedzieć w końcu, bo obie spojrzały na niego tak, jakby czekały tylko aż się wypowie, ale nie był zbyt wylewny. — Może zaliczyła wielu i jest w procesie weryfikacji — jak taka Gaba była przez jakiś czas. Takie rzeczy trwają podobno. Z drugiej strony miała na to ile? Z siedem miesięcy? Chyba miała bardzo długą listę kandydatów do sprawdzenia… ale Millerowi nawet przez myśl nie przeszło, że mógł być jednym z nich.
Myśli innych miał teraz zbyt wiele, szczególnie gdy Dorothy postanowiła się ulotnić i zostali znów sam na sam z Abby… i ciszą. Choć w jego głowie wcale ciszy nie było, myśli tworzyły jeden wielki chaos, którego nie potrafił teraz zamienić na żadne sensowne słowa. Ona też milczała, a to przecież przerażało najbardziej. Archibald Miller nienawidził ciszy, a Wallace wiedziała, że gdy panowała ona zbyt długa to on musiał coś odwalić, by ją przerwać. Siorbanie gorącej czekolady nie było wystarczającym przerywnikiem. Wiedział, że powinien coś powiedzieć, ale wszytko będzie dobrze brzmiało głupio, a chcę cię znów pocałować zdawało się zbyt bezpośrednie, ale przecież właśnie tego chciał. Znów wbić się w te usta naznaczone czekoladą, ale ona wyglądała na wystraszoną. Bał się, że spłoszyć mógł ją bardziej tym wyznaniem, a uciekająca Abby w kierunku strefy tylko przyjaciele odbiłaby się od płotu, bo tam nie było już powrotu. I Archie też nie chciał tam wracać.
Czekoladowa obwódka była jego wybawieniem, przerywnikiem dręczącej ich ciszy. Czymś co sprawiło, że uśmiech sam cisnął się mu na twarz. Uśmiech, a potem śmiech, którym być może chciał odwrócić uwagę od tego, jak dłońmi zaczepiał jej nogę, gdy obracał ją w swoim kierunku na krześle i od tego jak na nią patrzył. Intensywnie, tęsknie, z uczuciem już wcale nie takim czysto przyjacielskim. W ciszy to napięcie narastało, ale śmiech stał się tym co pomogło im wrócić na ziemię. Tak wrócili, że aż nim grzmotnęło, gdy Wallace bezczelnie złapała za materiał podkoszulki i podwinęła go do góry by wytrzeć sobie twarz. Spojrzenie uciekło mu na jej odkryty brzuch, a palce drgnęły, co mogła poczuć na swojej nodze. Drgnęły, bo rwały się do tego, by znaleźć się wyżej na tej odsłoniętej skórze. Nim jednak zdążył cokolwiek zrobić znów bezczelny krok poczyniła, zsuwając się z krzesła i znów lądując gdzieś między jego nogami. Czy mu to przeszkadzało? Nie. Czy postanowił odpowiedzieć podobną bezczelnością i ułożył sobie dłonie na jej biodrach? Być może! Bo przecież widział jak na niego patrzyła, jak jej wzrok osuwa się na jego nagi tors. Może dzięki temu nie dostrzegła tego, że dech mu zaparło, gdy z odsłoniętym brzuchem buzię mu wycierała. Serce znów zaczynało wystukiwać zwodniczy rytm, jak wtedy przy blacie. Palcem gdzieś z biodra na skórę odkrytą zbłądził i nie żałował każdego ułamka sekundy spędzonego na badaniu gładkości. Znów zrobiło się ciepło, a oddech, który Abby pozostawiała na jego skórze tylko podbijał temperaturę, a on zamiast materiału ocierającego jego usta znów chciał poczuć jej wargi na swoich.
Chciał po nie sięgnąć.
Teraz.
Odskoczyła.
Nie zauważyła? Może zauważyła i nie chciała? Zmieszał się, odsunął dłonie z jej bioder, ściągnął brwi jakby mocno się nad czymś zastanawiał, ale w głowie miał teraz czysty chaos. Teraz to on p a n i k o w a ł w środku. — Co? A kino — przytaknął zsuwając się z krzesła. — Mamy godzinę, ale możemy wyjść wcześniej się rozglądnąć — powinni opuścić dom natychmiast, choć wcale nie chciał tego robić. — Na pewno coś tutaj ma, leć zobacz… a ja... — zmieszał się jakby planował ta zostać, a przecież był półnagi — też się może ubiorę — dodał zmieszany mierzwiąc sobie włosy, które zdążyły już przeschnąć. I znów wtoczył się za nią po schodach, tym razem nie pędząc jak na złamanie karku tylko powoli, ciesząc się widokiem. Milimetry dzieliły go od tego, by szarpnąć ją za rękę w kierunku swojego pokoju, gdy znaleźli się na górze. Już palcami skórę jej delikatnie musnął, przegrywał z rozsądkiem. Kolejny idealny moment, by los upomniał się o swoje. Tym razem się nie spóźnił i nie sprawił, że dali się porwać chwili.
Drzwi strzeliły.
— Słońce, jedna rundka pokera jeszcze nikogo nie zabiła! — wyjąkał Otto tak jakby próbował udobruchać Dorothy. Musieli się spotkać gdzieś na podjeździe, skoro tak szybko do domu wrócili. — Wiesz mi, że kolejna rundka znacznie podniosłaby ryzyko nagłej śmierci! — pogroziła mu szorstko.
Za nimi też drzwi się zamknęły, gdy poszli się przebrać. Nie był pewien jakie skarby w szafie Bonnie odkryła Abby, ale on w swoich odnalazł czarno fioletowy komplet z Toronto Raptors i znów wyglądał jak dzieciak zajawiony koszykówką.
— Gotowa?! — zapytał wytaczając się na korytarz i pukając w drzwi do pokoju Bonnie, które nieco się uchyliły. Mógł patrzeć, czy nie powinien? Cholera, zerknął i tak. — Jedziemy samochodem czy wolisz podskoczyć na rowerze? — zapytał opierając się o framugę i zastanawiając się czy powinien dymać do garażu po stare błyskawice, czy sobie odpuścić.
Even when the night changes, It will never change me and you

