Strona 1 z 1
before i'm alone
: śr gru 10, 2025 11:10 pm
autor: zanna morán
Zaprzestała coraz bardziej sfrustrowanych prób zapięcia kurtki, kiedy światło latarni ponownie przysłoniła jej męska sylwetka. Skupiła wciąż trochę nieobecne spojrzenie na detektywie, powoli analizując intencje związane z wyciągniętymi ku niej rękami, po czym skinęła lekko głową. Mogła przyjąć pomoc ten jeden raz. Jej ręce w ogóle nie chciały z nią współpracować.
Poruszyła się lekko, czując ciepło dłoni detektywa na własnych. To ciepło umysł kobiety zarejestrował jako miłe. Jako potrzebne. Dotyk trwał jednak zbyt krótko, by za myślą podążyła akcja – nie znalazła w sobie na tyle siły woli, żeby go przedłużyć. Stała więc spokojnie, choć jej umysł miotał się w burzy, której nie potrafiła zrozumieć i odpowiednio na nią zareagować. Mur, który wzrósł pomiędzy nią a rzeczywistością, odgrodził ją także od własnych myśli.
Żelazna obręcz, zaciskająca się bezlitośnie wokół jej klatki piersiowej, utrudniała oddychanie i Zannę było stać jedynie na krótkie, płytkie oddechy. Ręce nie chciały przestać się trząść, a serce biło tak mocno, że podeszło chyba już do gardła. Potrafiła tylko rejestrować te fakty, ale nie była w stanie skupić się na nich na tyle, by jakoś im przeciwdziałać. Przerastało to ją, tak jak prawie przerosło ją pokonanie stosunkowo niedużej odległości do samochodu Maddena – nogi miała już nie tyle co sztywne, co dziwnie miękkie, jakby chodziła po wielkiej chmurze, na której każdemu krokowi brakowało stabilnego oparcia, a to groziło rychłemu upadkowi. Na szczęście udało jej się dojść do samochodu policjanta bez bliskiego spotkania z zimnym betonem. Drzwi już jednak nie dała rady sama otworzyć i musiała znów czekać na pomoc detektywa.
Podróż – pomijając moment wymamrotania swojego adresu – spędziła w zupełnej ciszy. Skuliła się na fotelu, opierając głowę o zimną szybę. Pozbawionym skupienia wzrokiem prześlizgiwała się po widokach za oknem i nawet nie zauważyła, kiedy budynki za szybą stały się znajome, a samochód stanął pod jej blokiem. Z największym trudem wygramoliła się z pojazdu, chwiejnym krokiem zmierzając w stronę drzwi na klatkę schodową. Ręce Zanny nie chciały przestać się trząść, uniemożliwiając nawet wpisanie kodu, dlatego też bezceremonialnie wcisnęła policjantowi swoją torebkę.
– Klucze – poinformowała go słabo, ponieważ słowa ledwo przechodziły przez jej ściśnięte gardło. W windzie od razu oparła się ciężko o ścianę, mrucząc tylko pod nosem numer piętra. Przymknęła oczy, usiłując się skupić już tylko na fakcie, że za chwilę będzie w swoim mieszkaniu, za chwilę będzie bezpieczna. Nie dosięgną jej tam ani Rosjanie, ani Lippi, ani Santiago. Przynajmniej nie dzisiaj.
Znajdując się już w środku własnego lokum, pierwsze, co zrobiła, to oparła się plecami o ścianę przedpokoju, czekając, aż jej umysł zarejestruje, że znajdowała się w miejscu, gdzie nie musiała się obawiać napaści. Znajomy zapach – głównie środków czystości – powinien ją uspokoić, przynieść ukojenie, sprawić, że wreszcie będzie mogła odetchnąć pełną piersią, bo do tej pory żelazna obręcz wokół jej klatki piersiowej nie chciała puścić.
Nic takiego nie miało jednak miejsca.
Rzeczywistość bez ostrzeżenia zwaliła się jej na głowę. To, co umysł kobiety usiłował do tej pory blokować, uderzyło w nią z siłą nadjeżdżającego pociągu, wypychając z płuc całe powietrze. A jego nowej porcji nie była w stanie nabrać, nawet pomimo usilnych starań. Zanna oddychała szybko, desperacko pragnąc wpuścić tlen do płuc, ale oddechy zwyczajnie przestały spełniać swoją rolę. Albo to wokoło zabrakło tlenu, bo świat nagle bardzo, bardzo się skurczył. Zakręciło się jej w głowie, a kolana chyba ostatecznie utraciły stabiliność, bo poczuła, jak osuwa się po ścianie w dół. Jednocześnie nie przestała próbować zaczerpnąć powietrza, przekonana przez szalejącą w jej umyśle panikę, że następny oddech z pewnością będzie tym, który ją uratuje. Albo następny. Jeszcze jeden po nim. Z pewnością kolejny.
