something my soul needs
: ndz gru 21, 2025 1:46 am
Kurwa, zaraz chyba się tak zwyczajnie i prostacko zerzyga.
Choć miał ogólną świadomość tego, że leżał we własnym łóżku – sunął dłońmi przez chłodną, jedwabną pościel, a rozszerzone ze strachu oczy wbijał w rozświetlone różnokolorowymi światłami miasto za oknem – jego umysł miotał się niczym złapane w sidła zwierzę, żeby wyrwać się ze szponów dzisiejszego koszmaru.
Nieważne, że znajdował się we własnej sypialni, nieważne, że powietrze teoretycznie powinno mieć subtelnie lawendową woń, ponieważ właśnie takiego olejku użył w swoim nawilżaczu powietrza – nozdrza wciąż miał pełne swądu palonego ciała. Nie miało to żadnego sensu, bowiem nigdy żadnego palonego ciała nie wąchał, ale w tym śnie… w tym śnie stał wśród szalejących wokoło płomieni, a niedaleko niego leżał Jesper, jeszcze żywy, ale tak potwornie, potwornie…
Zerwał się gwałtownym ruchem z łóżka i pobiegł – pomimo nie do końca współpracującego ciała – prosto do łazienki. Choć potknął się na finiszu swojego biegu, udało mu się na czas objąć muszlę klozetową, gdzie, cóż, prostacko opróżnił zawartość swojego żołądka. Nie wiedział, ile spędził tam czasu, ale pod prysznic zawlókł się dopiero wtedy, kiedy jego ciałem przestały wstrząsać torsje, a on uzyskał zadowalającą pewność, że zupełnie wszystko, czym się dzisiaj wieczorem posilił, spływało już kanałami.
Czuł do siebie obrzydzenie. Czuł się pusty, czuł się skalany, czuł się ż a ł o s n y. Wyzuty z wszelkich sił, słaby, mały.
Bardziej niż zwykle.
Choć jego ciało drżało w proteście przed jakimkolwiek ruchem, Émile zdołał wcisnąć się w szare dresowe spodnie i bluzę oraz czarny płaszcz na wierzch, by osłonić się przed chłodem (a także nieodłączną czarną rękawiczkę tylko na lewą dłoń), po czym wyszedł na pogrążone w mroku nocy miasto.
Jako że absolutnie odstręczała go myśl o piciu alkoholu w towarzystwie spoconego i śmierdzącego tanimi perfumami tłumie i nie miał najmniejszej ochoty na wysłuchiwanie na trzeźwo problemów kanadyjskiej biedoty, postanowił, że wybierze się do znacznie spokojniejszego miejsca: do biblioteki uniwersyteckiej. Zbliżała się sesja egzaminacyjna, więc pewnie była otwarta nawet o zbliżającej się powoli czwartej nad ranem.
Niestety, pierwszy problem napotkał już przy wejściu do budynku – nie był studentem U of T już od trzech lat, nie posiadał więc aktywnej karty studenckiej, umożliwiającej mu wejście do środka. Do tej pory radził sobie z tym problemem dzięki ustnej umowie z Daną, dziewczyną, chyba studentką, dyżurującą w nocy: wysyłał jej na biblioteczne konto maila o enigmatycznej treści “już jestem, otwórz” i nigdy nie czekał dłużej niż pięć minut na to aż zejdzie i go wpuści. Ale teraz z jakiegoś powodu już od prawie piętnastu minut stał na zewnątrz. Powoli zaczynało mu być zimno i był osłabiony, ale wzbierająca się w nim irytacja sprawiła, że jakby nabrał nowych sił. Dlatego kiedy już przemknął ukradkiem jak jakiś złodziej za grupką akurat wychodzących studentów (modląc się, żeby nie zainteresowała się nim ochrona, bo przez to, że pewnie wyglądał, jakby był trzy kroki od śmierci, mogli go wziąć za jakiegoś ćpuna na głodzie), do czytelni na drugim piętrze wpadł prawie jak burza.
– Czy otwieranie maili przerasta twoje i tak mało imponujące kompete… – urwał w środku słowa, bo dopiero teraz dostrzegł, że za ladą nie siedziała Dana, tylko jakiś facet. Uniósł brwi. – Gdzie jest Dana? – zapytał opryskliwie tonem, który żądał natychmiastowej odpowiedzi, choć sam już wywnioskował, że na pewno nie na dzisiejszej zmianie. Zlustrował uważnym spojrzeniem mężczyznę przed sobą, zauważając jego szerokie ramiona i to, jak wysoki zdawał się być, mimo że aktualnie siedział. Usta Émile’a wykrzywiły się w wyrazie lekkiej pogardy.
– Zatrudniają inwalidów umysłowych, żeby oszczędzić na personelu? – prychnął niecierpliwie, kiedy nieznajomy w dalszym ciągu nie wydobył z siebie ani jednego słowa. – Dobra, słuchaj – dodał zaraz z ciężkim westchnięciem, jakby właśnie podjął decyzję, której wcale podejmować nie chciał. Nachylił się lekko nad ladą i przyciszył głos. – Ja ci piszę maila, a ty schodzisz i mnie wpuszczasz. Rozumiesz? Dotarło? – wszystko to powiedział dość wolno, jakby faktycznie wziął dyżurującego bibliotekarza za idiotę, któremu ciężko przetworzyć informację.
oleander everhart
Choć miał ogólną świadomość tego, że leżał we własnym łóżku – sunął dłońmi przez chłodną, jedwabną pościel, a rozszerzone ze strachu oczy wbijał w rozświetlone różnokolorowymi światłami miasto za oknem – jego umysł miotał się niczym złapane w sidła zwierzę, żeby wyrwać się ze szponów dzisiejszego koszmaru.
