Donnie A. Bowen
: sob gru 27, 2025 1:52 am
Donald "Donnie" Albert Bowen

data i miejsce urodzenia
27.12.2000 I Palermo/ Włochyzaimki
męskiezawód
fotograf freelancer, pisuje nekrologimiejsce pracy
dorywcza współpraca z Toronto Sunorientacja
heteroseksualnydzielnica mieszkalna
Parkdalepobyt w toronto
Dwa, trzy lata, sam nie potrafi się doliczyć, bo Toronto to miała być kolejna szpilka na jego mapie, kolejny przystanek na niekończącej się trasie. Został, ale w jednej chwili mógłby się spakować i wyjechać, potrzebuje tylko... bodźca.umiejętności
Zawieranie znajomości, ma do tego naturalny talent, ludzie opowiadają mu o sobie szybciej, niż on zdąży się przedstawić. Utrzymywanie ich to zupełnie inna bajka.Fotografia uliczna i dokumentalna, nie szuka piękna, szuka prawdy. Brudu, który nie powinien wyjść na światło dzienne, spojrzeń, które mówią całą prawdę. Od ustawionej sceny woli prawdę, nawet najmocniejszą.
Czytanie miasta, wie, gdzie i o której godzinie ulice mówią najwięcej, gdzie światło jest najlepsze. Toronto zna nie z mapy, tylko z chodników.
Rozmowa z obcymi, potrafi zagadać do każdego, dosłownie, do barmana, bezdomnego, wdowy po kimś, kogo nigdy nie poznał. Ludzie czują się przy nim… wysłuchani.
Pisanie nekrologów, umie zamknąć całe życie w kilku akapitach bez patosu i bez kłamstwa. Wie, co pominąć, a na czym się skupić. Stara się ze zmarłego wyciągnąć to, co było w nim najlepsze.
Czarne poczucie humoru, mówi rzeczy nie na miejscu, ale dokładnie wtedy... kiedy cisza byłaby jeszcze gorsza.
Obserwacja ludzi, wyłapuje mikrogesty, pauzy, zmiany tonu. Jest dobrym obserwatorem, i z tego korzysta.
Improwizacja, w rozmowie, w pracy, w życiu. Rzadko ma plan, ale prawie zawsze ze wszystkiego wybrnie.
Dystans emocjonalny, umiejętność wyuczona przez lata, nie do końca chciana, ale skuteczna. Wie, kiedy się wycofać, zanim zrobi się zbyt poważnie.
Znikanie, z imprez, z relacji, z miast. Bez dramatów, bez pożegnań. Szybko i sprawnie.
Języki, włoski (ojczysty), angielski (płynny, z akcentem), hiszpański na poziomie ulicy i barów.
Praca w chaosie, nie potrzebuje porządku, żeby funkcjonować. Chaos jest dla niego naturalnym środowiskiem.
Słuchanie, rzadko mówi o sobie, za to potrafi sprawić, że ktoś inny powie mu wszystko.
Pamięć do twarzy, nigdy nie zapomina ludzi. Nawet tych, którzy zapomnieli jego.
słabości
Nie potrafi:Zostać na dłużej, w miejscach, relacjach, rozmowach. Kiedy robi się stabilnie, czuje swędzenie pod skórą.
Utrzymać relacji, zaczyna je lekko, kończy nagle. Bez dramatu, bez wyjaśnień.
Mówić o emocjach wprost, zamiast tego żartuje, ironizuje albo zmienia temat. Uczucia pokazuje między wierszami.
Być naprawdę obecny, fizycznie tak, mentalnie często jest gdzie indziej.
Pozwolić komuś zobaczyć się w całości taki jaki jest, daje fragmenty, nigdy pełny obraz.
Zatrzymać się, cisza i bezruch sprawiają, że myśli robią się zbyt głośne.
Zadbać o codzienność, rachunki, formalności, stabilność traktuje jak coś niezbyt ważnego.
