Strona 1 z 1

#4 ho ho ho... or something like that

: ndz gru 14, 2025 3:32 pm
autor: Dante Levasseur
#002
Czy choćby przez chwilę przeszło mu przez myśl, że niezapowiedziane wizyty u kogoś przestały być uważane za kompletnie naturalne zjawisko mniej więcej w tym samym momencie, gdy w powszechnym użyciu zaczęły być telefony komórkowe?
Być może.
Niespecjalnie jednak zamierzał się tym przejmować. Zresztą, na swoje usprawiedliwienie mógłby stwierdzić, że przecież wysłał wcześniej Ericowi wiadomość. Jakieś pół godziny przed tym, zanim uznał, że zamiast czekać na odpowiedź, mógł się przecież do niego przejść. Bo jednak cierpliwość nigdy nie należała do jego najmocniejszych stron – i raczej nic nie wskazywało na to, by miało się to kiedykolwiek zmienić.
A jeśli Stones nie zamierzał przyjmować niezapowiedzianych gości… najpewniej powinien pomyśleć o zmianie adresu. Przeprowadzka do innej dzielnicy powinna w jakimś stopniu pomóc i skutkować choćby tym, że Dante mógłby w takim wypadku dojść do wniosku, że tak samo jak nie chciało mu się czekać na odpowiedź zbyt długo, tak samo nie chciało mu się fatygować na drugi koniec miasta. Choć pewnie i tak nie wykluczałoby to ryzyka całkowicie…
Lepiej żebyś był w domu, Stones, nie zamierzam sobie odmrażać tyłka na darmo… – oznajmił drzwiom, kiedy już dotarł pod te odpowiednie i zapukał. Mniej więcej pół sekundy przed tym, zanim zdecydował, że również tym razem nie zamierza czekać i że nie ma przecież absolutnie nic niewłaściwego w bezceremonialnym wpakowaniu się komuś do domu. Bez zbędnego zastanowienia nacisnął klamkę, z nieznacznym tylko zaskoczeniem przyjmując fakt, że drzwi były otwarte.
I naucz się zamykać drzwi – rzucił tym razem w przestrzeń, na moment zatrzymując się tuż za progiem i kalkulując, w którą stronę powinien się skierować. – Wiesz, że w całym tym okołoświątecznym dzieleniu się dobrem niekoniecznie chodzi akurat o to, żeby zapraszać do siebie włamywaczy z całej okolicy i pozwalać im na wyniesienie połowy domu…?
Przynajmniej zamiast kręcić się po cudzym domu, odczekał tych kilka chwil na jakąkolwiek odpowiedź, by ostatecznie pójść tam, skąd miałby dotrzeć do niego głos Erica. O ile ci wspomniani włamywacze nie zdążyli go już odwiedzić i nie okazali się przy okazji jakimiś chorymi psycholami, którzy mieliby przy okazji pozbyć się ewentualnych świadków włamania. W takim wypadku Dante musiałby poszukać sobie nowego kumpla…
Odpisywać na wiadomości też mógłbyś się nauczyć – rzucił jeszcze, choć zdecydowanie więcej było w tym rozbawienia niż jakichkolwiek pretensji. Zwłaszcza, że wypowiadając te słowa, uniósł jednocześnie rękę, dokonując wymownej prezentacji przyniesionej ze sobą whisky. Przynajmniej więc nikt nie mógł zarzucić mu, że nie tylko pakował się do kogoś nieproszony, ale w dodatku przychodził z pustymi rękoma. Najwyraźniej chociaż pod tym względem jakieś szczątkowe wychowanie nie zawiodło aż tak bardzo…

