You're in my veins
: sob sty 10, 2026 11:35 pm
/ z biura
Podczas drogi do miejsca docelowego między Nicky’m a Skye wywiązała się osobliwa dyskusja na temat amerykańskiej sceny muzycznej. Rozmowa na błahy temat pozwoliła Dominicowi oderwać myśli od chwil spędzonych w biurze. Co więcej, zaczynał mieć wrażenie, że wszystko wracało do normy. Tak, jakby sam wyolbrzymił sobie w wyobraźni intensywność wydarzeń sprzed paru chwil, a w rzeczywistości niewiele z tego miało miejsce. Mógł się oszukiwać do woli, ale serce wiedziało lepiej, ilekroć zerkał na siedzącą obok kobietę.
— I jesteśmy na miejscu - oznajmił, gdy zaparkował tuż przy oprószonym śniegiem parku. Już z tej perspektywy było widać oświetlony truck z włoskim jedzeniem. Jego ulubiony street food, na który z pewnością nie zabierał dziewczyn kręcących się wokół niego.
Wysiadł z auta i, jak nakazywało jego dobre wychowanie, otworzył drzwi Skye. - Proszę bardzo - podał jej rękę z wytwornym wyrazem twarzy, a jego oczy rozbłysły pod wpływem zawadiackich iskierek. Był dżentelmenem bez względu na długość znajomości płci pięknej, ale okazywanie manier i uwagi wobec ciemnowłosej było dla niego wyjątkowo przyjemne.
Mimo stolików umieszczonych tuż obok przyczepy z jedzeniem, mróz nie sprzyjał jedzeniu na miejscu, ale dla Dominica nie stanowiło to żadnego problemu.
— Rozchmurz się, Słońce. Gdybym nie był pewien tej miejscówki, nie zabrałbym Cię tutaj. Tu jest najlepsze panzerotti, jakie jadłem w Toronto. Weźmiemy coś na wynos - powiedział z nieznacznym rozbawieniem, gdy na twarzy przyjaciółki dostrzegł sceptycyzm. Znał znacznie lepszą okolicę na posiłek, jednak jeszcze chwilę chciał utrzymać Skye w niepewności.
Dla siebie zamówił pierogi z kurczakiem i jeszcze jedną, pakowaną osobno porcję, a dziewczynie z chęcią pomógł w wyborze, na koniec płacąc za wszystko i biorąc papierową torbę ze sobą.
— Idealna pogoda na ulepienie bałwana - westchnął z udawaną nostalgią, jakby właśnie to mu się marzyło. Szli chodnikiem wzdłuż ogrodzenia prowadzącego do parku, ale blondyn celowo tam nie skręcał, prowadząc ich w tylko sobie znanym kierunku. Zimowa aura rozpieszczała wszystkich wintermaniaków, którzy pewnie w centrum właśnie szaleli na lodowisku albo urządzali sobie wieczorne spacery wśród puchu śniegu. Niestety, uliczki były dość zdradliwe, więc zerknął na drepczącą przy nim Skye.
— Obiecuję, że już za chwilę będziemy na miejscu. Złap mnie za ramię, tak będzie bezpieczniej - zaoferował. Pod maską uprzejmości kryła się również troska, bo nie darowałby sobie, gdyby pod jego opieką coś jej się stało.
Zgodnie z prawdą, po chwili przystanął przy niepozornej bramie wzdłuż muru i delikatnie otworzył furtkę. - Pani przodem - rzucił nonszalancko, po czym wskazał na wejście do budynku, wyraźnie na tyłach. Tam zapukał do drzwi, które po chwili otworzyły się ze skrzypieniem.
— Cześć, Steve. Pomyślałem, że przyda Ci się coś dobrego. Możemy wejść? - odezwał się Dominic, unosząc torbę z jedzeniem i uśmiechając się szeroko.
Starszy mężczyzna o siwych włosach przez moment przyjrzał się Reyesowi, a później jego towarzyszce, ale na wspomnienie o posiłku, pokiwał ochoczo głową. Wyglądało na to, że nie był szczególnie zaskoczony widokiem Dominica, a jedynie bardziej zainteresował się Skye.
