sparks in the dark
: pt sty 02, 2026 4:16 pm
Sylwester w tym mieście zawsze smakował tak samo - mieszanką taniego szampana, spalin i desperackiej nadziei, że wraz z wybiciem północy świat w magiczny sposób stanie się lepszym miejscem. Lex nie wierzył w magię. Wierzył w twarde lądowania i w to, że jutro obudzi się z tym samym ciężarem w klatce piersiowej, niezależnie od tego, która cyfra zmieni się w kalendarzu.
Pod The Fifth Social Club podszedł po dwudziestej drugiej. Widział przez szybę, że personel już dawno zniknął, goniąc za swoimi planami i szampanem. Mimo to pchnął drzwi, które o dziwo ustąpiły. Nie miał nawet gwarancji, że ją tu dzisiaj spotka, a i tak przyszedł, bo po prostu nie chciał znowu siedzieć sam ze swoimi myślami. Nie wiedział, co właściwie chciał jej powiedzieć, ale odkąd ostatnio widział ją przy barze, nie potrafił odzyskać spokoju. Pod powiekami wciąż widział jej sylwetkę w obcisłej sukience i czuł zapach jej perfum, który tamtej nocy, gdy przyciągał ją do siebie, niemal odebrał mu rozum. Pamiętał dreszcz, jaki wywołało u niej bezczelne wplątanie palców w jej włosy i to, jak jej oddech przyspieszył, gdy musnął ustami jej szyję. Nie chciał wyjść na prześladowcę, ale ciało najwyraźniej pamiętało tamto gorąco lepiej niż zdrowy rozsądek i po prostu niosło go tam, gdzie spodziewał się ją zastać.
Wewnątrz panowała absolutna cisza, którą mącił jedynie szum lodówek. Maddie nie było przy barze. Dopiero nagły podmuch mroźnego powietrza sprawił, że Lex uniósł głowę. Drzwi na zaplecze, te prowadzące na dach, były lekko uchylone, wpuszczając do środka lodowaty przeciąg.
Oczywiście, że wspiął się na górę powolnym, niemal leniwym krokiem - nie byłby sobą, gdyby tego nie zrobił. Dach był płaski, zasłany cienką warstwą brudnego śniegu. Od razu rzuciła mu się w oczy metalowa drabinka ewakuacyjna na bocznej ścianie - szybka droga ucieczki prosto na ulicę, gdyby ktoś go tutaj zamknął. Usiadł na samej krawędzi dachu, spuszczając nogi w przepaść ciemnej ulicy. Wyciągnął papierosa, osłonił płomień zapalniczki dłonią i zaciągnął się głęboko. Palił rzadko, właściwie wcale - jako sportowiec zbyt mocno szanował własne płuca i kondycję, nad którą pracował latami, ale dzisiaj, w tę durną, sylwestrową noc, potrzebował czegoś, co zajmie mu ręce i stłumi gonitwę myśli.
Nagle ciszę przeciął głośny łomot na schodach. Kiedy Lex obrócił głowę, zobaczył Maddie - stała tam z tą swoją zdezorientowaną buzią, jakby zupełnie nie spodziewała się zastać tu kogokolwiek, a już na pewno nie jego. Wypuścił kłąb dymu, który natychmiast rozmył się na mrozie, i powoli wstał.
- Bar zamknięty od godziny, Maddie. Nie powinnaś być już na jakiejś imprezie? - mruknął pod nosem, choć w duchu ucieszył się, że to ona znalazła go na dachu, a nie tamten bałwan, który pracuje w każdą środę.
Ledwie te słowa opuściły jego usta, poczuł ukłucie ironii. Prawda była taka, że ona mogła mu odpowiedzieć dokładnie tym samym - to ona tu pracowała i to on "nawiedził" jej dach. On był tylko intruzem, który wlazł na cudzą własność, bo nie potrafił wyrzucić barmanki z głowy. Ups.
Zanim zdążyła odpowiedzieć, rzucił niedopałek pod but, zgasił go zdecydowanym ruchem i ruszył w jej stronę. Zrobił to tak sprawnie i cicho, że zanim mrugnęła, on już wślizgnął się między nią a wyjście prowadzące na schody. Oparł się ramieniem o futrynę drzwi, blokując jej jedyną drogę powrotną do ciepłego wnętrza lokalu. Ostatnim razem to ona pękła pierwsza - po prostu uciekła z klubu, zostawiając go samego przy barze. Wygrał. W swojej głowie naprawdę był na wygranej pozycji, mimo że to on przylazł tu dziś za nią niczym ranny pies.
Pochylił się nieznacznie, skracając dystans do absolutnego minimum. Wbił wzrok prosto w jej oczy, szukając w nich tej samej mieszanki zaskoczenia i buntu, którą widział wcześniej przy barze.
