nazwa użytkownika: kiteusz za co: HALLOWEEN TOWN - RICK OR TREAT realizacja: klik / Scenariusz „STAMTĄD” (FROM), 5 postów na głowę , min. 3 rzuty kostką , wątek zakończony nagroda: 10 MC
nazwa użytkownika: Eve za co: Halloween Town - TRICK OR TREAT realizacja: Felix i scenariusz "From" cytaty: Spoiler
Nie zdążył nawet dłużej się nad tym zastanowić, gdy tuż za zakrętem natrafili na drzewo blokujące drogę.
– Serio? Co jeszcze? – mruknął pod nosem, cofając, by zawrócić. Musiał znaleźć inną drogę, która wyprowadziłaby ich z tego lasu. Jechali przez kolejnych kilka minut, aż trafili na następne drzewo. Problem polegał na tym, że okazało się ono tym samym, które mijali zaledwie parę minut wcześniej.
- Chcesz iść do tej wioski, która znajduje się po drugiej stronie lasu? Tak mi się zdaje, że migotały wcześniej jakieś światła - powiedział. Chciał nawet dodać coś więcej, ale w tej samej chwili pomiędzy drzewami dostrzegł postać, która wyglądała jakby urwała się z jakiegoś filmu kostiumowego. Był pewien, że nie w takie rzeczy ludzie się teraz ubierali, ale moda nigdy nie była jego konikiem. Uśmiech, który widniał na twarzy postaci był tak przerażająco spokojny i jakby demoniczny
rzucił, kiedy ruszyli dalej, wychodząc na jakąś niewielką polanę, przez którą prowadziła ścieżka. Gdy tylko Carlson do niej podszedł dostrzegł ślady stóp.
-Patrz! Ktoś tu był, czyli dobrze idziemy - ucieszył się. Z tym, że radość ta nie trwała długo - ostatecznie owe ślady urywały się niespodziewanie, chociaż ścieżka rozciągała się znacznie dalej.
– Spotkałem jakiegoś niby proroka, który powiedział, że o czternastej ktoś zginie i jeśli go uratuję, to miasto nigdy nie odzyska prądu. Słyszałeś w ogóle takie brednie? – zaśmiał się, otwierając butelkę piwa zapalniczką wyjętą z kieszeni.
- Mnie pytasz? Byłem sobie spokojnie na mieście i trafiłem na jakieś dziwne zebranie pośrodku drogi. Nawet tam nie podchodziłem, tylko tłum mnie tam przepchnął siłą i jak chciałem odejść to dowiedziałem się takich rzeczy. No świry. – powiedział, kręcąc głową. Przez takie akcje coraz mniej chciało mu się wychodzić z domu.
Kiedy tylko wybiła godzina czternasta wydarzyło się kilka rzeczy - Dean do tej pory nie był pewien, czy w tym wszystkim rolę odegrał zaplanowany scenariusz czy jednak czysty przypadek. Najpierw w polu widzenia pojawiła się samotna postać, idąca wolno w sobie tylko znanym kierunku. Zaraz później wcześniej wspomniana grupa ruszyła w jej stronę i po sposobie ich bujania się i gestach Vanberg wiedział, że zwiastowało to kłopoty.
- Szczerze? To ja bym tam poszedł zobaczyć co to za banialuki. No i w razie czego uratował niewinnego, bo chuj wie co innym do łba strzeli. Teraz każdy łyka szybciej, niż pelikan - wzruszył ramionami.
Tyle dobrego, że udało im się uratować życie niewinnej osoby. A ciemność? Jeśli miała zapanować na wieki, to cóż, przynajmniej Dean nie będzie miał więcej krwi na rękach.
– Spotkałem jakiegoś niby proroka, który powiedział, że o czternastej ktoś zginie i jeśli go uratuję, to miasto nigdy nie odzyska prądu. Słyszałeś w ogóle takie brednie? – zaśmiał się, otwierając butelkę piwa zapalniczką wyjętą z kieszeni. Po chwili otworzył również drugą, przeznaczoną dla Deana. Musiał się napić, bo takich bredni nie był w stanie słuchać na trzwźwo.
– Musimy iść do Parkdale. Ciekawe czy będą tam inni ludzie. – zamyślił się, prowadząc Deana w tamtą stronę. Mieli trochę do przejścia, ale do czternastej było jeszcze sporo czasu. Co nie znaczyło, że ciągnęli się jak muchy w smole i stosunkowo dość szybko znaleźli się na miejscu. – No dobra. I czego mamy niby szukać? – zapytał, rozglądając się dookoła.
Kiedy tylko wybiła godzina czternasta wydarzyło się kilka rzeczy - Dean do tej pory nie był pewien, czy w tym wszystkim rolę odegrał zaplanowany scenariusz czy jednak czysty przypadek. Najpierw w polu widzenia pojawiła się samotna postać, idąca wolno w sobie tylko znanym kierunku. Zaraz później wcześniej wspomniana grupa ruszyła w jej stronę i po sposobie ich bujania się i gestach Vanberg wiedział, że zwiastowało to kłopoty.
-Ty, to serio są jakieś chore pojeby. Przecież oni go zajebią! - rzucił do Huntera. No dobra, może i sam Dean miał na wiele rzeczy wyjebane, ale nie było mowy, aby pozwolił kogoś zamordować na własnych oczach.
Razem z przyjacielem ruszyli w stronę samotnego człowieka, wdając się w bójkę z resztą ludzi. Gdzieś błysnęły noże, tu polała się krew, a wszystko działo się tak szybko i w przypływie adrenaliny, że tancerz nie wiedział nawet, kiedy ostatecznie ktoś wezwał policję.
Tyle dobrego, że udało im się uratować życie niewinnej osoby. A ciemność? Jeśli miała zapanować na wieki, to cóż, przynajmniej Dean nie będzie miał więcej krwi na rękach.