— Cześć, Dominicu, wchodźcie prędko, bo zimno. - Kiedy znaleźli się już w niedużym korytarzu, za pierwszymi drzwiami można było dostrzec typową kanciapę z monitorami. - Wstrzeliłeś się dzisiaj idealnie, Cindy znów zrobiła mi kanapki z pasztetem, a ileż można go jeść, hm? - Steve cmoknął rozżalony, po raz kolejny nieznacznie zerkając na Murray. - A kim jest ta młoda dama?
Na słowa starszego mężczyzny blondyn zaśmiał się rozbawiony.
— Tym razem są to panzerotti. - Przekazał mu jedną porcję, a gdy padło pytanie o Skye, podniósł na nią spojrzenie. Kim była? Kimś wyjątkowym. Kimś, kogo nie da się opisać jednym słowem, by wyrazić wszystko, co przechodziło mu właśnie przez myśl. - To moja przyjaciółka, Skye - odparł zgodnie z prawdą, w duchu modląc się, by nie zauważyła jego chwilowego wahania.
— Ach, oczywiście. Dziękuję, że o mnie pomyślałeś, Dominicu. Idźcie już, macie czas do dziesiątej, zanim przyjdzie mój zmiennik. Tylko bądźcie grzeczni - mrugnął do nich porozumiewawczo na odchodne.
— Zawsze - przytaknął blondyn, rozszerzając usta w uśmiechu. - Chodź za mną. - Wziął ciemnowłosą za rękę i poprowadził zakrętami wzdłuż korytarza i pomieszczeń gospodarczych, aż trafił na odpowiednie drzwi i otworzył je przed nią. Przed nimi ukazało się wysokie pomieszczenie z zielonym ogrodem i wąskimi alejkami. Wieczorną porą, oświetlona wzdłuż fasad palmiarnia robiła zupełnie inne wrażenie, niż w dzień. Temperatura na miejscu była jak w lato, toteż Dominic zsunął z siebie szalik i rozpiął płaszcz. - I jak podoba Ci się niespodzianka? - powiódł wzrokiem za Skye ale poznał już odpowiedź po jej minie i uśmiechnął się dumny z siebie. Na szczęście, udało mu się osiągnąć swój cel i nie potrzebował już dziś niczego więcej.
Skye Murray
Podczas drogi do miejsca docelowego między Nicky’m a Skye wywiązała się osobliwa dyskusja na temat amerykańskiej sceny muzycznej. Rozmowa na błahy temat pozwoliła Dominicowi oderwać myśli od chwil spędzonych w biurze. Co więcej, zaczynał mieć wrażenie, że wszystko wracało do normy. Tak, jakby sam wyolbrzymił sobie w wyobraźni intensywność wydarzeń sprzed paru chwil, a w rzeczywistości niewiele z tego miało miejsce. Mógł się oszukiwać do woli, ale serce wiedziało lepiej, ilekroć zerkał na siedzącą obok kobietę.
— I jesteśmy na miejscu - oznajmił, gdy zaparkował tuż przy oprószonym śniegiem parku. Już z tej perspektywy było widać oświetlony truck z włoskim jedzeniem. Jego ulubiony street food, na który z pewnością nie zabierał dziewczyn kręcących się wokół niego.
Wysiadł z auta i, jak nakazywało jego dobre wychowanie, otworzył drzwi Skye. - Proszę bardzo - podał jej rękę z wytwornym wyrazem twarzy, a jego oczy rozbłysły pod wpływem zawadiackich iskierek. Był dżentelmenem bez względu na długość znajomości płci pięknej, ale okazywanie manier i uwagi wobec ciemnowłosej było dla niego wyjątkowo przyjemne.
Mimo stolików umieszczonych tuż obok przyczepy z jedzeniem, mróz nie sprzyjał jedzeniu na miejscu, ale dla Dominica nie stanowiło to żadnego problemu.
— Rozchmurz się, Słońce. Gdybym nie był pewien tej miejscówki, nie zabrałbym Cię tutaj. Tu jest najlepsze panzerotti, jakie jadłem w Toronto. Weźmiemy coś na wynos - powiedział z nieznacznym rozbawieniem, gdy na twarzy przyjaciółki dostrzegł sceptycyzm. Znał znacznie lepszą okolicę na posiłek, jednak jeszcze chwilę chciał utrzymać Skye w niepewności.
