one senator, last chance
: sob paź 03, 2026 1:15 pm
trigger warning
przekleństwaNa pełnych ustach, które teraz łapczywie łapały powietrze, które jeszcze drżały.
- Hej, żyjemy, jest okej... - chciał ją jakoś pocieszyć. Uspokoić, sięgnął do jej policzka. Oczy utkwił w jej twarzy, chociaż zaraz przesunęły się po jej sylwetce, wraz z jego palcami. Zaraz pytał ją, czy była cała. Na pierwszy rzut oka tak, szkła posypały się do tyłu, a za plecami miała wygodny, skórzany fotel beemki. Zamortyzował szybę, która się posypała do środka. Chociaż pas na pewno wbił się w ciało, szarpnęło nimi, kiedy Madox dodał gazu, a Pickup ich wyhamował. Ale gdyby nie pasy, to mogli wylecieć przez przednią szybę, jednak dobrze, że Noriega nauczył się przy swojej żonie je zapinać. Pewnie uratowały mu teraz życie. Chciał siegnąć do jej brzucha, tam gdzie miała zdartą skórę, ale ona już przesuwała palcami po jego twarzy i ramionach - tak, nic mi nie jest - zapewnił ją, łapiąc jej ciemne spojrzenie. Oprócz tego, że pewnie na skórze też będzie miał siniaki po pasie bezpieczeństwa, to on był cały, pokręcił nawet głową, sprawdzając kark, było w porządku. Może nawet sięgnąłby do Pilar, żeby ona też to sprawdziła, ale usłyszeli ten przerażający krzyk. Oboje spojrzeli w tamtym kierunku, blondynka łapała się za głowę zaglądając do pickupa.
Niby Madox w pierwszym odruchu kazał jej zostać, nawet spojrzał na nią marszcząc brwi, ale kiedy posłała mu to wymowne spojrzenie, kiedy rzuciła to nie ma takiej opcji, to przecież już wiedział, że nie było. Pchnął drzwi, które też się przyblokowały, chyba cały dach beemki był naruszony.
Ja pierdole, czy to się w ogóle wyklepie? Czy auto jeszcze nadawało się do czegokolwiek? A przecież Madox je uwielbiał. Dobrze, że jednak nie wzięli Astona Martina, bo mieliby teraz rozjebany samochód za półtora kafla. A zresztą Noriega go tak jeszcze nie czuł, nie to co BMW, zdołał jakoś zareagować. A tak... Kurwa.
Wysiadł i jeszcze zerknął ponad dachem samochodu na Pickupa, wielkie bydlę, jakby wpierdoliło się w drzwi pasażera, to nie byłoby co zbierać. Nie byłoby szans...
Klatka piersiowa unosiła mu się w szybkim, niespokojnym oddechu, a serce znowu waliło nierówno. Szybciej, wolniej... Szybciej.
Wyciągnął do Pilar rękę i pociągnął ją do siebie, zamknął na moment w swoich ramionach, znowu przytulając do siebie. Pogłaskał jej ciemne, zmierzwione kudły, i dopiero teraz jego palce spoczęły na jej brzuchu, wraz z ciemnym spojrzeniem.
- Trzeba ci to opatrzeć, w samochodzie mam apteczkę - pewnie, że w pierwszej kolejności chciał zająć się nią. Nawet jakby ludzie dookoła umierali, jakby kurwa cały świat płonął, to Pilar była dla niego priorytetem. Ale blondynka przy samochodzie pisnęła, a jego żona już ciągnęła go w tamtym kierunku. Madox ruszył za nią. Dziwnie to wszystko wyglądało, zupełna ciemność i tylko te światła reflektorów oświetlające od dołu twarze, jak z jakiegoś filmu grozy.
Noriega ruszył się do przodu, kiedy jego żona krzyknęła to nie.
- Nie ruszajcie go, może mieć obrażenia wewnętrzne, albo kręgosłupa... - rzucił Madox, jakby się na tym znał. A prawda jest taka, że znał się tyle co nauczył się w akademii policyjnej, albo na jakimś kursie pierwszej pomocy, który zrobił. Ale mężczyźni popatrzyli na niego kiwając głowami, jakby do nich też dotarło, że mieli rację. Noriega obejrzał się jeszcze na dziewczynę, która oznajmiła, że wzywa pomoc, a potem spojrzał na Pilar.
- Nic dziwnego, zobacz co się odjebało - machnął ręką pokazując jej zgaszone miasto - dzwoń ty, jak się dodzwonisz to od razu podaj numer blachy... - chciał Pilar jeszcze przytrzymać dalej od rozwalonego auta, ale sama już ciągnęła go w tym kierunku. Czy oni naprawdę musieli pomagać kolejnej osobie? Mało jeszcze było? Senator, potem Aurelia...
Musieli. Bo kurwa Państwo Noriega byli jakimiś cichymi bohaterami Toronto, ale na plus dla nich działało to, że potrafili zachować zimną krew, nie panikowali, dzielili obowiązki, w takich awaryjnych sytuacjach po prostu się odnajdowali. Umieli działać w chaosie. Teraz też.