- Cześć - powiedział cicho, niemal miękko, a w jego głosie nie było już ani grama cynizmu. Było tylko to samo duszne napięcie, które przerwali kilka dni temu.
Maddie Lennox
Pod The Fifth Social Club podszedł po dwudziestej drugiej. Widział przez szybę, że personel już dawno zniknął, goniąc za swoimi planami i szampanem. Mimo to pchnął drzwi, które o dziwo ustąpiły. Nie miał nawet gwarancji, że ją tu dzisiaj spotka, a i tak przyszedł, bo po prostu nie chciał znowu siedzieć sam ze swoimi myślami. Nie wiedział, co właściwie chciał jej powiedzieć, ale odkąd ostatnio widział ją przy barze, nie potrafił odzyskać spokoju. Pod powiekami wciąż widział jej sylwetkę w obcisłej sukience i czuł zapach jej perfum, który tamtej nocy, gdy przyciągał ją do siebie, niemal odebrał mu rozum. Pamiętał dreszcz, jaki wywołało u niej bezczelne wplątanie palców w jej włosy i to, jak jej oddech przyspieszył, gdy musnął ustami jej szyję. Nie chciał wyjść na prześladowcę, ale ciało najwyraźniej pamiętało tamto gorąco lepiej niż zdrowy rozsądek i po prostu niosło go tam, gdzie spodziewał się ją zastać.
Wewnątrz panowała absolutna cisza, którą mącił jedynie szum lodówek. Maddie nie było przy barze. Dopiero nagły podmuch mroźnego powietrza sprawił, że Lex uniósł głowę. Drzwi na zaplecze, te prowadzące na dach, były lekko uchylone, wpuszczając do środka lodowaty przeciąg.
Oczywiście, że wspiął się na górę powolnym, niemal leniwym krokiem - nie byłby sobą, gdyby tego nie zrobił. Dach był płaski, zasłany cienką warstwą brudnego śniegu. Od razu rzuciła mu się w oczy metalowa drabinka ewakuacyjna na bocznej ścianie - szybka droga ucieczki prosto na ulicę, gdyby ktoś go tutaj zamknął. Usiadł na samej krawędzi dachu, spuszczając nogi w przepaść ciemnej ulicy. Wyciągnął papierosa, osłonił płomień zapalniczki dłonią i zaciągnął się głęboko. Palił rzadko, właściwie wcale - jako sportowiec zbyt mocno szanował własne płuca i kondycję, nad którą pracował latami, ale dzisiaj, w tę durną, sylwestrową noc, potrzebował czegoś, co zajmie mu ręce i stłumi gonitwę myśli.
Nagle ciszę przeciął głośny łomot na schodach. Kiedy Lex obrócił głowę, zobaczył Maddie - stała tam z tą swoją zdezorientowaną buzią, jakby zupełnie nie spodziewała się zastać tu kogokolwiek, a już na pewno nie jego. Wypuścił kłąb dymu, który natychmiast rozmył się na mrozie, i powoli wstał.
- Bar zamknięty od godziny, Maddie. Nie powinnaś być już na jakiejś imprezie? - mruknął pod nosem, choć w duchu ucieszył się, że to ona znalazła go na dachu, a nie tamten bałwan, który pracuje w każdą środę.
Ledwie te słowa opuściły jego usta, poczuł ukłucie ironii. Prawda była taka, że ona mogła mu odpowiedzieć dokładnie tym samym - to ona tu pracowała i to on "nawiedził" jej dach. On był tylko intruzem, który wlazł na cudzą własność, bo nie potrafił wyrzucić barmanki z głowy. Ups.
Zanim zdążyła odpowiedzieć, rzucił niedopałek pod but, zgasił go zdecydowanym ruchem i ruszył w jej stronę. Zrobił to tak sprawnie i cicho, że zanim mrugnęła, on już wślizgnął się między nią a wyjście prowadzące na schody. Oparł się ramieniem o futrynę drzwi, blokując jej jedyną drogę powrotną do ciepłego wnętrza lokalu. Ostatnim razem to ona pękła pierwsza - po prostu uciekła z klubu, zostawiając go samego przy barze. Wygrał. W swojej głowie naprawdę był na wygranej pozycji, mimo że to on przylazł tu dziś za nią niczym ranny pies.
Pochylił się nieznacznie, skracając dystans do absolutnego minimum. Wbił wzrok prosto w jej oczy, szukając w nich tej samej mieszanki zaskoczenia i buntu, którą widział wcześniej przy barze.
- Cześć - powiedział cicho, niemal miękko, a w jego głosie nie było już ani grama cynizmu. Było tylko to samo duszne napięcie, które przerwali kilka dni temu.
Maddie Lennox