Dla siebie zamówił pierogi z kurczakiem i jeszcze jedną, pakowaną osobno porcję, a dziewczynie z chęcią pomógł w wyborze, na koniec płacąc za wszystko i biorąc papierową torbę ze sobą.
— Idealna pogoda na ulepienie bałwana - westchnął z udawaną nostalgią, jakby właśnie to mu się marzyło. Szli chodnikiem wzdłuż ogrodzenia prowadzącego do parku, ale blondyn celowo tam nie skręcał, prowadząc ich w tylko sobie znanym kierunku. Zimowa aura rozpieszczała wszystkich wintermaniaków, którzy pewnie w centrum właśnie szaleli na lodowisku albo urządzali sobie wieczorne spacery wśród puchu śniegu. Niestety, uliczki były dość zdradliwe, więc zerknął na drepczącą przy nim Skye.
— Obiecuję, że już za chwilę będziemy na miejscu. Złap mnie za ramię, tak będzie bezpieczniej - zaoferował. Pod maską uprzejmości kryła się również troska, bo nie darowałby sobie, gdyby pod jego opieką coś jej się stało.
Zgodnie z prawdą, po chwili przystanął przy niepozornej bramie wzdłuż muru i delikatnie otworzył furtkę. - Pani przodem - rzucił nonszalancko, po czym wskazał na wejście do budynku, wyraźnie na tyłach. Tam zapukał do drzwi, które po chwili otworzyły się ze skrzypieniem.
— Cześć, Steve. Pomyślałem, że przyda Ci się coś dobrego. Możemy wejść? - odezwał się Dominic, unosząc torbę z jedzeniem i uśmiechając się szeroko.
Starszy mężczyzna o siwych włosach przez moment przyjrzał się Reyesowi, a później jego towarzyszce, ale na wspomnienie o posiłku, pokiwał ochoczo głową. Wyglądało na to, że nie był szczególnie zaskoczony widokiem Dominica, a jedynie bardziej zainteresował się Skye.
— Cześć, Dominicu, wchodźcie prędko, bo zimno. - Kiedy znaleźli się już w niedużym korytarzu, za pierwszymi drzwiami można było dostrzec typową kanciapę z monitorami. - Wstrzeliłeś się dzisiaj idealnie, Cindy znów zrobiła mi kanapki z pasztetem, a ileż można go jeść, hm? - Steve cmoknął rozżalony, po raz kolejny nieznacznie zerkając na Murray. - A kim jest ta młoda dama?
Na słowa starszego mężczyzny blondyn zaśmiał się rozbawiony.
— Tym razem są to panzerotti. - Przekazał mu jedną porcję, a gdy padło pytanie o Skye, podniósł na nią spojrzenie. Kim była? Kimś wyjątkowym. Kimś, kogo nie da się opisać jednym słowem, by wyrazić wszystko, co przechodziło mu właśnie przez myśl. - To moja przyjaciółka, Skye - odparł zgodnie z prawdą, w duchu modląc się, by nie zauważyła jego chwilowego wahania.
— Ach, oczywiście. Dziękuję, że o mnie pomyślałeś, Dominicu. Idźcie już, macie czas do dziesiątej, zanim przyjdzie mój zmiennik. Tylko bądźcie grzeczni - mrugnął do nich porozumiewawczo na odchodne.
— Zawsze - przytaknął blondyn, rozszerzając usta w uśmiechu. - Chodź za mną. - Wziął ciemnowłosą za rękę i poprowadził zakrętami wzdłuż korytarza i pomieszczeń gospodarczych, aż trafił na odpowiednie drzwi i otworzył je przed nią. Przed nimi ukazało się wysokie pomieszczenie z zielonym ogrodem i wąskimi alejkami. Wieczorną porą, oświetlona wzdłuż fasad palmiarnia robiła zupełnie inne wrażenie, niż w dzień. Temperatura na miejscu była jak w lato, toteż Dominic zsunął z siebie szalik i rozpiął płaszcz. - I jak podoba Ci się niespodzianka? - powiódł wzrokiem za Skye ale poznał już odpowiedź po jej minie i uśmiechnął się dumny z siebie. Na szczęście, udało mu się osiągnąć swój cel i nie potrzebował już dziś niczego więcej.
Skye Murray