desperate times call for desperate measures
: pn sie 24, 2026 7:51 pm
trigger warning
przekleństwaKurwa.
Jak ona by chciała, żeby to tyczyło się również ich.
Żeby mogli mieć pewność, że jutro będzie już lepsze. Że tak dla odmiany nikt nie będzie chciał ich zabić, podciąć skrzydeł. Ale nie mieli tego przywileju. Oni nawet tego jednego dnia musieli brać wszystko krok po kroku, chwila po chwili, bo ciągle coś po drodze się wypierdalało. W ciągu dwudziestu czterech godzin mieli więcej wzlotów i upadków niż nie jedno małżeństwo przez dwadzieścia lat. Kłócili się i godzili, mieli do siebie żal, a potem się przepraszali. Pojebani.
Całe szczęście chociaż jeden z problemów, w końcu udało im się położyć do łózka, a kiedy tylko Pilar wróciła do salonu, od razu przysiadła się na prześle obok Noriegi i również zaczepiła go kolanem. Wiecznie szukała dotyku. Tego kontaktu fizycznego, którym mogłaby czuć, że on jest obok. Chociaż po rum i tak musiała sięgnąć. Złapać kilka głębokich łyków, pewnie zbyt dużych jak na kobietę, ale kurwa, to naprawdę był ciężki dzień. Dalton, salka, kolacja w ciemności, a potem jeszcze na dokładkę Pająk i jego banda agresorów, która chyba najbardziej nią wstrząsnęła. Jakby dopiero w tamtej chwili dotarło do niej, jak łatwo byłoby im zabić Noriegę. Że wystarczył jeden celny strzał i jej mąż na dobre zniknąłby z tego świata. Aż znowu zadrżała na samą tą myśl, akurat w chwili, gdy pytał, czy coś dla niego zostawi.
— Hm? — spojrzała na niego znad butelki. — Weź sobie drugą — mruknęła w pierwszej chwili, jednak widząc jego minę, finalnie wyciągnęła rękę i przekazała mu Medelliński rum. Nie miała potrzeby upicia się, jak wtedy po akcji z Daltonem, o to nie musiał się martwić, ale chociaż trochę znieczulić. W końcu brzuch po uderzeniu Pająka wciąż ją kurewsko bolał. Ona po prostu nie chciała tego po sobie pokazać. Nie chciała go dodatkowo martwić. Już wystarczyło, że teraz to ona robiła to za ich obojga.
Skinęła głową, gdy pochwalił jej plan z koleżanką i wysłaniem tam Paris. Tris od wielu lat zajmowała się prywatnie podobnymi przypadkami i z pewnością znajdzie miejsce dla jeszcze jednej, zbłąkanej duszy.
— Trzeba ją tam będzie odwieźć z samego rana — dodała po chwili, patrząc wymownie w ciemne oczy Noriegi. — Nie możemy spędzać z nią za dużo czasu, bo jeszcze się do niej dokleją — w końcu cały czas ich obserwowali, mieli ich na oku. Pewnie nawet teraz ktoś siedział pod ich domem i próbował zaglądać im w okno. Nie mogli ryzykować tego, że sprawdzą kim była Paris, bo przecież gdyby to by wyszło… Pająk od razu by się tym zainteresował. A jak już wiedzieli, ten gość wcale nie obchodził się delikatnie ze swoimi rozmówcami. Szczególnie kiedy ci nie mieli safywakcjonujących dla niego informacji.
Miała je jednak Juanita.