Eric Stones

#4 ho ho ho... or something like that

: ndz gru 14, 2025 9:31 pm
autor: Eric Stones
#18

Poprzedni wieczór nie różnił się jakoś szczególnie od... kilku? Może już nawet kilkunastu poprzednich, a ponieważ następnego dnia nie szedł do pracy, popił... trochę więcej niż normalnie. Pamiętał tylko, że wracał taksówką, walczył z zamkiem bo miał problem z włożeniem klucza i ostatecznie zasnął na kanapie (nie, nie przebrał się ani nie ściągnął ciuchów) w salonie - bo do sypialni miał zbyt daleko (dokładniej były to następne drzwi). Śniło mu się, że leżał sobie na plaży w Hiszpanii lub Brazylii (ostatecznie Meksyku), jednocześnie gadając z jakimiś ludźmi. Po jakimś czasie, plaża zmieniła się w kasyno, a obok niego siedziały bardzo ładne panie. Grał w ruletkę i los mu nie sprzyjał, dlatego nim się obejrzał, został przy stole sam, a kilka sekund później, stał przed budynkiem bez ubrań. Miał ochotę krzyczeć, lecz nie mógł. Zaczął więc walić pięściami o drzwi, lecz nagle drzwi zmieniły się w człowieka. Dopiero po chwili zrozumiał, że bije... kogoś z kim pracował. I kto był wyżej od niego. Obudził się, gdy druga strona postanowiła mu oddać. Dotknął swojej twarzy i dotarło do niego, że bolał go policzek. Sam nie był pewien, czy to od upadku, przywaleniu w latarnię czy może z kimś się bił. Westchnął, czując ból głowy, światłowstręt i chęci by wypić wodę. Zaczął więc od rolet, zasłaniając każde okno w salonie, a następnie poszedł po butelkę wody, tabletki przeciwbólowe i okulary przeciwsłoneczne - w międzyczasie, odwiedził także łazienkę, bo jeszcze trochę i mogłoby dojść do katastrofy, której wstydziłby się chyba do końca swoich dni.
Właśnie popijał drugą tabletkę, gdy usłyszał znajmy głos. To miało być.... o chusteczka! pomyślał, krztusząc się, bo faktycznie, na dzisiaj przypadało spotkanie z przyjacielem.
- Tu.... jestem. - powiedział, starając by wybrzmiało to z jego ust na tyle głośno, na ile tylko mógł, między kaszlnięciami. Normalnie byłby dobrym gospodarzem i sam wyszedł by powitać gościa, lecz słysząc o telefonie, zaczął myśleć, gdzie aktualnie mógł się znajdować. Sprawdził kieszenie spodni Nie ma. Zsunął swój odwłok z kanapy i sięgnął do kurtki. Nie ma. W międzyczasie, zakrztuszenie przeszło.
- Ja... nie wiem gdzie zostawiłem telefon. - wyjaśnił, chcąc tym sposobem wytłumaczyć brak responsywności.
- Nalać Ci od razu czy schłodzić? W ogóle chcesz coś zjeść? - spytał a oczy mu pod okularami zaświeciły, gdy zauważył butelkę alkoholu.
Nie pamiętając zawartości lodówki, poszedł ją sprawdzić i tam go zobaczył.
- Ej, nie uwierzysz gdzie zostawiłem telefon. - odparł, parskając krótkim śmiechem, bo nieco go to nawet rozbawiło - mniej bawiła go zbita szybka na dole ekranu i rozładowana bateria. Zaraz po sprawdzeniu lodówki, otworzył szafkę, gdzie trzymał przekąski oraz zupki instant. Wyciągnął z niej chipsy paprykowe oraz krakersy, a następnie zaniósł na stolik w salonie. Przy okazji też podpiął telefon do ładowania. Gestem wskazał przyjacielowi, by śmiało się częstował.
- No, to co tam u Ciebie? - zapytał jak gdyby nigdy nic z uśmiechem na twarzy. Tak jakby wcale nie miał kaca. Ani sinego policzka.