Madox wyszedł do przodu, kiedy Pilar sprawdzała głowę poszkodowanego, patrzył na niego ponad jej ramieniem, facet kontaktował, szarpał się, próbował coś powiedzieć, ale był w szoku.
- Dobra... - rzucił Noriega, kiedy jego żona powiedziała, że trzeba to czymś zatamować - zaczekaj, mam apteczkę w samochodzie - miał i to dobrze wyposażoną, bo przecież... akurat Madoxowi mogła się zawsze przydać. Spojrzał jeszcze w ciemne oczy Pilar, nie chciał jej zostawiać, ale przecież odejdzie dwa kroki...
Wyrwał się do BMW, ale nie mógł otworzyć bagażnika, bo był wgnieciony, auto wyglądało źle, a przecież Noriega niedawno odebrał je od mechanika. Musiał dostać się do bagażnika przez tylne siedzenie od strony kierowcy, jeszcze obejrzał się na Pilar.
Kiedy on szukał apteczki, to typ z Pickupa znowu się poruszył.
- Ja pierdole, czy ja umarłem?! - sięgnął do ręki Pani Noriega, zaciskając mocno zakrwawione palce na jej przegubie - tak wygląda piekło? Jest ciemne i umierasz w nim sam? Całą wieczność? - cała akcja trwała dosłownie kilka minut, ale... może dla niego wieczność? Wieczność w myślami, że umiera. Sam. A dookoła panuje po prostu ciemność i jacyś obcy ludzie, którzy czaili się do pomocy. Tylko ona jedna postanowiła cokolwiek zrobić - jesteś aniołem? - patrzył na Pilar wielkimi oczami, po twarzy wciąż spływała mu krew, włosy lepiły mu się do ciała, był młody, może w jej wieku. Może odrobinę starszy, ale to mogła wywnioskować jedynie po tym, że na przednim siedzeniu obok siebie, miał paczkę pampersów i mleka w proszku. Jechał właśnie do domu, jeszcze rozmawiał przez telefon ze swoją żoną, jeszcze zapewniał ją, że za kilka minut będzie w domu i pytał czy kupił dobre mleko dla ich dziecka. Pierwszego, miało zaledwie kilka miesięcy, dlatego oni jeszcze nie byli w tym tacy obcykani. Wciąż świeżo upieczeni rodzice...
- Moja żona... mój telefon leży gdzieś tutaj - facet chciał sięgnąć do siedzenia, ale mu się nie udało.
- Pilar mam! - wrócił Madox z apteczką, już po drodze ją rozpinał, wyjmował z niej bandaże i gazy - czekaj, odsuń się - przesunął swoją żonę, jeszcze musnął palcami jej odkryty bok - ty następna - zapewnił ją i już wyjmował kilka gaz, żeby przyłożyć je w miejscu krwawienia, docisnąć do rany. Pani Noriega mogła za to zauważyć telefon mężczyzny, który leżał na podłodze Pickupa po stronie pasażera, przy siedzeniu na którym leżały pampersy i mleka w proszku. Tylko czy zdoła do niego sięgnąć? Rozmowa na wyświetlaczu wciąż trwała.
Madox za to owijał już bandażem głowę faceta, gazy przesiąkały krwią, ale przynajmniej nie płynęła mu już po twarzy.
- Czekaj... możesz ruszyć rękami - Noriega pochylił się do gościa, a ten podniósł dłoń, czyli mógł - nogami? - tymi też delikatnie poruszył - okej, co cię boli? Wiesz jak się nazywasz? - zapytał Madox i sięgnął do kolesia. Może i Noriega nie miał żadnego wykształcenia medycznego, ale... tak często brał udział w takich akcjach, że gdyby wyjebali go z policji, to pewnie z powodzeniem mógłby się przesiąść do karetki.
- Głowa... i noga. Jestem Ben - Madox spuścił wzrok na nogę faceta, była przygnieciona, nie dało się nawet ocenić w jakim była stanie. Równie dobrze mogła być... zmiażdżona, ale kurwa w tej chwili nie mogli z tym nic zrobić, bo przygniotły ją elementy deski rozdzielczej. I tak mężczyzna miał sporo szczęścia, że go nie zgniotło, pewnie dlatego, że jechał takim porządnym wozem.
- Okej, spokojnie Ben, wszystko będzie dobrze... - zapewnił go Madox.
W międzyczasie dziewczyna, która dzwoniła po pomoc odezwała się, że ma na lini dyspozytora. Madox rozejrzał się za Pilar, żeby przejęła słuchawkę, ale zniknęła mu z pola widzenia. Kurwa. Dobra, wychwycił ją spojrzeniem, ale sam wziął słuchawkę. Podyktował numer swojej blachy. Rzadko to robił, ale jak go sprawdzą, to przecież będą mieli, że jest funkcjonariuszem na służbie. Na wiecznej służbie.
- Mamy tutaj wypadek, jeden poszkodowany, ciężko, oddycha, jest przytomny, obrażenia głowy, szybko traci krew... - nawijał do słuchawki, żeby nakreślić sytuację, wszystko co niezbędne, żeby wiedzieli, że muszą przysłać pogotowie, ale też straż, żeby faceta w ogóle wyjąć z auta.
¿eres un ángel? 🪽་༘࿐