Słabe punkty:
Lęk przed przywiązaniem, nie przed miłością, przed jej konsekwencjami.
Efekt: odchodzi pierwszy, zawsze.
Ucieczka w ruch i bodźce, zawsze coś się musi dziać, nowe miasto, nowy projekt, nowy człowiek.
Efekt: nie umie być, umie tylko przeć na przód.
Tymczasowość jako styl życia, żyje tak, jakby wszystko było na chwilę. Jakby jutra miało nie być.
Efekt: nigdy nie czuje się na miejscu.
Emocjonalna asekuracja, zostawia sobie wyjście awaryjne w każdej relacji.
Efekt: nikt nie ma pewności czy on jeszcze wróci.
Idealizowanie prawdy, wierzy, że prawda zawsze jest ważniejsza niż komfort.
Efekt: czasem rani.
Melancholia pod humorem, śmieje się pierwszy, żeby nikt nie dostrzegł jak jest naprawdę.
Efekt: ludzie znają jego żarty, nie znają wcale jego.
Strach przed byciem zapomnianym, dlatego robi zdjęcia, dlatego zapisuje na nich cudze życia.
Efekt: dokumentuje życie innych, zamiast budować własne.
Toronto, miasto, które nie pyta, skąd jesteś, tylko jak długo zamierzasz zostać?
Donnie jeszcze nie umiał odpowiedzieć na to pytanie.
Urodził się w Palermo, ale dzieciństwo spędził raczej w drodze niż w jednym miejscu. Walizki były zawsze gotowe, adresy tymczasowe, a ludzie, pojawiali się w jego życiu na chwilę. Nauczył się szybko nawiązywać rozmowy, nowe znajomości, ale jeszcze szybciej się żegnał.
Aparat pojawił się w jego życiu dość wcześnie. Najpierw jako zabawka, potem jako narzędzie, wreszcie jako najlepszy przyjaciel. Łatwiej było patrzeć na świat przez obiektyw, niż być jego częścią. Zdjęcia nie wymagały deklaracji. Nie prosiły, żeby został. One po prostu były, przypominały, miejsca, ludzi, to co sprawiało, że serce biło mu mocniej. Na początku były to pamiątki, z czasem... jego praca.
Do Toronto trafił - na chwilę. Tak mówił.
Moment trwa już dwa, może trzy lata, sam nie jest pewien, bo czas liczy raczej wydarzeniami niż kalendarzem. To miasto mu pasuje. Jest wystarczająco duże, żeby zniknąć, i wystarczająco brutalne, żeby nie udawać. Jest tu dużo prawdy i dużo brudu, który on wciąż jeszcze bada, odkrywa.
Fotografuje miasto takim, jakim jest naprawdę - zmęczone, brudne, prawdziwe, zepsute. Nie interesują go pocztówkowe widoki ani piękno na sprzedaż. Woli pęknięcia w chodniku, światło odbite w kałuży, twarze ludzi, którzy jeszcze nie wiedzą, że ktoś ich zapamięta.
Pisze nekrologi dla lokalnej prasy.
Zna cudze życia od końca. Wie, co zostaje po człowieku, kiedy zniknie, kilka faktów, jedno zdjęcie, parę zdań, które muszą wystarczyć na ostatnie pożegnanie.
Jest towarzyski. Zabawnym tonem potrafi rozbroić nawet ciężkie tematy. Ludzie lubią z nim rozmawiać, bo nie czują się oceniani. Nie wiedzą tylko, że on słucha tak, jak fotograf patrzy, uważnie, ale z dystansu. Nie wsiąka, nie zakorzenia się, bo za dwa dni może go już wcale nie być.
