-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Plan był kurwa dopięty na ostatni guzik.
Specjalnie poszła do papierniczego, by kupić tam brokatowe konfetti. Pełne wstążeczek, świecących drobin i błysku. Ekspedientka wręcz dawała jej wykład, by nie otwierać tego w małej przestrzeni, coś pierdoliła o wielkim sprzątaniu, głośnym huku. Tylko dla Charlotte to sie nie liczyło. Cały wolny poranek spędziła przy judaszu, by tylko móc potwierdzić ich niemą wojnę. Kiedy zauważyła ruch na korytarzu, jednym ruchem otworzyła drzwi, drugim otwierała tubę i zaraz. Huk, bum i chmura wstążek pomieszanych z brokatem.
— O kurwa — krzyknęła, ale było już za późno. Konfetti odpalone. William miał zostać pokryty cały w różowym brokacie, którego nie dało pozbyć się z ubrań. Mogła mu za to dać bon do jego ukochanego lumpeksu. Stać ją było na to. Była gotowa na zemstę, potwierdzającą ich nienawiść, chwilowy sojusz już minął. Tylko zdała sobie sprawę, że to nie był on, a jakaś kobieta. Ostatnio jedną widywała często. Częściej słyszała stukot obcasów, piękne, kuse sukienki i ciemne włosy. Musiał kogoś mieć i dziwnie się z tym czuła — przepraszam, nie sądziłam, że z jego mieszkania wyjdzie lata — wica, nie zdążyła powiedzieć, bo ugryzła się w język. Nie powinna w ten sposób nazywać przypadkowej ofiary ich sąsiedzkiej wojny. Już nie raz zdążyło się jej przypadkiem wyłączyć mu prąd, wzywać policję do za głośnej muzyki. Jedynie z Renatką jeszcze nie porozmawiała na jego temat. Odwlekała to, bo nie chciała robić mu kolejnych problemów.
— Peach? — spytała słabszym głosem, widząc postać, wyjawiającą się z chmury konfetti. Mrugnęła kilka razy oczami. Nie spodziewała się zobaczyć Pepper w tym miejscu. Mieszkanie Williama? Czyżby nie zdała sobie sprawy w ramiona jakiego szatana wpadła? Już sama nie wiedziała, co było gorsze. Zaatakowanie potencjalnie, niewinnej osoby, czy jednak wizja jej wspólnej nocy z Williamem. Pewnie zaraziła się jakąś rzeżączką, czy innym HIV'em.
-
I'd sell my soul to have a taste of a magnificent life that's all minenieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Peach miała bardzo udany dzionek, bo wyspała się za hajs William N. Patel w Hazeltonie, jeszcze tam SPA sobie zrobiła więc fiu fiu, będzie Patel płacił a co. Chciał sobie z jakąs randomką się zabawić, to niech płaci. Zresztą, wczoraj zdecydowanie potrzebowała się wyspać więc w sumie to doceniła, że Wiliam dał jej znać, że może iść do hotelu i nawet jej przesłał dane karty może? Nie no pewnie taki naiwny to nie był, ale jak przyszła do tego lux hotelu to powiedziała, żeby otworzyli rachunek na Patela i wzieła fv na jego nazwisko, żeby później spłacił jej wszystkie przyjemności. Ta to się umie ustawić.
Gdyby tylko wiedziała co się w czasie jej masażu odwaliło w ich salonie, to chyba by się zabarykadowała w pokoju w Hazeltonie na miesiąc i odmówiła wstępu do domu w którym umarła jakaś laska. Po pierwsze dlatego, że to jest creepy, no a po drugie dlatego że by się bała o swoje życie. Skąd niby ma wiedzieć w jaki sposób Billy się jej pozbył? Może chciał wypróbować coś co później też na Peach zrobi? No nie wiadomo.
