Painting the sun, the moon, the stars..
: śr sty 07, 2026 1:01 am
Lokal, który zazwyczaj tętnił życiem ceramików, pachniał gliną, wilgotną ziemią i ciepłem pieców, tym razem wyglądał zupełnie inaczej. Na trzy dni zmienił się w przestrzeń malarską, wyjątkową, pełną sztalug ustawionych w równych rzędach, płócien czekających na pierwsze pociągnięcia pędzla, kubków z wodą i farb rozłożonych w kolorowym, artystycznym chaosie. Zamiast ciężkich stołów do lepienia i półek pełnych glinianych form, wszędzie rozstawiono narzędzia malarzy. Powietrze pachniało olejnymi farbami i terpentyną, a w tle słychać było ciche rozmowy, śmiechy i odgłos pędzli muskających płótna.
Światło wpadało przez wysokie okna, rozlewając się po drewnianej podłodze, na której gdzieniegdzie widać było ślady farby, jakby ktoś już wcześniej próbował tu tworzyć. W rogu stały wiadra z wodą, a na długim stole leżały palety, tubki farb w odcieniach, które przypominały barwy tęczy. Całość miała w sobie coś magicznego, atmosferę miejsca, w którym sztuka była jedynym językiem.
Elisabeth kochała sztukę całym sercem. Od zawsze podziwiała dzieła innych, potrafiła godzinami wpatrywać się w obrazy, analizować ich kompozycję, dobór barw, technikę. Jednak sama nigdy nie uważała się za wielką artystkę. Czasem lubiła się pobawić, tak to określała, ale jej imponująca wiedza o pigmentach, stylach i historii sztuki nijak nie przekładała się na talent w praktyce. Mimo to postanowiła wziąć udział w jednym z tych malarskich dni. Mogła przecież zrobić to w domu, w zaciszu własnego pokoju, ale wiedziała, że to nie byłoby to samo. Atmosfera wspólnego tworzenia miała w sobie coś wyjątkowego.
Przygotowania zajęły jej chwilę. Ubrała najzwyklejsze ubrania, takie, których nie będzie jej szkoda, gdyby okazała się kompletną malarską sierotą. Choć pochodziła z rodziny, której finanse pozwalały na rozrzutność w każdą stronę, Elisabeth nie była z natury rozrzutna. Czasem, w pewnych sytuacjach, pozwalała sobie na odrobinę ekstrawagancji, ale na co dzień była raczej rozsądna.
Kiedy usiadła przy swoim stanowisku, długo się wahała. Płótno przed nią było białe, czyste, jakby czekało na decyzję. W końcu podniosła pędzel, niepewnie, jak ktoś, kto wchodzi na nieznany teren. Chciała stworzyć coś spokojnego, choć nie miała jeszcze w głowie konkretnego obrazu. Zanurzyła pędzel w błękicie, potem w zieleni, tworząc nieśmiałe plamy, które miały stać się czymś więcej.
Obok niej usiadła dziewczyna o rudych włosach, która wyglądała, jakby wcale nie chciała tu być. Elisabeth, z natury spostrzegawcza, szybko zauważyła, że tamta przyszła ze znajomą – może z przymusu, może z ciekawości. Blondynka posłała jej delikatny uśmiech, gdy ich spojrzenia się spotkały. Nie chciała przeszkadzać, więc wróciła do swojego płótna, próbując skupić się na kolorach. W tle słychać było ciche rozmowy, śmiechy, a z głośników płynęła spokojna muzyka, która dodawała całemu miejscu harmonii.
Nagle obok niej coś stuknęło o podłogę. Rudowłosa dziewczyna upuściła pędzel. Zanim zdążyła się schylić, Elisabeth uprzedziła ją, podniosła narzędzie i podała z lekkim uśmiechem. – Jeśli utrzymasz pędzel pod kątem i delikatniej powinno ci się lepiej go prowadzić. – wymsknęło się z jej ust zanim była w stanie się powtrzymać. – przepraszam! Nie zamierzałam udzielać nieproszonych rad, nie robię tego zwykle, mam nadzieję że nie będziesz mi miała tego za złe..-dodała szybko w ramach przeprosin – jestem Elisabeth ale większość znajomych woła na mnie Liz. – wyciągnęła do niej rękę – masz jakiś pomysł? – zapytała przesuwając swój wzrok na płótno nowej znajomej.