Nieważne, że znajdował się we własnej sypialni, nieważne, że powietrze teoretycznie powinno mieć subtelnie lawendową woń, ponieważ właśnie takiego olejku użył w swoim nawilżaczu powietrza – nozdrza wciąż miał pełne swądu palonego ciała. Nie miało to żadnego sensu, bowiem nigdy żadnego palonego ciała nie wąchał, ale w tym śnie… w tym śnie stał wśród szalejących wokoło płomieni, a niedaleko niego leżał Jesper, jeszcze żywy, ale tak potwornie, potwornie…
Zerwał się gwałtownym ruchem z łóżka i pobiegł – pomimo nie do końca współpracującego ciała – prosto do łazienki. Choć potknął się na finiszu swojego biegu, udało mu się na czas objąć muszlę klozetową, gdzie, cóż, prostacko opróżnił zawartość swojego żołądka. Nie wiedział, ile spędził tam czasu, ale pod prysznic zawlókł się dopiero wtedy, kiedy jego ciałem przestały wstrząsać torsje, a on uzyskał zadowalającą pewność, że zupełnie wszystko, czym się dzisiaj wieczorem posilił, spływało już kanałami.
Czuł do siebie obrzydzenie. Czuł się pusty, czuł się skalany, czuł się ż a ł o s n y. Wyzuty z wszelkich sił, słaby, mały.
Bardziej niż zwykle.
Choć jego ciało drżało w proteście przed jakimkolwiek ruchem, Émile zdołał wcisnąć się w szare dresowe spodnie i bluzę oraz czarny płaszcz na wierzch, by osłonić się przed chłodem (a także nieodłączną czarną rękawiczkę tylko na lewą dłoń), po czym wyszedł na pogrążone w mroku nocy miasto.
Jako że absolutnie odstręczała go myśl o piciu alkoholu w towarzystwie spoconego i śmierdzącego tanimi perfumami tłumie i nie miał najmniejszej ochoty na wysłuchiwanie na trzeźwo problemów kanadyjskiej biedoty, postanowił, że wybierze się do znacznie spokojniejszego miejsca: do biblioteki uniwersyteckiej. Zbliżała się sesja egzaminacyjna, więc pewnie była otwarta nawet o zbliżającej się powoli czwartej nad ranem.
Niestety, pierwszy problem napotkał już przy wejściu do budynku – nie był studentem U of T już od trzech lat, nie posiadał więc aktywnej karty studenckiej, umożliwiającej mu wejście do środka. Do tej pory radził sobie z tym problemem dzięki ustnej umowie z Daną, dziewczyną, chyba studentką, dyżurującą w nocy: wysyłał jej na biblioteczne konto maila o enigmatycznej treści “już jestem, otwórz” i nigdy nie czekał dłużej niż pięć minut na to aż zejdzie i go wpuści. Ale teraz z jakiegoś powodu już od prawie piętnastu minut stał na zewnątrz. Powoli zaczynało mu być zimno i był osłabiony, ale wzbierająca się w nim irytacja sprawiła, że jakby nabrał nowych sił. Dlatego kiedy już przemknął ukradkiem jak jakiś złodziej za grupką akurat wychodzących studentów (modląc się, żeby nie zainteresowała się nim ochrona, bo przez to, że pewnie wyglądał, jakby był trzy kroki od śmierci, mogli go wziąć za jakiegoś ćpuna na głodzie), do czytelni na drugim piętrze wpadł prawie jak burza.
– Czy otwieranie maili przerasta twoje i tak mało imponujące kompete… – urwał w środku słowa, bo dopiero teraz dostrzegł, że za ladą nie siedziała Dana, tylko jakiś facet. Uniósł brwi. – Gdzie jest Dana? – zapytał opryskliwie tonem, który żądał natychmiastowej odpowiedzi, choć sam już wywnioskował, że na pewno nie na dzisiejszej zmianie. Zlustrował uważnym spojrzeniem mężczyznę przed sobą, zauważając jego szerokie ramiona i to, jak wysoki zdawał się być, mimo że aktualnie siedział. Usta Émile’a wykrzywiły się w wyrazie lekkiej pogardy.
– Zatrudniają inwalidów umysłowych, żeby oszczędzić na personelu? – prychnął niecierpliwie, kiedy nieznajomy w dalszym ciągu nie wydobył z siebie ani jednego słowa. – Dobra, słuchaj – dodał zaraz z ciężkim westchnięciem, jakby właśnie podjął decyzję, której wcale podejmować nie chciał. Nachylił się lekko nad ladą i przyciszył głos. – Ja ci piszę maila, a ty schodzisz i mnie wpuszczasz. Rozumiesz? Dotarło? – wszystko to powiedział dość wolno, jakby faktycznie wziął dyżurującego bibliotekarza za idiotę, któremu ciężko przetworzyć informację.
oleander everhart