W każdym razie wraca taka zrelaksowana, już chce drzwi otwierać a tu nagle BAM! i czuje jakieś walnięcie w głowe, obraca się odruchowo i nagle oczy zamyka, bo coś ją po twarzy bije. To brokat! Tzn jeszcze nie wiedziała, że brokat, bo słyszy tylko przekleństwa, aż się na ścianę osuneła i że jakaś lata. Peach ma powtórkę z tego jak ją Frankie Ferrari obsypał koksem, tylko że w innym wydaniu, poza tym nie ma żadnego Madoxa który by się nią zajął. Piszczy i oczy przeciera, otwiera i nagle widzi kogoś mega znajomego.
- Co ty robisz!? - wkurwiła się i zaatakowała Charlote swoją mini torebusią, ale wiadomo, cela to ona nie ma, więc gdzieś tam obok jej ramienia ta torebusia przefrunęła a Peach już się ogarnia, bo jednak girl - nie chce być zaraz sfotografowana jak robi jakieś agresywne akcje. Rozłożyła ręce i mierzy sasiadkę wzrokiem. - Charlotte co to ma być??? Zwariowałaś??
Nie wiedziała co ta Charlotte robi za bardzo, ani tu na korytarzu, ani co ma na celu ją atakując. Niby się pokłóciły kiedyś o chłopaka, ale to było sto lat temu poza tym później razem sikały na imprezie, więc chyba topór wojenny był zakopany. No a może nie??!
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Charlotte zdążyła zrobić jeden krok w tył, by uniknąć ciosu torebką w ramię. Przez moment nie rozumiała, co się dzieje przed jej oczyma. Brokat leciał, wstążki też, a dziewczyna przed nią przeżywała najgorsze chwile własnego życia. Niby laski lubią się błyszczeć, ale chyba nie w każdym przypadku, a to był jeden z nich.
— Laska, nie bij! — pisnęła błagalnym tonem, próbując odsunąć się od niej. Na szczęście Kovalski przypominała jakiegoś, wojowniczego żółwie ninja, bo każdy kolejny cios unikała. Tę wojnę mogła uznać za wygraną, gdyby tylko trafił się jej odpowiedni osobnik — trafisz, to Cię pozwę — krzyknęła klasycznie Charlotte. Nie wiesz co robić? Zagroź pozwem, nawet jeśli to ty stworzyłaś największe zagrożenie.
— Lepiej powiedz, co ty TU robisz? — chuj z tym co ona tu robiła, mieszkała. Nie było żadnej zawiłości, a Peach nigdy wcześniej tu nie widziała. Zmarszczyła delikatnie brwi, mierząc ją wzrokiem. Nie zdawała sobie z sytuacji, w której się znalazła — przecież on ma AIDS, HIV, rzeżączkę i na pewno jeszcze coś — znała jego styl życia i była wręcz pewna, że nigdy się nie zabezpieczał. Może kolejnej panience powinna przekazać jego badania? Albo powiedziała, czym on ją zaraził? Nie rozumiała, czemu w jej głowie pojawiły się takie myśli, ale... niesamowicie ją to skusiło — jak możesz spotykać się z takim facetem? — wieczny imprezowicz, dzieciaczek rodziców, kutasa to miał pewnie sflaczałego od ilości panienek. Mógł być w porządku kumplem, ale tylko na krótką metę. Potem nic się już nie liczyło.
— JA ZWARIOWAŁAM?! — zdecydowanie nie. Po prostu chciała rozpocząć to, co było nieuniknione — ja tu prowadzę z nim otwartą wojnę, a ty wchodzisz do mieszkania pełnego patologii — dopiero ją rozpoczynała. Tamta noc była wyjątkiem, niczym więcej — pewnie koks się tam sypie jak śnieg, trupy ukryte są w lodówce, a ja brzmię, jakbym naoglądała się za dużo teorii spiskowych... — wymruczała, zdając sobie sprawę, że zaczyna brzmieć jak foliarz, albo płaskoziemca, czy inny antyszczep.
-
I'd sell my soul to have a taste of a magnificent life that's all minenieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Co tu sie działo na tym korytarzu, to jest na prawdę nienormalne i nadaje sie do gazety albo przynajmniej na Instagram. Peach sie odgania od ataku brokatowego i co za to dostala? Została ostrzeżona, że atakująca ją Charlotta jeszcze ją pozwie.
