Kiedy rzuciła, że nie ma ochoty na przepychanki, a potem nazwała go „obrażoną baletnicą”, Lex tylko zacisnął szczęki. W innych okolicznościach pewnie odbiłby piłeczkę czymś o primabalerinach, ale teraz czuł, że pod tą warstwą ironii Maddie po prostu się rozpada. I to, o ironio, rozpada się prosto w jego ramiona. Czuł też jej ciężar, gdy wciąż na nim leżała, i ten moment, w którym jej oddech zaczął się synchronizować z jego własnym. To było dziwne, intymne doznanie - być czyjąś „ostoją” w miejscu, które sam zamienił w pułapkę. Kiedy jej palce w końcu przestały kurczowo zaciskać się na jego koszulce, poczuł dziwną ulgę, ale i nagły chłód w miejscu, gdzie przed chwilą go dotykała.
-
Spokojnie, trzymam cię - mruknął niskim głosem, kiedy pomagał jej wstać.
Jego dłoń, wciąż ciepła i pewna, mocno splatała się z jej dłonią, dopóki nie upewnił się, że Maddie stoi stabilnie na własnych nogach. Widział, jak bada czubkami butów oblodzoną nawierzchnię, jakby szukała potwierdzenia, że dach nagle nie zniknie jej spod stóp. Stał tuż przy niej, gotowy ją złapać przy najmniejszym zachwianiu, ignorując fakt, że sam wciąż czuł w kościach skutki ich twardego lądowania.
Westchnął. Lubił ją, choć gdyby ktoś zapytał go o to wprost, pewnie wyśmiałby to pytanie. Lubił ją za to, że nie potrafił jej zdominować. Większość ludzi po kilku jego tekstach albo go nienawidziła, albo mu ulegała. Maddie natomiast odbijała jego ataki z gracją, która go fascynowała. Była dla niego jak lustro - widział w niej tę samą desperacką potrzebę kontroli, którą sam maskował arogancją.
Dla Lexa fascynujące było to, że Maddie jest...
"pęknięta" dokładnie w tych samych miejscach, co on. To, jak bardzo starała się ukryć lęk wysokości, przypominało mu jego własne walki o to, by nigdy nie pokazać, że mu zależy. Kiedy teraz stała przed nim, trzęsąc się z zimna i strachu, Lex nie czuł satysfakcji z jej słabości. Czuł dziwną, bolesną wręcz bliskość. Nie użalał się nad nią, wręcz przeciwnie. Miał wrażenie, że w tej chwili są jedynymi ludźmi na świecie, którzy naprawdę się rozumieją, nawet jeśli jedyne, co robią, to obrzucają się błotem. Przechylił głowę na bok, gdy tak słuchał jej słów o lekcjach czytania ze zrozumieniem i odesłaniu go do szkoły. W kąciku jego ust znowu pojawił się delikatny uśmiech To była
jego Mads - nawet przerażona na śmierć, wciąż znajdowała siłę, by go pouczać.
-
Obiecuję, Lennox, że jak tylko stąd zejdziemy, zapiszę się na kurs. Możesz nawet osobiście sprawdzać mi zadania domowe - rzucił pod nosem, ale jego wzrok był poważniejszy niż ton głosu. Obserwował, jak desperacko wpatruje się w jego twarz, jakby był jedyną kotwicą trzymającą ją przy ziemi.
To spojrzenie...
Kiedy usłyszał jej paniczny śmiech po zatrzaśnięciu drzwi, poczuł nagłe ukłucie w żołądku. Jego bzdurny pomysł wejścia na dach przerodził się właśnie w nocny survival. Patrzył, jak Maddie przeszukuje kieszenie, jak wyrzuca z siebie informację o kluczach zostawionych na barze i nagle dotarło do niego, że ta dziewczyna, która tak bardzo nienawidzi pokazywać słabości, właśnie przyznaje się do bezradności.
Słysząc jej gwałtowny protest dotyczący drabinki, zamknął na chwilę oczy i wypuścił z płuc długi obłok pary. Wiedział, że to nie jest racjonalny opór przed technicznym stanem drabinki, tylko czysty, pierwotny lęk, który właśnie przejmował nad nią kontrolę.
-
Maddie, spójrz na mnie - powiedział spokojnie, ignorując fakt, że wiatr stawał się coraz ostrzejszy. -
Ta drabinka przetrwała tu pewnie więcej zim niż my oboje mamy lat, ale rozumiem. Nie zmuszę cię do tego. Jeśli mówisz, że nie ma opcji, to temat zamknięty.