Przez mroczki przed oczami nie potrafiła skupić wzroku w jednym miejscu.
Rhys Madden
before i'm alone
: sob gru 20, 2025 12:24 am
autor: Rhys Madden
Od początku zastanawiał się, jak dużą częścią tego świata była Suzanna Morán.
To nie tak, że kiedykolwiek przyznałby to głośno - przed sobą, czy, boże broń, przed nią. Przekonanie, że wszyscy w Mimmo's do pewnego stopnia mieli brudne ręce skutecznie usuwało możliwość całkowitej niewinności. Gdy po raz pierwszy obrzucił ją spojrzeniem, jej przebiegły wyraz twarzy i złośliwy uśmieszek, założył od razu to, co najgorsze - była kurierem Lippi'ego, musiała doświadczać jego przemocy i całkowicie ją akceptować. Dopiero z czasem, dostrzegając przebłyski - odrazę na jej twarzy, rozładowywanie sytuacji, luźne ubrania i tkwienie w cieniu po drugiej stronie lady - jego ocena dziewczyny zaczynała się przekształcać. W miejscach, w których wcześniej były wyłącznie ostre kąty, nagle zjawiały się miękkości.
A on do końca nie chciał przyjmować ich do wiadomości.
Powierzchownie, nie chciał tego robić z czystego egoizmu. Myśl, że dziewczyna mogła nie wiedzieć, w jakie bagno się wpakowała, że to wszystko zdecydowanie ją przerastało wzbudzała w nim głęboko zakorzenione i wciąż niewyplenione poczucie, że musi coś zrobić. Zmuszało go do przejmowania się - a przynajmniej tę jego cząstkę, która zwykle nie wychylała się w Mimmo's i jego okolicach, zdeptaną przez Lippi'ego i podtrzymywaną w błocie z własnej potrzeby przetrwania.
Gdzieś w głębi chowało się jednak coś innego - coś znacznie bardziej niebezpiecznego.
To, w jaki sposób podchwytywała jego wzrok - nie, w jaki sposób to jego wzrok mknął w stronę kobiecego spojrzenia gdy tylko przykre obowiązki niosły go do Mimmo's. To, w jaki dostrzegał kolor jej tęczówek, zauważał sposób, w jaki wiązała włosy, wyczuwał nerwowość, załamania w idealnej fasadzie, którą budowała wokół siebie.
To, że w ogóle tę fasadę zauważał zamiast kupować kłamstwo gdy prawda była dla niego niebezpieczna nierozsądna.
Gdy jego dłonie zacisnęły się na skórzanym obiciu kierownicy, a pojazd zamruczał brzmieniem wiekowego silnika, rozsądek rozpoczął tworzenie pragmatycznego planu. Zamierzał zapytać ją o adres - przecież nie przyznałby się, że sprawdził go kiedyś w jej aktach. Gdy zamiast tego w aucie trwało milczenie, zadecydował, że bez słowa odwiezie ją przed jej blok i zatrzyma się, pozwalając, by wysiadła.
Wtedy jednak dostrzegł jej nieobecne spojrzenie, odruchowo gasząc silnik. Otworzył drzwi, wychodząc na zewnątrz, na zimne, kłujące powietrze i obszedł pojazd, otwierając drugie przed nią.
Rozsądek wrzeszczał coraz głośniej, każąc mu doprowadzić ją do klatki. Wcisnąć w dłoń torebkę, do której kazała mu zajrzeć. Wyciągnąć dla niej klucz i odwrócić się, wracając do samochodu.
Jego wrzask przekształcił się w głuche dudnienie gdy stanął w drzwiach jej mieszkania, patrząc, jak jej ciałem ogarnął dreszcz gdy weszła do środka przedpokoju. Resztki jego przekonania, że dziewczyna doświadczyła wieczorów takich jak ten wcześniej, roztrzaskała się wraz z nią, powoli osuwającą na ziemię.
- Oddychaj - jego głos zabrzmiał obco, ochryple gdy wsunął się do środka jej mieszkania. Do jego nozdrzy dotarł zapach, mieszanka środków czystości, używanych przez nią perfum, płynu do prania. Świat zapachniał nią.