Dante Levasseur

#4 ho ho ho... or something like that

: pn gru 15, 2025 6:58 pm
autor: Dante Levasseur
Miał zdecydowanie zbyt duże osobiste doświadczenie z podobnymi sytuacjami, by móc nie zorientować się stosunkowo szybko w tym, z czego wynikał raczej dość kiepski stan kumpla. Półmrok panujący w pomieszczeniu, do którego pokierował go słaby głos mówił sam za siebie. Podobnie jak okulary przeciwsłoneczne na twarzy Erica – sińca i opuchliznę można było chwilowo przemilczeć – oraz ogólny obraz żałości, jaki sobą prezentował.
Najpewniej go przepiłeś, zdarza się najlepszym – chwilowo jednak wszelkie oznaki jakiegokolwiek współczucia musiały zamknąć się w wymownie uniesionych na moment brwiach oraz rozbawionym tonie wypowiedzi. Tego drugiego zresztą nawet nie zamierzał próbować w jakiś sposób maskować. W końcu… kac mógł być przecież zjawiskiem całkiem zabawnym. Jeśli męczył kogoś innego.
Za kogo ty mnie masz, Stones? Nie przynosiłbym ci przecież ciepłego alkoholu… – tym bardziej, że temperatura na zewnątrz również sprzyjała utrzymaniu zawartości butelki schłodzoną. I chociaż pewnie w zastanych okolicznościach Dante powinien wykazać się choćby odrobiną rozsądku i odwieść Erica od otwierania tej nieszczęsnej whisky, to… nie, podobnego rodzaju przedświąteczne cuda nie mogły mieć tutaj miejsca. Nawet, jeśli Levasseur – również z autopsji – doskonale wiedział, jak fatalne skutki miewały zwykle próby leczenia kaca kolejnymi porcjami alkoholu. Zamiast jednak wygłaszać jakieś absurdalne sugestie, że może jednak w obecnej sytuacji powinni poprzestać na kulturalnej herbatce – wątpliwe, by coś podobnego w ogóle przeszło mu przez gardło – rozsiadł się po prostu na kanapie. Krótkim parsknięciem skwitował odnalezienie przez Erica telefonu, by w kolejnej chwili dość sceptycznym spojrzeniem uraczyć zarówno jego, jak i przyniesione przez niego przekąski.
A można byłoby oczekiwać, że skoro pytasz o jedzenie, masz w zanadrzu przynajmniej dwudaniowy obiad… – choć oczywiście o podobne absurdy nie posądzał go ani przez sekundę, nie oznaczało to wcale, że wygłoszoną żartobliwym tonem uszczypliwość miałby sobie tak po prostu odpuścić. Z drugiej strony – chipsami również nie zamierzał gardzić, bez większej zachęty sięgając po ich garść.
Wygląda na to, że nie aż tak ciekawie jak u ciebie – rozbawionym parsknięciem skwitował obraz nędzy i rozpaczy, jaki wciąż uosabiał sobą Eric. – Jak już chlejesz gdzieś beze mnie i dajesz sobie obić mordę, to przynajmniej upewnij się następnym razem, że ktoś to nagra. Taki widok nie może się marnować.
Tyle więc byłoby, jeśli chodziło o taktowne przemilczenie stanu twarzy przyjaciela. Ale przecież można było spodziewać się, że nie pozostanie to zbyt długo bez adekwatnego komentarza. Podobnie zresztą jak całokształt aktualnego stanu Erica. Nawet jeśli miałoby to oznaczać, że ten niestety nie miał póki co doczekać się odpowiedzi na postawione pytanie.
Więc… poza tym, że każda okazja może być dobra, to ta była jakaś szczególna? – nie przypominał sobie, żeby w ostatnich dniach przegapił na przykład urodziny Stonesa, jego własne dopiero się zbliżały – i chyba raczej powinien w nich osobiście uczestniczyć… – prawdopodobnie istniał więc jakiś inny powód, dla którego Eric postanowił doprowadzić się do tego żałosnego stanu. I być może warto było go poznać. Choćby po to, by zdecydować, czy w dalszym ciągu powinien raczyć go pełnymi współczucia uszczypliwościami, czy może jednak wykazać się jakąś odrobiną empatii…