Relacje kończą się u niego szybciej, niż się zaczęły. Nie z braku uczuć. Z ich nadmiaru. Kiedy robi się zbyt poważnie, on zaraz się wycofuje. Broni się rękami i nogami przed czymś, co uwiąże go na dłużej. Z różnym skutkiem. Zazwyczaj dobrym, ale ostatnio jego serce bije jakoś mocniej przy pewnej brunetce.
Mówi czasem, pół serio, pół żartem.
Ludzie nie są wieczni. Zdjęcia są.
Nikt nie wie, czy to jego credo, czy usprawiedliwienie.
Donnie Bowen ma 24 lata, aparat zawsze pod ręką i życie spakowane w walizki. Toronto jeszcze go nie zatrzymało, ale po raz pierwszy sprawiło, że się zastanawia. Te dwa, trzy lata to dla niego jak wieczność.
Raz oddał aparat obcej dziewczynie, żeby zrobiła mu zdjęcie. Nigdy go nie odzyskał. Do dziś zastanawia się, czy ona robi nim zdjęcia, czy go sprzedała.
Pisząc nekrologi, zawsze zostawia jedno zdanie, które redakcja potem usuwa, bo uznają je za zbyt osobiste.
Ma zwyczaj wracać w to samo miejsce o tej samej porze, nawet po latach. Sprawdza, czy światło nadal wygląda tak samo.
Potrafi godzinami siedzieć na krawężniku i patrzeć na ruch uliczny, bez muzyki, bez telefonu.
Ma w mieszkaniu tylko jedną ramkę na zdjęcie. Pusta. Od lat. Czasem ją przestawia, jakby jeszcze nie zdecydował, co ma się w niej znaleźć.
Raz sfotografował miejsce zbrodni, zanim przyjechała policja. Zdjęcia nigdy nie ujrzały światła dziennego. Trzyma je na osobnym dysku, którego nikomu nie pokazuje.
Nie usuwa numerów z telefonu. Nawet jeśli nie pamięta już, kim byli ludzie, do których należą.
Zawsze nosi przy sobie aparat, nawet gdy wychodzi tylko po kawę. Nawet gdy nie robi zdjęć. Jakby bez niego czuł się niekompletny.
Ma zwyczaj zapisywać w notesie daty, kiedy mógł zostać, ale tego nie zrobił. Nigdy nie dopisuje powodów.
Czasem robi zdjęcia, których nigdy nikomu nie pokazuje. Nie dlatego, że są złe, tylko dlatego, że są zbyt jego.
Donnie jeszcze nie umiał odpowiedzieć na to pytanie.
Urodził się w Palermo, ale dzieciństwo spędził raczej w drodze niż w jednym miejscu. Walizki były zawsze gotowe, adresy tymczasowe, a ludzie, pojawiali się w jego życiu na chwilę. Nauczył się szybko nawiązywać rozmowy, nowe znajomości, ale jeszcze szybciej się żegnał.
Aparat pojawił się w jego życiu dość wcześnie. Najpierw jako zabawka, potem jako narzędzie, wreszcie jako najlepszy przyjaciel. Łatwiej było patrzeć na świat przez obiektyw, niż być jego częścią. Zdjęcia nie wymagały deklaracji. Nie prosiły, żeby został. One po prostu były, przypominały, miejsca, ludzi, to co sprawiało, że serce biło mu mocniej. Na początku były to pamiątki, z czasem... jego praca.
Do Toronto trafił - na chwilę. Tak mówił.
Moment trwa już dwa, może trzy lata, sam nie jest pewien, bo czas liczy raczej wydarzeniami niż kalendarzem. To miasto mu pasuje. Jest wystarczająco duże, żeby zniknąć, i wystarczająco brutalne, żeby nie udawać. Jest tu dużo prawdy i dużo brudu, który on wciąż jeszcze bada, odkrywa.
Fotografuje miasto takim, jakim jest naprawdę - zmęczone, brudne, prawdziwe, zepsute. Nie interesują go pocztówkowe widoki ani piękno na sprzedaż. Woli pęknięcia w chodniku, światło odbite w kałuży, twarze ludzi, którzy jeszcze nie wiedzą, że ktoś ich zapamięta.