Zamknął drzwi wyjściowe, zbliżając się do kobiety powoli, ostrożnie - ale czując, że nie powinna zostawać w tej chwili sama. Nie chcąc jej samej zostawiać.
- Powoli - dodał, w pierwszym odruchu rozglądając się w poszukiwaniu czegoś, kogoś, kto mógłby wyjść im na spotkanie. Przykucnął przy kobiecie, ostentacyjnie biorąc głęboki wdech. - Powtarzaj za mną.
Oddychaj.
zanna morán
before i'm alone
: czw sty 01, 2026 11:25 pm
autor: zanna morán
Czuła się jak ryba wyciągnięta z wody: choć z całych sił starała się nabrać powietrza do ust, łapczywie i uparcie próbując go zaczerpnąć chociaż trochę, ono zdawało się nie spełniać swojej podstawowej funkcji – nie dostarczało potrzebnego tlenu. Żadna ilość oddechów nie była wystarczająca, żaden nie przynosił ulgi, a to wcale nie pomagało ogarniającej ją panice – umysł nie chciał skupić się na tym, żeby jej pomóc, jeśli już, czuła, że tylko ją pogrążał. Uścisk w klatce piersiowej tylko się zwiększył, a mroczki przed oczami niebezpiecznie zagęściły; niemal słyszała słodki szept ciemności, powoli owijającej wokół niej swoje ramiona, żeby już więcej nie walczyła, żeby się poddała, bo tylko to przyniesie jej ulgę.
Ale wtedy do uszu Zanny dobiegł inny głos, męski.
Oddychaj.
Brzmiał dość odlegle i żądał strasznie głupiej rzeczy, bo oddychanie to przecież jedyna rzecz, na której próbowała się obecnie skupić, ale jednak przebił się przez ciemną mgłę, która owinęła się wokół niej jak kokon, odgradzając ją od rzeczywistości. I rozpoznała ten głos.
Madden.
Powoli. Powtarzaj za mną.
Łatwo było powiedzieć. P o w o l i zupełnie z nią nie współgrało. Jak miała oddychać powoli, kiedy jej płuca wręcz krzyczały o dawkę tlenu, którą ona tak desperacko starała się dostarczyć? Potrzebowała to zrobić s z y b k o, inaczej niechybnie lada moment ta nierówna walka pozbawi ją przytomności. A wtedy stanie się tak nieznośnie bezbronna.
Powoli.
Madden brzmiał stanowczo. Może jednak “powoli” będzie lepsze? Może “powoli” zmieni reguły gry, skoro “szybko” nie dawało żadnych rezultatów? Może tym razem powinna posłuchać rady innej osoby? Szczególnie, że detektyw tu z nią był, nie wrócił od razu do Lippiego, tylko wszedł za nią do góry, o co go przecież nie prosiła. Albo nie pamiętała, że to zrobiła.
Powoli.
No dobrze.
Drżącą ręką chwyciła krawędź jego kurtki, by po chwili ułożyć dłoń na klatce piersiowej policjanta. Jej umysł bardzo starał się zamknąć ją w chłodzie i ciemności, dlatego potrzebowała czegoś zupełnie odwrotnego – ciepło bijące z ciała mężczyzny było nieporównywalnie lepsze od otaczającego ją zewsząd zimna. Potrzebowała uziemienia.
Bezpośredni kontakt z klatką piersiową Maddena pomógł Zannie zakotwiczyć się w teraźniejszości. Pomógł też wyczuć tempo i głębokość oddechów, jakie powinna nabierać i choć spanikowany umysł kazał jej wziąć to za bzdury, resztki zdrowego rozsądku podpowiadały Morán, że detektyw miał rację. Dlatego powoli starała się odejść od przepaści, nad którą zaprowadził ją strach; stopniowo zaczynała oddychać w dłuższych odstępach czasowych, stopniowo nabierała coraz więcej powietrza do płuc. Zdawało jej się, że minęły wieki, zanim wiedziona głębokim, spokojnym głosem Maddena odetchnęła pełną piersią, choć w dalszym ciągu drżąco. Mroczki zniknęły i rzeczywistość znów nabrała ostrych krawędzi, ale jednocześnie poczuła, że opadła ze wszelkich sił.
