blink blink
: śr sty 21, 2026 6:17 pm
Peach J. Pepper
Plan był kurwa dopięty na ostatni guzik.
Specjalnie poszła do papierniczego, by kupić tam brokatowe konfetti. Pełne wstążeczek, świecących drobin i błysku. Ekspedientka wręcz dawała jej wykład, by nie otwierać tego w małej przestrzeni, coś pierdoliła o wielkim sprzątaniu, głośnym huku. Tylko dla Charlotte to sie nie liczyło. Cały wolny poranek spędziła przy judaszu, by tylko móc potwierdzić ich niemą wojnę. Kiedy zauważyła ruch na korytarzu, jednym ruchem otworzyła drzwi, drugim otwierała tubę i zaraz. Huk, bum i chmura wstążek pomieszanych z brokatem.
— O kurwa — krzyknęła, ale było już za późno. Konfetti odpalone. William miał zostać pokryty cały w różowym brokacie, którego nie dało pozbyć się z ubrań. Mogła mu za to dać bon do jego ukochanego lumpeksu. Stać ją było na to. Była gotowa na zemstę, potwierdzającą ich nienawiść, chwilowy sojusz już minął. Tylko zdała sobie sprawę, że to nie był on, a jakaś kobieta. Ostatnio jedną widywała często. Częściej słyszała stukot obcasów, piękne, kuse sukienki i ciemne włosy. Musiał kogoś mieć i dziwnie się z tym czuła — przepraszam, nie sądziłam, że z jego mieszkania wyjdzie lata — wica, nie zdążyła powiedzieć, bo ugryzła się w język. Nie powinna w ten sposób nazywać przypadkowej ofiary ich sąsiedzkiej wojny. Już nie raz zdążyło się jej przypadkiem wyłączyć mu prąd, wzywać policję do za głośnej muzyki. Jedynie z Renatką jeszcze nie porozmawiała na jego temat. Odwlekała to, bo nie chciała robić mu kolejnych problemów.
— Peach? — spytała słabszym głosem, widząc postać, wyjawiającą się z chmury konfetti. Mrugnęła kilka razy oczami. Nie spodziewała się zobaczyć Pepper w tym miejscu. Mieszkanie Williama? Czyżby nie zdała sobie sprawy w ramiona jakiego szatana wpadła? Już sama nie wiedziała, co było gorsze. Zaatakowanie potencjalnie, niewinnej osoby, czy jednak wizja jej wspólnej nocy z Williamem. Pewnie zaraziła się jakąś rzeżączką, czy innym HIV'em.
Plan był kurwa dopięty na ostatni guzik.
Specjalnie poszła do papierniczego, by kupić tam brokatowe konfetti. Pełne wstążeczek, świecących drobin i błysku. Ekspedientka wręcz dawała jej wykład, by nie otwierać tego w małej przestrzeni, coś pierdoliła o wielkim sprzątaniu, głośnym huku. Tylko dla Charlotte to sie nie liczyło. Cały wolny poranek spędziła przy judaszu, by tylko móc potwierdzić ich niemą wojnę. Kiedy zauważyła ruch na korytarzu, jednym ruchem otworzyła drzwi, drugim otwierała tubę i zaraz. Huk, bum i chmura wstążek pomieszanych z brokatem.
— O kurwa — krzyknęła, ale było już za późno. Konfetti odpalone. William miał zostać pokryty cały w różowym brokacie, którego nie dało pozbyć się z ubrań. Mogła mu za to dać bon do jego ukochanego lumpeksu. Stać ją było na to. Była gotowa na zemstę, potwierdzającą ich nienawiść, chwilowy sojusz już minął. Tylko zdała sobie sprawę, że to nie był on, a jakaś kobieta. Ostatnio jedną widywała często. Częściej słyszała stukot obcasów, piękne, kuse sukienki i ciemne włosy. Musiał kogoś mieć i dziwnie się z tym czuła — przepraszam, nie sądziłam, że z jego mieszkania wyjdzie lata — wica, nie zdążyła powiedzieć, bo ugryzła się w język. Nie powinna w ten sposób nazywać przypadkowej ofiary ich sąsiedzkiej wojny. Już nie raz zdążyło się jej przypadkiem wyłączyć mu prąd, wzywać policję do za głośnej muzyki. Jedynie z Renatką jeszcze nie porozmawiała na jego temat. Odwlekała to, bo nie chciała robić mu kolejnych problemów.
— Peach? — spytała słabszym głosem, widząc postać, wyjawiającą się z chmury konfetti. Mrugnęła kilka razy oczami. Nie spodziewała się zobaczyć Pepper w tym miejscu. Mieszkanie Williama? Czyżby nie zdała sobie sprawy w ramiona jakiego szatana wpadła? Już sama nie wiedziała, co było gorsze. Zaatakowanie potencjalnie, niewinnej osoby, czy jednak wizja jej wspólnej nocy z Williamem. Pewnie zaraziła się jakąś rzeżączką, czy innym HIV'em.