Daphne van Laar
Światło wpadało przez wysokie okna, rozlewając się po drewnianej podłodze, na której gdzieniegdzie widać było ślady farby, jakby ktoś już wcześniej próbował tu tworzyć. W rogu stały wiadra z wodą, a na długim stole leżały palety, tubki farb w odcieniach, które przypominały barwy tęczy. Całość miała w sobie coś magicznego, atmosferę miejsca, w którym sztuka była jedynym językiem.
Elisabeth kochała sztukę całym sercem. Od zawsze podziwiała dzieła innych, potrafiła godzinami wpatrywać się w obrazy, analizować ich kompozycję, dobór barw, technikę. Jednak sama nigdy nie uważała się za wielką artystkę. Czasem lubiła się pobawić, tak to określała, ale jej imponująca wiedza o pigmentach, stylach i historii sztuki nijak nie przekładała się na talent w praktyce. Mimo to postanowiła wziąć udział w jednym z tych malarskich dni. Mogła przecież zrobić to w domu, w zaciszu własnego pokoju, ale wiedziała, że to nie byłoby to samo. Atmosfera wspólnego tworzenia miała w sobie coś wyjątkowego.
Przygotowania zajęły jej chwilę. Ubrała najzwyklejsze ubrania, takie, których nie będzie jej szkoda, gdyby okazała się kompletną malarską sierotą. Choć pochodziła z rodziny, której finanse pozwalały na rozrzutność w każdą stronę, Elisabeth nie była z natury rozrzutna. Czasem, w pewnych sytuacjach, pozwalała sobie na odrobinę ekstrawagancji, ale na co dzień była raczej rozsądna.
Kiedy usiadła przy swoim stanowisku, długo się wahała. Płótno przed nią było białe, czyste, jakby czekało na decyzję. W końcu podniosła pędzel, niepewnie, jak ktoś, kto wchodzi na nieznany teren. Chciała stworzyć coś spokojnego, choć nie miała jeszcze w głowie konkretnego obrazu. Zanurzyła pędzel w błękicie, potem w zieleni, tworząc nieśmiałe plamy, które miały stać się czymś więcej.
Obok niej usiadła dziewczyna o rudych włosach, która wyglądała, jakby wcale nie chciała tu być. Elisabeth, z natury spostrzegawcza, szybko zauważyła, że tamta przyszła ze znajomą – może z przymusu, może z ciekawości. Blondynka posłała jej delikatny uśmiech, gdy ich spojrzenia się spotkały. Nie chciała przeszkadzać, więc wróciła do swojego płótna, próbując skupić się na kolorach. W tle słychać było ciche rozmowy, śmiechy, a z głośników płynęła spokojna muzyka, która dodawała całemu miejscu harmonii.
Nagle obok niej coś stuknęło o podłogę. Rudowłosa dziewczyna upuściła pędzel. Zanim zdążyła się schylić, Elisabeth uprzedziła ją, podniosła narzędzie i podała z lekkim uśmiechem. – Jeśli utrzymasz pędzel pod kątem i delikatniej powinno ci się lepiej go prowadzić. – wymsknęło się z jej ust zanim była w stanie się powtrzymać. – przepraszam! Nie zamierzałam udzielać nieproszonych rad, nie robię tego zwykle, mam nadzieję że nie będziesz mi miała tego za złe..-dodała szybko w ramach przeprosin – jestem Elisabeth ale większość znajomych woła na mnie Liz. – wyciągnęła do niej rękę – masz jakiś pomysł? – zapytała przesuwając swój wzrok na płótno nowej znajomej.
Daphne van Laar