– Pomożesz mi wstać? – zapytała dość słabo, zerkając kątem oka na policjanta. Zsunęła dłoń z jego klatki piersiowej, po czym położyła na swoim udzie i dopiero wtedy zauważyła, że sukienka podwinęła się jej zdecydowanie zbyt wysoko. Zacisnęła wargi. – Lippi nie będzie zadowolony, że tak długo cię nie ma – dodała cicho, jednocześnie wskazując krótkim ruchem głowy, że chciałaby przejść do kuchni.
Rhys Madden
before i'm alone
: pt sty 02, 2026 3:42 pm
autor: Rhys Madden
Oddech Morán gnał do przodu, jak gdyby chciał sprostać temu jak szybko wszystko się zmieniło. Raz za razem, jej klatka piersiowa unosiła się w górę i w dół, w desperackiej potrzebie dostarczenia płucom tlenu, którego nie były w stanie przetworzyć.
Przeszkadzały im w tym natrętne myśli.
Oddychając wraz z nią, czuł unoszące się w powietrzu napięcie - ale wraz z nim, w głębi jego umysłu majaczyły niezdefiniowane emocje. Zbliżenie się do kobiety, próba odwrócenia jej uwagi uświadomiła mu jak wiele czasu minęło odkąd ostatnim razem miał okazję komuś pomóc.
Od czasu awansu na detektywa jego praca zwykle nie polegała na zapobieganiu. Pojawiał się na miejscu zdarzenia gdy było po wszystkim - gdy denatowi leżącemu na ziemi było już wszystko jedno, czy Madden doprowadzi sprawę do końca, czy nie. Seryjni mordercy należeli bardziej do wielkich ekranów, pasjonujących historii i mocnego kina niż do przeciętnej rzeczywistości w Toronto. Zamknięcie osoby odpowiedzialnej nie wiązało się zawsze z uratowaniem kogoś innego. Na swój sposób, Madden wyrywał jedynie chwasty, podczas gdy inne wyrastały w różnych miejscach w tej samej chwili.
W Mimmo's nawet nie próbował ich wyrywać - jedynie pomagał im się rozprzestrzeniać.
Nie oczekiwał wdzięczności gdy przykucnął przy wstrząśniętej dziewczynie. Nie zrobił tego nawet do końca świadomie, jakby zostanie tutaj, z nią, wydawało się podszeptem instynktu bardziej, niż racjonalną logiką podpowiadającą mu kolejność działania. W końcu tak, Lippi życzył sobie, żeby wrócił do baru, a zostawienie Morán samej sobie prawdopodobnie nie zmieniłoby niczego w jego życiu - dziewczyna wyglądała na taką, która radziła sobie z sytuacjami tego typu na swój własny, niekoniecznie destrukcyjny sposób.
A jednak zostawienie jej tutaj nie przechodziło mu nawet przez myśl.
Gdy jej dłoń spoczęła na jego klatce piersiowej, jakiś inny odruch, stary, zaspany, z ociąganiem skierował jego własną na spotkanie. Musnął kciukiem jej gładką skórę, raz, drugi, jakby licząc, że ten ruch - podobnie jak oddech - ugruntuje ją z powrotem w rzeczywistości.
Gdy dostrzegł, jak świadomość jego obecności i sytuacji wokół nich powoli wraca do jej spojrzenia, on sam odetchnął lekko.
Jego wzrok ześlizgnął się po błyszczącym materiale jej czarnej sukienki, docierając do odkrytej przez niego, satynowej skóry. Jej widok tchnął inny rodzaj napięcia w jego ciało, za co skarcił się w myślach, wyciągając do niej rękę i w ciszy pomagając jej wstać.
- Lippi może poczekać - mruknął wzgardliwie, gdy samo wspomnienie mężczyzny wywołało w nim złość. - To wszystko i tak jest z jego pieprzonej winy.
Zlustrował sylwetkę kobiety, odruchowo sprawdzając, czy nie odniosła żadnych obrażeń - wbrew logice, która podpowiadała, że jedynym rannym był już nieżyjący Rosjanin. Gdy jego wzrok dotarł do jego nóg, zmarszczył brwi na widok kilku, niepozornych ciemnych kropel zaschniętych na jej skórze.
Odprysku krwi upadającego denata.
- Prysznic dobrze ci zrobi - rozpoczął dyplomatycznie, rozglądając się za drzwiami prowadzącymi do łazienki. - Powinnaś też coś zjeść.
zanna morán
before i'm alone
: wt sty 13, 2026 10:21 pm
autor: zanna morán
Rzeczywistość wróciła powoli. Przyszła wraz ze słabością mięśni, lekkimi zawrotami głowy i przenikliwym zimnem, które odczuwała, nawet jeśli teoretycznie znajdowała się w swoim ciepłym mieszkaniu.