Eric Stones

#4 ho ho ho... or something like that

: wt sty 06, 2026 1:53 am
autor: Eric Stones
W sumie, Eric w takim stanie byłby wręcz znakomitym strachem na wróble. Jeszcze jakby wydawał dźwięki takie, jakie wydawał, gdy lądował na kanapie, to już w ogóle. Kaszel, sapnięcia, westchnienia – cała alkoholowa symfonia. Jedyne, z czym by sobie nie poradził, to stanie przez pewien czas w jednej pozycji. Każdy ruch był wyzwaniem, każdy gest wymagał wysiłku.
- Ej, weź wypluj te słowa. - powiedział Eric, uderzając Dante w ramię - choć coś mu podpowiadało, że przyjaciel mógł mieć rację. Westchnął głośno i przeczesał dłonią włosy, próbując sobie przypomnieć cokolwiek, co było związane oraz mogło go naprowadzić na trop i pomóc w odnalezieniu zguby.
- I to się szanuje Levasseur. - odparł, machając palcem wskazującym. No cóż, jeśli to był dzień by zwalczyć klin klinem... to Stones był na to gotowy. Najwyżej następny dzień przeleży albo prześpi. W sumie wiem co powinienem był wczoraj kupić... przypomniał sobie nagle, bo kilka dni temu, połknął ostatnią tabletkę na kaca. I jasne, następnego dnia kupił nowe opakowanie, lecz mu prawdopodobnie wypadło gdy szedł albo przy płaceniu za hot doga w osiedlowym sklepie (bo w tej samej kieszonce miał portfel, lecz nie kojarzył, by usłyszał charakterystyczny dźwięk, gdy coś ląduje na podłodze - gdyby usłyszał, to na pewno zareagowałby. Może ten kto znalazł, też miał kaca, dlatego nie postanowił ich zwrócić. pomyślał, bo przecież było to możliwe.
- Mogę mieć... znaczy może nie dwa dania ale taką pizzę to bym wszamał. A Ty? Pizza? Kebab? Burger? - spytał, sięgając po krakersy, które zaraz sobie wsadził do buzi. Naprawdę naszła go strraszna ochota na pizzę z szynką i pieczarkami lub serową.
- Lub zawsze mogę nam zalać zupki instant. Mam... głównie rameny ostre i może ze dwa o smaku carbonary. - odparł zgodnie z prawdą - pamiętał, bo kilka chwil wcześniej otwierał szafkę gdzie trzymał przekąski, a obok nich znajdowały się właśnie wspomniane instant rameny. W sumie, ponieważ Eric odczuwał powoli coraz to większy głód, istniało spore prawdopodobieństwo, iż zaleje te zupki.
Stones zmrużył oczy, lecz nie trwało to długo.
- No tak i najlepiej żebym sprawdzał potem, czy wszystko się nagrało, nie? - odparł pół żartem pół serio, wyobrażając sobie taką scenę, w której ma dochodzić do bójki, lecz nagle Eric podchodzi do każdego widza i każe wyciągnąć telefon, a potem sprawdza materiał.
- Wyczuwam, że bardzo mi współczujesz stary. - dodał, posyłając przyjacielowi ironiczny uśmiech.
Usłyszawszy pytanie o powód szaleństwa ostatniej nocy, Eric wziął parę chipsów, jakby chciał tym powiedzieć coś w stylu szkoda gadać.
- Mam wrażenie Dante, jakbym grał w jakimś zjebanym dramacie. Laska do której zacząłem coś czuć, olewa mnie i już raczej nigdy więcej się nie zobaczymy, w pracy popełniłem wpadkę, po której myślałem, że pora szukać nowej pracy ale na szczęście zbyt szybko zacząłem wymyślać czarne scenariusze. No i w ogóle mam wrażenie, że przynajmniej będąc pijanym mam na wszystko wyjebane. - wyjaśnił zgodnie z tym, co i jak uważał.
- Ale no nic, w końcu świat nie kończy się na jednej lasce, nie? - dodał nagle, bo choć sprawa z Mią wciąż go w jakimś stopniu bolała, to powoli zaczynał się z tym godzić. Nikogo na siłę nie będę szukał. Bo nie zajmował się szukaniem ludzi. Nie miał tego wpisanego w swoim CV - pracował w innym zawodzie.