Pisze nekrologi dla lokalnej prasy.
Zna cudze życia od końca. Wie, co zostaje po człowieku, kiedy zniknie, kilka faktów, jedno zdjęcie, parę zdań, które muszą wystarczyć na ostatnie pożegnanie.
Jest towarzyski. Zabawnym tonem potrafi rozbroić nawet ciężkie tematy. Ludzie lubią z nim rozmawiać, bo nie czują się oceniani. Nie wiedzą tylko, że on słucha tak, jak fotograf patrzy, uważnie, ale z dystansu. Nie wsiąka, nie zakorzenia się, bo za dwa dni może go już wcale nie być.
Relacje kończą się u niego szybciej, niż się zaczęły. Nie z braku uczuć. Z ich nadmiaru. Kiedy robi się zbyt poważnie, on zaraz się wycofuje. Broni się rękami i nogami przed czymś, co uwiąże go na dłużej. Z różnym skutkiem. Zazwyczaj dobrym, ale ostatnio jego serce bije jakoś mocniej przy pewnej brunetce.
Mówi czasem, pół serio, pół żartem.
Ludzie nie są wieczni. Zdjęcia są.
Nikt nie wie, czy to jego credo, czy usprawiedliwienie.
Donnie Bowen ma 24 lata, aparat zawsze pod ręką i życie spakowane w walizki. Toronto jeszcze go nie zatrzymało, ale po raz pierwszy sprawiło, że się zastanawia. Te dwa, trzy lata to dla niego jak wieczność.
Ciekawostki
Ma w telefonie więcej zdjęć innych ludzi niż własnych selfie. Twierdzi, że ludzie są ciekawsi, kiedy myślą, że nikt nie patrzy.Raz oddał aparat obcej dziewczynie, żeby zrobiła mu zdjęcie. Nigdy go nie odzyskał. Do dziś zastanawia się, czy ona robi nim zdjęcia, czy go sprzedała.
Pisząc nekrologi, zawsze zostawia jedno zdanie, które redakcja potem usuwa, bo uznają je za zbyt osobiste.
Ma zwyczaj wracać w to samo miejsce o tej samej porze, nawet po latach. Sprawdza, czy światło nadal wygląda tak samo.
Potrafi godzinami siedzieć na krawężniku i patrzeć na ruch uliczny, bez muzyki, bez telefonu.
Ma w mieszkaniu tylko jedną ramkę na zdjęcie. Pusta. Od lat. Czasem ją przestawia, jakby jeszcze nie zdecydował, co ma się w niej znaleźć.
Raz sfotografował miejsce zbrodni, zanim przyjechała policja. Zdjęcia nigdy nie ujrzały światła dziennego. Trzyma je na osobnym dysku, którego nikomu nie pokazuje.
Nie usuwa numerów z telefonu. Nawet jeśli nie pamięta już, kim byli ludzie, do których należą.
Zawsze nosi przy sobie aparat, nawet gdy wychodzi tylko po kawę. Nawet gdy nie robi zdjęć. Jakby bez niego czuł się niekompletny.
Ma zwyczaj zapisywać w notesie daty, kiedy mógł zostać, ale tego nie zrobił. Nigdy nie dopisuje powodów.
Czasem robi zdjęcia, których nigdy nikomu nie pokazuje. Nie dlatego, że są złe, tylko dlatego, że są zbyt jego.
zgoda na powielanie imienia
niezgoda na powielanie pseudonimu
nieZgody MG
poziom ingerencji
średnizgoda na śmierć postaci
niezgoda na trwałe okaleczenie
niezgoda na nieuleczalną chorobę postaci
niezgoda na uleczalne urazy postaci
takzgoda na utratę majątku postaci
takzgoda na utratę posady postaci
tak