Zanna zadrżała, pozwalając sobie na przymknięcie oczu, by ostatecznie po kilku przedłużających się sekundach zebrać się w sobie i na nowo stawić czoło światu. Bez specjalnego żalu pożegnała się z ciemnością, która rozmyła się dość niechętnie – Morán miała poczucie, że nie opuściła jej tak zupełnie i prawdopodobnie nie opuści dzisiaj w ogóle, ale przynajmniej chwilowo zmieniła się w mniej groźny, czyhający gdzieś za nią cień. Nie był to pierwszy atak paniki, jaki przeżyła, ale dawno żaden nie uderzył w nią z siłą tak wielką, że niemal pozbawił ją przytomności. Ostatni spowodowała świadomość, że Mancini będzie stosunkowo częstym gościem Mimmo’s – wtedy prawie całą noc spędziła na podłodze w łazience, ale już od następnego dnia systematycznie budowała w sobie odporność na jego obecność. Nie była ona jakaś imponująca, jednak na dzień dzisiejszy wystarczyła, żeby bez większych problemów (tj. dramatycznego omdlewania) mogła znieść nawet momenty, w których Santiago postanawiał trochę zabawić się jej kosztem.
Wtedy jednak nie miała przy sobie nikogo, kto pomógłby jej się uspokoić. Madden okazał się być niespodziewaną zmienną i Zanna, przyzwyczajona do radzenia sobie w pojedynkę, nie do końca wiedziała, jak ma się wobec niego zachować. Nie był przyjacielem – w dalszym ciągu nie zdecydowała, jak bardzo może mu zaufać – ale zdecydowanie nie był też wrogiem. Kimś pomiędzy. Ostrożnym sprzymierzeńcem?
Wciąż czuła ciepło jego dłoni na swojej, wciąż czuła jak kciukiem gładził jej wierzch – dziwny, delikatny gest, którego się po nim nie spodziewała. Pewnie dlatego posłała mu nieokreślone spojrzenie, kiedy już z jego pomocą stanęła na nogi.
– Masz odwagę mu się stawiać nawet po czymś takim? – wymruczała, stawiając chwiejne kroki w stronę drzwi znajdujących się dokładnie naprzeciwko wejścia do mieszkania. Odgłos wystrzału ponownie rozbrzmiał w jej uszach, podobnie jak podążający tuż za nim głuchy odgłos upadającego ciała, ale chwilowo wygoniła je z umysłu potrząśnięciem głowy. Uchyliła drzwi (za nimi kryła się łazienka) tylko po to, by ściągnąć z wiszącego na nich haczyka szlafrok. Owinęła się nim dość ślamazarnie, ale ukrycie się pod nim sprawiło, że poczuła się nieznacznie lepiej. I cieplej. Na prysznic na razie się nie zdecydowała, gdyż nie ufała swojemu ciału, że osłabienie nie zwali jej z nóg w jego trakcie. – Później – odparła więc tylko, ruszając w stronę kuchni. – Skoro taki z ciebie buntownik, to może masz ochotę na herbatę? Albo kawę? – zapytała po chwili, bo sama potrzebowała kubka gorącego naparu, zanim zabierze się za cokolwiek innego. Herbata powinna też przegnać to zimno, które cały czas odczuwała. Nie czekając na odpowiedź, wyciągnęła dwa kubki i włączyła elektryczny czajnik, po czym odwróciła się w stronę detektywa. Trochę ją zdziwiło, że próbowała raczej policjanta zatrzymać u siebie w mieszkaniu niż go wygonić. Mieszkanie może i nie było największe, ale na przestrzeni lat zrobiła wszystko, by zrobić z niego własne sanktuarium i jedyne miejsce, w którym czuła się naprawdę bezpiecznie. Z tego powodu bardzo selektywnie podchodziła do tego, kogo tu zapraszała, preferując jednak zupełny brak gości, ale kiedy tak patrzyła na rosłą sylwetkę Maddena w swojej własnej kuchni, doszła do wniosku, że nie przeszkadza jej jego obecność.