Dante Levasseur

#4 ho ho ho... or something like that

: ndz sty 25, 2026 7:44 pm
autor: Dante Levasseur
Mając przed oczami kogoś w stanie równie tragicznym jak aktualnie Eric, prawdopodobnie powinno się przynajmniej przez moment pomyśleć o tym, że zapijanie kaca było w jego przypadku jedną z najgorszych decyzji, jakie mógłby podjąć. Na nieszczęście Stonesa, Dante był jednak jedną z ostatnich osób, którym podobnie rozsądny pomysł mógłby wpaść do głowy. Tym bardziej, że przyniesiona whisky nie mogła się przecież zmarnować. Bo to wcale nie tak, że równie dobrze można byłoby odstawić ją na inną, być może nieco lepszą okazję – która prędzej czy później i tak powinna nadejść. Nie biorąc jednak pod uwagę tego niedorzecznego rozwiązania, Levasseur podniósł się na moment, by z kuchni przynieść odpowiednie – albo przynajmniej najbliższe odpowiednich – szklanki. Przynajmniej uwzględnił to, że wysłanie po nie Erica mogłoby zakończyć się jego bolesnym zgonem gdzieś pomiędzy kuchnią i salonem. A ponieważ z ciałem wypadałoby później coś zrobić – zakopywanie w zamarzniętej ziemi na pewno nie byłoby łatwym zadaniem – i jeszcze przekonująco wyprzeć się swojego udziału w tym nieszczęśliwym wypadku, lepiej było nie ryzykować.
Choć pewnie za równie ryzykowne posunięcie można byłoby uznać rozlanie alkoholu do szklanek i podsunięcie jednej z nich przyjacielowi. Ale tego już widocznie Dante nie uwzględnił w swoich przewidywaniach.
Pizza. W przeciwieństwie do tych twoich ramenów w proszku przynajmniej brzmi dobrze – wybór był raczej dość oczywisty. Chociaż jednocześnie trudno byłoby dziwić się Ericowi, którego kac najwyraźniej osiągnął już etap przemożnej chęci na cokolwiek. Przy czym im mniej jadalne to cokolwiek miałoby być, tym lepiej.
Krótkim śmiechem skwitował natomiast kolejny komentarz, odnoszący się do ewentualnego nagrania. Jednocześnie nie mogło zabraknąć przytaknięcia, jakby rzeczywiście takie podejście do sprawy było tym całkowicie normalnym i wymaganym.
I to najlepiej z kilku perspektyw, żeby dało się później wybrać najlepsze ujęcie. Wierzę, że następnym razem uda ci się tego dopilnować – pewnie zresztą wcale nie było aż tak bardzo niemożliwe, by znajdując się w odpowiednio nietrzeźwym stanie, Stones mógł sobie tę radę rzeczywiście przypomnieć przy okazji jakiejś pijackiej bójki i zechcieć się do niej zastosować. Pomijając potencjalnie komiczny aspekt takiej sytuacji… mimo wszystko Dante powinien chyba jednak zapamiętać, żeby następnym razem wyjść upodlić się razem z nim. Żeby w razie czego przynajmniej spróbować powstrzymać kumpla przed pogorszeniem sytuacji.
Chociaż… znacznie bardziej prawdopodobny byłby efekt odwrotny…
I nawet jeśli do tej pory faktycznie trudno byłoby posądzać go o jakiekolwiek przejawy współczucia wobec skacowanego przyjaciela, jego dłuższej wypowiedzi wysłuchał już bez zbędnych złośliwości. Za to z lekko ściągniętymi brwiami i pozwalając sobie na pociągnięcie kilku łyków alkoholu, zanim zdecydował się jakoś – nieco już poważniej niż do tej pory – odpowiedzieć.
No jasne, że się nie kończy – wzruszył ramionami, jakby tym samym chciał podkreślić, że było to tak oczywiste, że aż nie było sensu wypowiadać tego na głos. – Tym bardziej skoro cię olewa i macie się więcej nie zobaczyć, to po co się nią w ogóle przejmować? To raczej nie brzmi, jakby wcześniej miało być między wami cokolwiek więcej… Ani jakby było warte wykańczania się przez kaca.
Chwilowo nie odniósł się do wątku związanego z niedoszłą utratą pracy. Wyglądało na to, że ten kryzys faktycznie póki co został zażegnany, a poza tym… Dante raczej nie zaliczał się do grona osób, które powinny wypowiadać się na temat odpowiedzialnego podejścia do pracy – temu zdecydowanie nie dałoby się zaprzeczyć. Z drugiej strony… o zdrowych związkach pewnie też nie powinien się zbyt szeroko wypowiadać, raczej nie mając w nich zbyt wielkiego doświadczenia. Jego własny absolutnie się do takich nie zaliczał i co do tego również nie powinien mieć wątpliwości nikt, kto nieco lepiej znał jego i Ivy.

Eric Stones