W głębi duszy czuł jednak narastający niepokój. Jej wybuch o "
zdesperowanej parze samobójców" i braku instynktu samozachowawczego przyjął na klatę bez słowa sprzeciwu. Stał tam, w samej bluzie, czując jak mróz zaczyna kąsać go w ramiona, ale jedyne, o czym myślał, to jak bardzo komicznie i jednocześnie uroczo wygląda w jego wielkiej kurtce. Zapach jego perfum na niej... to było coś, czego nie planował, a co uderzyło go mocniej niż mroźne powietrze.
Gdy Maddie zaczęła go wyzywać od kretynów, nie przerwał jej. Pozwolił jej wyrzucić z siebie ten cały nagromadzony jad, bo wiedział, że to jedyny sposób, by nie zemdlała z przerażenia. Wewnętrznie jednak każde jej słowo o „zdesperowanej parze” uderzało w niego dziwnie mocno. Nie dlatego, że czuł się winny - do tego był przyzwyczajony - ale dlatego, że wizja ich dwojga, odizolowanych od reszty świata na tym dachu, zaczynała mu się wydawać przerażająco realna.
-
Wiem, że jestem kretynem, Maddie. Nie musisz mi tego przypominać co pięć minut, sam czuję ten "instynkt", a raczej jego brak - odezwał się w końcu, skracając dystans, gdy zrobiła te kilka niepewnych kroków w jego stronę. -
I masz rację. Dach jest płaski. Grawitacja nas nie kocha, ale póki co trzyma nas na miejscu.
Kiedy pociągnęła nosem i w końcu wyrzuciła z siebie to proste, dziecięce niemal żądanie bliskości, Lex poczuł, jak coś w jego środku pęka. Ten krótki, wesoły śmiech przebijający się przez łzy był dla niego gorszy niż najgorsza awantura. Nie czuł satysfakcji, że ją „złamał”. Czuł tylko cholerną potrzebę, by natychmiast naprawić to, co zepsuł.
Zrobił ten ostatni krok, niwelując resztkę dystansu. Nie dbał o to, czy pod nogami ma beton, czy lód. Jednym, zdecydowanym, a jednocześnie niespodziewanie ostrożnym ruchem przyciągnął ją do siebie. Jego ramiona oplotły ją ciasno, niemal zamykając ją w szczelnym kokonie, chroniącym przed wiatrem i światem poniżej.
-
Chodź tu... - wyszeptał tuż przy jej uchu, a jego dłoń spoczęła na tyle jej głowy, dociskając ją do swojego ramienia, by nie musiała już patrzeć na nic innego. -
Trzymam cię. Słyszysz? Nie jesteś żadnym sopelkiem i nigdzie nie spadniesz. Obiecuję.
Stał tak z nią, pozwalając, by zapach jego własnych perfum zmieszał się z mroźnym powietrzem, i po raz pierwszy tej nocy przestał myśleć o tym, jak stąd zejść. Liczyło się tylko to, że Maddie przestała drżeć tak mocno, a on nagle poczuł, że bycie tym „
cielakiem wpatrzonym w malowane wrota” to i tak najlepsza rola, jaką mógł dziś dostać.
Kiedy Maddie odpowiedziała na jego uścisk i wtuliła się w niego, niemal instynktownie pochylił głowę, chowając twarz w jej włosach. Pachniały zimnym powietrzem, barowym dymem i czymś jeszcze, co należało tylko do niej, a co sprawiało, że ten syfiasty dach wydawał mu się w tej sekundzie najlepszym miejscem na ziemi.
Wdychał ten zapach głęboko, czując, jak jego własne tętno powoli zwalnia, dostosowując się do jej rytmu. To było dziwne uczucie - nie było w tym dzisiaj taniego flirtu, nie było oparów whisky, które zwykle mąciły mu osąd. Był tylko on, ona i narastający huk gdzieś nad miastem.
Gdzieś w oddali, za gęstą zasłoną chmur, rozległy się pierwsze, przytłumione wybuchy. Nie wybiła jeszcze północ - to byli tylko ci niecierpliwi, którzy nie mogli doczekać się końca roku. Kolorowe rozbłyski na moment rozświetliły niebo, rzucając na twarz Maddie błękitną i purpurową poświatę. Lex poczuł nagły, irracjonalny ucisk w klatce piersiowej - taką durną, sentymentalną myśl, że mógłby jej już nigdy nie wypuszczać z objęć. Że ten mróz mógłby trwać wieczność, byle tylko miała powód, by tak kurczowo się go trzymać.
-
Przepraszam - mruknął nagle wprost w jej włosy. To słowo rzadko opuszczało jego usta, więc miał nadzieję, że to doceni.
Maddie Lennox