Juanita, która Bóg wie, gdzie właśnie była. Nikt jej nie widział odkąd Luciano przyprowadził ją do ośrodka. Co takiego wiedziała? To pytanie kręciło się jej w głowie bez przerwy na oddech. Czy jej ciąża miała coś wspólnego z Luną i jego ludźmi? Z kontenerami? Jaka była szansa, że kobieta była jedną z przetrzymywanek? Aż spojrzała wymownie na Noriegę, bo to pierwszy raz, kiedy przyznał się, że…
— Chcesz mi kurwa powiedzieć, że to Luna stoi za kontenerami Wyatta? — warknęła, zaciskając palce w dłoniach, znowu prawie raniąc sobie skórę. Nie chciała tego wiedzieć. Aż westchnęła ciężko i osunęła się bardziej na krześle, przymykając na moment oczy. Serce waliło jej mocno. I to nawet nie chodziło o same kontenery ale… kurwa. Pilar tyle czasu prowadziła tą sprawę, tyle poszlak przetarła, tak blisko już była, a teraz… miała osobę za to odpowiedzialną na tacy i kurwa nie mogła z tym nic zrobić. Nic. Bo przecież nie pójdzie teraz na policję i nie powie Eliotowi, że to wszystko sprawka Luny. Nie teraz, kiedy byli tak bardzo na świeczniku. Przecież wiedziała, że jeden niewłaściwy ruch wystarczył, żeby jej mąż zarobił kulkę. I znowu biła się między miłością a moralnością. Pierdolona batalia, która doprowadzała ją do istnego szaleństwa. Kiedyś od razu wybrałaby sprawiedliwość, a teraz? Teraz wszystko obróciło się w jej głowie o sto osiemdziesiąt stopni.
Madox miał rację — teraz wszystko łączyło się w jedną całość. To dlaczego zainteresowali się Emptiness, czemu wiecznie ich śledzili. Luna widział ich jako zagrożenie. Wiedział, że coś wiedzą, może nawet myślał, że mają na niego więcej informacji niż faktycznie mieli, ale to akurat mogli wykorzystać na swoją przewagę. Wbiła w niego spojrzenie, gdy spytał się jej o zdanie.
— Myślę, że to wcale nie jest teoria z dupy, a mój mąż zajebiście dobrze dedukuje — powiedziała w końcu i chociaż wcale nie było jej do śmiechu, kąciki jej ust delikatnie drgnęły ku górze. Lubiła go takiego — analizującego. Nie wyrywającego się do robienia durnych rzeczy, tylko kiedy faktycznie siadał i myślał. — To wszystko ma sens — skinęła głową, na moment wbijając wzrok w podłogę, żeby się lepiej skupić. — Możesz to wykorzystać — wtrąciła po chwili, sama nachylając się w jego kierunku. Jej spojrzenie w końcu wylądowało na jego ciemnych oczach, a nogi zwinę zaplotły o jego łydki, tak, że kiedy zaparła się mocniej jej krzesło szurnęło i wpadło na to jego. — Luna chyba myśli, że coś na niego mamy. Że masz o wiele więcej, niż faktycznie wiemy i jak to dobrze rozegrasz, to on też będzie musiał się przed tobą ugiąć — w końcu jeśli go po prostu odstrzeli, nie będzie miał pewności, czy Madox nie przekazał czegoś Pilar, czy ona nie zaniosła tego już na komendę. Musiał pierwsze wybadać grunt. Potrzebował ich żywych. I oni m u s i e l i na tym skorzystać.
Tak jak Pilar skorzystała nagle z chwili bliskości, kiedy znalazła się tak blisko niego. Bez pytania sięgnęła po butelkę rumu, którą trzymal przy udach. Zwinnie mu ją wyszarpała i upiła kilka łyków, by po chwili zerwać się z krzesła i usiąść na jego kolanach.
— Musisz grać tak, jakbyś faktycznie miał na niego coś kurwa dużego — powtórzyła tuż przy jego ustach. Dłonią natomiast przesunęła po idealnie ściągniętych warkoczykach, drapiąc skórę w okolicy jego potylicy. Kurwa, jak ona kochała czuć go pod palcami. Mieć go blisko. Była od tego u z a l e ż n i o n a. Bardziej niż kiedykolwiek. Szczególnie po ostatnich czterdziestu ośmiu godzinach. — A w międzyczasie musimy znaleźć Luciano i Juanitę — bo jeśli faktycznie chcieli coś mieć na Lunę, to to był klucz do całej układanki. — A teraz musisz mnie pocałować, bo przysięgam, że zaraz kurwa zwariuje — ostatnie zdanie dodała już praktycznie zahaczając dolną wargą o tą jego, otulając go ciepłym, płytkim oddechem. Serce waliło jej jak szalone i znowu ten paniczny strach mieszał się z ogromem miłości, jaką do niego czuła. To nie była dobra mieszanka. Ona była zabójcza.