- Chyba ja cie pozwe, biczz - odpowiedziała, ale już duzo mniej pewna siebie niż prawniczka, Peach, której po prostu sie zrobiło przykro, że ktoś ją atakuje i jeszcze chce ją do sądu za to wziąć. Palcem grzebie w oku, żeby wyciągnąć brokat który tam wpadł i kicha jeszcze, no nie wiem, ogólnie masakra. No ale koniec już tych bitew, bo Peach patrzy bez zrozumienia na Charlotte, a ta z kolei postanowiła jej zrobić wykład o chorobach i o wszystkich innych rzeczach. Jak usłyszała, że się spotyka z wenerykiem, to oczy wielkie zrobiła.
- Ale dlaczego? Co ty wiesz? - ciekawa była co Charlotte ma na Clyde D. Welch takiego, ze tak mówi, jakie PARAGONY ma na jej chłopaka. Tzn nie żeby Peach nie podejrzewała, że Clyde chodzi na boki jak jakiś krab conajmniej, szczególnie po tym jak jej się przyśniło, że się z jakąś rudą obściskiwał namiętnie. Tchu jej zaczyna brakować, bo nie spodziewała się tego, że w ten sposób jej podejrzenia się potwierdzą i że będzie postawiona przed prawdą, że jej boyfirend jest po prostu łachudrą. - Ale skąd ty znasz Clyde i wiesz o nim takie rzeczy. Omajgasz, czy on cie zdradził?! - łapie sie za pierś, w sensie za serce, ale no tam gdzie ma cycka sie łapie, bo jednak jest girls-girl i wierzy Charlotte, jak ją ta przed facetem chce ochronić i tak gada. Nic dziwnego, że jej Clyde nic o swoich byłych nie mówił. jakby się dowiedziała przecież, że on chodził z jej znajomą, to by sie dwa razy zastanowiła, zanim zaczęłaby sie z nim umawiać.
- Wojne? Boże, nie wiedziałam... Ale... dlaczego mnie zaatakowałaś skoro to on ma jakieś std-s, przecież ja nie mam, nawet z nim nie spałam - no już zupełnie jest to zwariowana sytuacja, na prawdę Peach nie rozumie dlaczego Charlotte ją zaatakowała, skoro Clyde tu nawet nie mieszka!?!
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Najpierw znajdź prawnika lalusiu, który to zrobi za Ciebie — piszczy Lotte, choć patrząc, gdzie zmierzała Peach to już znalazła. Kiedy oczami wyobraźni, widziała tę dwójkę razem, aż miała ochotę puścić pawia. Coś wewnątrz serca ją delikatnie zakuło, ale na pewno nie była to zazdrość. O Williama? Nie było takiej opcji, by jedna wspólna noc, Jan Paweł II i gołąb znaleziony w jej mieszkaniu miałyby cokolwiek zmienić. Zdecydowanie nie, prędzej ogoliłaby się na łyso.
— No przecież to pierdolony oszust i złodziej. Pewnie zbiera od Ciebie banknoty, że zaraz zostaniesz golutka i wesolutka — wycedziła bez żadnego zastanowienia Charlotte. Mogła polecieć naprawdę grubo. Była na to gotowa, żeby przyprzeć Peach do ściany, żeby uciekała, póki jeszcze mogła. William był jak ośmiornica. Wyciągał swoje macki, przyciągając ludzi, aby na końcu ukręcić im łeb — słucham? Jakiego Clyde'a? — przez sekundę przeszło jej, że to może nie William, ale... po nim można było spodziewać się wszystkiego — TAK CI POWIEDZIAŁ, ŻE SIĘ NAZYWA? — prawie że krzyknęła podirytowana. Nie dość, że z nią urządzał sobie noce bez zasad, to dla innych kobiet zmieniał tożsamość? Przecież to prawdziwa bestia.
— Nie?! WYKORZYSTAŁ MNIE— sylwestrowa noc była zdecydowanie wykorzystaniem. Biedna, smutna Lotte w dzień urodzin na wielkim balu bogaczy. Wszystko przez rodzinne obowiązki, tylko dlaczego to zawsze ona na nie trafiała?
