La Palma
: czw mar 05, 2026 9:20 pm
William N. Patel-Noriega
Słuchała go, zaciągając się papierosem. Potrzebowała tego dymu, ale nie spaliła połowy, a włożyła szluga do pustej puszki. Wzrokiem wróciła do Williama. Rozchyliła mimowolnie usta, a z jej oczu popłynęły łzy. Potrzebowała tej szczerości, wypływającej od niego. Wraz z każdym kolejnym słowem coraz bardziej drżała.
Raz gdzieś wyczytała przepiękny cytat: Ciekawe, czy gdybym była deszczem, potrafiłabym połączyć się z czyimś sercem tak, jak padając na ziemię łączę ją z bytem tak odległym jak niebo z jego błękitem? Tylko to nie ona była ich deszczem. Tylko on. William był jak niebo, wolny, zaskakujący, a Lotte jak stabilna, zdystansowana. Właśnie spadł na nich deszcz, choć może to były łzy spływające po jej policzkach, albo jego słowa. Oparła głowę o kolana i wpatrywała się w niego. Tyle nieporozumień, niedopowiedzeń było między nimi, a teraz powoli do nich docierali. Dała mu wszystko w spokoju powiedzieć, czując, że chciałaby móc się w niego jeszcze raz mocno wtulić. Puszka, którą trzymała zaczęła jej delikatnie drżeć. Czy tego właśnie potrzebowała do szczęścia? Jego?
— Też Cię przepraszam... — zaczęła drżącym tonem — za to że ciągle się unoszę, łapię Cię za słówka i próbuję Ci dojebać — od tego zaczynała się ich każda kłótnia. Mogła nie spinać się tak, dać się ponieść emocjom, spróbować mieć normalną relację sąsiedzką. Tylko ta jego rozzłoszczona mina była dla niej cenniejsza niż złoto — i że Cię wtedy uderzyłam... — dodała ciszej, wiedząc, że to go zabolało najbardziej. Emocje nią poniosły — ale poczułam się zdradzona, bo liczyłam na Ciebie — a poczuła tak, bo zaczynało jej zależeć. On zamiast zaprosić nią, przyszedł z jakąś szmatą z kancelarii. Nienawidziła sytuacji takich jak tamta. — a wtedy wepchnąłeś mnie w najgorsze gówno i myślałam, że obserwowanie tego sprawia Ci satysfakcję... — jej ojcu nigdy nie zamykała się buzia. Szczerze miała go dosyć na wiele możliwych sposobów, ale wtedy przekroczył wszelkie możliwe granice. Nikt wtedy nie zareagował, wszyscy patrzyli, on też — myślałam, że przyszedłeś patrzeć, jak cierpię — nigdy nie mieli poprawnej relacji. Zdarzały się te dobre momenty takie jak te na La Palma. Miała wrażenie, że wszystko się zmieniło. Skoro całkowita ciemność finalnie przyniosła im... ulgę?
— Naprawdę nie uważałam Cię za złego człowieka... — chciała, by to wiedział — ale po sylwestrze też mogłeś do mnie zapukać, wiesz? — stwierdziła, pociągając nosem i rozmazując nerwowym ruchem dłoni łzy po twarzy. Cała się mieniła, wyglądała okropnie. Dobrze, że pod osłoną nocy praktycznie nic nie było widoczne. Tylko oni, gwiazdy i delikatne światło księżyca.
— Bo mieliśmy to wszystko, co nas dzieliło — niewyjaśnione sprawy — auta, śmieci, rozwody... — rozwalenie toalety, ale by do tego się przyznać dalej była zbyt trzeźwa — boję się, że mnie wykorzystasz William — mruknęła jeszcze ciszej. Dalej się tego bała. Zbyt wiele wydarzyło się między nimi, a ona dalej chciała w to brnąć. Źle było, kiedy byli razem, ale jeszcze gorzej, kiedy ich nie było.
— Mam to zrobić, żebyś zwrócił mi uwagę, że tego nie chcesz? — spytała jeszcze ciszej. Bała się jego odrzucenia. Co by wtedy zrobiła? Wtedy naprawdę musiałaby się przeprowadzić, a przecież... nie potrafiła sobie wyobrazić codzienności bez ich codziennych wojen.
— Też Cię lubię William — nie sądziła, że te słowa tak trudno przejdą jej przez usta — nawet bardzo — za bardzo. Za mocno. — i chciałabym móc spędzić z Tobą te wakacje, naprawdę — dodała, przesuwając się nieznacznie w jego stronę. Bała się ciszy oraz tego, że nie obejmie jej ramieniem. Cały czas cicho szlochała, nie mogąc uspokoić siebie, ani własnych myśli. Czy wydarzył się właśnie cud nad Wisłą?
