I.
: ndz sty 11, 2026 10:58 am
Jezusie słodki, jakiego ja mam kaca. Suszy mnie jakbym właśnie przeszedł wzdłuż i wszerz całą Saharę i nie miał przy sobie ani kropelki wody, łeb nakurwia wręcz niemiłosiernie, dosłownie cała głowa razem z karkiem, chyba nie dam rady podnieść jej z poduszki. Zanim otworzę oczy wracam myślami do poprzedniego wieczora i próbuję sobie wszystko poukładać - balowałem w Emptiness, najpierw z Madoxem, ale on się zawinął dosyć wcześnie, więc skorzystałem z okazji i zagadałem do tej barmanki, którą już kiedyś tam widziałem, Laury. Okazała się świetną dziewczyną, więc jak tylko skończyła zmianę to wpadliśmy we wspólny wir melanżu - kilka kolejek, taksówka do domu i noc na mojej kanapie. Otwieram ślepia, ale nie widzę jej nigdzie, więc chyba zawinęła się w chatę, coś tam chyba ględziła, że jutro też ma pracę. Szczerze? Miałem nadzieję, że nie spotkam jej gdzieś w kuchni albo łazience, teraz tak naprawdę chciałem tylko umrzeć. Mrużę oczy, bo zwyczajnie nie jestem w stanie ich otworzyć, ale przesuwam spojrzeniem dookoła - gdzieś pod fotelem leży moja gitara, więc chyba grałem jej jakieś serenady, standard, na stoliku pełna popielniczka i opróżniona prawie że w całości butelka szkockiej, zaschnięte, lepiące się plamy alkoholu. Fuj, syf jak chuj. Dalej widzę płyty winylowe porozrzucane po podłodze, oby tylko żadna nie ucierpiała. Chyba nic więcej, więc podnoszę się do siadu i łapię za głowę, po prostu masakra, ale przecież muszę się jakoś ogarnąć. Pierdolnik wokół już zaczyna działać mi na nerwy, więc biorę się za ogarnianie przestrzeni wokół, chociaż może najpierw powinienem siebie? Wynoszę butelkę do kuchni i wylewam resztki do zlewu, pusta ląduje w śmietniku. Potem polewam sobie wody i dopełniam dzbanek z filtrem. Szklankę opróżniam na raz, przepijając dwie tabletki na ból głowy, nie wierzę, że mogłoby przejść samo. A potem włączam kuchenne radio i podgłaszam na tyle, żebym słyszał też w łazience, bo tam kieruję swoje kroki. Na antenie Sunday Morning, czyli idealna nutka na dobry początek dnia. Zresztą uwielbiam Velvet Underground, mam nawet kilka winyli od nich, płyta z bananem po prostu rewelacja. Nucę pod nosem, przemywając twarz lodowatą wodą, co daje mi pozorne orzeźwienie, a potem rozglądam się dookoła i zaraz mnie dosłownie chuj jasny strzeli, bo mój wzrok pada na kosz pełen prania. Czy naprawdę tylko ja w tym domu sprzątam? W dodatku widzę, że te ciuchy, które się dosłownie WYLEWAJĄ wcale nie są moje - jakieś jasne, koronkowe bluzeczki, białe stringi, staniki tak małe, że nie wiem czy cokolwiek zakrywają - Nosz kurwa, ja pierdole - rzucam pod nosem, z hukiem otwierając pralkę i zaczynam ładować bęben na oślep, wciąż psiocząc pod nosem na moją nową współlokatorkę. Ceniłem swoją prywatność, właściwie pomimo bycia typowym ekstrawertykiem lubiłem mieszkać sam, gdyby to ode mnie zależało, w życiu nie zgodziłbym się na żadnych lokatorów, ale czy tak naprawdę miałem jakikolwiek wybór? Przeklinam coraz głośniej i już słyszę tupanie na schodach, tak głośne, że dosłownie mam wrażenie, że całe mieszkanie się trzęsie - ŁUP ŁUP ŁUP - to się aż odbija echem w mojej głowie. Zajebiście, a miałem nadzieję, że jej nie ma.