– Zamknąłeś za sobą drzwi? – zapytała, ale sama ruszyła w stronę drzwi wejściowych jeszcze zanim wypowiedziała wszystkie słowa. Pewnie nie zamknął, bo tuż po wejściu zajął się jej atakiem paniki, a Zanna nie potrafiła odzyskać spokoju, dopóki przynajmniej dwa zamki (z czterech) i łańcuch nie chroniły drzwi. Zawsze istniała możliwość, że ktoś pojechał za nimi samochodem i wejdzie niepostrzeżenie, kiedy oni siedzieli w kuchni. A potem, kto wie, może ukryje się gdzie w salonie i poczeka, aż detektyw sobie pójdzie? Nie mogła do tego dopuścić.
Rhys Madden
before i'm alone
: czw sty 15, 2026 1:14 pm
autor: Rhys Madden
Wraz z hukiem wystrzału, z jego umysłu jakby uciekły resztki racjonalnego myślenia. Mieszkanie Morán owinęło się wokół nich jak nieoczekiwana przystań - tak zresztą podobna do jego własnej. W jego czterech ścianach w Parkdale poszukiwał samotności i ukojenia zarówno wtedy, gdy dzień w pracy okazywał się ciężki, jak i kiedy przytłaczało go to, co wydarzało się po niej.
Coś mu podpowiadało, że i dla niej to miejsce było istotne.
Ignorując chłód, który musnął jego skórę gdy wysunęła z jego dłoni własną, rozejrzał się wokół. Mieszkanie kobiety nie było specjalnie ekstrawaganckie, nie wydawało się stworzone na pokaz, dla zapraszanych przez nią gości. Było czyste, być może za bardzo, jakby wyładowywała część swoich negatywnych emocji upewniając się, że w jej domowym zaciszu było schludnie. Przede wszystkim jednak było przytulne.
Coś, czego nie można było powiedzieć o tym należącym do niego.
- Mam większą wartość żywy niż martwy - odrzucił krótko, wsuwając dłonie do kieszeni kurtki - teraz, gdy nagle nie wiedział, co z nimi zrobić. Jego słowa zabrzmiały prozaicznie, krótko, nie brzmiała w nich żadna, głębsza emocja. Zwykły fakt, wypowiedziany przez pragmatyczny umysł. - Martwy glina przysporzyłby mu niepotrzebnych problemów.
Jego odpowiedź - choć nie była kłamstwem - jednocześnie nie była do końca prawdą. W jego zachowaniu i podejściu do Lippi'ego nie było analitycznego myślenia, nie było ostrożnego zatrzymywania się przed dostrzeżoną przez siebie granicą. Racjonalnie wiedział, że Lippi miał do niego więcej cierpliwości niż do innych właśnie przez fakt jego przydatności - oraz potencjalnych konsekwencji zamordowania stróża prawa, który z pewnością zabezpieczył się jakoś przed taką ewentualnością.
Prawda była taka, że Madden był zwyczajnie lekkomyślny. W jego naruszaniu granic, testowaniu znienawidzonego gangstera było więcej autodestrukcyjnych przyzwyczajeń niż zimnej kalkulacji.
- Buntownik? - powtórzył za nią pod nosem cichym prychnięciem, obserwując, jak owinięta szczelnie w szlafrok przechodzi do kuchni. Bezwiednie ruszył za nią, ciesząc się ze stoickiego telefonu w jego kieszeni, który jeszcze nie zawibrował ponaglaniami. Lippi najwyraźniej jeszcze nie skończył. - Kawa - potwierdził, odruchowo, choć przecież nie został z a p r o s z o n y, a jedynie wsunął się za nią do mieszkania w wyrazie troski, o którą sam siebie by nie podejrzewał - ba! Którą usiłował w sobie zdusić. - Poproszę - dodał, wyciągając z czeluści swojego serca odrobinę kultury osobistej.
Skrzyżował ramiona na klatce piersiowej, opierając się bokiem o framugę drzwi prowadzących do kuchni. Obserwował ją, gdy wyminęła go, ruszając z powrotem do przedpokoju. Nie umknęła mu również absurdalna ilość zamków zamontowanych na frontowych drzwiach.
Podpowiedziała mu, że Morán nie czuła się tak pewnie w ich nocnym życiu, jakie sprawiała wrażenie.
- Zrobił to specjalnie - powiedział krótko, gdy ruszyła z powrotem do kuchni, zrównując się z nim stojącym w przejściu. - Twoja obowiązkowa zmiana w barze, krótka sukienka, zachęcanie gości.
W jego trzewiach pojawiły się iskierki złości, migoczące w chłodnym spojrzeniu.
- Byłaś prowokacją.
zanna morán