Słuchała go, zaciągając się papierosem. Potrzebowała tego dymu, ale nie spaliła połowy, a włożyła szluga do pustej puszki. Wzrokiem wróciła do Williama. Rozchyliła mimowolnie usta, a z jej oczu popłynęły łzy. Potrzebowała tej szczerości, wypływającej od niego. Wraz z każdym kolejnym słowem coraz bardziej drżała.
Raz gdzieś wyczytała przepiękny cytat: Ciekawe, czy gdybym była deszczem, potrafiłabym połączyć się z czyimś sercem tak, jak padając na ziemię łączę ją z bytem tak odległym jak niebo z jego błękitem? Tylko to nie ona była ich deszczem. Tylko on. William był jak niebo, wolny, zaskakujący, a Lotte jak stabilna, zdystansowana. Właśnie spadł na nich deszcz, choć może to były łzy spływające po jej policzkach, albo jego słowa. Oparła głowę o kolana i wpatrywała się w niego. Tyle nieporozumień, niedopowiedzeń było między nimi, a teraz powoli do nich docierali. Dała mu wszystko w spokoju powiedzieć, czując, że chciałaby móc się w niego jeszcze raz mocno wtulić. Puszka, którą trzymała zaczęła jej delikatnie drżeć. Czy tego właśnie potrzebowała do szczęścia? Jego?
— Też Cię przepraszam... — zaczęła drżącym tonem — za to że ciągle się unoszę, łapię Cię za słówka i próbuję Ci dojebać — od tego zaczynała się ich każda kłótnia. Mogła nie spinać się tak, dać się ponieść emocjom, spróbować mieć normalną relację sąsiedzką. Tylko ta jego rozzłoszczona mina była dla niej cenniejsza niż złoto — i że Cię wtedy uderzyłam... — dodała ciszej, wiedząc, że to go zabolało najbardziej. Emocje nią poniosły — ale poczułam się zdradzona, bo liczyłam na Ciebie — a poczuła tak, bo zaczynało jej zależeć. On zamiast zaprosić nią, przyszedł z jakąś szmatą z kancelarii. Nienawidziła sytuacji takich jak tamta. — a wtedy wepchnąłeś mnie w najgorsze gówno i myślałam, że obserwowanie tego sprawia Ci satysfakcję... — jej ojcu nigdy nie zamykała się buzia. Szczerze miała go dosyć na wiele możliwych sposobów, ale wtedy przekroczył wszelkie możliwe granice. Nikt wtedy nie zareagował, wszyscy patrzyli, on też — myślałam, że przyszedłeś patrzeć, jak cierpię — nigdy nie mieli poprawnej relacji. Zdarzały się te dobre momenty takie jak te na La Palma. Miała wrażenie, że wszystko się zmieniło. Skoro całkowita ciemność finalnie przyniosła im... ulgę?
— Naprawdę nie uważałam Cię za złego człowieka... — chciała, by to wiedział — ale po sylwestrze też mogłeś do mnie zapukać, wiesz? — stwierdziła, pociągając nosem i rozmazując nerwowym ruchem dłoni łzy po twarzy. Cała się mieniła, wyglądała okropnie. Dobrze, że pod osłoną nocy praktycznie nic nie było widoczne. Tylko oni, gwiazdy i delikatne światło księżyca.
— Bo mieliśmy to wszystko, co nas dzieliło — niewyjaśnione sprawy — auta, śmieci, rozwody... — rozwalenie toalety, ale by do tego się przyznać dalej była zbyt trzeźwa — boję się, że mnie wykorzystasz William — mruknęła jeszcze ciszej. Dalej się tego bała. Zbyt wiele wydarzyło się między nimi, a ona dalej chciała w to brnąć. Źle było, kiedy byli razem, ale jeszcze gorzej, kiedy ich nie było.
— Mam to zrobić, żebyś zwrócił mi uwagę, że tego nie chcesz? — spytała jeszcze ciszej. Bała się jego odrzucenia. Co by wtedy zrobiła? Wtedy naprawdę musiałaby się przeprowadzić, a przecież... nie potrafiła sobie wyobrazić codzienności bez ich codziennych wojen.
— Też Cię lubię William — nie sądziła, że te słowa tak trudno przejdą jej przez usta — nawet bardzo — za bardzo. Za mocno. — i chciałabym móc spędzić z Tobą te wakacje, naprawdę — dodała, przesuwając się nieznacznie w jego stronę. Bała się ciszy oraz tego, że nie obejmie jej ramieniem. Cały czas cicho szlochała, nie mogąc uspokoić siebie, ani własnych myśli. Czy wydarzył się właśnie cud nad Wisłą?