— Peach, a wiesz, że niektóre std-s przenoszone są skórą... — a z Lotte była bardzo sprytna lisica. Już miała plan jak odgonić Pepper. Zawsze uważała ją za niezbyt rozgarniętą osobę, ale teraz pora było wlecieć w tematykę informacyjną niczym nauczyciel na edukacji seksualnej — ale też przez używanie tej samej toalety? — miała poważną, grobową minę. Takie informacje, tylko w ten sposób można było przekazać — lepiej daj sobie z nim spokój, jeszcze pryszcze pojawią Ci się na twarzy. Albo jakaś opryszczka narządów rodnych — dużo można by wymieniać. Charlotte lubiła przygodny seks, a właściwie po prostu seks. Tylko w tym wszystkim zawsze pamiętała o jednym... gumkach. Tylko po urwanej nocy sylwestrowej nie wiedziała, czy do tego doszło, a co gorsza, czy były też gumki.
— Serio, girl, większej patologii nie widziałaś — czas wejść na poziom gimbazy — zresztą... podobno ma mikropenisa — mruknęła pod noskiem Lotte, by sąsiadki nie usłyszały — może Cię zarazić mikro-cycozą — dodała, potakując głową, by zabrzmieć poważnie — laska, chyba nie chcesz z tyłu plecy, z przodu plecy pan bóg stworzył cię dla hecy, co? Jesteś za bardzo slay — brzmiała, jakby wróciła do liceum. Dla pewnych okoliczności warto było w to zainwestować.
-
trochę kłamstwa, trochę czaru, ale przede wszystkim dużo słów, a najgorsze jest to, że wszystkie je chciałaś usłyszeć
bez ryzyka nie ma zabawy, a życie to gra, więc zagrajmy, a jak coś się spierdoli, to zawsze można ruszać dalej w świat, bo Toronto to tylko przystanek na drodze do... no właśnie gdzie?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkijakie chcesztyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Szedł sobie po schodach sprawdzając coś na telefonie, ale nagle słyszy jakieś poruszenie wyżej i tak się zatrzymał i z niższego piętra zagląda co się tam u góry odpierdala, a tam Peach jego cała w brokacie świeci jak jakaś gwiazda zaranna, aż mu jedna brew skoczyła do góry. Bo przecież Peach to i bez tego brokatu była gwiazdeczką.
Zawahał się trochę, bo nagle słyszy coś, że ta laska, z którą Peach stoi gada o jakiś mikropenisach i mikrocycozie. Źle to mu brzmiało, nawet zerknął w kierunku schodów, bo może jeszcze mógł się ulotnić? Zejść na dół i udać, że go tu nie było, tylko, że kiedy on się tak gapił na te dziewczyny, to z hukiem wypadł mu z ręki telefon, nic mu się nie stało, bo miał solidną obudowę, ale walnął o posadzkę i ten dźwięk rozniósł się po pustej klatce schodowej. Clyde go szybko zebrał, schował do kieszeni i zaraz się prostuje, zaraz do twarzy sobie przykleja ten formowy uśmiech numer cztery, hollywoodzki. I wspina się po ostatnich schodach, na luzie, z uśmiechem, z kawką dla Peach.
- Cześć bejbi, co tam? - pyta się głupio i staje za swoją dziewczyną, niebieskie tęczówki zatrzymują się na jej upstrzonym brokatem nosku, kiedy się do niego odwróciła - co ci się stało? - sięgnął do niej, żeby z policzka otrzepać jej te brokacikowe drobinki, ale nic to nie dało, przykleiły mu się do ręki tylko. Zaraz zerknął zza Peach na Charlotte.
- Imprezę sobie tutaj robicie? - dopytuje, bo no nie słyszał aż tyle, ale widział po minie Peach, że coś jest nie tak, więc zaraz jej pokazuje tę kawkę i ciasteczko z niewinnym uśmiechem.
Peach J. Pepper Charlotte Kovalski